Król Edyp (Sofokles, tłum. Morawski, 1947)/Wstęp

<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Morawski
Tytuł Wstęp
Pochodzenie Król Edyp
Wydawca Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Data wyd. 1947 (1922)
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
WSTĘP[1]
I
MIT I OPOWIEŚĆ O EDYPIE

Laios, król Teb i mąż Jokasty, otrzymał był groźną wróżbę, że zginie z rąk własnego syna. Gdy mu więc syn ten się narodził, oddał on go niewolnikowi i kazał wynieść w pobliskie Kiteronu góry. Przebito dziecięciu kostki, jak dziś jeszcze zabitej zwierzynie przebija się skoki, a przeciągnąwszy przez rany w stopach sznur, uniósł go powolny rozkazom pana pachołek w dzikie ustronie. Zdjęty jednak litością nie porzucił on tam dziecka na śmierć głodową czy też łup dzikich zwierząt, lecz oddał je znajomemu pasterzowi z Koryntu, który na tych samych polanach górskich pasał swoje bydło. Ten znów powierzył nieszczęśliwe pacholę bezdzietnym panom Koryntu, królowi Polybosowi i jego małżonce Meropie. Tutaj tedy wzrasta młodzieniec, nazwany Edypem, czyli dosłownie Obrzmiałonogim, od blizn, które widniały na jego zranionych niegdyś stopach.
Przepędza on pierwsze lata szczęśliwe w błogiej nieświadomości, że nie jest właściwie synem przybranych tych rodziców. Nierozważne jednak słowo towarzysza budzi w nim pewne niepokoje, których stłumić nie umie; postanawia tedy w Delfach od Apollina dowiedzieć się prawdy. Bóg jednak, zamiast pożądanego światła, daje mu straszną odpowiedź, że własnego ojca zamorduje, pojmie za żonę własną matkę i spłodzi z nią nieszczęsne pokolenie. Aby uniknąć tej grozy, opuszcza tedy Edyp Korynt, gdzie jego mniemani pozostają rodzice, i samowolnie puszcza się na wędrówkę przez Focydę. W tym samym zaś czasie król tebański Laios wybrał się był w podróż do wyroczni delfickiej. Przypadek zrządził, że w ciasnym wąwozie poczet króla spotyka się z młodzieńczym pielgrzymem. Przy wymijaniu się przyszło do zwady i bójki, która zakończyła się krwawo. Młody Edyp zabija Laiosa i jego towarzyszów, z wyjątkiem jednego, który wraca do Teb i aby zakryć się tutaj przed hańbą i zarzutem tchórzostwa, rozsiewa wieść, iż król zginął z rąk rozbójników.
Edyp tymczasem, pielgrzymując dalej, przybywa do stolicy tebańskiej. Tutaj sprawował po śmierci Laiosa rządy Kreon, brat królowej Jokasty. Ale miasto jęczało pod obuchem srogiego nieszczęścia; bóstwo bowiem zagniewane, podobno Hera, nasłało tu jakiegoś potwora, który porywał i uśmiercał tebańskich młodzieńców. Potwór ten o twarzy ludzkiej, ciele i szponach lwa skrzydlatego, nazywał się Sfinksem, czyli zmorą albo »dławicielką«. Dłuższy czas oczekiwano już tam zbawcy, któryby gród od tej plagi wyzwolił; nagle pojawił się nieznany przybysz z obczyzny, Edyp, i zwalczył groźnego potwora. W nagrodę oddaje mu miasto rękę królowej Jokasty. — Jest to motyw częsty w baśniach wszystkich wieków i narodów, opowiadających chętnie o rycerzach, którzy przez czyn waleczny, zwycięskie pokonanie dzikiego zwierza czy też dziwoląga zdobywają sobie rękę księżniczek czy królewien. Późniejszy wymysł o tyle baśń tę przetworzył, że kazał Sfinksowi stawiać wobec śmiałków zagadki, od których rozwiązania zależało ich życie. Edyp według tych opowieści odgadł rzekomo, że zagadka o istocie, która z rana na czterech nogach chodzi, w południe na dwóch, a na trzech pod wieczór, odnosi się do człowieka i jego żywota; poczem Sfinks, uznawszy się pokonanym, rzucił się rzekomo sam w przepaść ze skały, z której dotąd groził miastu i gnębił jego mieszkańców.
Dzielny przybłęda objął więc rządy w Tebach i pojął Jokastę za małżonkę. Jako dzieci z kazirodczego tego związku nazywa poezja znane postaci Eteokla i Polinika, Antygonę i Ismenę. Po pewnym przeciągu lat zaczyna się atoli prawda i groza położenia nawierzch wybijać. Edyp sam usiłuje ją odkryć i wyśledzić. Kiedy zaś łuski z oczu mu spadły, targa się on na wzrok swój, a oślepiony znosi teraz różne cierpienia, czyto w ciemnicy więzienia, czy, według innego podania, na tułaczce.
Dojrzeliśmy pewnych rysów baśni ludowej w tej opowieści; na dnie jednak tego mitu o Edypie leżała jakaś wiara w bóstwo ziemne, które z matki ziemi zrodzone, jak każdy jej płód, następnie znów się z nią łączy i żeni, ciągle więc się odnawia i usuwa przeszłość, t. j. dawny rok, czyli własnego ojca. To ziemskie bóstwo morduje więc corocznie swego rodzica i poślubia własną matkę. — Fantazja Greków zmieniła zczasem matkę-ziemię w śmiertelną kobietę, a jej syna-małżonka w króla i bohatera, ubierając ich losy w tysiączne barwy i różnorodne zdarzenia. Wielka groza osiadła odtąd na całem tem podaniu.

2
EDYP W POEZJI I DRAMAT SOFOKLESA »KRÓL EDYP«

Ajschylos wprowadził zapewne pierwszy mit o Edypie na scenę ateńską. W r. 467 wystawił on swą niezachowaną tetralogję, osnutą na tem podaniu. Cztery sztuki: Laios, Edyp, Siedmiu przeciw Tebom i satyrowy dramat p. t. Sfinks złożyły się na całość, z której tylko trzecia sztuka się uratowała. Później opracował Eurypides mit o Edypie, zarówno w swej tragedii Edyp, jakoteż w trylogji z r.  410, której trzy sztuki Oinomaos, Chrysippos i Fenicjanki przedstawiły całe podanie o losach nieszczęsnego rodu Labdakidów. Ponadto w innych jeszcze sztukach wprowadził postaci tego cyklu na scenę; ale jedynie Fenicjanki zachowały się po dziś dzień z tragedyj Eurypidesa, których osnową byty tebańskie podania.
Szczęśliwiej obszedł się los pod tym względem ze spuścizną starszego rówieśnika Eurypidesa. Z zachowanych siedmiu tragedyj Sofoklesa odnoszą się bowiem trzy sztuki do mitu o Edypie. Król Edyp, Edyp w Kolonie i Antygona przedstawiają nam z kolei trzy fazy tego rodzinnego dramatu. Nie tworzyły te sztuki trylogji, bo w rozmaitych czasach jako odrębne i samodzielne tragedje pojawiły się na scenie. Najstarszą pod względem czasu powstania była Antygona, dziełem zaś starości poety Edyp kolonejski. Król Edyp wreszcie wystawionym został według prawdopodobnego przypuszczenia krótko po roku 430 przed Chr., a więc w pierwszych latach peloponeskiej wojny.

Kiedy nasz dramat się zaczyna, położenie w Tebach przedstawia się nam w następujących zarysach. Edyp panował już cały szereg lat nad miastem obok żony swej Jokasty, która go obdarzyła kilkorgiem dzieci. Teraz złowrogie Erynje, które prześladują Labdakidów od pokoleń, zaczynają się dobierać do odrzwi pałacu, w którym zgroza i ohyda bez ludzkiej wiedzy i Edypa winy się rozgościły i już się nawiązał najstraszniejszy z dramatów. Dobierać się też do tych odrzwi poczyna prawda.
Zaraza, której przyczyn i powodów nikt zbadać nie umie, naraz wybuchła w Tebach i dziesiątkuje miasto. Zapytana wyrocznia delficka odpowiada, że krew zamordowanego Laiosa woła o pomstę i sprowadza te klęski, że winowajcę wytropić należy i usunąć z kraju. Natenczas Edyp zabiera się do spełnienia tego zadania, chce rozjaśnić ciemności, a działanie jego gromadzi wraz ze światłem coraz cięższe gromowładne chmury nad jego głową, tak ciężkie, że go spychają wreszcie w otchłań bezbrzeżną rozpaczy i nędzy.
Poeta przeprowadza tę walkę o prawdę, raniącą, miażdżącą bohatera dramatu, z wspaniałym artyzmem. Mamy tu całą skalę od budzących się wewnętrznych niepokojów, od szarpania się i miotania ze świtającem światłem aż do ostatecznego przejrzenia rzeczywistości, której oko bohatera znieść już nie może. Jeżeli cię oko twoje gorszy, wyjmij je, — to wypełnia Edyp, bo mu się wkońcu tak otwierają oczy na prawdę, pełną grozy, że aż patrzeć na nią nie jest w stanie i woli w ślepocie zamknąć się przed tej sromoty obrazem. Kiedy wreszcie ona w całej nagości i przejrzystości mu się wyłania, zwraca się Edyp w przepięknej inwokacji do słońca i światła dziennego, żegna się z jego strugami, aby niebawem własną ręką na wzrok swój się targnąć.
Stoczenie się ze szczytu chwały i potęgi chyba w żadnej tragedji takiego odgłosu nie znalazło. Fortuna rzadko się pastwi w tak okrutny sposób nad swoją ofiarą. Edyp ma w królu Lirze postać pokrewną bezmiernością nieszczęścia, które setką ramion i sieci sięga po przeznaczone ofiary, nasuwa przy runięciu w przepaść ułudne gałęzie ratunku, które łamią się za dotknięciem i pogrążają gwałtowniej i głębiej w czeluściach rozpaczy. Rozpacz ta wybrzmiewa w końcu tragedji w tych urywanych, poszarpanych przemowach Edypa, które są jękami bólu i nędzy wobec widza, jękami bólu, sromoty... i miłości wobec własnych dzieci, które jak białe anioły opromieniają swem zjawieniem się w końcu dramatu oślepionego starca, uchwyconego w szpony czarnego demona nieszczęścia. Wszystkie boleści tych, co szukają winy w sobie, by kraj ratować, tych, którzy wszelką ofiarę, nawet własnej osoby, własnego szczęścia gotowi złożyć na ołtarzu prawdy i dobra ogólnego, przedstawiono tu w sposób pełen grozy.
Układ dramatu Sofoklesa jest następujący:
W prologu (w. 1—150) widzimy mieszkańców znękanego miasta u stóp ołtarzy; błagają oni bogów o zmiłowanie i odwrócenie zarazy. Edyp przyrzeka im, że nie zaniecha niczego, aby wyśledzić przyczyny gniewu nieśmiertelnych. Posłał on już był Kreona do wyroczni delfickiej, od której wszyscy się spodziewają wyjawienia prawdy i rady skutecznej. Kreon rzeczywiście powraca i obwieszcza, iż Febus nakazuje usunąć z kraju co najprędzej mordercę Laiosa. Edyp więc postanawia go wyśledzić i wśród zebrania starszyzny obmyślić środki wybawienia i ratunku.
Następuje wejście czyli parodos chóru (w. 151–215): w pieśniach swych maluje on wszystkie klęski, płynące ze zarazy, wzywa z kolei bóstwa opiekuńcze grodu, aby stanęły w jego obronie. — Następują dialogi, czyli pierwsze epeisodion sztuki (w. 216–462). Edyp rzuca przed starszyzną swe klątwy na mordercę Laiosa; te wyklinania, miotane nieświadomie na własną osobę, są pełnemi tragicznej ironji. Przywołany przez Edypa wróżbita, ślepy Tyrezjasz, ma wskazać sprawcę dawnej zbrodni i wyjaśnić ciemności. Tyrezjasz zna jej przebieg, ale nie chce stanowczo odsłonić prawdy, waha się przed jej nagiem wypowiedzeniem; lecz gdy Edyp uniesiony gniewem obrzuca go podejrzeniami oszustwa i spiskowania, wybucha także Tyrezjasz gwałtownemi groźbami i klątwą. Niepokoją one Edypa, lecz odbijają się jeszcze od jego przekonania i duszy, zaćmionej coraz natarczywszemi podejrzeniami, że całe otoczenie czyha wyłącznie na jego zgubę. Edyp sarka i miota się przeciw słowom wróżbity, jak królowie izraelscy Jeroboam i Manasse, karcący Amosa i Izajasza. Wieczny bunt człowieka przeciw bolącej prawdzie budzi się w Edypie wśród usiłowań, aby tę prawdę wydrzeć tajemnicy, która go otacza. Tyrezjasz rzuca wobec tego słowo, które odtąd w rozlicznych odmianach tylokrotnie pobrzmiewać miało w starciach między władcami ziemi a potęgą duchową:

Nie ty jesteś mi panem — ja sługą Apolla.

Chór także w swej pieśni (pierwsze stasimon, w. 463–512) wije się wśród niepewności, nie wie, na kogo jako na sprawcę zbrodni wskazywał głos z Delfów i następnie Tyrezjasz, a ostatecznie wyraża swój hołd i podziw dla tyle zasłużonego około Teb Edypa.
W drugiem epeisodion (w. 513–860) znieważa Edyp, wytrącony z równowagi, w podobnem rozdrażnieniu szwagra swego Kreona, wypowiada także przypuszczenie, że on podkopuje rozmyślnie jego władzę i powagę, spiskując z Tyrezjaszem. Kreon ten, brat i szwagier królewski, przedstawia powszedni typ człowieka, rozkoszującego się w błogości wysokiej parenteli, we wygodach swej dworskiej a nieodpowiedzialnej godności, w służbie u zdrowego, poziomego rozsądku. Jest to jeden z tych ludzi, którzy pchają swą taczkę statecznie, a w wyścigach życia taczki idą nieraz pewniej, a czasem i prędzej od rydwanów dobiegają do mety. W sporze między Edypem i Kreonem łagodzą porywczego władcę chór i królowa Jokasta. Chór ten towarzyszy całej akcji jako życie powszednie, codzienne, rozwijające się na szarej płaszczyźnie u stóp góry, na której grzmią burze dramatu. — Ten chór tragedji greckiej niże na wątku akcji swe sądy i zdania, wplata w prozę i grozę życia pogodne kwiaty poezji, w dramat życiowy odgłosy praktycznego, czasem prawie poziomego rozsądku. Ta vox populi bywa niekiedy vox Dei[2], ale najczęściej głosem tego boga, którego poeta francuski nazwał le dieu des bonnes gens[3]. — Przez cały nasz dramat chór ten, współczujący z Edypem, chwieje się między przywiązaniem i ufnością do władcy a strachem przed grozą, która zawisła nad jego głową. Wobec Jokasty, która targa się na uświęcone stanowisko wróżbitów, ujmuje się za bogów prawami i powagą. Bo Jokasta, żona dwóch królów tebańskich, ojca i syna, gwałtownie się uczepia swego szczęścia i dostojności, z której dopusty losów mają ją strącić; nie chce ona długo uznać i przejrzeć grozy skłębiającej się nad jej i Edypa głową, widzi grę obłoków tam, gdzie spiętrzają się chmury przed burzą, durzy siebie i drugich przydłużej w błogiej niepewności, a wybieg ma na wszystko, wybieg znajduje nawet w okolicznościach, w których o wyjście trudno. Kiedy wróżby godzą coraz wymowniej w Edypa jako mordercę, sarka ona na wróżbiarzy i lekceważy ich słowa.
Wobec tych bluźnierstw podnosi zbożny protest chór w pieśni następującej (drugie stasimon, w. 861–910), ujmując się za nadziemskiemi zakonami i świętością przepowiedni, uskarżając się na krnąbrność śmiertelnych, wskutek której

I Apollo już bez cześci,
Wniwecz idą wiary.

W trzeciem epeisodion (w. 911–1085) zanosi Jokasta, zgnębiona rosnącemi niepokojami męża i coraz bardziej ujawniającą się prawdą, że Edyp zgładził Laiosa, modły do tego samego Apollina, z którego co dopiero się natrząsała. Błagać ona zamierza boga, aby nie odsłaniał ostatnich rąbków, okrywających groźną rzeczywistość. Przypomina ta modlitwa podobne błagania Sofoklesowej Klitemnestry w Elektrze, aby bóg jej mordu spełnionego na mężu karać zaniechał. Jokasta jest mniej winną, ale modły jej również poziome mają pobudki i nieziszczalne cele. — Bezpośrednio potem pojawia się posłaniec z Koryntu, niosący wieści ważne dla Edypa. Udziela on tedy wiadomości, że Polybos, władca Koryntu umarł, co wyzwala narazie Edypa od obawy przed zabiciem ojca. Pozostaje jednak drugi szczegół dawnej przepowiedni, że Edyp poślubi własną matkę, i ten szczegół nie przestaje Edypa niepokoić. Na to zapewnia go ów posłaniec, iż nie był dziecięciem zrodzonem z Polybosa i Meropy, lecz przybranym ich synem, przyniesionym niegdyś z obczyzny; posłaniec stanowczo może to stwierdzić, bo on był właśnie owym sługą Polybosa, który niegdyś wysadzone w górach dziecię z rąk pasterza Laiosowego odebrał. Wystarczy wedle niego zawezwać tego pasterza, aby ostatecznie i zupełnie położenie wyjaśnić. Edyp postanawia więc to zaraz uczynić, bo nie cofnie się on przed żadnym krokiem, wiodącym do światła, chociażby ono miało go zmiażdżyć i powalić. Jokasta napróżno chce go odwieść od tego, a widząc, że wszystkie jej wybiegi i ułudy pryskają wniwecz pod nawałem prawdy, która się wybija z nieprzepartą siłą, ucieka wreszcie do wnętrza domostwa, aby się targnąć na własne życie. — Samobójstwo, które jak mors ex machina przecina dramaty życiowe, zamiast by je rozwiązywać, pojawia się cztery razy w tragedjach znanych Sofoklesa. — Chór tymczasem jeszcze nie wie, co Jokasta uczynić postanowiła, a nie zdaje sobie także sprawy, że katastrofa zawisła już bezpośrednio nad całym domem. I jak w życiu przed zgonem złoci czasem promień złudny nadziei nędzę ludzkości, tak i w tragedji greckiej wyprzedzają niekiedy ostateczną perypetję jakieś wybuchy otuchy i ułudy.
W pieśni (w. 1086–1109) wyraża chór swe radosne przypuszczenie, że Edyp, który nie był dzieckiem korynckich władców, wśród szczytów Kiteronu jako syn jakiegoś boga lub bogini ujrzał światło dzienne.
Bezpośrednio jednak potem prawda w całej nagości i sromie ujawnia się przed Edypem. Posłaniec z Koryntu wraz z dostawionym pasterzem tebańskim wyznają w czwartem epeisodion (w. 1110–1185) wszystkie szczegóły z przeszłości Edypa; ten pasterz tebański odebrał był z rąk Jokasty niemowlę i wręczył je znajomemu pachołkowi korynckiemu. W przystępie rozpaczy i szału wybiega teraz Edyp, podobnie jak przedtem jego żona i matka, ze sceny, aby we wnętrzu domostwa porachować się ze swojem nieszczęściem, z tem, że przejrzał już do głębi otchłań swego upadku i klęski. Po stopniach coraz większego poniżenia i przez ciernie i głogi coraz bardziej krwawiące doprowadził poeta swego bohatera z wyżyn tronu do nędzy i poznania siebie, największego i najtrudniejszego anagnorismos, jaki widnieje na kartach greckiego dramatu.
I przejrzał nawet wreszcie ten chór, któremu wdzięczność wobec Edypa zamykała dotąd oczy na rzeczywistość. Przejrzał tak dalece, że wobec tego upadku przestał wierzyć w możliwość szczęścia na ziemi. Ponurem Miserere nad marnością życia i znikomością chwały i powodzenia wybrzmiewa pieśń chóru, płacząca nad ludzkości i Edypa nieszczęściem (czwarte stasimon, w. 1186–1222).
Następuje od w. 1223 exodos czyli zakończenie dramatu. Sługa z wnętrza domu wychodzący obwieszcza zgon Jokasty i ostatnie chwile zrozpaczonej kobiety. Potem zjawia się sam Edyp, który wyłupił sobie oczy, aby odtąd w lamentacjach nad swoją nędzą ulżyć swej zmiażdżonej duszy, a zwrócić się do nowego władcy, Kreona, któremu teraz ster państwa przypadł w udziale, z prośbą, aby go jak najprędzej wyżęto z Teb w jaką pustynną ustroń, w pełnych wreszcie uczucia słowach pożegnać swe córki, Antygonę i Ismenę, które poleca troskliwej Kreona opiece. Rozbitek życia, stojący na ostatnim progu nieszczęścia, stargany pasmem klęsk i poniżeń, jedno wyraża życzenie, aby dzieciom

......... z ręki losu
Lepsze niż ojcu przypadło tu życie

Tak uczucie znękane człowieka ukrzepia się albo wspomnieniem minionego szczęścia, albo promieniami, których w przyszłości śmie się spodziewać, choćby one już nigdy nie miały rozjaśnić własnej nędzy kirów ponurych. — I kończy się tragedja słowami, które niewątpliwie sam ciemny wypowiedział Edyp, stwierdzającemi znikomość ludzkiej chwały i szczęścia:

A więc bacząc na ostatni bytu ludzi kres i dolę,
Śmiertelnika tu żadnego zwać szczęśliwym nie należy,
Aż bez cierpień i bez klęski krańców życia nie przebieży.

To był rdzeń filozofji Sofoklesa, który mimo tego nie pogrążył się w jałowym pesymiźmie, lecz z ugodnością sobie wrodzoną brał od życia to, co ono przynosi, bez wyniosłości i upojenia jego czary i uśmiechy, ale też bez upadku ducha konieczny wymiar zawodów i nieszczęść. W tragedjach jego widocznem to falowanie dni czarnych i jaśniejszych: jeżeli komu, jak Edypowi, bezmiar klęski przypadnie w udziale, to mogły do tego się przyczynić jakieś dawne klątwy, ciążące nad rodem człowieka. Uchylić czoła należy przed tem brzemieniem, uznać ze spokojem i rezygnacją, że wszechmoc boga zmiażdżyć może śmiertelnika, choćby sprawiedliwego. Bo żadna wina osobista na nieświadomym Edypie nie ciąży; Sofokles nie kazał i nie pouczał w swych tragedjach o winach ludzkich i sprawiedliwości, która je karze, lecz przedstawiał życie, jakiem jest, z jego ciosami często niespodziewanemi i niezasłużonemi. Niemniej pozostanie ta tragedja jedną z najszczytniejszych pieśni o ludzkiem nieszczęściu i za taką uznał ją słusznie Arystoteles.
Późniejszy dramat Sofoklesa, Edyp w Kolonie, przedstawił, jak stargany klęską bohater znalazł wkońcu w Attyce, w miejscu rodzinnem Sofoklesa, wyzwolenie w kojącej śmierci i zadosyćuczynienie w błogosławieństwach, które z jego grobu spływać miały na potomnych. Lecz tworząc Króla Edypa, nie myślał jeszcze Sofokles o takim kojącym historji epilogu, lecz zostawił ofiarę szeregu klęsk i okrutnego losu w progach bezdomnej tułaczki, w której zazna i chłodu i głodu i sieroctwa serca i gniewu bogów, co go ścigał na tronie a nie ostygł jeszcze wobec zwalonego w niedolę wygnańca. Śmierć nie składa w tej tragedji swego wyzwalającego pocałunku na skroni bohatera, który idzie z pełnią świadomości, że jest »w bogów nienawiści« (w. 1521), w kraj dalszych trudów i klęski.

Podejmowali to podanie o Edypie późniejsi pisarze jako osnowę dla swych tragedyj. Napisał w pierwszym wieku po Chrystusie Edypa Seneka filozof, w. siedemnastym wielki Corneille, w osiemnastym wreszcie Voltaire; żaden z nich nie sprostał zadaniu[4]. Dla bezmiernych udręczeń szukano wielkich wyrazów, a retoryka wyszukanemi słowami mrozi wielkie boleści, brzemieniem ich je przygniata. Silenie się wątli silę zarówno u Seneki, jak nawet u Corneille’a; Voltaire zaś użył Edypa za tłumacza swych religijnych czy antyreligijnych przekonań i protestów.
Z porównania wychodzi Sofokles zwycięsko ze swoją tragedją, w której uznając bogów królewskość, uwielbił zarazem królewskość wielkiego śmiertelnika i jego cierpienia.










  1. Uwaga. O początkach tragedji greckiej i o znaczeniu Sofoklesa w jej rozwoju ob. Wstęp do wydania Antygony Bibljoteka Narodowa Serja II Nr. I.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Vox populi, vox Dei (łac. „głos ludu (jest) głosem Boga”)
  3. Przypis własny Wikiźródeł Bóg dobrych ludzi
  4. Por. dzieło Karola Heinemanna: Die tragischen Gestalten der Griechen in der Weltliteratur, Lipsk 1920. Tom II, str.29 i n.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Morawski.