Maleńka Dorrit/Część I/Rozdział VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VIII: BIEDNA EFRI.

Czy mógł w starym, posępnym domu zagościć choć na chwilę jasny uśmiech szczęścia?
Zawsze pogrążony w cieniu, pochylony, wsparty na omszałych, próchniejących belkach, w płaszczu z pleśni i plam wilgotnych, samym wyglądem płoszył wszelką myśl o zdrowiu, pogodzie i radości.
Jeżeli promień słońca zajrzał tu przypadkiem, gasł natychmiast i znikał, uciekał czem prędzej. Jeżeli blask księżyca rozjaśnił na chwilę te mury, czynił je mimowoli jeszcze smutniejszemi i budzącemi jakąś zabobonną trwogę. Tylko gwiazdy mrugały nad nim obojętnie swą daleką, zimną źrenicą.
Za to deszcze, mgły, słoty i jęki wichrowe zdawały się go darzyć szczególną przyjaźnią, gnieździły się tu stale, nie chciały ustąpić i szarym, brudnym śniegiem pokrywały ziemię nawet wtedy, gdy wszędzie zimowa skorupa już stajała w wiosennem cieple.
Odgłosy życia w tej cichej ulicy także tłumiły się i głuchły jakoś, możnaby mniemać, że tu umierały.
Wszystko zdawało się dziwnie zamarłe w tym domu, jakgdyby skamieniałe. Światło nawet w pokoju pani Clennam nie gasło nigdy, chociaż podlegało zmianom. Dniem i nocą w wąskich oknach jaśniał słaby odblask nikłego ognia na kominku, który chwilami strzelał jakby iskrami gniewu, — czasem migotał nikły płomyk świecy.
W czasie krótkich i ciemnych dni zimowych w blasku tym na tle okna, niby w latarni magicznej, rysowały się wielkie sylwetki pani Clennam w fotelu na kółkach, Jeremjasza z ogromną na bok pochyloną głową i sterczącemi końcami halsztuka i drepczącej pospiesznym krokiem Efri. Wieczorem cień jej znikał na szybach ostatni — i potem już do rana blado i spokojnie świecił tylko ogień kominka, niby latarnia morska, która ukazuje drogę i pociąga zdaleka zabłąkanego w przestworzu rozbitka.
A może takiem było przeznaczenie tego nieszczęsnego światełka.
W taki to dzień zimowy Efri krzątała się w kuchni. Przystawiła do ognia imbryk z wodą na herbatę i usiadła przed kominkiem na krzesełku, aby się ogrzać trochę. Siedząc tak, biedna Efri rzucała nieśmiałe wylęknione spojrzenia na prawo i na lewo, gdyż prawie bezustannie słyszała w tym domu jakiś szmer zagadkowy, tajemniczy. Jakże miała nie wierzyć w duchy i upiory, kiedy już lata całe słyszała ich ciche stąpania, ich szepty, a nieraz może groźne walki.
To sprawiało, że była zawsze wystraszona i często nie wiedziała, czy nie śni na jawie, czy niewidzialne istoty w tym domu nie rzuciły na nią uroku, który nie pozwala jej odróżnić snu od rzeczywistości.
Niedawno przecież, bo przed paru dniami, gdy tak samo siedziała przed kominkiem, usłyszała najwyraźniej gdzieś za sobą mocne tarcie, jakgdyby ktoś przeciskał się ciasnym otworem, osypując gruz i kamienie, potem trzy — cztery mocne uderzenia, od których zadrżała podłoga, a serce jej uderzyło tak gwałtownie, jakby chciało wyrwać się z piersi. Zdawało jej się także, iż uczuła dotknięcie zimnej ręki.
Przerażona, drżąc cała, szczękając zębami, znalazła tyle siły, że chciała uciekać, zobaczyć ludzi, ujrzeć słoneczne światło i świat rzeczywisty.
Ale na schodach usłyszała głosy, które nagle zwróciły jej uwagę: to oni się kłócili. Tak, kłócili. Głos męża podniesiony rozlegał się głośno, to znowu twarde, suche, odpowiedzi pani.
Cicho, na palcach posunęła się aż do drzwi.
— Dość tych głupstw! — wołał Flintwinch podniesionym głosem. — Co pani sobie myśli? Rzuciła się pani na mnie.
Tak, słyszała te słowa biedna Efri i czyż mogła przypuszczać, że to się dzieje na jawie?
— Dziwne masz wyrażenia, Jeremjaszu — odezwała się surowo pani Clennam. — Zrobiłam ci uwagę, że bez zastanowienia za wiele dziś mówiłeś przy Arturze. To nie było potrzebne.
— Rzuca się pani na mnie — mocno powtórzył Flintwinch — a ja na to nie pozwolę. Nie pozwolę. Nie gadam nigdy bez zastanowienia i wiem, co powiedziałem i dlaczego. Może powiem kiedy i więcej. Nie byłem przyjacielem jego ojca, nie lubię ludzi słabych i bez woli. Jeśli od pierwszej chwili stanąłem przy pani, to dlatego, że jesteś kobietą stanowczą i, co postanowiłaś, to się stać musiało. Ale w tej sprawie pani obowiązkiem jest przedewszystkiem stanąć w obronie jego pamięci przed synem, zamiast myśleć o sobie i kryć się za umarłych. Oto co chciałem powiedzieć.
— Może trochę za wiele — rzekła dumnie pani Clennam. — Nie kryję się za umarłych, jak ci się wydaje, ale idę do celu własną drogą. Walka dzisiaj trudniejsza, bo jestem stara i kaleka, bo dokoła mnie wszystko rozpada się w gruzy, a jednak nie ustąpię i umrę tu na stanowisku.
— To i dobrze — zgodził się Flintwinch. — Byłem zawsze wiernym sługą tego domu, ale chociaż zostałem dziś pani wspólnikiem, nie kupiłaś mię za ten tytuł. Jestem takim, jak byłem, i takim zostanę. Dobrze widzę, jak panią dziwi, iż stanąłem w tej sprawie po stronie tamtego. Lecz to mi wszystko jedno. Jestem może dziwakiem, ale nie zgodzę się nigdy, żeby mię pani połknęła, jak innych. Nie będę niczyjem narzędziem. Jestem sobą, mam swoje zdanie, postępuję zawsze, jak mi się podoba. Nie będę niczyim cieniem. Nie, nie, nikt mię nie zje żywcem, nawet taka stanowcza kobieta jak pani.
— Myślę, że dosyć tego, Jeremjaszu — odezwała się sucho pani Clennam, chcąc widocznie skończyć rozmowę.
Uczuła, że nie złamie uporu wspólnika i, choć ją to gniewało, była zadowolona jednocześnie, że znalazła w nim siłę. Znała go przecie od chwili wstąpienia w te progi, i być może, iż właśnie ta cecha jego charakteru łączyła tych dwoje ludzi. Czyż nie dlatego zrobiła go swoim wspólnikiem?
— Może zapalisz świecę — zaczęła po chwili łagodniej, jakby chciała powrócić do zwykłego tonu. — Czas na herbatę. Dorrit przyjdzie za chwilę i zastanie mnie w tej ciemności.
Jeremjasz zapalił świecę i, stawiając ją na stoliku, spojrzał bystro na panią Clennam swoim błyszczącym wzrokiem.
— Ciekawym, co też pani myśli zrobić z tą Dorrit — zaczął znowu. — Czyż ma tu zawsze przychodzić do szycia?
— Zawsze? Póki będzie taka, jak dotąd, skromna, cicha, pracowita i rozsądna, i będzie potrzebowała pomocy, której w ten sposób udzielić jej mogę, może przychodzić tak długo, jak zechce, dopóki się będzie Panu Bogu podobało zachować mnie przy życiu.
— I nic więcej? — spytał, Jeremjasz, mrużąc oczy i gładząc swój podbródek.
— A czegóż chciałbyś więcej? — surowo przemówiła pani Clennam.
Długą chwilę trwało zupełne milczenie, biednej Efri zdawało się, czy śniło, że mąż i pani Clennam patrzyli sobie w oczy dziwnym wzrokiem. Nakoniec usłyszała przytłumiony szept Jeremjasza.
— A wie pani, gdzie ona mieszka?
— Nie.
— Ale chce pani wiedzieć!
— Gdybym chciała, mogłam ją przecież zapytać i wiedziałabym dawno.
— Więc pani nie życzy sobie wiedzieć jej adresu?
— Nic mię to nie obchodzi.
Jeremjasz westchnął głośno i głęboko, potem mówił powoli, kładąc nacisk na każde słowo.
— Co do mnie, wiem, gdzie mieszka, dowiedziałem się, przypadkiem naturalnie.
— Gdziekolwiek mieszka — podniosła znów głos pani Clennam, niemniej wyraźnie wymawiając każdy wyraz — jest to jej tajemnica, i nie mam bynajmniej zamiaru jej badać.
— To najwygodniej! — zauważył Flintwinch.
— Jeremjaszu — zaczęła surowo pani Clennam — nie skarżę się, nie szemrzę na Boskie wyroki, które mię tu przykuły w czterech ścianach, lecz jeśli to przymusowe więzienie odcięło mię od świata i wszystkich jego przyjemności, daje mi także prawo nie widzieć i nie wiedzieć wielu rzeczy.
Efri usłyszała nagle ruch fotela i mocne szarpnięcie dzwonka. Skoczyła z wielkiem przerażeniem, zbiegła ze schodków, wpadła do kuchenki, usiadła przed kominkiem, i drżąc cała w lęku przed jakiemiś widziadłami, zarzuciła fartuch na głowę.
Dzwonek odezwał się znowu raz, drugi, ale ona jakby zamarła. Usłyszała na schodach ciężkie kroki męża, ale zdawało jej się, że za cenę życia nie mogłaby poruszyć ani jednym palcem. Czuła, że Jeremjasz stanął przy niej. Nagle gwałtownym ruchem zerwał jej fartuch z głowy.
— Ach! — jęknęła zbudzona — taki straszny sen...
— Cóż u djabła! — zawołał — dzwonię dwadzieścia pięć razy! Czy nie wiesz, że czas na herbatę?
— Herbatę? — powtórzyła — ach, powiadam ci, Jeremjaszu, że tu dzieje się coś strasznego — mówiła prawie z płaczem. — Tam, pod ścianą, słyszałam...
— Szczury... woda... koty... — mówił Flintwinch, świecąc sobie koło ściany, obejmując spojrzeniem spaczoną podłogę i poczerniały sufit.
— Nie, nie! — zaprzeczyła Efri z przekonaniem. — Ktoś chodzi, słychać, jak ociera się o ścianę, a potem coś upada, aż wszystko drży dokoła. To duchy, strachy, dom zaczarowany. Czułam dotknięcie ręki.
— Słuchaj — przerwał jej Flintwinch. — Radzę ci, rób herbatę i zapomnij o strachach, bo jak ja dotknę cię ręką, to popamiętasz długo.
Pogróżka poskutkowała, Efri zajęła się skrzętnie herbatą, lecz nie zmieniła wcale przekonania. Uwierzyła najmocniej, że dom był zaczarowany, zamieszkany przez duchy, strachy, czy upiory, i żyła w ciągłej trwodze. W dzień drżała, rzucając dokoła niepewne spojrzenia, jakby się obawiała zobaczyć nagle coś strasznego, wieczorem nie wychodziła z pokoju inaczej, jak z głową zasłoniętą fartuchem.
Jeremjasz wzruszał na nią ramionami, pani Clennam mierzyła zimnem, pogardliwem prawie spojrzeniem, Efri zaś była wciąż jakgdyby we śnie, otoczona tajemniczemi zjawiskami, i sama tajemnicza, drżąca, wpółprzytomna.
Gdy usłyszała lekkie uderzenie młotka, biegła otworzyć, wiedząc, że to maleńka Dorrit, ale jeżeli w progu gabinetu ujrzała stojącego Jeremjasza, który gładził podbródek, była przekonana, że nagle jakiś piorun uderzy w nich wszystkich, albo zginą, porwani przez nieczyste siły.
Raz wieczorem, wezwana uderzeniem młotka, ujrzała przed sobą Artura.
— Dobrze, że cię widzę, Efri, i że jesteś sama, chciałbym cię o coś zapytać — przemówił do niej cicho, rozglądając się uważnie dokoła.
Ale Efri, jak obłąkana, odskoczyła od niego, ręce podnosząc do góry.
— Nic nie pytaj, nic nie mów! — zawołała. — Boję się, boję! boję! Boję się ludzi i boję się duchów. Nie wiem, czy śpię, czy żyję! Boję się — w tym strasznym domu!
I uciekła.
Rzeczywiście, podobne życie mogło ją doprowadzić do obłędu. Siedząc w kącie skurczona, w słabo oświetlonym pokoju, z natężonym słuchem na najlżejszy szelest, wpatrzona w mroczną przestrzeń zdawała się wywoływać wzrokiem jakieś widziadła, dla nikogo w tej chwili nieuchwytne.
Zwykle jednak siedziała cicho, nie zwracając na siebie uwagi, i tylko niekiedy zrywała się nagle, wybiegając z krzykiem na środek pokoju.
— Słyszysz! słyszysz ten szelest, Jeremjaszu? — powtarzała, drżąc całem ciałem.
Ale szelestu już nie było słychać, a Jeremjasz groził jej pięścią, obiecując w sposób dotkliwy przywrócić ją do przytomności.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.