Maleńka Dorrit/Część II/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV: MROKI I CIENIE.

Firma Doyce i Clennam napełniała Rozdarte Serce szumem maszyn, odgłosem uderzeń młota lub świszczącem tarciem żelaza. Warsztaty były pełne, a wspólnicy zbliżali się i rozumieli coraz lepiej.
Artur Clennam z zamiłowaniem badał tajemnice mechaniki i wynalazków, które pochłaniały umysł pana Doyce, Daniel Doyce nietylko szanował wspólnika, lecz darząc go zupełnem zaufaniem, dzielił z nim w wolnych chwilach myśli i uczucia, jak z przyjacielem, bratem.
Pomimo to jednakże Artur odczuł pustkę, jaką zniknięcie Emi spowodowało w jego cichem życiu. Teraz dopiero poznał ze zdziwieniem, ile miejsca w niem zajmowała ta drobna i niepozorna istotka. Odczuł to tem dotkliwiej, iż nie miał nadziei, aby się kiedykolwiek między nimi mógł zawiązać nowy stosunek. List Emi sprawił mu wielką przyjemność, lecz potwierdził to przekonanie: ona została taką, jaką była, lecz jej rodzina nie chce nic z przeszłości.
W niedzielę bardzo często sam lub ze wspólnikiem odwiedzał Twickenham, gdyż lubił to miejsce, i prosili go oto oboje państwo Meagles, wyjeżdżając do Rzymu dla zobaczenia się z córką. Niekiedy przychodził tutaj już w sobotę i zostawał do poniedziałku, odczuwając dobroczynny wpływ pięknej natury, łagodzący nawet bolesne wspomnienia.
Pani Tickit, miejscowa gospodyni, witała go zawsze ze szczerą radością, gdyż goście ci przynosili ze sobą trochę życia, i myślała potem o nich cały tydzień, oczekując nowej wizyty w niedzielę.
Ale razu pewnego staruszka wybiegła sama aż do furtki, żeby mu otworzyć i z tajemniczą miną oznajmiła:
— Mam panu coś powiedzieć.
— Cóż takiego?
Pani Tickit zamknęła drzwi pokoju i zbliżywszy się do Clennama, mówiła cicho, ze świecącemi oczyma.
— Widziałam Tatty.
— Gdzie?
— Tutaj. Wczoraj o zmroku. Siedziałam sobie w oknie i myślałam o różnych rzeczach... jak to bywało dawniej, choćby i w tym domu. Patrzą, ktoś, idąc szybko, stanął przy sztachetach i zagląda do ogrodu. Jeszcze nie mogłam wierzyć, aby to była ona. Chyba że mi się śniło. A nie spałam, może pan być przekonany. Zerwałam się i wybiegłam na ulicę... nie było jej już nigdzie... nigdzie. Czekałam potem długo... nie wróciła!
— Myślę, że już nie wróci — rzekł Artur. — To trudno.
— O państwoby się tak ucieszyli!
— Nic na to poradzić dzisiaj nie możemy. Ona nie chce.
Rzeczywiście zdawało mu się, że państwo Meagles dbali więcej o biedne dziecko, niż na to zasługiwało. Potem przyszła mu na myśl pani Wade. Dziwna, szczególna postać. Dlaczego jest taka? Nie wątpił, że to ona doprowadziła Tattycoram do ucieczki, lecz dlaczego? Co ją obchodzić mogła ta dziewczyna i co może dla niej uczynić?
Pod wpływem tej rozmowy nieraz zdawało mu się, że widzi Tattycoram na ulicy, zwracała jego uwagę każda młoda dziewczyna, przypominająca ją wzrostem i ruchem.
Spotkał ją istotnie w kilka dni po tej rozmowie. Szedł bulwarem nad rzeką, kiedy przeciął mu drogę długi szereg wozów, wiozących węgiel kamienny. Zatrzymał się, obejrzał dokoła, jak człowiek, rozbudzony z zamyślenia, i ujrzał ją tuż blisko. Szła z nieznajomym, wysokim mężczyzną, który wydał się Arturowi cudzoziemcem. Szereg wozów zatrzymał ich też w drodze.
Nieznajomy pochylił się do Tattycoram i coś mówił jej cicho, oglądając się od czasu do czasu, jakby się kogo obawiał. Artur zauważył, że miał błyszczące oczy, duży nos garbaty i wąsy, sterczące do góry.
Clennam postanowił iść za nimi zdaleka. Obcy zrobił na nim bardzo niemiłe wrażenie, cóż on może mieć wspólnego z Tattycoram?
Było już ciemno, dokoła latarni rysowały się mgliste kręgi, Artur szedł zwolna, nie tracąc ich z oczu.
Wtem trzecia osoba przyłączyła się do grupy. Była to pani Wade.
— To lepiej — szepnął Artur.
Pani Wade rozmawiała z cudzoziemcem, Tattycoram szła za nimi, postępowali zwolna, ale w przeciwną stronę, niż poprzednio. Tym sposobem musieli przejść koło Clennama, który nie chcąc być dostrzeżonym, cofnął się w zagłębienie pomiędzy domami.
Minęli go o parę kroków i widział bardzo dobrze wyniosłą i zimną twarz pani Wade, lisi uśmiech nieznajomego i spuszczoną na piersi główkę Tattycoram. Usłyszał także kilka słów rozmowy.
— Nie mam dzisiaj tej sumy, musisz pan czekać do jutra — powiedziała wzgardliwie pani Wade.
— Może późno wieczorem?...
— Powiedziałam, że jutro. Nie jestem obowiązana płacić dzisiaj. Zjawiłeś się pan niespodzianie.
— Gorliwe chęci.
— Dosyć. Henryko, powiedz panu, gdzie jutro otrzyma pieniądze.
I poszła naprzód, zaledwie skinąwszy mu głową.
Artur widział wyraźnie Tattycoram, rozmawiającą chwilę z cudzoziemcem i zdawało mu się, że czyta w jej ruchach jakgdyby wstręt i trwogę.
Wkrótce potem rozdzielili ich przechodnie, a zresztą — jaki cel śledzić ich dalej? Tattycoram nie wróci do swych opiekunów.
Spotkanie to jakiemś skojarzeniem pojęć nasunęło Arturowi na myśl dom rodzinny. Nie był tam od dni kilku i rzadko tam chodził, gdyż odczuwał, że bytność jego nie jest pożądana, a jemu rzuca posępny cień w duszę.
Dziwny dom i dziwne całe otoczenie, posępne, smutne, tajemnicze. Takie wrażenie cała ta dzielnica wywierała na niego od dzieciństwa, a życie nie rozproszyło go bynajmniej, Bo czyż nie kryły może okropnych tajemnic te wszystkie sklepy i domy handlowe, z wąskiemi, zakratowanemi oknami, w żelaznych szafach, księgach rachunkowych i posępnych, ciemnych komnatach?
Pogrążony w tych myślach, mimowoli prawie skierował się ku domowi, a im bardziej się zbliżał, tem mocniej odczuwał ten mrok chłodny, który ogarniał go tutaj. Na tle ciemności widział skamieniałą prawie, zimną i nieruchomą twarz matki, a gdzieś w mrocznej głębi bolesne oblicze umierającego na obczyźnie ojca i błagalne jego spojrzenie.
Było już koło dziewiątej wieczorem i z ulic, prowadzących do domu Clennama, wiała zupełna pustka. Dlatego też wyraźnie usłyszał Artur za sobą szybkie kroki, a gdy, chcąc puścić przechodnia przed siebie, cofnął się do muru na wąskim chodniku, ujrzał zbliżającą się postać człowieka, którego przed godziną widział obok Tattycoram.
Nie mógł się mylić, gdyż ubiór, ruchy i ostry profil twarzy wyróżniały go zupełnie z pośród tłumu. Musiał być cudzoziemcem i nie wzbudzał bynajmniej zaufania.
Zanim jednakże Artur zdał sobie z tego sprawę, nieznajomy minął go szybko i kroki jego znowu umilkły w oddali.
Nakoniec zarysował się przed nim dom matki, przypominający mu krzywym konturem Jeremjasza Flintwincha z przechyloną głową. Lecz jakież było jego zdziwienie, gdy znowu ujrzał tu nieznajomego. Obcy człowiek stał na ulicy i uważnie wpatrywał się w słabo oświetlone okna pokoju pani Clennam.
Widząc nadchodzącego Artura, poprawił teatralnym ruchem szeroki płaszcz, zarzucony na ramię jednym końcem, ujął młotek i zapukał do drzwi śmiało i energicznie.
Artur zbliżył się i stanął obok niego. Człowiek z garbatym nosem nucił włoską piosenkę, spojrzał na niego krzywo i wyzywająco, następnie ujął młotek i zapukał powtórnie.
— Pan bardzo niecierpliwy — zauważył Artur.
— To prawda, panie, do stu djabłów! niecierpliwość jest cechą mego charakteru.
Dźwięk łańcucha, który przezornie zakładano przed otworzeniem, zwrócił na drzwi uwagę obu mężczyzn. Przez uchyloną szparę ujrzeli panią Flintwinch ze świecą w ręku.
— Któż tam tak późno? A to pan, Arturze. Pan tak mocno nigdy nie stuka? O Boże! — zawołała, spostrzegając nagle drugiego. — On znowu!
— Tak, tak, najukochańsza pani Flintwinch, on sam i nikt inny! Otwórz drzwi z łaski swojej i pozwól mi uściskać przyjaciela mego, Flintwincha.
— Niema go w domu — broniła się Efri.
— To go sprowadź, zawołaj, jak tam chcesz, moja najdroższa! Powiedz mu, że go czeka najlepszy przyjaciel, Blandois, który tylko co przybył do Anglji. No, dalej, stara, żywo! Ja tymczasem pójdę na górę złożyć moje uszanowanie. Otwierajże do licha! Lady żyje? zdrowa?
Ku zdumieniu Artura Efri zdjęła łańcuch i nieznajomy wszedł bez ceremonji, zostawiając za sobą Artura.
— Teraz idź, powiedz lady, że tu jestem, i biegaj po Flintwincha — rozkazywał obcy, zdejmując płaszcz i głośno stąpając po kamiennej posadzce.
— Kto to jest, Efri? — odezwał się surowo Artur, ruchem głowy wskazując przybyłego.
— Kto to jest, Efri? — powtórzył cudzoziemiec, ruchem głowy przez ramię wskazując Artura.
W tej chwili z góry dał się słyszeć donośny głos pani Clennam.
— Efri! Niech tu wejdą obaj. Arturze, chodź natychmiast!
— Artur? — powtórzył obcy. — Syn lady z góry? Moje uszanowanie.
I zdejmując kapelusz, schylił się w niskim ukłonie.
Artur skierował się prosto na schody, jakby nie zauważył tego powitania. Blandois szedł tuż za nim. Efri pobiegła po męża.
Pani Clennam sztywno skinęła głową wchodzącym, lecz choć Artur nie był obecny przy pierwszem spotkaniu z Blandois i tem samem nie mógł ocenić różnicy w zachowaniu się matki, zauważył w niej jednak pewną zmianę, coś jakgdyby niepokój, jakby chęć pozostania sam na sam z przybyszem i złagodzenia niezbyt ukrywanej jego niecierpliwości. Z pozoru wprawdzie była to ta sama kamienna pani Clennam, ale drobne nerwowe jej ruchy miały dla Artura wymowne znaczenie.
— Pani — rzekł Blandois po pierwszych słowach powitania — racz mię przedstawić synowi. Widzę, iż ma zamiar poskarżyć się na mnie, muszę jednak powiedzieć pierwszy, że zarzucam mu brak grzeczności.
— Panie — żywo odparł Artur — nie wiem, kto jesteś i po coś tu przyszedł, ale gdybym był gospodarzem tego domu, prosiłbym cię, abyś go natychmiast opuścił.
— Na szczęście, nie jesteś tutaj gospodarzem — powiedziała surowo pani Clennam, nie patrząc na syna. — Nie jesteś tutaj gospodarzem.
— Nie roszczę tego prawa, matko. Jednak postępowanie tego gentlemana tak dalece wydaje mi się niewłaściwem, iż prosiłbym go, żeby stąd wyszedł przez wzgląd na ciebie, matko.
— Radzi tam sobie zawsze w życiu sama i nie wzywałabym twojej pomocy do załatwienia się z panem Blandois.
Obcy roześmiał się głośno, uderzając ręką w kolano.
— Nie masz żadnego prawa — mówiła dalej pani Clennam swym suchym, stanowczym tonem — ganić postępowania cudzoziemca, ponieważ się różni od twego. Bardzo być może, że panu Blandois twoje postępowanie w równym stopniu wydaje się niewłaściwem.
— Bardzo być może — rzekł spokojnie Artur.
— Pan Blandois — zaczęła znowu pani Clennam — został nam polecony przez jednego z naszych korespondentów w Paryżu, i jakkolwiek nie miał dotąd sposobności powiedzieć mi o celu swych odwiedzin, nie mogę wątpić, że chodzi o sprawy pieniężne, których załatwienie jest naszym prostym obowiązkiem. Pan Blandois w tym domu nie jest obcym. Podczas ostatniej bytności poznał się bliżej z Flintwinchem i spędzili noc całą na przyjacielskiej pogawędce. Dlatego uważam za słuszne wyrazić panu Blandois ubolewanie z powodu zachowania się twego, Arturze. Nic innego zrobić nie mogę, jak przeprosić go za ciebie.
W tej chwili ciężkie kroki dały się słyszeć na schodach, drzwi skrzypnęły i wszedł Flintwinch.
Blandois wstał z okrzykiem i pośpieszył naprzeciw niemu.
— Jak się masz, przyjacielu! — wołał, otwierając szeroko ramiona — Cudnie kwitniesz! Jak wiosna! Cóż, słodki chłopczyku, świat różowy, nieprawdaż? Musiałeś oczekiwać na mnie niecierpliwie?
— Domyślałem się, że przyjdziesz na wino — odparł spokojnie Flintwinch.
— Ach, ty kpiarzu! he, he, he! — zaśmiał się Blandois i, trzepnąwszy Jeremjasza po ramieniu, zaczął go obracać wkółko, aż mu się końce chustki przekręciły z boku na tył szyi.
Artur w milczeniu patrzył na tę scenę, gdyż zdziwienie i oburzenie w połączeniu z jakimś pełnym podejrzeń lękiem głos mu zatamowały. Spojrzał na matkę i spotkał jej oczy, z dziwnym wyrazem utkwione w Blandois, który zmieszał się pod tym wzrokiem i nie wiedział, co z sobą zrobić.
W pokoju zapanowało milczenie.
— Bądź łaskaw, Arturze, zostaw nas i pozwól zająć się interesami — odezwała się wreszcie pani Clennam suchym lodowatym tonem.
— Będzie mi bardzo przykro odejść, matko.
— Czy przykro czy przyjemnie, proszę cię, żebyś mię zostawił samą, przyjdź kiedyindziej, jeżeli uważasz za swój obowiązek spędzić tu nudną godzinę. Dobranoc.
Podała mu rękę obandażowaną, której dotknął ostrożnie, pochylił się następnie nad jej krzesłem i jak, zwykle, złożył lekki pocałunek na jej zimnej i gładkiej twarzy. Zauważył przytem, że wzrok pani Clennam był utkwiony w Blandois, a ten wykrzywił usta pogardliwie i w szczególny sposób psztyknął wielkim palcem.
— Panie Flintwinch — zwrócił się teraz do starca — z niechęcią i oburzeniem zostawiam w domu matki pańskiego przyjaciela.
Blandois znowu psztyknął pogardliwie.
— Dobranoc, matko.
— Miałem przyjaciela, mój przezacny Flintwinch — odezwał się Blandois, stając plecami do ognia i mówiąc głośno, aby go usłyszał Artur we drzwiach — miałem przyjaciela, który tyle historyj słyszał o tej dzielnicy w Londynie, że nigdyby tu nie został sam wieczorem z ludźmi, mającymi interes pozbycia się go raz na zawsze! Nie zostałby sam nawet w tak szanownym domu jak ten, mości Flintwinch. Chyba, że czułby się fizycznie silniejszym od swego otoczenia. To był tchórz, panie Flintwinch, nieprawdaż?
— Tak sądzę — odparł Jeremjasz.
— I ja także. W każdym razie, mój przyjacielu, nie byłby został z nimi, chyba gdyby wiedział, że nie mają władzy zrobić go na zawsze niemym. Dlatego nie wypiłby z ich ręki szklanki wody, nawet w tak szanownym domu jak ten, panie Flintwinch, o ileby jej przedtem ktoś z obecnych nie skosztował.
Mówiąc to, Blandois rzucał spojrzenia ku drzwiom, jakby chciał się upewnić, że ma świadka swoich przypuszczeń. Ąrtur jednakże milczał. Spojrzał tylko raz jeszcze na kamienną, nieporuszoną twarz matki i odszedł z walką najsprzeczniejszych uczuć.
— Na Boga, Efri, co się tutaj dzieje? — zapytał cicho drżącym głosem Efri, która odprowadzała go na dół ze świecą.
Lecz Efri miała oczy obłąkane, zarzuciła fartuch na głowę i bełkotała prawie nieprzytomna.
— Nie pytaj mię, Arturze, o nic mię nie pytaj! Ja nic nie wiem. Chodzę jak we śnie i nic nie rozumiem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.