Maleńka Dorrit/Część II/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ III: NOWE ŻYCIE I NOWI LUDZIE.

Już około miesiąca rodzina Dorrit bawiła w Wenecji, gdy pan Dorrit zdecydował się rozmówić z wychowawczynią swych córek o Emi. Jej odsuwanie się od towarzystwa, odrębny sposób życia od innych członków rodziny, nawet wyraz twarzy drażnił go i męczył. Czyż mógł pozwolić, aby tak zostało nadal? Byłby może wcześniej poruszył tę sprawę, lecz stosunki z markizami i hrabiami zabierały mu tyle czasu, że nie mógł znaleźć odpowiedniej chwili. Obawiał się także prawie mimowoli, że rozmowa może potrącić o drażliwe dla niego kwestje, więc odkładał ją chętnie. Lecz wyczerpała się jego cierpliwość.
Uprzejmie zaproszona dystyngowana dama stawiła się niezwłocznie na wezwanie.
Umieściwszy ją najwygodniej na fotelu, pan Dorrit przystąpił do rzeczy.
— Ośmieliłem się prosić panią — rzekł z rozmysłem — ponieważ młodsza córka niepokoi mię, muszę powiedzieć. Czy pani zauważyła różnicę usposobienia pomiędzy siostrami?
— O tak — odparła dama, gładząc delikatnie swoje rękawiczki. — Fanny ma wolę i silny charakter, zrobi, co zechce i zawsze na swojem postawi. Emi tego brakuje.
Pan Dorrit był zdziwiony: takiej odpowiedzi nie spodziewał się pomimo wszystko. Nasunęła mu ona wiele wspomnień, ale — odpowiedział spokojnie.
— Hm, pani ma słuszność. Więc moja starsza córka...
— Nie chciałam powiedzieć przez to, że już nie potrzebuje kierunku — poprawiła się madame General roztropnie — przeciwnie, duże ma braki, jest zanadto śmiała, zbyt otwarcie wypowiada swoje zdanie, lecz w każdym razie widzę w niej dobry materiał.
— Moje córki — zaczął pan Dorrit z namysłem — wcześnie straciły matkę, nie posiadałem wtedy wielkiego majątku i przez czas dłuższy byliśmy zmuszeni prowadzić życie skromne i odosobnione. Emi była mojem ulubionem dzieckiem, a dzisiaj... hm... jest przyczyną niepokoju. Nie chce z nami bywać, towarzystwo ją onieśmiela, słowem, różni się od nas wszystkich tak widocznie, że... hm... postanowiłem poradzić się pani, w jaki sposób możnaby wpłynąć na nią.
— Pracuję nad tem dawno — odparła pani General z godnością — rozmawiałam z nią o tem nieraz. Emi mówi, że wszystko zanadto ją dziwi, że nie może przywyknąć do nowego życia. Tłumaczyłam jej wprawdzie, że miss dobrze wychowana niczemu się dziwić nie może, nie powinna, ale chociaż moje uwagi przyjmuje spokojniej, niż Fanny, pozostaje zawsze przy swojem. Dlatego zdaje mi się, że pan sam powinien o tem pomówić z Emi.
— W takim razie każę ją zaraz poprosić.
Wezwana przez kamerdynera Emi stawiła się wkrótce.
— Proszę cię, usiądź, Emi — uprzejmie rzekł pan Dorrit. — Mówiliśmy właśnie o tobie. Widzimy oboje, że nie możesz dotąd przywyknąć do naszego życia. Co to znaczy?
Emi pobladła, nie mogła zaraz odpowiedzieć.
— Zdaje mi się, ojcze — rzekła nakoniec cicho — że potrzebuję jeszcze trochę czasu.
— Lepiej powiedzieć: papo — odezwała się madame General. — Wyraz „ojciec“ jest pospolity, a słowo „papa“ daje miły układ ustom. Papa, pierścień, perły — to są wyrazy, które młoda osoba powinna powtarzać, wchodząc pomiędzy ludzi.
— Widzisz, moje dziecko... hm... trzeba korzystać z rad waszej opiekunki. Mówisz, że potrzebujesz trochę czasu. Na co?
— Żeby przywyknąć do nowego życia — odpowiedziała cicho po chwili milczenia.
— Dziwne żądanie, Emi — mówił ojciec — Fanny dała dowód, że nie jest to trudne, jeżeli będziesz chciała. Byłaś zawsze mojem ulubionem dzieckiem. Dlaczego dzisiaj stajesz się moją zgryzotą?
— Ojcze! papo! ja się poprawię — błagała, podnosząc na niego serdeczne spojrzenie. — Postaram się zastosować do twojej woli.
— W takim razie — zauważyła pani General — przypominam, że zwracałam nieraz uwagę, iż nie należy patrzeć tak na przechodzących. Miss dobrze wychowana nie widzi ludzi nieznajomych.
Wstała majestatycznie, ukłoniła się i wyszła, pozostawiając ojcu dalszy ciąg rozmowy.
Na twarzy Emi odbiło się żywe wzruszenie. Tak dawno nie widziała się z ojcem sam na sam, tak dawno nie rozmawiała z nim, jak niegdyś — gdyby teraz przytulić się do jego piersi...
Ale jedno spojrzenie na twarz ojca wystarczyło, aby ją onieśmielić. To byłoby dla niego przypomnieniem przeszłości, o której chciał zapomnieć wszelkiemi siłami. Ona go rozumiała. Kilka miesięcy swobody nie zdołało rozproszyć posępnego cienia, który prawie ćwierć wieku utrwalały posępne mury. Choć jej nie mówił o tem, ona rozumiała. W niej drażniło go dzisiaj to, że zapomnieć nie mogła. A więc była złą córką — teraz to pojęła. Poznała swój obowiązek względem ojca i postanowiła spełnić go jak zawsze: gorliwie, szczerze, z zaparciem się siebie.
— Przebacz, ojcze — prosiła — jestem winna.
— Tak — potwierdził, nie patrząc na nią — jesteś winna. Jest okres w mojem życiu... długi okres... który pragnę... muszę wygładzić z pamięci... A ty jedna, ty jedna stoisz przede mną ciągle... niby to przypomnienie...
— Ojcze, nie mów o tem — rzekła maleńka Dorrit, przysuwając się szybko i kładąc delikatnie maleńką rączkę swoją na drżącej dłoni starca. — Nie mów o tem i... i... uwierz swojej Emi, że... będzie się starała... Będę się starała, ojcze!
Z piersi pana Dorrit wyrwało się łkanie i Emi przytuliła się do niego.
Było to tak, jak dawniej, a jednak stali chwilę nieruchomo. Emi doznała rozkoszy i ulgi, mając znowu przy sercu najdroższego ojca. Pan Dorrit uspokajał się zwolna.
Odzyskał panowanie nad sobą i oznajmił, że musi się przebrać, gdyż nadchodzi godzina południowego śniadania.
Wkrótce znaleźli się wszyscy przy stole. Fanny trochę pobladła od bezsennych nocy i bezustannych zabaw i rozrywek, Edward miał także podsiniałe oczy i wyraz twarzy zmęczony. Żył on w gronie złotej młodzieży, sypiąc hojnie złotem, a ponieważ znał się na koniach i bilardzie, uchodził za młodzieńca z wychowaniem.
Stryj Fryderyk, jak zawsze, przyszedł z głową zwieszoną, jakby nie chciał wiedzieć, co się koło niego dzieje, W ostatnich czasach znalazł upodobanie i spędzał całe godziny w różnych galerjach obrazów, z nadzwyczajną uwagą przypatrując się starym portretom. Od pewnego czasu Emi bardzo często towarzyszyła mu w tych wycieczkach i to przejmowało go niezmierną dumą i sprawiało wielką przyjemność. Opiekował się bratanicą z galanterją starego gentlemana, nawet podnosił głowę, kiedy szła u jego boku.
Pod koniec śniadania stryj mimochodem wspomniał, że spotkali wczoraj tych państwa, którzy nocowali w klasztorze św. Bernarda.
— Tak? — zwróciła się Fanny do siostry podejrzliwie. — Dlaczegóż robisz z tego tajemnicę? Gdyby się stryj nie wygadał...
— Droga miss — odezwała się pani General — to jest bardzo niewłaściwe, gminne wyrażenie. Należało powiedzieć: gdyby stryj nie wspomniał.
— Bardzo jestem pani obowiązana za uwagę, madame General — odparła Fanny, — lecz wolę swoje wyrażenie.
Zwykle odpowiadała pani General w ten sposób, choć w pamięci notowała sobie jej uwagi i korzystała z nich przy sposobności.
— Dlaczego tak myślisz, Fanny? — odezwała się łagodnie maleńka Dorrit. — Wiesz dobrze, że nie widziałam się z tobą od wczoraj. Właśnie zamierzałam powiedzieć, że chciałabym się poznać z panią Gowan, jeżeli ojciec nie ma nic przeciwko temu.
Ostatnie słowa były zapytaniem. Pan Dorrit spojrzał na madame General.
Pani General nie mogła mieć zdania, wyraziła się tylko, iż zależy to od stosunków i towarzystwa, w jakiem ci państwo się obracają.
Pan Dorrit był pochmurny: widział w nich niteczkę, łączącą go z przeszłością za pośrednictwem Clennama. Wtem odezwał się Edward.
— Mnie chyba nie posądzicie o stronniczość, zwłaszcza względem tego gbura, jej męża, ale muszę powiedzieć, że ci Gowanowie mają stosunki z pierwszorzędnemi osobami z towarzystwa. Słyszeliście zapewne o znakomitym Merdlu, którego zna świat cały?
— O wielkim Merdlu! — zawołała madame General.
— Tak, o wielkim bankierze. Jego żona jest w przyjaźni z panią Gowan, i wiem, że tam bywają.
— Skądże ty wiesz to wszystko? — zapytał pan Dorrit zdziwiony.
— Bardzo łatwo to zrozumiecie: pani Merdle, to jest ta dama, która zajęła nasz pokój, pamiętacie, tam...
— W Martigny — podpowiedziała Fanny, wachlując się szybko, aby ukryć rumieniec.
— Pani Merdle? — spytał pan Dorrit. — A mówiłeś mi przecież, że ten młody człowiek, z którym rozmawiałeś, nazywa się Sparkler?
— Tak, bo jest jej synem z pierwszego małżeństwa. Pani Merdle jest teraz w Rzymie, gdzie zapewne i my się z nią poznamy. Sparkler przyjechał tutaj i wczoraj bawiliśmy się razem. Trochę nudny, bo zakochał się po uszy w pewnej młodej lady...
Przestał mówić i patrzył przez szkiełko na Fanny.
— W takim razie — odezwała się pani General z naciskiem — stosunek z panią Gowan, naturalnie, uważam za niezmiernie pożądany.
Emi była zadowolona, — liczyła, że potrafi zbliżyć się z Pieszczotką i już przez to samo nie będzie raziła ojca swojem odosobnieniem. Chciała wybrać się sama z tą wizytą, lecz Fanny oświadczyła, że ma zamiar jej towarzyszyć, i nie mogła tego uniknąć.
Wsiadły więc obie do pysznej gondoli. Długo przesuwając się po splątanej sieci kanałów, dopłynęły nakoniec do małej wysepki, położonej od środka miasta dość daleko, i stanęły przed domem o posępnej powierzchowności.
Podobny do rozbójnika odźwierny wskazał obu siostrom mieszkanie na piętrze, gdzie w obszernym pokoju siedziała pani Gowan przy oknie z jakiemś szyciem.
Powitała gości z pewną nieśmiałością, choć Fanny wprost zasypała ją grzecznościami, oświadczając ukłony i pozdrowienia od ojca, który mimo najlepszych chęci nie mógł dziś przybyć z niemi.
— Bardzo cieszymy się wszyscy, że państwo żyją z Merdlami — mówiła — mam nadzieję, że będziemy się tam spotykali.
— To stosunek męża — powiedziała Mini — nie miałam dotąd przyjemności poznać pani Merdle. Mamy być u niej w Rzymie. Pani zna ją bliżej?
— Któż w Londynie się nie zna? — rzekła Fanny z całą swobodą. — Potem spotkaliśmy się w drodze, w Szwajcarji, przypadkiem, gdy pani Merdle zajęła chwilowo wynajęte przez nas pokoje. Naturalnie, skoro się rzecz wyjaśniła, powiedzieliśmy sobie: do widzenia!
Maleńka Dorrit nie miała dotąd sposobności wtrącić się do rozmowy, pomimo to rozmawiały z panią Gowan wzrokiem i obie były pewne, że się rozumieją.
— Pani nie chorowała już po tym wypadku? — spytała wreszcie Emi.
— Jestem zupełnie zdrowa — odparła młoda kobieta z uśmiechem, — ale dziękuję pani za troskliwość. Czy pani wie, że często rozmawiamy z mężem o pani i... bardzoby się gniewał, gdybym mu nie powiedziała, że panie są u mnie. Jeśli panie wybaczą nieporządek, jaki znajdziemy w malarskiej pracowni, to możemy tam zajrzeć.
Pytanie było zwrócone do Fanny, która natychmiast wyraziła chęć poznania pracowni pana Gowana.
Pierwszy przedmiot, jaki tu zdziwił obie siostry, był stojący na podwyższeniu pan Blandois w szerokim kapeluszu i bandyckim płaszczu, zarzuconym na ramię. Wyglądał w tej pozie tak charakterystycznie, że Emi z przykrym dreszczem zatrzymała się na progu.
Blandois głęboko skłonił się przed wchodzącemi.
— Przepraszam najpokorniej, lecz nie wolno mi się poruszyć — przemówił.
— Proszę uprzejmie — witał gości Gowan — przepraszam za malarski nieład. To mój model. Proszę nie ruszać się z miejsca. Mam nadzieję, że panie, patrząc na żywy oryginał, łatwiej zrozumieją treść mego obrazu, który chcę podpisać jednem słowem: Bravo. A widz niech odgaduje, czy to prosty rozbójnik, czyhający na ofiarę, lub triumfujący, że się pozbył wroga, czy mściciel, ściskający sztylet w dłoni.
Blandois zaśmiał się nerwowym śmiechem, jego niepewne oczy obiegły całe towarzystwo i przez chwilę zatrzymały się na maleńkiej Dorrit, która zadrżała nagle pod tym wzrokiem.
— Niech się pani nie lęka. Lew nie kąsa — odezwał się łagodnie Gowan, który zauważył jej lekkie wstrząśnienie, lecz sądził, że przyczyną jest wielki pies, stojący przy niej.
— Ja się go nie obawiam — odpowiedziała żywo — lecz proszę, niech pan spojrzy.
W tej chwili Gowan rzucił pędzel i paletę i obu rękami ujął psa mocno za obrożę.
— Poco go drażnisz, Blandois! — zawołał. — Doczekasz się, że cię rozerwie w kawałki. Leżeć, Lew! Leżeć! Kusz!
Lecz pies szarpał się tak gwałtownie, nie zwracając uwagi na rozkazy, iż stało się widocznem, że wyrwie się lada chwila i skoczy na wroga.
— Nie drażniłem go — zapewniał Blandois, blady i wystraszony.
— Uciekaj! — krzyknął Gowan. — Nie utrzymam! Coś mu zrobił, u djabła? Uciekaj, bo cię zdusi.
Blandois już nie było.
Pies gwałtownie rzucił się do drzwi z ujadaniem, lecz Gowan powalił go uderzeniem w głowę i kopnął parę razy.
— Leżeć, bo cię zastrzelę — krzyknął groźnie.
Pies, warcząc, położył się w kącie pracowni i patrzył dzikim wzrokiem.
— Nie obawiaj się, Mini — zwrócił się malarz do żony — wiesz przecie, że Lew jest łagodny. Tylko niecierpi Blandois. Psy miewają takie swoje antypatje. Chociaż pierwszy raz dzisiaj był tak wściekły.
Było to usprawiedliwienie dla wszystkich. Lew zrozumiał też, widać, o co chodzi, i zawstydzony przyczołgał się do swojej pani, ocierając się pokornie o nogi.
Po tem niemiłem zajściu nikt nie miał chęci do rozmowy, nawet Fanny straciła humor. Po kilku więc grzecznościach i frazesach, w których nie było treści, obie panny pożegnały swych nowych znajomych. Gowan odprowadził je aż do gondoli, gdzie ujrzeli Blandois, jeszcze bladego ze strachu, czy gniewu.
Po wymianie nowych grzeczności panny znalazły się wreszcie w gondoli i płynęły spokojnie wśród sieci kanałów. Wkrótce jednak Emi zdziwiona spostrzegła, że Fanny przybiera jakieś dziwne pozy, i dopiero wówczas zwróciła uwagę na młodzieńca, który od pewnego czasu płynął obok lub tuż za niemi, nie odwracając oczu od jej siostry.
— Któż to? — spytała cicho.
— Ten gapa? nie poznajesz? — wzruszyła ramionami, a ponieważ wzrok Emi mówił jej wyraźnie, że nic nie rozumie, dodała z pogardliwą minką. — Młody Sparkler. Widziałaś go przecie w Martigny.
— Pocóż on płynie z nami?
— Ach, dzieciaku! — zaśmiała się starsza miss Dorrit — zdaje się, że tych rzeczy nigdy nie zrozumiesz; a ja nie mam ochoty ci tłumaczyć, więc jeżeliś ciekawa, zapytaj Edwarda. Zdaje mi się, że Sparkler zrobił go swoim powiernikiem. Choć zresztą cała Wenecja dziś mówi o tej jego miłości!
— Czy myślisz, Fanny, że on złoży nam wizytę?
— Bardzo się dziwię, że jej nie złożył dotychczas. Widocznie brakowało mu odwagi. Ale to nas nie minie, bądź spokojna.
— I cóż ty zrobisz, Fanny?
Starsza siostra ruszyła ramionami.
— Zobaczymy — odparła. — Nie jestem dziś zdecydowana. Lecz mam wielką ochotę dojść do tego, ażeby w obecności jego matki podarować swojej pokojówce bransoletkę i kostjum dziesięć razy większej wartości od tego, który ona ofiarowała niegdyś biednej dziewczynie za to, że odrzuciła małżeństwo z tym głupcem.
Zbliżali się do domu i Emi ujrzała gondolę Sparklera, stojącą u podjazdu do pałacu, który zajmowali Dorritowie.
Młody człowiek przedstawił się głowie rodziny, jako znajomy z oberży w Martigny, złożył uszanowanie od „mamy“ i był tak onieśmielony dostojnością Wiljama Dorrit, że pozyskał zupełnie jego względy i został zaproszony na obiad.
Przy obiedzie rozmawiano o Gowanach i pan Dorrit postanowił prosić młodego artystę o portrety całej rodziny. Fanny popierała ten zamiar bardzo żywo.
Wieczór spędzono wraz ze Sparklerem w teatrze, ale przy wyjściu Emi doznała przykrego wrażenia, gdyż Blandois oczekiwał na nich ze zwykłą uprzejmością, ażeby odprowadzić damy do gondoli.
Idąc obok, zaczął o stracie, jaką poniósł pan Gowan.
— Strata? — spytała Fanny ze zdziwieniem.
— Tak, zdechł mu pies ulubiony, którego panie widziały.
— Lew — szepnęła ze współczuciem maleńka Dorrit.
— Zdaje się, że otruty — dodał Blandois niedbale.
Emi zadrżała i spuściła oczy. Nie śmiała się zapytać nawet w myśli, kto mógł biednego psa otruć.
Zbliżenie z towarzystwem, którego dotąd unikała, nasunęło Emi dziwne porównanie. Im częściej widywała tych ludzi, tak strojnych, rozmawiających głównie o rozrywkach, powtarzających zdania bez istotnej treści, tem podobniejszemi wydawali się jej do — śmietanki więźniów w Marshalsea. Nie rozumiała wcale, dlaczego jej się tak wydaje, a nie mogła się pozbyć tych spostrzeżeń.
Lubiła tylko odwiedzać panią Gowan, o ile mogły porozmawiać same, czemu najczęściej przeszkadzał Blandois. Obie czuły wstręt do niego, obie go podejrzewały o rzeczy brzydkie, a może okropne, choć on okazywał im szczególne względy, jakby się starał związać je ze swoją osobą w jakimś nieznanym, tajemniczym celu.
To samo powtórzyło się i w Rzymie, dokąd cała rodzina przyjechała po kilku tygodniach i gdzie zaraz zawiązał się bardzo uprzejmy towarzyski stosunek z panią Merdle.
Maleńka Dorrit nie mogła nigdy wyjść z podziwu, słuchając jej rozmowy z Fanny. Nie, ona nigdy w życiu nie umiałaby mówić tak swobodnie ani o miłem poznaniu się w Martigny, ani o trwających całe lata podróżach. Spuszczała wtedy oczy i tłumiła westchnienie.
Lecz ojciec był zadowolony, że nie usuwa się od towarzystwa, i to ją pocieszało. Nie myślała o sobie i swoich przyjemnościach, jak nie myślała dawniej o zniszczonych sukniach i podartem obuwiu. Żyła znów dla rodziny i spełniała bez oporu jej życzenia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.