Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom III/PM część I/4

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


4.
Matka Major.

— Dzień dobry, Marcinku, — słodziutkim głosem rzekł la Levrasse podchodząc ku mnie i sądząc zapewne że śpię, bom leżał na brzuchu, a twarz w obu dłoniach ukryłem, dodał:
Śpi widzę jak myszka.
I lekko mną wstrząsnął; podniosłem się zalany łzami, i błagalnie załamawszy ręce zawołałem:
— Pozwólcie mi odejść stąd i wrócić do mojego pana.
— Jakto? Marcinku? ty chcesz wrócić? — kwaśno-słodkim głosem rzekł la Lerrasse.
— Nie chcę tu zostać!
La Levrasse głośnym wybuchnął śmiechem.
— Ah! ah! ah! chcesz wrócić do Limousina, aby cię za uszy przybił do drzwi, nieprawdaż?
— Wolę raczéj umrzéć u mojego pana, aniżeli tutaj.
I wyskoczywszy z łóżka gdziem klęczał i błagał, rzuciłem się ku otwartym drzwiom; ale la Levrasse schwytał mię na progu i odprowadził do łóżka, mówiąc:
— Bądźże grzeczny, Marcinku... Chcesz uciec... i wrócić do twojego pana? szalonyś...któż ci wskaże drogę? nikt; w lasach które przebyliśmy nikt nie mieszka; jeszcze więc tego wieczora marzłbyś podobnie jak wczoraj, alboby cię wilcy pożarli. A wreszcie... groźnie dodał la Levrasse, — ja nie chcę abyś się ztąd oddalał. Bądź spokojny, drzwi tu dobre, a mury dość wysokie; kiedy opuszczę ten dom i ty pójdziesz ze mną — i znowu słodziutkim głosem dokończył, — sam obaczysz że będziesz kontent, mój Marcinku.
Widząc się zupełnie pod władzą la Levrassa, nie usiłowałem ani rozczulić go moim losem, ani zmienić jego postanowienia; ale padłem znowu na posłanie i powtórzyłem bolesne wyrazy, które zawsze malowały najwyższą rozpacz moję:
— Nie mam ani ojca ani matki; któż się nade mną zlituje!
— Co ty znowu mówisz Marcinku? że nie masz ani ojca ani matki? ależ ja będę twoim ojcem, ja ci dam matkę, — z szyderczym uśmiechem dodał la Levrasse, o! matkę, jakiéj pewno nigdy nie miałeś.
I czystym, piskliwym głosem zawołał, postępując nieco ku drzwiom:
— Héj! matko Major...
— Kończę kołysać Bambocha, odrzekł grzmiący głos który zdawał się wychodzić z podziemi, a wychodził istotnie z piwnicy, do któréj ta kobiéta zawlokła dziecko.
Zrozumiałem znaczenie wyrazów: kołyszę Bambocha. La Levrassc dodał:
— Hę... jaka to poczciwa matka? Czy słyszysz? jakto ona kołysze swoje ukochane dzieciątka; takto i ciebie kołysać będzie, Marcinku.
— O! tak... tak, bardzo wierzę, — drżąc szepnąłem.
— Pójdżno tu stara; tylko prędzéj, — powtórzył la Levrasse.
— Zaraz przecię! do pioruna! zaraz idę, odpowiedziała matka Major, tak, że się aż szyby zatrzęsły.
W kilka chwil późniéj, matka Major weszła do izby.
Byłato kobieta trzydziesto-sześcio letnia, blizko sześć stóp wzrostu mająca: jéj ogromna tusza, górne usta ocienione czarnym wąsem, męzkie kształty, głos gruby i chrypliwy, fizyonomia odrażająca i zuchwała, nakoniec postać olbrzymia, najdziwaczniejszą stanowiły sprzeczność z postacią la Levrassa.
Późniéj widziałem jak, podczas swych komicznych popisów, ta para korzystać umiała z kaprysu przyrody, która tego mężczyznę obdarzyła niezarosłą twarzą i czystym kobiécym głosem, tę zaś kobiétę, wąsem i silnym głosem mężczyzny. La Levrasse do rzędu rozmaitych a mniéj lub więcéj ryzykownych rzemiosł swoich, liczył także koczujące kuglarstwo; był to jego ulubiony zawód; jeżeli zaś go zaprzestawał, a mianowicie w zimie, i zamieniał na zawód handlarza lub wędrującego czarownika, czynił to naprzód z przyczyny że widowiska pod gołém niebem jedynie podczas pięknéj pory roku są możliwe i korzystne, a powtóre z powodu że skład jego trupy często się rozprzęgał.
Mówiąc o rozmaitych rzemiosłach la Levrassa, wspomniéć winienem o rzemiośle nabywcy włosów z piérwszej ręki, co zresztą wyjaśniało zapasy wiszące u sufitu mojéj izby.
Tak jest, la Levrasse należał także do rzędu przemysłowców, którzy w czasie najzimniejszéj pory roku, kiedy zarobek rzadki i szczupły, a nędza najtrudniejsza do zniesienia, przebiegają najuboższe prowincye Francyi, i za piętnaście lub dwadzieścia su, kupują od ubogich dziewcząt ich piękne jedwabiste warkocze, jedyną ozdobę tych nieszczęśliwych.
Towarzyszka la Levrassa, kolosalna matka Major, tak zwana z powodu postawy i powierzchowności, podobną była do tambor-mażora; podczas publicznych przedstawień odgrywała rolę kobiéty olbrzyma; jak istny Alcyd żeński, wygięta w łuk, oparta na rękach i nogach, z głową w tył odwróconą. wybierała w szanowném zgromadzeniu trzech najsilniejszych ludzi, prosząc aby uczynili jéj tę przyjemność i podeptali nieco jéj żołądek, co ona znosiła nieugiąwszy się nawet ani na chwilę. Następnie przechodząc do innych ćwiczeń, wyzywała do walki na pałasze najpierwszych fechtmistrzów wojskowych; zębami podnosiła ogromne ciężary, i t. p.
Kiedy matka Major weszła do mojéj izby, miała na sobie ubiór do pracy, rozkazując bowiem Bambochowi aby się wygiął w obręcz (tojest aby stojąc cały korpus w tył odrzucił i głową prawie pięt dotykał) powtarzała z nim ćwiczenia.
Ubiór olbrzymki składał się z podartych, w wielu miejscach posztukowanych trykotów niegdyś pomarańczowego koloru, herkulesowe jéj uda i kolana sękate nakształt narośli na dębie, doskonale się w tym ubiorze rysowały; rodzaj krótkiéj tuniki, zrobiona z czarnawéj i zatłuszczonéj spódnicy ściskał jéj biodra, a zaś stary różowy szal, zamiast szarfy na potwornéj piersi przewieszony, na grzbiecie był związany. Nakoniec dla uzupełnienia męzkiej postaci, jéj czarne, gęste i ostre jak trzcina włosy, krótko à la Titus obcięte były.
Tak wyglądała matka Major gdym ją po raz piérwszy ujrzał, trzymającą w ręku straszną o kilku rzemykach dyscyplinę.
— Pójdź-że matko Major; powiedział la Levrasse do olbrzymki: — oto mały Marcinek który nie ma matki a miéć ją pragnie... Wszak będziesz jego matką?
— Tak, trochę... grubym głosem odparła matka Major.
I zbliżywszy się do mnie wzięła mię na rękę jakby jakie niemowlę w pieluchach, postawiła przy oknie, i zaczęła odbywać rewizyę.
— Muszę przecież przypatrzyć się temu nowemu malcowi, — rzekła. — No, synku, nos do góry, niechże cię obejrzę.
— Ładniutki! jak się ułoży, to będzie zwinny jak wiewiórka. A te ramiona... te uda? Obaczmy... czy giętkie... Dobrze, dobrze, to skruszeje... to się rozejdzie.
To mówiąc, matka Major we wszystkich kierunkach wyciągała mi ręce i nogi, tak że w stawach trzeszczały; to mi sprawiało ból okropny, wrzeszczałem też przeraźliwie i wyrwać się usiłowałem.
— Stój-że i milcz, powiedziałby kto że cię tu zarzynają, — mówiła okrutna kobiéta.
I macając mi biodra, dodała w dalszym ciągu swój rewizyi:
— A te małe łopatki... No, no, to takie delikatne, to się łatwo rozwiedzie, Ależ, do pioruna! milcz albo cię wykropię.
I machnęła dyscypliną.
Mimo téj groźby i tak energicznego rozkazu matki Major, która w téj chwili klękła mi na plecach swojém ogromném kolanem i chwytając mię za ramiona tak gwałtownie w tył pociągnęła, żem myślał iż mi kości pękają, znowu krzyknąłem z bólu.
— Marcinku, Marcinku, jeżeli nie będziesz grzeczny to się pogniewamy, rzekł la Levrasse patrząc na mnie zukosa.
— Łaski... litości... płacząc mówiłem do matki Major.
— Łaski!... łaski... taka to zwykle wasza śpiewka na wszelkie tony; uczymy ich zawczasu pracować, gratis dajemy im sposób do życia, a rzekłby kto że im kiszki prójemy, — z pogardą i gniewem zawołała matka Major; a potem zwracając się do mnie dodała:
— Cóż to, czy myślisz że cię trzymać, żywić i ubierać będziemy dla twoich pięknych oczu? Musisz przecie zarabiać na życie... i zarobisz do pioruna! zarobisz... jesteś dobrze zbudowany, młody, szczupły; będziesz się wyginał jak tamten, a może lepiéj; za dwa miesiące ręczę, że jak lalka potrafisz wykonać turecką przechadzkę i skok królika, nie mówiąc już o tém że będziesz chodził na rękach, głowa na dół a nogi do góry, jakbyś się przechadzał z laską w ręku,..
— Tym sposobem oszczędzisz sobie obówia, a rękawiczek i tak nie nosisz Marcinku, — sentencjonalnie dodał la Levrasse.
Nie pojmowałem co ze mną zrobić zamierzali. Sądziłem jednak że mię nie zabiją kiedy mi mówią o jakichś ćwiczeniach do których mam się sposobić wciągu dwóch miesięcy. Uspokoiłem się nieco; wreszcie matka Major, mimo swego grubego głosu, wąsa, ogromnéj postaci i dyscypliny, mniéj daleko przerażała mię jak sam kuglarz, a szczęściem onato zająć się miała mojém wykształceniem.
— No, synku, — rzekła matka Major, pocałujże twoję mamę, bądź grzeczny, a jutro odbędziemy pierwszą lekcyę; dzisiaj uwalniam cię abyś miał czas zabrać znajomość z Bambochem. Za kilka dni będziecie mieli płeć piękną... tak łotry, małą dziewczynkę w waszym wieku: wtenczas to figle płatać będziecie... rozbójniki.
Potém matka Major skinęła na mnie abym szedł za nią: zatrzymała się przed sklepionemi schodami które zapewne prowadziły do piwnicy, i krzyknęła:
— Bamboche, chodź tu... przebaczam ci z przyczyny tego nowego malca... możecie się dziś bawić na dziedzińcu... bo jutro znowu wyginać się będziemy... No, i cóż? czy ty pójdziész, Bamboche?
Dziécko nie słuchało.
— Zostańże sobie, jeżeli ci dobrze... A ty Marcinku sam się będziesz bawił... ale strzeż się Bambocha... bo djabelnie złośliwy i chytry... Ale, ale zapomniałam... dla zachęty muszę ci pokazać piękne sukienki, w które się ubierzesz jeżeli dobrze pracować będziesz; chodźno tu.
I matka Major zaprowadziła mię do izby; otworzyła ogromny tłómok i wydobyła starą turecką kamizelkę z czerwonego, wytartego aksamitu, zasianego wypełzłemi blaszkami.
— Wdziej-no to na siebie Marcinku; dobrze; a widzisz jakiś ładny! Kamizelka dwa razy dłuższa odemnie, wyglądała jak surdut; lecz wyznam iż ten ubiór wydał mi się przepysznym, zaślepiającym, i że mimo mojéj trwogi, nadzieja noszenia za dni kilka tak wspaniałéj odzieży uradowała mię cokolwiek.
— Kiedy to włożysz na siebie, kiedy wdziejesz cieliste trykoty, pelerynkę z blaszkami, i włożysz bóciki obszyte kociém futerkiem, będziesz wyglądał jak prawdziwy cherubinek, dodała matka Major. Teraz jeżeli chcesz, idź do piwnicy do Bambocha, jeżeli nie, to baw się na dziedzińcu... zawołam cię kiedy będzie czas dziobać gałki.
Matka Major poszła do la Levrassa; ja zaś sam zostałem na dosyć obszernym dziedzińcu, otoczonym wysokim wprawdzie i zniszczonym murem, ale szczelnie na ciężkie drzwi zamkniętym. Na ten dziedziniec wychodziły okna domu, z pozoru dosyć nędznego; pod szopą stał wielki i długi pojazd, którym zapewne podróżował la Levrasse ze swoją trupą, kiedy była w komplecie.
Wysokość murów nic dozwoliła mi rozpoznać czy ten dom do jakiego miasta, do wsi lub innych mieszkań należy, czy nie.
Jak tylko sam zostałem i zdołałem zebrać myśli, przypomniałem sobie dziecko, o którém mi mówiła matka Major, i którego krzyki w nocy słyszałem. Jakkolwiek dotkliwém być mogło przyszłe moje istnienie, trudno aby było przykrzejsze, nędzniejsze jak poprzednie, a wreszcie czyliż nie podzielę go z towarzyszem mojego wieku? myśl że nakoniec znajdę może przyjaciela... najcięższy los znośnym mi czyniła.
W zabiegach moich o przyjaźń dotąd tak byłem nieszczęśliwy, że spotkanie Bambocha w obecném mojém położeniu podwójnéj nabierało ceny; serce dotąd boleśnie ściśnione, już swobodniej biło; po troskach wstąpiła we mnie jakaś niepewna nadzieja. Zapomniałem o zastraszających mnie ćwiczeniach na które byłem skazany; zapomniałem o rozdzierających krzykach Bambocha, lubo tylko o nim myślałem. Cierpiał, skarano go; mniemałem więc że postąpię jak na dobrego towarzysza przystoi, i zjednam sobie jego przywiązanie skoro pójdę do niego.
Matka Major wskazała mi drzwi od piwnicy gdzie był zamknięty, pobiegłem tam natychmiast.
Sklepione schody wychodziły na dziedziniec; zszedłem po kilku stopniach jeszcze śniegiem pokrytych i trafiłem na sień w któréj były drzwi do piwnicy. Mając wzrok nawykły do ciemności, którą wreszcie przebijał promień żywego światła, przeciskający się przez wązki otwór, zaraz dostrzegłem Bambocha; skurczony siedział w kącie piwnicy, łokcie oparł na kolanach, a brodę ukrył w obu dłoniach.
Uderzył mię naprzód dziki blask wielkich siwych jego oczu, które wydawały się ogromne przybladéj i chudéj twarzy; miał blizko lat dwanaście, daleko był wyższy ode mnie; policzki jego były wklęsłe, i tém samém jagody bardzo wydatne; prawie niedostrzeżone wargi a usta w katach ściśnione, nadawały mu wyraz szyderczy i złośliwy; czarne, twarde jak szczotka, krótkie włosy, rosły tak nizko, że otoczywszy wyższą część twarzy, kończato zbiegały się przy skroniach całkiem je odkrywając; czarność ich tak dziwacznie rysowała się na bladym blasku czoła, iż w cieniu zdawał się być ozdobiony dwoma białemi rogami.
Bamboche miał na sobie starą dziurawą bluzę, bose nogi jego spoczywały na wilgotnéj ziemi; skoro mię postrzegł zamilkł i rzucił na mnie spojrzenie pełne zdziwienia i dzikości.
— Musi ci być bardzo zimno i nudno w téj piwnicy, — uprzejmie rzekłem zbliżając się ku niemu, — czy chcesz pójść na górę?
— Idź do licha! ja cię nie znam, — opryskliwie odpowiedział Bamboche.
— I ja także nie znam cię, ale mam tu wraz z tobą pozostać u Levrassa. Dzisiejszéj nocy kiedy cię bili, słyszałem jak krzyczałeś... i to mię mocno bolało.
Bamboche roześmiał się i odrzekł:
— Jaki mi czuły ten s... boli go kiedy innych biją...
Tak mówił ten dwunasto-letni chłopak... i nie inaczéj wyrażał się w ciągu dalszej naszéj rozmowy, któréj przekleństwa i lżenia zamilczę.
Równie zasmucony jak zdziwiony odpowiedzią Bambocha, łagodnie rzekłem znowu:
— Smutno mi było że cię biją; a gdyby też mnie obito... czybyś na to był obojętnym?
— Owszem cieszyłbym się... bo jużby to nie tylko mnie jednego spotykało.
— Dla czegóż rmi tak ile życzysz?... wszakżem ci jeszcze nic złego nie wyrządził.
— To mi tam wszystko jedno.
— Jesteś więc bardzo złośliwy?
— Idź precz?...
— Posłuchaj mię... proszę...
— Ha! kiedy chcesz... to skosztuj!
I Bamboche niespodzianie wpadł na mnie zwinny, jak kot; obalił mię na ziemię, schwycił jedną ręką za gardło, zapewne dla przytłumienia mojego krzyku, drugą zaś bił mię w twarz, w piersi i gdzie tylko mógł.
Zrazu ogłuszony tak naglą napaścią, nawet się nie broniłem; lecz podbudzony bólem i gniewem, wyrwałem się z rąk Bambocha, walczyłem z nim, oddałem cios za cios, na koniec obaliłem go; a potém, mimo wszelkich jego wysileń, przycisnąłem kolanem tak mocno że się ani ruszyć nie mógł; ale nie chciałem nadużywać mojego zwycięztwa, i bardziéj zasmucony niż rozgniewany tak dzikiém przyjęciem moich przyjacielskich uprzedzeń, powiedziałem mu:
— Dla czego bić się mamy? bądźmy lepiéj przyjaciółmi...
I zaniedbując otrzymamy przewagi puściłem go nieco; Bamboche korzystał z tego, natychmiast rzucił się na mnie z wzrastającą wściekłością i tak okropnie ugryzł mię w policzek, żem się krwią zalał.
Widok krwi w szaleństwo zmienił gniew Bambocha; oczy jego zabłysły dzikością, bił mię coraz mocniéj, i rzuciwszy się na mnie rozdarł mi koszulę pragnąc mię ugryźć w piersi...
Mniemałem że mię zabije... nie opierałem się dłużéj, siły moje były sparaliżowane — a to nie przez bojaźń lub podłość, ale raczéj uczuciem głębokiéj rozpaczy, wywołanéj złośliwością mego rówiennika do którego nagły pociąg uczułem.
Nie stawiłem, mówię, dalszego oporu; moralna boleść moja tak była silna, żem zaledwie czuł ostre ukąszenia Bambocha; nie narzekałem, ale milcząc płakałem...
Porywcze i mściwe charaktery rozjątrzają się w walce, to wzburzenie upaja je; ale kiedy opór ustaje uspakajają się, a to właśnie dla braku oporu; tak się działo z moim przeciwnikiem: wstał, usta miał krwią moją zbroczone, sądził że omdlałem.
Okno w piwnicy przepuszczało dosyć światła i Bamboche dostatecznie mógł mi się przypatrzeć; kiedy mię wziął pod siebie, spojrzałem nań śmiało i bez gniewu... Mówił mi późniéj, że go najbardziéj uderzył wyraz słodkiéj i smutnéj rezygnacji malujący się na mojéj twarzy; nie znalazł na niéj ani nienawiści, ani gniewu, ani przestrachu... lecz sam tylko głęboki smutek.
— Masz otwarte oczy... a nie bronisz się! i nie płaczesz... zawołał — masz tchórzu!
I bił mię znowu.
— Zabij mię, jeżeli chcesz... ja się gniewać na ciebie nie będę...
— Nie będziesz się na mnie gniewał?
— Nie; jednak, gdybyś był chciał... żylibyśmy jak dwaj bracia.
— To mi dopiero zapamiętały malec — wrzasnął Bamboche rozbrojony moją rezygnacją, któréj uległ mimo woli; im bardziéj mu dokuczać, tém łagodniéj przemawia.
— Łagodnie do ciebie mówię, bo cię żałuję.
— Żałujesz mię... ty, którego tak zbiłem, którego pokąsałem... owszem ciebie żałować należy.
— I ciebie również, bo odrzucasz moję przyjaźń.
— No, idź precz, opryskliwie rzekł mi Bamboche coraz bardziéj zdziwiony, idź precz, jesteś jak moja suka Mika.
— I cóż ta suka?
— Znalazłem ją, dzieliłem się z nią moim chlewem... abym miał kogo bić kiedy mnie obito; ciągle jéj dokuczałem i dokuczałem... a nigdy się nie mściła — kiedym ją mordował... nie śmiała nawet pisnąć, z bólu szczękała zębami... ale potem, przyszła lizać moję rękę i położyła się przy moich nogach.
— I nakoniec — rzekłem wzruszony temi słowy — nakoniec... polubiłeś to biedne stworzenie.
— Nakoniec, widząc że nic nie poradzę, uwiązałem jéj kamień u szyi i wrzuciłem w wodę...
— Tem lepiéj, boś jéj już więcéj nie dręczył...
— A może i téj suki nie tyle co mnie żałować należy? — szyderczo spytał Bamboche.
— Tak jest, bardziéj ciebie jak ją żałować należy... boś ją zabił... a teraz jesteś sam, nie masz przy sobie tego biédnego, wiernego zwierzęcia, któreby wszędzie za tobą było poszło, któreby cię może było broniło.
— A które byłbym bił bez litości.
— Byłbyś je bił, ale ono zawszeby potém lizało twoję rękę, zawszeby spoczęło u nóg twoich.
— Nikczemne... postąpiłoby jak ty.
— Patrz, jakeś mię ukąsił,.. patrz jak mi krew płynie! alboż krzyczałem? alboż narzekałem? Nikczemny jest ten kto krzyczy i narzeka.
Odpowiedź ta wzruszyła Bambocha, ukrywał on jednak to wzruszenie.
— Czemużeś nie bronił się drugi raz tak jak pierwszy? — rzekł mi — chociażeś mniejszy, ale równą mnie masz siłę... czułem to dobrze.
— Bo zrazu wpadłem w gniew... a potem zasmuciło mię to żeś ciągle miał niechęć do mnie.
Zmieniły się rysy Bambocha: po zaślepionym gniewie uległ on jeżeli nie sympatyi to przynajmniej silnéj ciekawości, i niby usiłując walczyć przeciw obudzającym się w nim lepszym uczuciom, rzekł mi niecierpliwie:
— Kiedy mię nie znałeś... dla czegożeś chciał się ze mną zaprzyjaźnić?
— Powiedziałem ci już że dla tego iż słyszałem w nocy twój krzyk, dla tego iż jesteś moim rówiennikiem, żeś podobnie jak ja nieszczęśliwy... że może podobnie jak ja... nie masz ani ojca ani matki.
Na te słowa zachmurzyła się twarz mojego towarzysza, posmutniał, zwiesił głowę i głęboko westchnął.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.