Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom III/PM część I/5

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


5.
Wędrowny drwal.

Widząc że Bamboche milczy, powtórzyłem moje pytanie.
— Może i ty, — rzekłem, — nie masz ni ojca, ni matki?
— Matki nie znałem, — porywczo, ale mniej już opryskliwie odpowiedział.
— A ojca?
— Ojciec mój był wędrownym drwalem.
— Wędrownym drwalem?
— Tak jest, ciągle podróżował, i zatrzymywał się gdzie wyrąbywano lasy; wtedy budowaliśmy sobie wśród boru szałas z gałęzi i ziemi, w którym mieszkaliśmy przez cały czas wyrębu.
— A ty pomagałeś już twojemu ojcu w pracy?
— Pomagałem o ile mogłem; układałem drzewo, które on zrąbał.
— I gdzież teraz twój ojciec?
— W lesie, z gorzkim uśmiechem odpowiedział Bamboche.
— W lesie?
— Tak jest, jednego razu prawie zupełnie odciął sobie nogę toporem, padł... krew lała się strumieniem z jego nogi, tryskała o dziesięć kroków.
— Ah! wielki Boże!
— Ja, zląkłem się, płakałem, wrzeszczałem, — wzruszonym głosem rzekł Bamboche, — z całéj siły wołałem o pomoc.
— Mój Boże! bardzo ci wierzę.
— Ojciec mój, oburącz ścisnął nogę usiłując wstrzymać upływ krwi, ale ta sączyła mu się przez palce; rzekł zatém do mnie: „Mały, narwij mchu... i przynieś mi go... tylko żywo;* narwałem więc i podałem ojcu, który zgniótł go mocno i nakładł w ranę... ale mech prawie natychmiast poczerwieniał...
— I krew nie zatrzymywała się?
— Nie... wtedy ojciec powiedział znowu: „Mały przynieś mi wilgotnej ziemi... może nią prędzéj niż mchem krew zatamuję.“
— I cóż?
— Ziemia podobnie jak mech natychmiast poczerwieniała, a głos ojca mojego słabnąć poczynał.
Znikąd więc nie mogliście miéć pomocy?
— Pomocy!... i Bamboche wzruszył ramionami. Ojciec rzekł: „Mały, biegaj na wielki ugór, jest tam człowiek, który pługiem karczuje, widziałem go dzisiaj rano; poprosisz go o pomoc... „Pobiegłem. Ojciec mój odciął sobie do połowy nogę, i prosi o ratunek, rzekłem do rolnika, czy do wsi daleko? — Niestety! wielki Boże! mój kochany chłopczyku, alboż to na wsi znajdziesz gdzie chirurga?... tam wszyscy za nadto ubodzy... chirurg dobry tylko dla wielkiego miasta, a najbliższe leży ztąd o cztery mile. Ja się wcale nic znam na ranach, nie jestem pasterzem... odpowiedział mi rolnik — a wreszcie, nie mogę odejść od moich koni, boby się pogryzły, połamały wszystko, a pan mój odpędziłby mię za to. — Nakoniec, tyle błagałem rolnika że już szedł za mną; lecz zaledwie oddalił się o dziesięć kroków, a zaraz konie jego kąsać się i deptać poczęły. Widzisz sam, rzekł mi, — że nie mogę iść z tobą. I pobiegł do koni, ja zaś sam wróciłem do ojca...
— Co za nieszczęście!
— Wróciwszy, zastałem go ciągle na tém samém miejscu; we dwoje skurczony, oburącz trzymał nogę, leżał w kałuży krwi. Skoro mię ujrzał, wyprostował się nieco; pot mu wystąpił na czoło, twarz zbladła, usta posiniały. — Tylko z miasta pomoc mieć możemy, — rzekłem, — a do miasta ztąd cztery mile; rolnik szedł za mną; lecz konie jego kąsać się zaczęły i musiał do nich wracać. Co począć, ojcze? co począć? — Stało się mój synu, utracam wszystką krew, — tak cichym odpowiedział mi głosem, żem go zaledwie dosłyszał; — chirurdzy... ratunek... to tylko dla mieszkańców miast. Dla nas zaś... patrz... synu: oto są ci, którzy nam w godzinie śmierci pomoc niosą. — I pokazał na stado kruków ponad lasem przeciągających; poczém z ostatniém wysileniem usiadł, odjął ręce od nogi; były one całkiem we krwi zbroczone; wyciągnął je do mnie i rzekł: uściskaj mię, nieszczęśliwy synu... Pracowałeś już nad twoje siły... O mój Boże, cóż się z tobą teraz stanie?... Potém chciał jeszcze coś mówić, ale i go czkawka napadła... przewrócił się na wznak... i skonał.
To mówiąc Bamboche zakrył twarz rękami i zapłakał.
Ja także płakałem, bo wzbudził we mnie głęboką łlitość, bo był nieszczęśliwszy ode mnie... patrzył na zgon ojca, a nie mógł go ratować.
— A potém co się z tobą stało? — po chwili spytałem znowu Bambocha.
— Zostałem przy ciele ojca i płakałem, a gdy nadeszła noc, utrudzony, usnąłem... Nade dniem, mocno zziąbłem, ciało ojca mojego już skrzepło cl w swojéj białéj, krwią zbroczonej bluzie. Wróciłem znowu na ugór, pragnąc wynaleźć wczorajszego rolnika, powiedzieć mu że ojciec mój umarł, i prosić aby go pogrzebano. Rolnika już nie było, znalazłem tylko płóg jego...widząc iż nie przychodzi wróciłem do naszego szałasu, bardzo odległego od ugoru. Zjadłem kawałek chleba, bo byłem głodny, i wróciłem do ciała mojego ojca. Już je kruki poobsiadały i dziobami twarz kaleczyły.
— Ah! wielki Boże! drżący zawołałem.
— Odpędziłem je żerdzią, ale nieulękłe, krakając ponad ciałem krążyły, i wkrótce na sąsiednich gałązkach posiadały; to widząc, wziąłem siekierę ojca, którą zaledwie udźwignąć mogłem; usiłowałem wyrąbać nią dół dla pochowania ciała; lecz nadaremnie, wszędzie napotykałem kamień i korzenie. Poszedłem daléj, tam grunt był miększy, ale zbrakło mi siły, i zaniechałem tego, gdyż widziałem że podczas mojéj roboty, kruki znowu zaczęły siadać na ciele ojca i dziobać je. Ściemniało się. Przyciągnąłem dwie gałęzie, położyłem je wzdłuż ciała, potém dwie drugie wpoprzek, z wierzchu przykryłem chrustem, na który znowu nakładłem kamieni, a potém.... wziąłem czapkę i sakwę mojego ojca, oraz nóż jego; siekierę dla mnie za ciężką i sandały zbyt wielkie, zostawiłem. Tak znowu wróciłem do naszego szałasu, zabrałem resztę chleba i szedłem, szedłem, aż znalazłem drogę.
— A skoroś kogo spotkał, czy nie mówiłeś że ojciec umarł, i że go trzeba pogrzebać, bo inaczéj to go kruki zjedzą?
Bamboche wybuchnął dzikim śmiechem, i zawołał — Cóż to kogo miało obchodzić że kruki zjedzą mojego ojca, który bez ratunku zmarł w lesie!... właśnie też jedni o drugich dbają, a jak mi powiedział kaleka bez nóg, stary zbój z którym żebrałem, tylko wilków nie jedzą; trzeba być wilczkiem mój chłopcze... nim zostaniesz wilkiem...
— I ojciec twój... bardzo cię kochał? — spytałem Bambocha w nadziei że go naprowadzę na łagodniejsze myśli.
— O tak! — odpowiedział smutnie — tak... onby mię nigdy nie bił... tyle mi tylko kazał pracować o ile moje siły pozwalały, a nie mogłem być zbyt silny, bom miał dopiero lat ośm. Jeżeli dészcz padał, ojciec odziewał mię swoim skurzanym fartuchem, albo mię ukrył pomiędzy gałęźmi; jeżeli w sobotę mieliśmy mało chleba, on powiedział że nie jest głodny... W niedzielę, podczas pięknej pory roku, wybierał mi ptaszę gniazda, albo leż polowaliśmy na wiewiórki; jeżeli zaś była słota, pozostawaliśmy w szałasie, a ojciec dla zabawki nożem wyrzynał mi wózeczki, albo śpiewał gorzkie żale. Ach kiedy o tem pomyślę... tak mi smutno...
— Bo żałujesz chwil w których miałeś kogoś co cię kochał, — zawołałem rozczulony — widzisz sam jak to dobrze być kochanym.... kiedy więc nic masz ojca... ani brata... pozwól niech ja będę twoim bratem...
Bamboche milczał; ośmieliłem się wziąć jego rękę; zrazu nie cofnął jéj, lecz nagle poruszył się chcąc ode mnie odejść i rzekł:
— Bah!... głupstwa mi prawisz... wilcy nie mają przyjaciół, a ja będę wilkiem, jak powiadał kaleka bez nóg.
Tym razem nie śmiałem dłużéj nalegać, bom się lękał abym nie rozgniewał Bambocha, ale spytałem znowu:
— A kiedy po śmierci ojca znalazłeś się na wielkiej drodze... cóż się z tobą stało?
— Kiedym zjadł wszystek chléb, który miałem w sakwie, wstąpiłem do pięknego domu nad drogą, prosząc o inny, mówiłem że ojciec mój umarł w lesie. Jakiś słuszny jegomość który fularem owiązawszy głowę, śniadał w altance różami strojnéj, odpowiedział mi przykrym głosem: — Ja włóczęgom jałmużny nie daję; idź próżniaku do roboty. — Ojciec mój umarł, panie, nigdzie nie mogę dostać roboty. — Alboż ja mam obowiązek dostarczać ci jéj... idź precz, twoje łachmany cuchną, aż się na mdłości zbiera. — Mój panie łaskawy... — Kastor tu,... — rzekł gruby jegomość przywołując spa, który nadbiegł z głębi ogrodu, — huzia... ukąś go... — Zrazu umknąłem, ale potem znowu wróciłem, i ukryty pod płotem ciągnącym się wzdłuż tego pięknego domu, nazbierałem kamieni i wybiłem dwie szyby... O! raczéj jego głowę powinienem był roztrzaskać... głowę tego niegodziwca, który zamiast dać kawałek chleba, psem mię poszczuł, — rzekł Bamboche, jeszcze uczuwając nienawistną zemstę; o! ja tego nigdy nie zapomnę... dobrze... — z przytłumionym gniewem dodał.
— Cóżby to było szkodziło temu jegomości, dać ci kawałek chleba; musiał to być bardzo niegodziwy człowiek?
— Wszyscy oni tacy... ci bogacze, dają tylko temu kto sam bierze, — mawiał kaleka bez nóg, i dobrze mówił — rzekł znowu Bamboche.
— I jakżeś sobie poradził kiedy ci chleba zbrakło, i kiedy ci go odmówiono?
— Była to jesień, na drzewach wisiało pełno jabłek, odbijałem je i jadłem ile mogłem.
— A stary żebrak o którym wspomniałeś?
— Raz spałem w rowie pod płotem, nieopodal od drogi; słyszę szmer, przebudzam się, patrzę przez płot; jakiś kaleka bez nóg zbliża się idąc na rękach, na których zamiast rękawiczek miał sandały; siada popuszcza pasy któremi przywiązywał nogi do pleców, wyprostowuje te nogi, staje na nich i zaczyna tupać, skakać, tańcować, bo mu strasznie pocierpły... taki on był kaleka jak i ja.
— Dla czegóż więc udawał kalekę?
— Aby oszukiwać świat i wyłudzać jałmużnę... Idąc wzdłuż płotu dostrzegł mię... rozgniewany żem go złapał na uczynku, wziął sandał w rękę, przelazł przez płot i rzekł mi: — Jeżelibyś, nieszczęśliwy, powiedział komu że nie jestem kaleką, złapie cię mojemi sandałami głowę ci roztrzaskam. — Zląkłem się, płakałem; w owym czasie byłem taki mazgaj jak ty...
— Komuż chcecie abym powiedział że nie jesteście kaleką? odrzekłem temu człowiekowi. — Twoim rodzicom, jeżeliś tutejszy. — Jam nietutejszy i nie mam rodziców. — Z czegóż żyjesz?
— Patrz, przerywając Bambochowi, zawołałem; takie samo prawio było moje spotkanie z la Levrassem.
— Piękne spotkanie! powiedział Bamboche — i tak daléj mówił: — Z czegóż żyjesz? — zapytał mię żebrak. — Śpię na polu, a jadam jabłka i winogrona jeżeli gdzie znajdę. — Czy chcesz żebrać ze mną? Już mi się sprzykrzyło być kaleką, to mi wykręca nogi i kurczy ręce; dla odmiany, spróbuję teraz być ślepym, ty będziesz moim synem, będziesz mnie prowadził, a co zarobimy, tém się podzielemy. — Przystałem na projekt mniemanego kaleki; czekaliśmy nocy, a potém szliśmy i szliśmy aby jak najprędzéj opuścić okolicę w któréj udawał kalekę; nazajutrz zaczęliśmy żebrać, on jako ślepy, ja jako jego syn.
— A byłże przynajmniej dobry dla ciebie?
— Kiedyśmy nic nie wyżebrali, mnie przypisywał winę i bił mię.
— I tyś nie porzucił tak złego pana?
— Nienawidziłem go, alem go nie porzucał; bo i dokądże byłbym się udał? Przy nim przynajmniej byłem pewny, że się najem; a potém uczył on mnie różnych... różnych rzeczy...
— Czegóż przecież?
— Oto uczył mnie jak żyć, aby nie znać biedy!
Spojrzałem na Bambocha, bom go nie rozumiał.
— Jaki on głupi, ten malec, — rzekł pogardliwie. A potém pobłażając mojéj naiwności dodał: — Kaleka bez nóg uczył mię, że tylko wilków nie jedzą, i że wilkiem być należy... mówił, że jeżeli mię silniejszy skrzywdzi, to na słabszym zemścić się powinienem; — że nikt nie dba o mnie, o nikogo téż nawzajem dbać nie powinienem... że wszystko robić można byleby się nie dać schwytać... że wszyscy poczciwi, głupcy, a bogaci niegodziwi... że tylko niedołęgi pracują, a później w nagrodę pracy mrą z głodu.
— Twój ojciec... nie tak sądził, nie to ci mówił? wszak prawda?
— Mój ojciec pracował jak koń, i umarł bez ratunku, a po śmierci kruki go zjadły; ja prosiłem tylko o kawałek chleba i o robotę... a wygnano mię i psem poszczuto — z wybuchem gorzkiego śmiechu odparł Bamboche; — kaleka bez nóg nic nie robił, tylko się przechadzał, oszukiwał świat, a na niczém mu nie zbywało... Często za jałmużnę przez dzień uzbieraną miewaliśmy sute wieczerze... Widzisz więc, że kaleka miał słuszność?
Z kolei, mocno zakłopotany niewiedząc co Bambochowi odpowiedziéć, zamilkłem.
On skupiając swoje wspomnienia, mówił daléj:
— Potém prawił mi o kobiétach! rzekł Barnboche, a oczy jego przedwczesnym ogniem zabłysły.
— O kobiétach? — naiwnie zdziwiony powtórzyłem.
— A tak! o swoich kochankach, które bił a one mu jeszcze za to płaciły.
Nie rozumiałem, ale obawiając się nowych szyderstw mojego towarzysza, rzekłem mu:
— Nakoniec... porzuciłeś... tego żebraka?
— Obu nas aresztowano.
— Kto taki?
— Żandarmi.
— A za co?
— Kalece powiedzieli za co... ale mnie nie; zamknięto nas w stodole i nazajutrz odprowadzić miano do miasta. W nocy obudziłem się, postrzegłem że kaleka przebija ścianę i chce uciec beze mnie. Powiedziałem mu że skoro mię z sobą nie weźmie, narobię krzyku. Zląkł się; ja dopomogłem mu i oba uciekliśmy... Kiedyśmy już byli daleko, rzekł: Słuchaj-no. ty mi zawadzasz; przez ciebie poznają mię — i tak silnie ugodził mię kijem w głowę, żem padł bez zmysłów. Sądziłem że mię zabił, ale twardy mam czerep, przyszedłem do siebie. Kiedym sam pozostał, znowu żebrałem po drogach i u drzwi stacyj pocztowych; wywracałem koziołki przed powozami, dostawałem niekiedy po kilka su i ostatecznie nigdy dłużéj nad dzień jeden nie byłem bez jadła. Rok temu, spotkałem la Levrassa z jego trupą i furgonem; fiknąłem mu koziołka aby mi dał parę groszy; poznał żem zwinny, i zapytał czy mam rodziców?
— Tak jak i mnie.
— Powiedziałem że nie mam i że się trudnię żebraniną. Oświadczył więc, że jeżeli chcę, da mi dobry sposób do życia, piękne suknie, dobrze jeść, kilka su na miesiąc, i że zamiast chodzić piechotą, mogę jeździć powozem... Przystałem... kazał mi wsiąść do furgonu, powiedział że się nazywać będę Bamboche, nie zaś Piotr. Od téj chwili jestem u niego... i pozostanę poty, aż...
Tu Bamboche przerwał sobie.
— Dopóki pozostaniesz u niego?
— To moja rzecz, — ponuro odpowiedział zamyślony Bamboche.
— Ale ten sposób do życia, który ci miał dać la Levrasse?
— Uczę się go już od roku... I ty się go także nauczysz... obaczysz sam co to jest.
— Cóż tu przecie należy robić?
— Rozmaite łamane sztuki dla zabawy publiczności.
— Dla zabawy publiczności?
— Tak jest, na jarmarkach.
Zdziwiony spojrzałem na Bambocha.
— Tak, tak... ja już popisywałem, się przed publicznością, matka Major trzymała mię za nogi, głowę miałem przy ziemi, ręce na krzyż założone, a zębami musiałem podnosić pieniądze; albo téż przywiązywała mi jednę nogę do szyi, a na drugiéj skakać musiałem... albo téż jeszcze co innego...
— I tego to uczyć mię mają? — zawołałem przerażony.
— Tak jest, i to przy towarzyszeniu silnych razów dyscypliny, przy wyciąganiu kości; oj! pewny jestem że twoje krzyki obudzą mię nieraz, tak jak moje ciebie obudziły, — z okropnym uśmiechem rzekł Bamboche.
— Ah, mój Boże! jakże ty cierpiéć musiałeś!
— Z początku nie wiele, bo matka Major uczyła mię bardzo powoli i wcale nie biła; dobrze mię ubierała i skrycie, tak aby la Levrasse nie widział, dawała mi łakotki... A kiedyśmy publicznie występowali, pomagała mi i ułatwiała mi moje sztuki; ale teraz, ta gruba maciora ubiera mię w łachmany, częściéj jak koléj przypada karmi mię samym tylko chlebem i wodą, i bez przyczyny dyscypliną okłada; w ciągu tygodnia muszę wyuczać się najtrudniejszych sztuk... co mię zabija, bo kiedy zbyt długo chodzę do góry nogami... to mię krew dusi.
— I dla czegóż to matka Major, dawniéj tyle dobra dla ciebie, teraz tak jest niegodziwą?
— Ha, bo dawniéj byłem jej kochankiem, a teraz już nim być nie chcę, z pogardliwą chełpliwością odrzekł Bamboche.
Po raz trzeci nie zrozumiałem go, i pełen niewinnego zdziwienia, spytałem:
— Jak to? jéj kochankiem? Co to znaczy?
Nowy mój przyjaciel głośnym wybuchnął śmiechem i odpowiedział:
— Ty nie wiesz co to jest być kochankiem kobiéty... Jakiś ty głupi... w twoim wieku! (Miałem około lat jedenastu. Bamboche mógł mieć rok albo dwa więcéj.)
— Nie, — zawstydzony moją niewiadomością odpowiedziałem.
Wtedy, z trudną do uwierzenia pewnością i tonem szyderczéj wyższości, Bamboche bez żadnego skrupułu lub względu, objaśnił dziecinną niewinność moje, i opowiedział mi w jaki sposób matka Major uwiodła go.
W owym czasie, nie miałem prawie wyobrażenia o dobrem lub złem, nie dziw więc że opis niecności, zgrozy, okropności, potworności, i niegodziwości téj Megery, na mnie żadnego wrażenia nie czynił; cyniczne wyjaśnianie Bambocha tylko mnie dosyć mocno zdziwiło i nabawiło wstydu, jaki wypływa z obawy narażenia się na pośmiewisko; rumieniłem się bowiem mocno żem w tak długiéj zostawał niewiadomości.
— I dla czegóż teraz nie chcesz być kochankiem matki Major? — rzekłem zdziwiony tak niespodzianém odkryciem.
Bamboche nie zaraz mi odpowiedział...
Milczał przez chwil kilka, ale potém ulegając potrzebie wylania się wrodzonego kochankom wszelkiego wieku, i po raz piérwszy sądząc (jak mi to później wyznał) że przyjaciel winien być koniecznie powiernikiem, niemniéj ulegając równie niepojętemu jak mimowolnemu uczuciu sympatyi, jakiém go nagle natchnąłem, z równém wzruszeniem jak szczerością rzekł mi:
— Słuchaj... kiedyś przyszedł do mnie, miło mi było żem ci dokuczał, bo i mnie oddawna dokuczają... dzielnie się broniłeś... przygniotłeś mie twojemi kolanami i tém bardziéj rozdrażniłeś... w téj chwili, byłbym cię zadusił; ale późniéj, kiedy postrzegłem że wcale bronić się nie myślisz, że płaczesz, nie dlatego iż cię biłem... ale dlatego żem wzgardził twoją przyjaźnią, do licha... to jakieś dziwaczne, czułe na mnie wywarło wrażenie;... serce mi nabrzękło jak wówczas kiedy umarł mój ojciec... i nie wiem zkąd przyszła mi zaraz chęć mówienia ci o nim, opowiedzenia ci mojéj historyi... któréj nie opowiadałem nikomu... jeżeli więc teraz, chcesz być moim przyjacielem...
A gdy w chwili niewypowiedzianéj radości, rzucić się miałem na szyję Bambocha, wstrzymał on moje uniesienie i rzekł:
— Czekaj, jeżeli będziemy przyjaciółmi,... ja pragnę być panem.
— Będziesz panem...
— A ty czy uczynisz wszystko czego zażądam?
— Uczynię...
— Jeżeli mi dokuczać będą... czy zemścisz się?..
— Bądź spokojny, niebrak mi odwagi.
— Powiesz mi wszystko co mówić będzie la Levrasse lub matka Major?
— Wszystko!
— Nie ukryjesz przede mną żadnej twojéj myśli?
— Nie ukryję... a ty nawzajem?
— Co chcę abyś uczynił dla mnie, to samo uczynię dla ciebie, — żywo zawołał Bamboche, — wyjąwszy że chcę być panem, bo już to mój rodzaj; ja nic przed tobą nie utaję, ani ty przede mną, ja mścić się będę za ciebie a ty nawzajem za mnie... ale zawsze wspólnie spiski knuć będziemy, czy zgoda?
— Zgoda... z całego serca... zawołałem uszczęśliwiony i dumny, że po tylu trudach trafiłem przecież do celu, żem zyskał przyjaciela.
Teraz, mówił Bamboche z pośpiechem, który mi dowiódł ile go radowało, że znalazł powiernika, — teraz muszę ci powiedzieć, w kim się kocham.
— To więc już nie w matce Major? spytałem na nowo zdziwiony.
Bamboche wzruszył ramionami.
— Czy nigdy nie przestaniesz być głupcem? rzekł mi, ale potém dodał tonem czułego politowania.
— Wiesz, że boleśnoby mi było oświecać cię... będę jednak dla ciebie tum, czém kaleka bez nóg był dla mnie.
— Dziękuję ci Bamboche, rzekłem przejęty wdzięcznością — ale w kimże się kochasz, skoro już nie kochasz matki Major?
— Zaraz ci powiem kogo kocham odrzekł Bamboche.
Z żywą ciekawością oczekiwałem tego opowiadania.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.