Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom IV/PM część II/9

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


9.
Klaudyusz Gérard, nauczyciel wiejski.

Klaudyuszu Gérard! kiedy twoje nazwisko kreślę, ileż czuję dla ciebie uwielbieniu, ile miłości, ile niewygasłéj wdzięczności!
Wkrótce powiem jakim sposobem poznałem Klaudyusza Gerard.
Od chwili gdy w lesie Chantilly porwałem Reginę, a Bamboche uprowadzał wicehrabiego Scypiona, błądziliśmy po tym lesie; przypadkiem trafiliśmy na patrol żandarmów. Scypio zawołał o pomoc. Przelękli, puściliśmy oboje dzieci, sami ucieczką się ratując.
Ciemność nocy, gęstwina, wreszcie zwinność nasza przyszły nam w pomoc, uszliśmy pogoni ciężko uzbrojonych żołnierzy. Nade dniem opuściliśmy las i udaliśmy się drogą do Luwru wiodącą, zostawując Paryż za sobą.
Gdy dobre chęci nasze na niczém spełzły, złe namiętności odradzać się w nas zaczęły daleko silniéj, z większą goryczą i nienawiścią niż dawniéj; odmowa, pogarda, jakich doznaliśmy, dawały dostateczne i sprawiedliwe powody do wytrwania w złém.
Weseli, ze wszystkiego szydzący, zuchwali, szliśmy wprost przed siebie, omijając jedynie większe miasta, gdzie policya zwykle daleko czujniejsza; po ulicach zaś żebraliśmy, lub śpiewali przed karczmami, kradnąc tu i owdzie co się tylko nadarzyło, jużto schnącą na płotach bieliznę, już zbłąkany drób i t. p. sprzedawaliśmy nabyte tym sposobem rzeczy za co było można, pod pozorem żeśmy je znaleźli, a na traktach rzadko kiedy kupców brakowało; nocowaliśmy zaś to w stodołach lub stajniach które nam z litości otwiérano, to w stértach zboża w których urządzaliśmy sobie schronienie, gdy nastała zima.
Nie znałem nigdy wrażenia gry; ale Bamboche, który późniéj za pomocą, jeżeli nie występnych to przynajmniéj niebardzo skrupulatnych środków, mógł rozrządzać dosyć znaczną summą i grywał z rozmaiłem szczęściem, powiedział mi, i sam się przekonałem, że wrażenia gry najbardziéj podobne są do nieustannych zmian obawy i nadziei, przestrachu i radości, dostatku i braku, jakie znamionowały każdy dzień naszego włóczęgostwa.
Gdzie dziś noc przepędzimy? czy obfitą dostaniemy jałmużnę? czy kradzież pójdzie pomyślnie? czy Baskina dosyć uzbiera za swe śpiewki? czy nas nie schwytają na złym uczynku?...I kradnąc jakiéjże to doznawaliśmy obawy i trwogi! a gdyśmy sobie bezkarnie już co przywłaszczyli i bezkarnie także sprzedali, jakaż wtedy radość, duma, obok szyderstwa z okradzionego!
Takie to prawie co dzień miotały nami uczucia. Traf, nieprzewidziane przygody, stanowiły życie nasze; jakoż późniéj gdy przebyłem rozmaite koleje, nie przypominam sobie abym żył, nie powiem szczęśliwiéj, lecz prędzéj jak w owéj awanturniczej epoce mojego istnienia.
Jeżeli obok władającéj nami fatalności, przypuścić można co na umniejszenie hańby i zgrozy ówczesnego postępowania naszego, to chyba dziecinną swawolę naszę, bo podług pojęć dziecinnych nie tyle dopuszczaliśmy się kradzieży, jak raczéj pustoty którąśmy się chlubili... dokazywaliśmy,.. a żandarm był dla nas tém, czém nauczyciel dla niesfornego ucznia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zbliżyliśmy się do małéj wioski rozłożonéj w dolinie, którąśmy postrzegli zdala, z wyniosłości gdzie był krzyż kamienny. Dzień się miał ku schyłkowi; spodziewaliśmy się znaleźć tam schronienie na noc, zwłaszcza że zimno mocno dokuczało; było to w początkach lutego.
Dążąc przez pola, dosięgliśmy wkrótce pierwszych chat wioski; jedna z nich dosyć odosobniona, uboga i nędzna, miała okno otwarte na ścieżkę po któréj postępowaliśmy; z drugiéj strony téj ścieżki zalegała gęstwina jałowcu.
Bamboche szedł naprzód, za nim Baskina, a nakoniec ja... Nagle Bamboche zatrzymał się, pilnie spojrzał w nizkie okno chatki, i zdziwiony żywo się ku nam obracając:
— Pieniądze... zawołał po cichu — może więcéj jak sto franków!...
I skinieniem nakazał nam milczenie, dał znak abyśmy się zbliżyli.
Wtedy ujrzeliśmy przez to okno, coś nakształt opłotek oddzielających to miejsce od obory i stanowiących wązkie przejście. Bamboche pokazał palcem na posłanie i w kącie tych opłotek stos pięciofrankowych pieniędzy, błyszczących promieniem zachodzącego słońca.
W chatce panowała zupełna cisza; przez oborę widać było w dali otwarte drzwi prowadzące na dziedziniec pełen gnoju.
Po chwili namysłu Bamboche rzekł:
— Baskino, idź, czuwaj na ścieżce, ja i Marcin wejdziemy przez to okno do chatki; potém Marcin zamknie drzwi od stajni, aby mię nie postrzeżono gdy będę zabierał pieniądze... to nam zajmie nieco czasu.
— Zgoda — odpowiedziałem — ty weź pieniądze... a ja pójdę zamknąć drzwi.
— W razie pogoni — dodał Bamboche — pamiętajcie uciekać każde w swoję stronę; za trzy lub cztery godziny zgromadzimy się znowu na trakcie, pod kamiennym krzyżem, zkąd najpierwéj postrzegliśmy wioskę.
— Dobrze, — odrzekłem wraz z Baskiną, — znamy to miejsce, pamiętamy krzyż.
Bamboche tedy dał znak Baskinie aby odbywała czaty na ścieszce, a sam wskoczył przez otwarte okno do małéj kryjówki.
Uczyniłem to samo, i podczas gdy on pobiegł zabrać pieniądze z posłania, czémprędzéj poskoczyłem aby zamknąć drzwi od obory. Wtém jakiś człowiek, idący z dziedzińca, tak że go postrzedz nie mogłem, nagle pojawił się przede mną i choć nieco zdziwiony spytał łagodnie:
— A co ty tutaj robisz moje dziecko?
Zamiast odpowiedzi, krzyknąłem podług umowy z Bambochem i rzucając się do nóg przybyłego, tak gwałtownie objąłem je mojemi rękami, że on nie przewidując téj napaści, utracił równowagę, i padł... przez kilka sekund, napróżno usiłował podnieść się, gdyż z całą zajadłością krępowałem mu nogi.
Niedługo jednak tę korzyść miałem w tak nierównéj walce. Człowiek ten wnet schwycił mię silną ręką wytrącił ze stajni i wyprowadził na dziedziniec, aby zapewne lepiéj mi się przypatrzyć, nie postrzegając wcale że go okradziono i że ja miałem udział w téj kradzieży.
Bez najmniejszego oporu szedłem za nim; uradowany myślą że Bamboche i Baskina mieli czas umknąć.
— Co to znaczy? — rzekł Klaudyusz Gérard.
Był to bowiem on; ton mowy jego oznaczał raczej zdziwienie niż gniew.
— Za kogo ty mię bierzesz?... dlaczego padasz mi do nóg?.
A potém baczniej się we mnie wpatrzywszy, dodał:
— Aleś ty nie z naszej wsi?
Milczałem.
— Zkąd jesteś? zkąd przybywasz?
Ciągle milczałem, aby przedłużając badanie, tém bardziéj zapewnić ucieczkę moich wspólników.
— No, moje dziecię — z ojcowską słodyczą mówił Klaudyusz éerard — wytłumacz się... ty coś ukrywasz... drżysz... zdajesz się być wzruszony... jesteś blady... spojrzyjno na mnie.
Po raz piérwszy wzniosłem oczy na Klaudyusza Gérard. Był on wówczas nauczycielem w owéj gminie, a w swoim sposobie widzenia obowiązek ten stawiał na równi z każdém świętem posłannictwem.
Ujrzałem wtedy przed sobą trzydziestoletniego mężczyznę, średniego wzrostu, silnéj budowy; miał na sobie nędzną bluzę tu i owdzie połataną; bose nogi tkwiły do połowy w ciężkich, słomą wysłanych, drewnianych trzewikach, na głowie miał siwy pilśniowy kapelusz, nizki, z szerokiém skrzydłem; jego wydatne lecz nieregularne rysy wyrażały melancholijną słodycz i powagę.
— Nie chcesz mi więc odpowiedzieć, moje dziécię? — mówił znowu Klaudyusz Gérard, zawsze zdziwiony i nieco już niespokojny.
— Ale czekajno — dodał żywo — od kwadransa byłem na podwórzu, i nie widziałem żebyś tu wszedł... Zkądże wziąłeś się w stajni?...
I nagle, jakby mu nowa myśl przyszła, zawołał:
— Okno w moim pokoju otwarte było!... i piéniądze...
— Nic... to niepodobna... aby takie dziecko... Jednak kiedy mię schwycił za nogi... krzyknął... może to było hasło...
I to mówiąc, Klaudyusz Gérard znowu wziął mię za rękę, przeprowadził przez stajnię i szybko zdążał do tak zwanego pokoju swojego, gdzie wszedłszy, rzucił okiem na posłanie i postrzegł że pieniądze zniknęły.
Wtedy mocno mną wstrząsając, zawołał:
— Nieszczęśliwy malcze!... okradziono mię... ty o tém wiedziałeś.
Nie odpowiedziałem ani słowa.
— Czy ty powiész?... kto ukradł moje pieniądze? — groźno zawołał.
Znowu milczałem.
— O mój Boże! — z rozpaczą chwytając się rękami za głowę, rzekł Klaudyusz Gérard, — skradziono mi powierzone pieniądze... skradziono.
Korzystając z rozpaczliwego poruszenia Klaudyusza Gérard, wymknąłem się... ale schwycił mię w chwili gdym przełaził przez okno.
— Złodzieje, których wspólnikiem jest ten nieszczęśliwy malec, nie mogą być daleko, — zawołał.
Potém patrząc na mnie miotany to gniewem, to boleścią, to litością, szepnął:
— W tym wieku... o mój Boże!... i już!!...
I nic więcej nie mówiąc, pociągnął mię za sobą, szybko przeprowadził przez stajnię, i na dziedzińcu zatrzymał się przed jakąś murowaną budą, nieco większą jak buda dla psa, i mimo rozpaczliwego oporu zamknął mię w téj kryjówce, któréj drzwi zewnątrz zaryglował żelaznym drągiem.
Próbowałem wydobyć się z tego więzienia, nie ściany jego były grube, a brakowało mi narzędzia do wybicia otworu; drzwi także były mocne, choć w niektórych miejscach przedziurawione; przytknąłem twarz do tych dziur, lecz... nic nie dostrzegłem... ani usłyszałem...
Przekonany o niepodobieństwie ucieczki, okropnego doznawałem udręczenia. Zapominając o własném mojém położeniu, myślałem jedynie o niebezpieczeństwach grożących Bambochowi i Baskinie, albowiem na żądanie Klaudyusza Gérard, wszyscy mieszkańcy wsi wyruszyć mogli i przytrzymać dwoje małych złodziejów. Myśl ta rozpaczą mię przejmowała, więcéj jednak obawa rozłączenia się z moimi towarzyszami.
— W więzieniu przynajmniéj — samolubną przyjaźnią powodowany rzekłem sobie, — byłbym razem z Bambochem i Baskiną.
W godzinę późniéj widziałem kilkanaście krów wchodzących na dziedziniec i zmierzających do obory; pędził je mały chłopak w moich latach. Prawie jednocześnie jakaś kobiéta, dosyć starannie ubrana, pokazała się na dziedzińcu i cierpkim, rozkazującym głosem bardzo niecierpliwie kilko razy zawołała:
— Klaudyuszu Gérard!
Słysząc te wołania mały pastuszek wyszedł z obory i rzekł:
— Pani Honorato, pan bakałarz wyszedł.
— Jakto! wyszedł? — cierpko wrzasnęła pani Honorata, — gdzież się u djabła włóczy?
— Ja nie wiém... W pokoju nie ma nikogo, a okno otwarte.
— Widzę że będę musiała zaczekać na pana bakałarza — z powstrzymywanym gniewem rzekła sama do siebie pani Honorata.
I z widoczną złością zaczęła się tu i owdzie przechadzać obok mojéj budki.
Była to kobiéta około trzydziestu pięciu lat wieku licząca, dosyć mała a bardzo otyła; brew miała gęstą i czarną, policzki okrągłe i mocno rumiane, minę zuchowatą i dumną; ubrana była w piękną jedwabną suknię, miała złoty łańcuch na szyi i czepek z wielkiemi kokardami, z pod którego wyglądały pukle czarnych i połyskujących włosów.
Pani Honorata już od dziesięciu minut mruczała coś pod nosem, wtém, ujrzałem że wraca Klaudyusz Gérard, blady, zmieniony.
Był sam.
Serce moje podskoczyło z radości. Bamboche i Baskina zostali ocaleni... nie schwytano ich.
Na widok Klaudyusza Gérard, pani Honorata czerwona ze złości, zbliżyła się ku niemu i grubiańsko zawołała:
— Wiedz wasan, że już od dziesięciu minut czekam tu na niego? gdzieżeśto bywał?... Ależ odpowiadaj!... gdzie byłeś?
Zdawało się że bakałarz prawie nie słyszy tej kobiéty; bo prowadząc ręką po zmienionéj i polem zlanéj twarzy, smutnie szepnął po cichu: Żadnéj nadziei! o Boże!... Te piéniądze już na zawsze stracone.
Tak więc Bamboche i Baskina już niewątpliwie mogli być spokojni. Rozpacz Klaudyusza Gérard dostatecznie mię o tém przekonywała.
Pani Honorata zdziwiona i rozdrażniona milczeniem bakałarza, zawołała:
— A to rzecz szczególna!... mówię do wasana, panie Gérard... a nic mi nie odpowiadasz...
— Przepraszam, pani Honorato, przepraszam, — przychodząc do siebie, wzruszonym głosem rzekł Klaudyusz Gérard, — szedłem właśnie...
— Co mię to obchodzi, gdzie pan szedłeś?... Już od kwadransa czekam na wasana.
Z wielkiem mojém zdziwieniem bakałarz ani słowa nie wspomniał o kradzieży, któréj padł ofiarą, lecz pokonywając wzruszenie, łagodnie i z uszanowaniem odpowiedział pani Honoracie:
— Przykro mi bardzo, żeś pani czekać na mnie musiała... nic wiedziałem że pani tu przyjdziesz... Cóż pani rozkaże?
— Naprzód, chciałabym wiedzieć dla czegoś wasan nie uporządkował i nie zamiótł zakrystyi, jakém to wasanu dzisiaj rano zaleciła?
— Właśnie zacząłem był zamiatać, ale nadeszła godzina lekcyi, i...
— Drwię ja z wasana szkoły!... zakrystya pierwsza niż szkoła. Czyż wasanu nie płacą za to abyś ją czysto utrzymywał?
— Prawda, pani Honorato... prawda.
— No, kiedy prawda, dlaczegożeś wasan taki próżniak? A gołębnik? Już przeszło tydzień ani nogą w nim nie postałeś, aż obrzydliwość bierze spojrzéć; ksiądz proboszcz tylko co go oglądał, aż mu serce pęka... wściekły też jest na wasana.
— Za pozwoleniem... pani...
— Może wasan powiész że ci nie płacą za czyszczenie gołębnika; ale cóż u licha! czy nie mógłbyś wasan wyświadczyć tej małéj przysługi księdzu proboszczowi!
— Pani Honorata wie dobrze, że czynię mu tyle przysług ile tylko mogę, — zawsze spokojnie i łagodnie odpowiedział bakałarz, — i skoro tylko będę miał wolną chwilę, zaraz wyczyszczę gołębnik.
— Trzeba koniecznie znaleźć tę chwilę.
— Znajdę, znajdę, pani Honorato.
— Spodziewam się... Ale, słuchajno wasan: ksiądz proboszcz kazał żebyś wasan wykopał grób na jutro rano. Ale wasan panie bakałarzu widzę gdzieś sobie bujasz...
— Grób... — żywo powiedział Klaudyusz Gérard, — to zapewne dla téj młodej pani? Już więc skończyła?
— Tak, skończyła, — sucho odparła pani Honorata, — właśnie wstawszy od stołu ksiądz proboszcz dał jéj ostatnie błogosławieństwo — ładne miał wety... dziękuję.
— Biédna kobiéta... — tonem bolesnéj litości rzekł Klaudyusz Gérard, — umiera tak młoda... tak ładna...
— Ja wcale nie żałuję ładnych kobiét, co to chociaż baronowe, wielkie damy, przecież z kochankami od mężów uciekają, — gorzko powiedziała pani Honorata.
— Ta dama, przez cały swój dwuletni pobyt w naszej wsi... żyła sama jedna ze służącą tylko; jéj nic zarzucić nie można! — surowo rzekł Klaudyusz Gérard.
— Tak, żyła sama jedna, bo kochanek ją tu osadził i dał długo czekać na siebie; o! to wszystko było z wyrachowaniem zrobione.
— Ileż córeczka téj damy cierpieć musi!... smutnie powiedział Klaudyusz Gérard, — przybyła biédna aby patrzeć na śmierć matki!...
— Dziwna rzecz, że mąż do tego stopnia był głupi iż jéj córkę przysłał.
— Ah! pani... czyliż, tak długie rozłączenie, małą było dla niéj karą?
— Dlaczegóż tyle dokazywała!
— Jakkolwiek winną być mogła ta kobiéta... czyliż można było odmówić jéj widzenia się z dziécięciem, skoro umierająca... po raz ostatni uściskać je pragnęła?
— O!... jabym nigdy na to nie pozwoliła.
— Jesteś pani zbyt srogą... pani Honorato... zbyt srogą, i słusznie, bo masz pani prawo po temu.
— Zapewne... Ale, wasan nie przywłaszczaj sobie prawa kazać mi czekać na siebie drugi raz. — Pamiętaj! żeby mi jutro zakrystya była zamieciona, a gołębnik wyczyszczony[1]. — Postaram się o to, — moja pani.
— Tak sądzę — wspaniałym krokiem oddalając się, rzekła księża gospodyni.







  1. Jakkolwiek zgroza i śmieszność idą w zawody w tym obrazie biédnego powołania wiejskiego nauczyciela, tego jedynego rozdawcy gminnego wykształcenia we Francyi, niech nikt nie upatruje najmniejszéj przesady, w przytoczonych tutaj faktach. — Czytamy w wyborném urzędowém i dlatego zbyt umiarkowaném dziele, napisaném atoli pod wpływem najwznioślejszych myśli:
    „Powtarzamy więc że nauczyciel na wsi częstokroć stoi na równi z żebrakiem (212), że pastuch ma przed nim pierwszeństwo (213); że wójci ilekroć chcą dać nauczycielowi dowód przyjaźni, pozwalają mu jadać w swojéj kuchni (214). I daléj: Ciągle zajęte potrzebą powetowania ogromnéj summy 200 franków, dla nauczyciela przeznaczonéj, rozmaite municypalne rady pragnęły objąć przynajmnjéj tą posadą mnóstwo różnorodnych obowiązków, które razem muszą zająć mu wszystek czas. Musi on być grabarzem i doboszem, czynić pralnię publiczną; nakręcać zegar, łączyć obowiązki organisty z obowiązkami zakrystyana, robić opłatki, prać kościelną bieliznę i zamiatać kościół (234).“
    Następne noty, do których odsyła autor przytoczonego dzieła, wyjęte są z raportów czterystu dziewięćdziesięciu inspektorów, którym polecono zwiedzić szkoły we Francyi.
    (212.) Nauczyciele wiejscy są ubodzy, źle odziani, do szkoły przychodzą w drewnianych trzewikach, bez pończoch, bez chustki na szyi, bez kamizelki. Mimo smutnego wyobrażenia mojego o stanie oświaty w tych stronach, nie sądziłem nigdy, aby nauczyciele wiejscy tak dalece byli opłakania godni! Z wielką trudnością pobierając od każdego ucznia 30, 40, a czasem ledwo 23 centymów miesięcznie, żonaci, ojcowie rodziny, cóż się z nimi stanie? (214) Atoli kiedy mu nauczycielski zawód przynosi rocznie najwięcéj jakie sto franków B.... służy za lokaja u dzierżawcy (224). — W umowach wyliczone są wszelkie obowiązki bakałarza.Jest on śpiewakiem, zakrystyanem, grabarzem, bezpłatnym sekretarzem pana wójta i służącym księdza proboszcza (214). W Saint-Antonin, U... bakałarz, posługacz miejski, dzwonnik i grabarz niebyt obecny.”
    Nieraz jeszcze będziemy mieli sposobność zacytowania to wyborne dzieło którego tytuł:
    Obraz pierwotnego wychowania we Francyi, według autentycznych dowodów, i raportów złoionych Ministrowi Oświecenia Publicznego przez 490 inspektorów obowiązanych zwiedzić szkoły we Francyi. przez pana Lorrain professora wymowy w Kolłegium Ludwika Wielkiego. Paryż u Hachett’a.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.