Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom IV/PM część II/10

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


10.
Uwolnienie.

Rzadka łagodność i rezygnacja Klaudyusza Gérard, szczególne na mnie wywarły wrażenie; rozrzewniony wyrzucałem sobie żem miał udział w kradzieży, która sprawiała temu człowiekowi tak wielką boleść.
Już się prawie zupełnie ściemniło, gdy się pani Honorata oddaliła.
Klaudyusz Gérard poszedł ku stajni... ale zapewne na mnie wspomniał, bo nagle się zatrzymał, wrócił do mojéj budy i otwierając ją, rzekł:
— Pójdź za mną.
Postępując przed nauczycielem, towarzyszyłem mu do tak zwanego pokoju.
Ogrodzenie urządzone z lasów używanych do zamykania bydła przedzielało oborę od zakątka, w którym mieszkał Klaudyusz Gérard. Przy bladym blasku świecy, którą zapalił, postrzegłem nad łóżkiem nauczyciela kilka pólek zastawionych książkami; w kącie stała, oparta o ścianę, czarna drewniana tablica, na niéj były jeszcze kredą nakreślone liczby, a na kulawym stole rozsypane mnóstwo sexternów.
Nie wiedząc co Klaudyusz Gérard ze mną pocznie, spojrzałem nań niespokojny.
Zechce mię zapewne zmusić abym mu wyjawił moich wspólników, pomyśliłem, a potem wyda żandarmom, którzy zaprowadzą mię do więzienia, gdzie pozostanę aż do lat ośmnastu. O! raczéj umrę aniżeli wydam Bambocha i Baskinę! bohatersko powiedziałem sobie. Jednak myśl o naszém rozłączeniu, zbyt długiém a może i wiecznym, rozpaczą mię ogarnęła. Nie widziałem sposobu jak znaleźć znowu moich towarzyszy; jakby umknąć i połączyć się z niemi na oznaczoném miejscu schadzki;... a może już i za późno?
Klaudyusz Gérard nie mówiąc do mnie ani słowa, wziął z pułki prawie zupełnie czarny kawałek chleba i worek orzechów, położył to na stole i obok postawił dzbanek z wodą, potem ukroił chléb, dołożył nieco orzechów, i rzekł mi łagodnie:
— Jédz... jeźliś głodny...
Mimo niespokojność, mimo smutek mój, uczuwałem pożerający głód; od rana na czczo przebiegaliśmy pola; podwójnie więc rozczuliła mię ofiara człowieka, który miał tyle powodów użalania się na mnie.
Gdym gryzł chléb zbyt twardy i nożem na stole zostawionym łupał orzechy, Klaudyusz Gérard siedząc na swém posłaniu, zdawał mi się pilnie przypatrywać. Po niejakiej chwili, rzekł po cichu, mówiąc niby sam do siebie:
— Jednakże w fizyonomii jego przebija się łagodność i roztropność.
Nagle otworzyły się drzwi od obory, ledwie na klamkę przymknięte, i grubym głosem zawołano:
— Hola! hej! Klaudyuszu Gérard!
— Cóż tam? kto mię woła? — spytał nauczyciel.
— To ja, Bijou, pastuszek. Pan wójt mię przysyła... ale prędzéj, prędzéj!
— Cóż chcesz? — rzekł Klaudyusz Gérard. Wejdź.
— Dziękuję — powiedział Bijou, — boby mię krowy ubodły... mogę ztąd z wami rozmawiać... bo mi bardzo pilno.
— No... to mów.
— Pan wójt mówił żebyście przyszli jutro skoro świt, i przynieśli dzwon, każe wam coś wydzwaniać... ale pamiętajcie przyjść rano, żebyście ten rozkaz obdzwonić mogli nim ludzie w pole wyjdą.
— Mój kochany, powiesz panu wójtowi że to niepodobna, bo mi ksiądz proboszcz kazał jutro raniutko wykopać grób, w którym pochować mają tę młodą damę. A tego przecież na późniéj odkładać nie można...
— Ah, bah... ja... tam nic nie wiem... Pan wójt kazał to powiedzieć... to téż mówię... Ale, ale! i praczki także się skarżyły przed panem wójtem, że pralnia nie wyczyszczona, że zatém bielizna brudzi się mułem i odrażającym odorem przesiąka; a pan wójt powiedział żebyście jutro zaraz po obdzwonieniu wyczyścili pralnię.
— Mój przyjacielu, — mówił znowu Klaudyusz z niezachwianą łagodnością a lekką ironią, — powiesz panu wójtowi, że ksiądz proboszcz kazał mi także niezwłocznie wyczyścić swój gołębnik; dla tego nie wieém co mam piérwéj zrobić... ale że pralnia obchodzi całą gminę, to téż zajmę się nią zaraz po wykopaniu grobu; potém obdzwonię w godzinę powrotu z pola.
— Ah! no... pójdę i powiem to panu wójtowi... ależ będzie się na was wściekał, bo to zawzięty złośnik.
— Dobra noc ci mój chłopcze, — rzekł nauczyciel pragnąc zapewne skończyć tę rozmowę.
— Dobra noc wam Klaudyuszu Gérard, powiém panu wójtowi iż nie chcecie dzwonić jutro rano, mówił odchodząc posłaniec pana wójta.
Wtedy nie miałem jeszcze dokładnego wyobrażenia o rozciągłości i rozmaitości obowiązków bakałarza wiejskiego, a jednak zdziwiłem się nie mało, gdym usłyszał panią Honoratę rozkazującą w imieniu księdza proboszcza Klaudyuszowi Gérard, aby wykopał grób, zamiótł zakrystyą, i oczyścił plebański gołębnik; atoli zdziwienie moje było daleko większe, kiedy Bijou, pastuszek pana wójta, przybył z kolei, i znowu w imieniu pana wójta rozkazał Klaudyuszowi Gérard aby dzwonił, i naprawił pralnię.
Szczególniej zaś uderzała mię łagodność i rezygnacya, z jaką Klaudyusz Gérard zdawał się ulegać tym wszystkim obowiązkom, przyrzekając spełnić tak różnorodne rozkazy.
Po odejściu pastuszka, Klaudyusz Gérard przez chwilę milczał, wreszcie pilnie na mnie poglądając rzekł:
— Słuchaj... pieniądze które mi skradziono nie są moje... wspólnicy twoi umknęli, a więc pieniądze przepadły. Skoro się o nie upomną, jakże je oddać potrafię?... Było sto dwadzieścia franków... jestem ubogi i zbyt mało zarabiam iżbym mógł uzbierać taką summę... a więc aresztując ciebie... jako wspólnika kradzieży, miałbym jedyny środek udowodnienia jej.
I znowu zamilkł nie spuszczając ze mnie wzroku. Na tę groźbę, którą jak się poźniéj dowiedziałem, uczynił tylko dla próby, dreszcz mię przebiegł po całém ciele.
— Boisz się aresztu? — spytał.
— Tak jest... boję się... bo w więzieniu... sam... na zawsze rozłączony zostanę z moimi towarzyszami, a wolałbym raczéj umrzéć, niż rozłączyć się z nimi.
— Twoi towarzysze okradli mię; a ty ich bardzo kochasz?
— O! tak jest... tak... bardzo ich kocham... — ze łzami w oczach odpowiedziałem.
— Sądzę, że nie kłamiesz... jest to oznaka dobrego serca... Ale jakże możesz kochać złodziei, nędzników, którzy zapewne nadużywając twojego dzieciństwa, uczynili cię swym wspólnikiem?
Nic nie odpowiedziałem; osądziłem za rzecz rozsądną i roztropną zataić że wspólnicy moi byli w równych ze mną latach, nie chciałem udzielać Klaudyuszowi Gérard najmniejszego szczegółu o Baskinie i Bambochu, żeby go w błędzie pozostawić.
Widząc że milczę, nauczyciel mówił znowu:
— Któż są twoi rodzice? Jakże mogli w twoim wieku pozostawić cię samemu sobie?
— Nie mam rodziców.
— Nie masz rodziców?
— Nie... jestem podrzutkiem...
— Ah!... rozumiem, — z litośném westchnieniem zawołał Klaudyusz Gérard, — tak to, tak, zrazu opuszczenie... potém przykład występku... nakoniec sam występek... Biédna nieszczęśliwa istoto... jakże cię dłużéj obwiniać!
Melancholijne oblicze nauczyciela wyrażał wtedy tak głęboką litość, żem się nakoniec wzruszył.
Po chwilowym namyśle, Klaudyusz Gérard dodał:
— W twoim wieku... powrót na dobrą drogę nie jest jeszcze niepodobny... Bądź więc szczerym... wyznaj mi wszystko... a może...
— Nic ja nie mam do wyznania — opryskliwie odparłem, — nie chcę nikogo oskarżać, wolno panu wtrącić mię do więzienia.
Zamiast rozgniewać się za taką odpowiedź, Klaudyusz Gérard tylko wzruszył litośnie ramionami i rzekł łagodnie:
— Do więzienia?... Kiedym cię schwytał, i postrzegł że mię okradziono, czyż nie mogłem kazać cię przytrzymać... czyż nie mogłem rozgłosić kradzieży i wtrącić cię do więzienia?... ale tego nie chciałem... Gdybyś był dorosłym, nicby mię nie wstrzymało; kradzież jestto niegodziwa zbrodnia, i sprawiedliwość miejsce mieć powinna... Jednak, w twoim wieku... nieszczęśliwe dziecię... jeszcze nie wszystko stracone.... ale wtedy właśnie zniknęłaby dla ciebie wszelka nadziejo, gdyby cię wtrącono do więzienia... pozostałbyś tam aż do lat ośmnastu, i wyszedłbyś ztamtąd zatwardziałym, niepoprawnym zbrodniarzem.
— A więc, dobry, łaskawy mój panie... pozwól, niech się oddalę, — zawołałem załamując ręce, bo błysnął mi promyk nadziei.
— O! błagam, pozwól mi panie odejść ztąd... dziś jeszcze.
— I dokądże pójdziesz?
— Będę się starał złączyć z moimi towarzyszami.
— A cóż potém uczynisz?
— Zostanę przy nich.
— I znowu kraść będziesz?
— O! nie... nie zawsze.
— Ja kto nie zawsze?...
— Myśmy wtedy tylko kradli... kiedy już nie było innego środka.
— Pojmujesz więc... że lepiéj byłoby nie kraść wcale?
— Bah!... wiém, kto nie kradnie nie naraża się na przyaresztowanie... i wreszcie...
— Cóż wreszcie?...
— Mówią że kraść to niedobrze... ale skoro kto głodny... to musi jeść.
— Kiedyście nie kradli, z czegóżeście żyli?
— Żebraliśmy o jałmużnę... inną razą znowu Baskina śpiewała po karczmach, — zapomniawszy się odpowiedziałem.
— Baskina? — powtórzył Klaudyusz Gérard i spojrzał na mnie zdziwiony.
Żałując że mi się to imię wymknęło, nic nie odpowiedziałem. Przez kilka chwil nauczyciel milczał także. Nakoniec nie uważając niby na nagłe moje zamilknięcie, spytał:
— Dlaczego tak bardzo pragniesz połączyć się z towarzyszami?
— Bośmy poprzysięgli sobie że się nigdy nie opuścimy, — zawołałem.
— Zwyczajnie, dziecko twojego wieku niechętnie zobowiązuje się podobną przysięgą z dorosłemi osobami, — powiedział Klaudyusz Gérard.
— Towarzysze moi nie są to dorośli, — zawołałem.
Widząc powtórnie że żałuję mimowolnego wyznania, Klaudyusz Gérard dodał:
— No, nie gniewaj się żeś powiedział prawdę... może to na lepsze wyjdzie dla ciebie... i dla twoich towarzyszy... tak, dla twoich towarzyszy...
Z zadziwieniem i nieufnością spojrzałem na nauczyciela; odgadł mię, bo tonem dobroci i szczerości mówił daléj:
— Ty mi nie ufasz; mamże minę złego człowieka? czym cię znieważył w pierwszéj chwili odkrycia kradzieży? czy ostro do ciebie przemawiam? czyliż nie objawiam ci więcéj litości jak gniewu, mimo żeś się dopuścił niegodziwego czynu? A wiész ty, moje biédne dziécię, dlaczego to czynię? Oto, sądzę że masz w sobie zaród dobrego, żeś się tylko zbłąkał, podobnie jak i twoi towarzysze. No, powiédz... wiele lat mają?
— Baskina jest o parę lat ode mnie młodsza, a Bamboche o parę lat starszy, — odrzekłem,... niezdolny opierać się dłużéj wpływowi Klaudyusza Gérard.
— Mała... młodziutka dziewczynka... a już wspólniczka kradzieży... kradzieży popełnionéj przez drugie dziecko!! O! to okropność! — zawołał Klaudyusz Gérard. — Nieszczęśliwe istoty! Ale jakież to nadzwyczajne okoliczności was złączyły? To więc i twoi towarzysze nie mają rodziców?
— Nie, panie...
— I może już dawno tak się włóczycie i żebracie po drogach?
— Tak panie... od kilku miesięcy.
— Przed chwilą zdawało mi się że masz nadzieję połączyć się z twoimi towarzyszami, jeżeli ci odejść ztąd pozwolę... Zapewne naznaczyliście sobie miejsce schadzki?
— Ja tego nie powiedziałem...
— Nie, lecz to prawie niezawodna... Towarzysze twoi, których schwycić nie mogłem, oczekują na ciebie bez wątpienia gdzieś w okolicy téj wioski?
— Przysięgam panu że nie, — zawołałem przestraszony przenikliwością Klaudyusza Gérard, — a wreszcie... gdybym nawet wiedział gdzie są... prędzéjbyś mię pan zabił, niż zmusił do ich zdradzenia...
A potém przebiegle i dumny że także dowieść mogę mojéj przenikliwości, dodałem:
— Widzę że pan mię chcesz podejść... i wyciągnąć na słówka, aby potém aresztować moich towarzyszy i odebrać swoje pieniądze.
Klaudyusz Gérard smutnie się uśmiechnął.
— Źle, mój kochany... myśl twoja wcale niewczesna, kiedym ci dowiódł takiego pobłażania... Ale, nie dziw, są to skutki twojego życia... Ja cię żałuję... mój kochany... ale nie pałam zemstą ku tobie.
— Jeżelim takie wiódł życie... nie moja w tém wina, rzekłem wzruszony łaskawością Klaudyusza Gérard, — dwakroć chcieliśmy zostać uczciwemi... przyjęto nas jak psów... Ha! tém gorzéj... zostaniemy jakiemi jesteśmy...
— To więc wszystko troje... nieraz... poznawaliście... żałowaliście życia jakieście pędzili?
— O! tak jest... tak... nieraz.... a jak pewnego dnia Bamboche z płaczem powiedział: Jednakie źli nie byliśmy...
Zdawało się że te ostatnie wyrazy uderzyły Klaudyusza Gérard; przez kilka chwil milcząc, chodził po pokoju, nakoniec wróciwszy do mnie, rzekł:
— Słuchaj! uważam że możesz jeszcze wrócić na dobrą drogę, gdyby jaki uczciwy człowiek wziął cię pod swoje opiekę. Jeżeli chcesz...zostań u mnie.. ale uprzedzam, że stan twój będzie bardzo ubogi, bardzo przykry: czarny chléb, który dzisiaj jadłeś, stanowi moje codzienne pożywienie; równie jak ja spać będziesz w tej oborze; będziesz podzielał ze mną zbyt dotkliwe prace... ale cię wyswobodzę zżycia które cię do zbrodni wiedzie. Rozwinę w tobie wszystkie dobre przymioty... będę cię uczył... i podam sposobność do uczciwego z czasem zarobku na utrzymanie życia, do pozostania aż do śmierci zacnym człowiekiem... Obudziłeś we mnie szczególne zajęcie... któreby mię dziwiło, gdyby mi nie stała na myśli okoliczność co je zrodziła... Biédny mój chłopczyno, oto stanowcza chwila twojego życia... w téj chwili... wybrać masz między dobrem a złem.
— Panie...
— Posłuchaj mię jeszcze... Mam zamiar zatrzymać cię przy sobie, ale przymuszać cię nie chcę. Jeżeli przystaniesz, musi to być dobrowolnie... chętnie... bo w każdéj chwili będziesz mógł dom mój opuścić. Zastanów się zatem... i wybieraj...
Ta smutna i pracowita przyszłość przerażała mię. Nie odpowiedziałem, a jednak dobroć Klaudyusza Gérard aż do głębi mię wzruszała.
— Teraz, mówił mi on znowu, posłuchaj co ci zaprojektuję dla twojego towarzysza i biédnéj dziewczynki która mu towarzyszy.
Zdziwiony spojrzałem na nauczyciela.
— Jeszcze dosyć wcześnie... noc jasna a okno nizkie... jeżeli wiesz gdzie się znajdują towarzysze, idź do nich.
I to powiedziawszy Klaudyusz Gérard otworzył okno.
Księżyc jaśniał w całym blasku, w dali ujrzałem wieś, a na szczycie horyzontu dosyć wyniosły pagórek, przerżnięty traktem na którym, pod kamiennym krzyżem, naznaczyliśmy sobie miejsce schadzki z Bambochem i Baskiną.
Nie pojmując zamiarów Klaudyusza Gérard, stałem osłupiały.
On zaś mówił daléj:
— Jeżeli towarzysze twoi nie wyrzekli się jeszcze chęci powrotu do lepszego życia... oświadcz im że znajdę dwie osoby... które dla nich uczynią to co ja dla ciebie uczynić przyrzekam... lecz dodaj że i ich... podobnie jak ciebie... czeka stan nędzny i przykry... Powiesz im także... iż pieniądze które mi zabrali nie do mnie należą... że kradzież ta okrutnéj zgryzoty nabawić mię może. Jeżeli towarzysze twoi mają jeszcze jakiekolwiek uczucie dobrego w swych sercach, to pewno... tu... z tobą... powrócą... pewno odniosą pieniądze któreby wkrótce nierozsądnie zmarnotrawili... a znajdą tu schronienie, chleb, dobry przykład... i nie będziecie rozłączeni.
— Nie będziemy rozłączeni?... — zawołałem.
— Nie... mam nadzieje, że towarzysze twoi mieszkać będą w naszéj wsi... że w mojéj szkole razem całe dni przepędzać będziecie. Jeżeli przeciwnie, towarzysze twoi... trwać będą w złém...daj im pokój... nie wracaj... ale pamiętaj, biédny mój chłopcze, że kiedyś w okrutnéj zgryzocie srogą za to odniesiesz karę.
Stałem jak wryty, z okiem w Klaudyusza Gérard włepioném, ulegając już to wzruszeniu jakiém mię przejmowały jego słowa, już to obawie abym nie wpadł w sidła.
Zdziwiony mojém zdumieniem, Klaudyusz rzekł:
— Idź... na cóż czekasz?...
— Nie śmiem... pan mię może chce oszukać.
Klaudyusz Gérard wzruszył ramionami i rzekł mi tonem anielskiéj cierpliwości:
— Oszukać?... I w jakiż to sposób?... Wszak zdaje mi się gotów jesteś wytrzymać skutki wszelkich moich gróźb, gdybym cię chciał zmusić do wskazania mi miejsca, w którém cię oczekują twoi towarzysze?
— O! tak jest... prędzejbyś mię pan zabił.
— A więc... pozwalam abyś sam poszedł.
— A jeżeli pan za mną zdaleka iść będziesz?
— Księżyc świeci, okolica otwarta; jeżeli zobaczysz że idę za tobą... to się zatrzymasz...
Milczałem, bo pomimo nieufności słowa te przekonały mię.
— No... — rzekł Klaudyusz Gérard, — spiesz się... już trzy czy cztéry godziny upłynęło... towarzysze twoi widząc że nie wracasz, znudzić się mogą i pójdą... spiesz się zatém... spiesz!
Współczucie i litość jaką mi Klaudyusz Gérard okazywał, mocno mię wzruszyły; jednak zeznaję, że mocniéj, prawdę wyłącznie pragnąłem znaleźć Baskinę i Bambocha, i gotów byłem prowadzić z niemi i nadal to życie koczujące, gdyby odrzucili projektu jakie im przedstawiać miałem.
Poskoczyłem do okna...
W chwili gdym miał wleźć na nie, Klaudyusz Gérard wstrzymał mię i wyciągając ku mnie obie ręce, rzekł miłym głosem:
— Uściskaj mię, moje biedne dziécię... niech ci Bóg radzi, i niech cię przyprowadzi... albo samego, albo z twoimi towarzyszami.
Padłem w jego objęcia, nie mogłem wstrzymać się od łez, które już nieraz w ciągu naszéj rozmowy do oczu mi się cisnęły; bo i kogóż nie wzruszyłaby niewypowiedziana pobłażliwość, oraz ojcowska dobroć, jakie ten człowiek okazywał mnie, wspólnikowi niegodziwego czynu, który tak nieszczęsne mógł miéć dla niego następstwa? Głos jego obudził we mnie stronę, która poprzednio już nieraz dobroczynnie odzywała się we mnie i towarzyszach moich; kto wié... gdyby nie to ślepe przywiązanie do Bambocha i Baskiny, byłbym może przyjął jego wspaniałomyślną propozycyą: lecz o nich tylko myśląc, wyrwawszy się z objęć Gérarda wskoczyłem na okno.
W chwili gdym miał zeskoczyć, jeszcze się zatrzymałem, jeszcze się namyślałem czy mam opuścić to opiekuńcze schronienie.
Serce moje gwałtownie się ściskało, zdawało mi się że na zawsze wyrzec się mam dobrego; atoli i teraz wspomnienie na przyjaciół przemogło i zeskoczyłem.
Zrazu biegłem wprost przed siebie, ale pomyślawszy że byłbym nieuczciwym, gdybym oddalił się nie okazawszy choć jedném słowem mojéj wdzięczności Klaudyuszowi Gérard, zatrzymałem się... i wróciłem.
Przy świetle księżyca widziałem że siedzi wsparty na framudze okna i ściga mię pełném smutku spojrzeniem.
— Żegnam pana; — rzekłem smutnie, — dziękuję za tyle dobroci, i żeś mię nie kazał aresztować...
— Ja nie mam odwagi pożegnać cię, biédny chłopczyno, — wzruszającym głosem odpowiedział nauczyciel, — pozwól mi cieszyć się nadzieją twojego powrotu. Niepodobna abyś był nieczułym na moje słowa... na moje ofiary... albo — z rozdzierającym smutkiem dodał — już się nic po tobie spodziewać nie można... Niech się więc spełni twoje przeznaczenie.
— Sądzę panie że nie wrócę, — rzekłem wstrząsając głową, — żegnam cię panie... żegnam na zawsze...
I oddaliłem się szybko dążąc w stronę traktu na którym naznaczyliśmy sobie schadzkę w razie wysłania za nami pogoni.
Przywykły do koczowniczego życia, miejsce każde dobrze pamiętałem, to téż krążąc po labiryncie ścieszek przerzynających pola, dosyć łatwo znalazłem moję drogę.
Po kwadransie stanąłem na wzgórzu, z którego mogłem jeszcze dostrzedz małe okienko nauczyciela; słabo oświetlone jaśniało w dali, a na bladém tle tego światła odbijało się oblicze Klaudyusza Gérard, ciągle opartego na framudze okna i zapewne wzrokiem mię śledzącego.
Zbiegiem więc po pochyłości wzgórza na którém się zatrzymałem. Domek zniknął mi z oczu i spiesznie daléj ruszyłem.
Im bardziéj oddalałem się od tego przybytku zbawienia, tém bardziéj słabły dobre moje zamiary.
Zważyłem że przyjmując ofiarę Klaudyusza Gérard, musiałbym przyjąć powołanie przykre i nędzne, porównywałem przyszłość jaką mi obiecywał z bezczynném, wesołém, koczującém i pełném przygód życiem, w którém już zasmakowałem, słowem, z życiem pędzoném obok przyjaciół lat dziecinnych; nie pojmowałem że na chwilę nawet wahać się mogłem i wyrzucałem sobie słabość moję.
W godzinę poźniéj przybyłem na trakt; zdala już ujrzałem na pagórku ów krzyżyk kamienny, punkt stanowczy naszego zebrania.
Księżyc oświetlał drogę pustą, milczącą.
Pewny byłem że spotkam naszych towarzyszy; mogli wprawdzie bezpiecznie uciekać, lecz ja ich żywo zapewne niepokoić musiałem; nie przypuszczałem nawet że byliby zdolni opuścić tę okolicę nie starając się poprzednio zbliżyć do mnie. Pragnąc więc jak najprędzéj zawiadomić ich o moim powrocie, w dosyć znacznéj jeszcze odległości od miejsca schadzki stanąłem i wydałem krzyk znany Bambochowi i Baskinie.
Nie umiém opisać z jaką trwogą, z jakiém biciem serca oczekiwałem odpowiedzi na to hasło.
Ale czekałem napróżno. Nikt mi nie odpowiedział.
Zbyt są daleko... nie słyszą mię, — rzekłem sobie biegnąc ku kamiennemu krzyżowi, którego ramiona wówczas zdaleka błyszczały, a gruba podstawa niknęła w gęstym cieniu.
Niespokojny biegłem co mi sił starczyło, i w kilku minutach stanąłem u stóp krzyża.
Towarzyszy moich tam nie było.
Nadaremnie natężyłem wzrok: wyniosłość na któréj się znajdowałem, panowała dwom przeciwległym wzgórzom drogi; nie widziałem nikogo. Z rozdartém sercem wołałem... krzyczałem.
Nikt nie odpowiedział na moje wołania, na moje krzyki.
Wtedy, wyczerpany trudem, zdyszały, zrozpaczony, padłem u stóp krzyża łzami się zalewając i tysiączne cierpiąc katusze z powodu tak haniebnego opuszczenia. Nagle uczułem że ręce moje, dotykając ziemi, powilgotniały: spojrzałem wkoło siebie i postrzegłem jakąś czarną kałużę, a wśród niéj spory kawałek białawéj materyi;... wziąłem ją, a ukryte w niéj trzy pięcio-frankowe pieniądze zabłysły przy świetle księżyca.
Lecz jakże się przeląkłem, gdy w tym kawałku materyi poznałem lichy szalik, który Baskina tego samego dnia miała na sobie!... Szalik ten był krwią zbroczony, gdyż czarnawa wilgoć w któréj ręce zmoczyłem, była to kałuża krwi...
Ten szalik i te pieniądze, przypadkiem wypadłe lub zapomniane, dostatecznie przekonywały mię że Bamboche i Baskina, wierni słowu, po dopełnionéj kradzieży udali się na miejsce schadzki i czekali na mnie; lecz cóż się z niemi pózniéj stało? Byłaż to krew Baskiny czy Bambocha? Co było przyczyną tego rozlewu krwi?
Wszystkie te pytania zarazem cisnęły mi się do głowy. Uczułem że wikła się wyobraźnia moja, dostałem zawrotu głowy, i bez zmysłów padłem u stóp krzyża, trzymając w ręku szalik Baskiny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.