Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Lipski
Tytuł Miasteczko
Pochodzenie Powrót
Wydawca Instytut Literacki „Kultura” — Instytut Książki
Data wydania 2015
Miejsce wyd. Paryż — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała książka
Pobierz jako: Pobierz Cała książka jako ePub Pobierz Cała książka jako PDF Pobierz Cała książka jako MOBI
Indeks stron


MIASTECZKO
Przypisane Łucji
Tekst ten ma pewne usprawiedliwienie w ciągu dalszym opowiadania. Dlatego chciałbym tu podać streszczenie całości:

Ola jest małą dziewczynką i mieszka w małym miasteczku. Nawiązuje się pewien kontakt między nią i starym chłopem Żemajtisem. Żemajtis musi iść do bobrów na zlecenie aptekarza i mała prosi, aby ją zabrał ze sobą. Teraz zaczyna się część, która powinna być połączeniem bardzo ścisłych obserwacji, struktur językowych (polsko-litewsko-białoruskich) — obyczajowych, geologicznych, przyrodniczych — z równoczesnym wspinaniem się Oli i Żemajtisa na Wielkie Drzewo. Czym wyżej, tym silniej elementy zwykłości podlegają transmutacji i, nie zdając sobie z tego sprawy, dziewczynka i stary chłop, wspinając się ku wierzchołkowi, zbliżają się do samej esencji życia, które jest aglutynacją tamtejszości — wody, bagien, drzew, języka mieszanego. Tak się ma przedstawiać całość.


Miasteczko leżało na skraju szosy. Tuż przed skrzyżowaniem dróg. Na skraju miasteczka było też jasne, zielone jezioro. Nazywali je Jasnoczką. Od głównej szosy uliczka i zaczynają się murowane domy, wreszcie rynek. Na skrzyżowaniu szos stał Chrystus. Murowany. Koło jeziora był nasz Chrystusik: z drzewa, skurczony, zielony, pod daszkiem, który się zapadał.
W willi mieszkała Ola. Jej matka była w miasteczku nauczycielką. Ojciec był i znikał, znikał i był, i znikał. Nigdy Oli nie zdarzyło się zauważyć, jak przychodzi. Brał ją na kolana, pakował cukierki do ust, dziwnie pachniał, przynosił szabelkę, czapkę konduktorską. Chciał, aby urodził się chłopak, aby mogli być na „ty”, kolegować się, być przyjaciółmi, w przyszłości chodzić na dziewczynki. Ola wytrzymywała burzę, którą sprowadzał każdorazowy pobyt ojca. Nic nie było na swoim miejscu, ojciec chodził pijany z kąta w kąt, służąca uciekała, matka zamykała się w sypialni. Ola była wystawiona na ojca. Nie cierpiała pocałunków, zarostu. Chciał, aby maszerowała z nim przez miasteczko, ale ona odmawiała. — Stój — mówił ojciec — usiądź — mówił ojciec. Drgała, szczękała zębami, nie chciała usiąść. Krążyła po pokoju. Zamykał drzwi. — Czego ty chcesz ode mnie? — mówiła czasem. Niekiedy przytulała się do niego. Zapach lawendy, alkoholu. Gonił ją po pokoju. Usiłowała wyskoczyć przez okno. I kazał siedzieć, podczas gdy ona nie miała czasu. Nie miała go nigdy.
Kończył się pobyt ojca. Wyskakiwała natychmiast z pokoju i biegła przed siebie. Zazwyczaj do pani, która miała trzydzieści kotów. Wlatywała do niej, rżąc i o odruchach konia — mogła dowolnie ruszać wszystkimi partiami skóry. Pani to była emigrantka z Rosji. Koty miały miejsca na bibliotece zmarłego męża: półki i każdy kot miał swoje miejsce. Czasem było słychać w nocy z rosyjska mówiącą panią: — Wańka, ty znowu napaskudził.
Za miasteczkiem było jezioro Czarne. Zawsze nieruchome i trzciny na brzegu. Za jeziorem moczary. Czaple i kanał. Gdy się jechało, nie było widać wody. Łódka przedzierała się przez sitowie. I gdy się w końcu osiągnęło jezioro, trzeba było się zatrzymać: było czarne, nieruchome. Tylko sen, grupa lilii wodnych na drugim brzegu. Przyciągało oczy jak niebo w nocy. Z rzadka ryby. Sumy. Puszczyki po drugiej stronie. Na środku mała wysepka, na której rosły widłaki i skrzyp. Łąka pokryta trawą, jasnozielona. Łąka świeża. Trawy były zwodnicze. A gdy Ola próbowała po nich chodzić, to najpierw robiły się jak z gumy. Potem zapadały się.
Czasem Ola stawała w kanale. Nieruchome mgły. Wodorosty, pomiędzy którymi kijanki. Lubiła leżeć nieruchomo i patrzeć, jak wodorosty falują. Poruszały się leniwie jak kobieta, która się przeciąga. Strzałka wodna, żabi skrzek, poruszały się ruchem wody, ruchem dobrze znanym i wdzięcznym, który znają fale.
Czasem Ola siedziała przy stole w domu i czytała: „...Z takich środków mechanicznych opiszemy przede wszystkim pesarium... Pesarium metalowe nie może być używane przez kobiety cierpiące na upławy. Wyjmować je trzeba przed periodem...”. Skąd wyjmować? Upławy były to mgliste, białawe postacie, które występują w bajkach. I opowiadała sobie rytmem Biblii:
— I upławy siadały na wszystkim, co żyje, i owijały to, i potem pożerały. I wtedy umrze mąż, który obcował z nią, tylko sam. Ale dzieweczce nic nie uczynisz i upławy znikną. A gdy nie znikną, uczynisz ołtarz.
Chodziła też do ogrodu, w którym olbrzymie pająki krzyżaki ustawiały niewody. Piotr łapał żywe muchy i rzucał w sieć. Krzyżak biegł do muchy i owijał ją śliną, i po tym zostawała tylko mumia muchy.
— Ola, Ola!
— Mamusiu, tylko na chwilę, tylko na chwilę.
Na dole, w ogrodzie, Piotr stał u furtki. Jeszcze dwoje dzieci za nim. Jedno obce, trzyma szczenięta.
— Co?
— Małe psy. Chcesz się bawić?
Podeszła do obcej dziewczynki. Wzięła jedno szczenię. Było ślepe, trzęsące się. Najpierw wywołało obrzydzenie. Potem nieznane wzruszenie. Zamruczała. Wszystkiego były trzy szczenięta, dwa białe w czarne łaty, jedno żółtawe. Przewróciła je na grzbiet: miało różowy brzuch.
— Idźmy nad Jasnoczkę.
— Dobrze. Jak się nazywasz? — zwróciła się do obcej.
— Marysia.
Marysia, która przyniosła psy, nie miała już żadnego. Patrzyła, co będą robić z jej szczeniętami. Wszyscy szli do pewnego lasku, w którym czuli się bezpiecznie. Tam rosły małe sosenki i był mech. Usiedli na ziemi. Piotr podniósł jedno szczenię.
— Zobaczymy, jak długo będzie piszczeć.
Trzymał je parę minut. Marysia odebrała dwa pieski. Zrobiła rodzaj uprzęży z trawy i kazała ciągnąć gałąź. Ale nie umiały, rozpełzały się na różne strony.
— Spróbujemy, czy pływają.
— Głupia.
— To co będziemy robić?
— Spróbujemy, czy one potrafią nie żyć.
— Co?
— Głupia. Zrobimy je nie żyć.
— W jaki sposób?
— Będziemy się bawić w pogrzeb.
Nie patrząc na siebie wzajemnie, robili trumny z gałązek.
— Tak się robi.
Przewiązał gałązki trawą.
— Ja będę ksiądz — powiedział.
Włożyli szczenięta do trumien. Szedł na przedzie, za nim dziewczynki. Nieśli trumny ze szczeniętami, na przodzie szedł ksiądz z krzyżem. Szczenięta piszczały. Czy można je zrobić nieżywe? Muchy to nie był przykład. Chodzi o to, aby były z mięsa. Szli pomału w głąb lasku.
— Tu.
Zatrzymali się. „Tu” było piaszczyste miejsce. Usiadł na ziemi, krzyżem wykopał pierwszy dołek. Jedno szczenię wylazło z trumny.
— Trzymaj je.
Wykopał trzy. Wstał i zaczął naśladować księdza. Trzy dziewczynki stały nieruchomo.
— Nooo! — powiedział.
W milczeniu zagrzebali pieski. Było widać lekkie wzniesienia. Ubijali piasek nogami.
— Nie ruszają się więcej.
— Nie.
— Ale nie umarły?
Jedna chciała iść na stronę. Ola powiedziała, że mama jej pozwoliła wyjść tylko na chwilę. Słońce już zachodziło. Biegła do domu.
— Gdzie byłaś tak długo?
— Bawiliśmy się.
Czuła, że jest wtajemniczona, jakby przeszli wspólnie przez ogień. Jakby byli razem na gwieździe. Co uważała za możliwe. Wierzyli, że wszystko jest możliwe, ale nie wiedzieli, co to jest śmierć. Poza tym jak wieprza rżnęli.
Małe rudziątko (nikt w rodzinie nie był rudy, nawet aptekarz; zachowała się legenda, że babka matki była ruda, ale to nie było pewne) straszyło okoliczne dzieci bajkami, w które nie wierzyła. O upławach, o topieniu. Dopiero po tym, jak opowiadała przez godzinę nieprawdopodobne brednie, zaczynała się sama bać. Brednie, od których dostawała gorączki. Więc upławy i pesarium zaczynały walkę. Pesarium miało kłodę z drzewa. Upławy były chytre. Upławy były z przodu i śmiały się, a inne upławy z tyłu dusiły. I używała całych wersetów z Biblii, a dzieci starsze od niej oblatywał strach. Bladły, nie słyszały, jak je wołano. Strach zaciskał się w niej samej też, tak że urywała w środku i mówiła: — I koniec. — Nie mogła złapać tchu. Zjeżona, rude włosy i piegi: mała, centkowana pantera.
Matka Oli była nauczycielką. Zrujnowany dworek z zaniedbanym obejściem. Parę ciemnych wilgotnych pokoi. Pianino, trochę reprodukcji. Parę książek czytanych ciągle, przez pokolenia; ojca pamiętała jeszcze, jego posesję, stary dom za miastem powiatowym, z dziko już rosnącymi jabłoniami, album z fotografiami. Obrazy materializowały się na chwilę i znikały: ona, czarnowłosa panna z przyszłym nieudanym mężem na jakimś balu, matka, której nie pamiętała, i miłość, która się nie udała. Ucieczka tutaj z resztkami majątku.
Była tu lubiana za bierną łagodność, urodę mimo utycia, pozostałość prowincjonalnej elegancji. Niektóre dziewczęta, uczennice, kochały się w niej. Niektóre próbowały się tak czesać jak ona i tym zwrócić jej uwagę. Lekceważyła to. Lubiły nosić jej teczkę do domu. Była sprawiedliwa, nie miała faworytów.
Nie miała dobrych znajomych — kobiet. Tylko mężczyźni. Nie brała ich nigdy na serio. Uważała ich za dziwaków, maniaków. Nie żyła z ojcem Oli, dla którego miała pogardę. Żyła natomiast obecnie z aptekarzem. To był szaleniec na swoją modłę, aptekarz wdowiec — tak przynajmniej mówił — chodził przed nią na kolanach dosłownie (na przykład: — Przyjdź tu na kolanach i przeproś), pełzał, w czym już znajdował przyjemność, ślinił się (czego bardzo nie lubiła), był obleśny (co lubiła). Podczas wakacji wyjeżdżali razem. Pozostawiał w aptece zastępcę niedołęgę i po powrocie musiał dużo pracy wkładać, aby naprawić, co tamten zaniedbał.
Szaleństwo aptekarza polegało na tym, aby mieć środki naturalne. W witrynie apteki stały dwie ogromne kule, jedna napełniona płynem czerwonym, druga zielonym. Gdy wchodziło się do apteki, dzwoniło i wynurzał się z cienia aptekarz. Wychodził z miejsca, nad którym wisiał ogromny szyld „Laboratorium”. Od znachorów i zamawiaczy skupował strój bobrowy (wydzielina okołomosznowa), który uchodził za znakomite lekarstwo na serce i choroby nerwowe. Poza tym niedojrzałe makówki, ziele jaskółcze (herba Chelidonii), nasiona kulbczycy (semen Strychni), ziele lobelii (herba Lobeliae) i inne. Kazał uważnie zbierać, o danej porze roku, w miesiącu, przy księżycu czy rannej rosie, a znachorzy i zamawiacze kiwali głowami i wiedzieli swoje. Robił mikstury, od których głowa się kręci, i miał dużo szczęścia, że nie było wypadków śmiertelnych. Naturalnie sprowadzał johimbinę. Preparował, mieszał, dodawał efektownych barwników i w dzień targowy było u niego pełno. Lekarz, którego wzywano z sąsiedniego miasteczka tylko do umierających, miał skromną praktykę. Za to on przyjmował w laboratorium, gdzie opowiadano mu świństwa, które chciano zrobić, które się udały, które się nie udały.
Miał z tego całą pociechę. Bawił się znakomicie. Był w środku każdej intrygi. Wiedział o wszystkim. To była jego skromna ambicja. Był uczynny. Ułatwiał poronienia przy pomocy sporyszu (Secale cornutum). Największy wpadunek miał z kantarydą z przyszczawek (Lytta vesicatoria). O mało nie umarł pewien chłop. Rozkoszował się swoimi możliwościami. Mógł mężczyznę doprowadzić do tego, że nie mógł, a kobietę, że bardzo chciała. Był bezkonkurencyjny. Trzeba się było mieć na baczności, gdy się szeptało tajne życzenie. Do niego należała książka ginekologiczna, którą czytała Ola.
Na środku rynku stała Matka Boska. Na niebiesko pomalowana. Wszędzie przeświecały gipsowo białe płaty, farba odpadała, była bowiem znużona zawiejami i deszczem. Koło niej szczypały trawę chude kozy. Kozy były własnością i właściwością Icka, który trzymał karczmę. Icek z karczmy miał tuż obok dwie morgi ziemi, które uprawiał. Miał ziemię piaszczystą. Sadził na niej kartofle i trochę jęczmienia. Orał swoim zdechłym konikiem. Kartofle się jakoś udawały. Jęczmień — mało. Icek chodził do chłopów, którzy, w dobrej wierze, dawali całkiem sprzeczne rady. I Icek mówił: — Dlaczego ten jęczmień się nie udawa... — Coś z kozy miał w ogóle i głos miał kozi.
Icek orał i modlił się, i uczył się. Gdyby nie jego żona, to cała karczma by zmarniała. Żona była w blond peruce, życzliwa, usłużna i poddana losowi. Nie mieli dzieci. Mąż jej jeździł z nią do wielu cadyków, ale nie pomogli.
Lubiła bardzo, gdy pełno było w karczmie. Wtedy czuła się ożywiona, wyrwana ze snu. Latała rozgorączkowana, oczy błyszczące, niebieskie. Do pomocy miała Józię. Zapisywała na kredę. Kupowała ryby za wódkę. Czuła się lubiana. Nawet pożądana przy swoich trzydziestu latach. Miała już dość awantur z żonami, które przychodziły ją sprać po pysku. Gdy była chora, z drugiej strony izby komenderowała Józką. Inaczej umarliby z głodu. Ale lubiła żyć na swój nieśmiały sposób i widziała życie, które wieczorem przepływało przez karczmę. Miała dwa pokoje dla noclegów. Więc tak: Sara i Icek.
Jarmark był tylko dwa razy do roku. Już o trzeciej rano wozy z odległych wsi. Stragany. Z piernikami, manufakturą, nasionami, masłem, pieczywem, glinianymi garnkami, zabawkami, naczyniem, wstążkami i koralami. Cygan podkuwał konie. Sprzedawano konie, bydło, drób. Były duże, poważne, gospodarskie interesy i małe zakupy — domowe, kobiece, dziecinne.
Dzieci były prawie zawsze na jarmarku, bez względu na pogodę. Magicy łykali ogień, stawali na rękach i chodzili. Potem pokazywali blaszkę, która umieszczona na języku pozwala wydawać piski. Z wypłowiałego cylindra wyciągali różne przedmioty, w końcu królik albo para gołębi. Cyganki: — Powróżyć, powróżyć. Katarynka i onanizująca się małpa: — Obezjan-pawian, sam siebie żena, na bok starzy, niech dzieci też popatrzają.
Małpa wyciągała przepowiednie: — Ciemnego blondyna się strzeż. Daleka podróż. Mała nieprzyjemność. List od nieznajomego. Nieszczęście, a potem złagodzenie.
Budy. Kobieta brodata bez tułowia. W ciemnicy czary-mary. Oberwaniec zamawia różę. Skutecznie.
Tak, tłum wielki, budy szewców, łowiący szczury przy pomocy sowy, skupujący skórki kocie, rejwach okropny. Wszelkie relikwie, kostka św. Genowefy, a leki pod masłem. Chłopi pili kwas u Żydówki, ale to już była inna Żydówka. Czosnek w spirytusie, cebula żółciopędna, igły cisu porażające serce. I dawna legenda o stroju bobrowym (Castoreum). Miłek (herba Adonis vernalis).
Kościółek św. Wita, drewniany. Mała kolejka spowiadających się. Z drugiej strony cerkiew. I ciężkie wzdychanie. W zimie drogi są zawiane, w jesieni i na wiosnę wsie są odcięte bagnami. korzysta się z lata, aby zrzucić trochę grzechów. I pozostawić trochę, aby gryzły. Tak ma się co robić w noce, w zimowe wieczory. Wtedy straszna nuda boruje bardziej niż grzech śmiertelny. Nie można spać dwanaście godzin. Nawet na piecu. Najwięcej ataków szału w zimie. To nie wystarczy, że rąbie się przeręble i ryby wyskakują na wierzch. Zawraca się głowę snami i strachami. Wynajduje się strachy spod ziemi.
Na jarmarku Ola miała pełne oczy. Była zatumaniona. Każdy jarmark opłacała bólem głowy. Szła wtedy do domu, kładła sobie gorącą flaszkę na głowę i potem wracała.
Szwendała się za Żemajtisem. Nie odstępowała go. Była zazdrosna o niego, choć jej wcale nie znał. Gdy mówił z jakimś chłopem, to nienawidziła chłopa. A jeszcze gorzej z chłopką. Miał małe zawiniątko, z którym wszedł do apteki: „Świeże pijawki”. Długo czekała przed tym napisem. W końcu wyszedł. Chodziła za nim. Zauważył, ale nic nie mówił.
Nagle obrócił się i zapytał, czego chce. A ona milczała. Zapytał znów, a ona milczała. W końcu poprosiła niepewnie, aby ją zabrał do bobrów. Kazał jej się spytać, czy mama pozwala. Poprosiła, aby sam zapytał mamę, bardzo prosiła, aż jej przyrzekł i musiał przyrzekać pięciokrotnie.
— Tylko trochę zabrać. Do lasu. Do bobrów.
Uśmiechnął się. Powiedział, że za dwa tygodnie pójdzie. Spytała, czy na pewno. Na pewno. Złożyła mu ukłon, jaki widziała na średniowiecznych obrazkach. Odkłonił się poważnie, zginając się wpół. Potem poszli w różne strony. Żemajtis był stary, siwa broda, w domu tkany białoszary płaszcz, przewiązany pasem z kutasikami. Nogi w łapciach. Spodnie białe, przypominające gacie. Jeszcze przez chwilę widoczny wśród namiotów i bud.
Brudna woda płynęła rynsztokiem, nawet na rynku. Poza tym śmierdziało uryną, zwłaszcza w dzień targowy, który wypadał w czwartek. W różne piątki Ola wychodziła niby tak i podpatrywała Żydów. Nie było ich dużo. Sklep Eichlera, kwas, Icek. Brakowało wielu do dziesięciu, aby można było się modlić. A przecież niekiedy modlili się. Kiwali się, mieli pretensję do Boga, krzyczeli, wyzywali nawet głośno. Napierali na Niego. Chcieli, już chcieli od Niego. Robili Mu wymówki. To nie było to co w kościele. Byli jakby z Bogiem bliżej w modlitwie. To, że kiwali się raz w jedną, raz w drugą stronę, nie było wcale z pokory. Były to gwałtowne ruchy, dawne, pradawne, jak u zwierząt. Ruchy namiętne. Krzyczeli na Boga ostrym głosem. Upominali się o coś, nawet — może — grozili Mu. Taki był ton modlitwy.
W kościele organy grały. To już stwarzało nastrój pokory. Potem chór chłopskich dzieci. I klęczki. Jedno da się stwierdzić, że w kościele było chłodno. I proboszcz, suchy, ostry, miał mowy bardzo wzruszające. A czasem ograniczał się do kilku zdań skierowanych w powietrze. Ale winny już się pilnował.
Ola bawiła się namiętnie. Tak jak robiła wszystko. Była dzika, chodziła po drzewach, jeździła łódką, rwała owoce, bawiła się w życie, a zwłaszcza bawiła się Marysią, która przyniosła psy. Marysia była potulna, więc denerwowała. Musiała udawać psa.
— Siedź. No, siedź.
I Marysia siadała na ziemi. Dostała kataru pęcherza. Musiała szczekać.
— Siedź, aż tu przyjdę.
I odbywała dalekie spacery. Sprawiało jej radość, że Marysia będzie na pewno siedzieć jak pies, aż ona wróci.
— Służ.
Gdy Marysia protestowała:
— Nie będziemy się z tobą bawić. Idź sobie.
Przy czym była pewna, że Marysia nie pójdzie.
— Jakbyś połknęła dżdżownicę, to się będziemy bawić.
Marysia połknęła.
— Skocz ze stodoły, to się będziemy bawić.
Marysia skoczyła.
— Przepłyń kawałek Jasnoczki.
Olę niepokoiły zakopane psy.
— Będziemy się bawić, że ja zakopię ciebie na noc. I zobaczymy.
Ale nie potrafiła wykopać tak dużej dziury, mimo piasku, więc wykopała mniejszą.
— Udawaj piesków. Za to zrobię z ciebie Pana Jezusa i Wszystkich Świętych. Pod topolą.
I zaczęła się teatralnie modlić:
— Panie Jezusku, zamień się w Marysię, bo ona udaje pieski.
Przepłynęło stado kaczek.
— No, w co się będziemy bawić.
— Nie denerwuj. Ja jestem mała dziewczynka.
Czasem Ola bawiła się sama sobą. Chciała wiedzieć, jak to jest być ślepym. Kazała się Marysi prowadzić. Czasem używała kija. Macała, co jest przed nią. Chciała wiedzieć, jak się jest kulawym. Przez cale dnie kulała. Matka niepokoiła się.
Umiała już czytać. Nauczyła się niespodzianie wszystkich świętych, rozkładu jazdy, taryfy pocztowej. Umiała na pamięć i bez trudu. Nie zdawała sobie z tego sprawy, aż matka ją przyłapała. Bez trudu. „Piątek — Zygmunta, sobota — Marii, niedziela — Floriana, poniedziałek — Ireny”. Tak wszystkich. Nawet pamiętała podwójnych, potrójnych.
Gdy wieczorem czytała książkę, zdawało jej się, że papier jest przezroczysty. Pod nim widziała różne rzeczy, poruszające się. Zwłaszcza widziała uporczywie człowieka w zawoju poprzez książkę. Nie mówiła o tym, boby się śmieli.
Widziała też zdarzenia w pokoju. Dziwne stworzenie siadało przed nią i opowiadało. Wiedziała, że ta rzecz się nie nadaje do powtórzenia. Miało skrzydła, było smutne, układało potworny łeb na ładnych białych rękach.
Opowiadało (było odziane w długą czerwoną suknię powleczoną kwiatami, a delikatne ręce o długich palcach ubierał pierścień; położyło prawą rękę na lewym ramieniu i wyprostowało się, pokazując zmarszczki na szyi):
— Bóg stworzył świat i ziemię. A w szóstym dniu stworzył człowieka, Ewę. Stworzył ją z prochu i tchnął w twarz jej dech żywota. I uczynił wszelkie zwierzęta, ziemskie i morskie, mówiąc człowiekowi: Panuj nad tym. A para wychodziła z ziemi, i wywiódł Bóg wszelkie drzewo wdzięczne na wejrzenie i smaczne ku jedzeniu. Wziął tedy człowieka i posadził go w ogrodzie Eden, aby go sprawował i strzegł. Ale Ewa nie była spokojnego ducha. Przebiegała była jedną krawędź Edenu na drugą. Rzekła do Boga: Źle mi jest i nie wiem, dlaczego. Ale Bóg milczał na wysokościach. Wtedy Zły w postaci węża ześliznął się z drzewa wiadomości złego i dobrego i szepnął: Masz tu żebro, niewiasto, i poproś Boga, aby ci uczynił towarzysza. I posłuchała niewiasta. Gdy się obudziła z twardego snu, ujrzała przy sobie męża. Ach — powiedziała. I obłapili się. A wygnał ich wtedy Bóg z ogrodu Eden.
Podniosło pysk i przeciągnęło się:
— Jadłem wszystkie owoce z tego drzewa. A gdy nie starczyło owoców, jadłem liście. A gdy nie starczyło liści, jadłem korę. A gdy nie starczyło kory, jadłem korzenie. Ola spytała:
— Nic prawie nie rozumiem. Dlaczego opowiadasz to właśnie mnie?
Odpowiedziało:
— A komu bym miał opowiadać, jak nie nieznajomym małym dzieciom, którym nikt nie uwierzy?
Ola poczuła się nagle strasznie samotna, za jeziorem Czarne, daleko, w lesie, gdzie się nagle zgubiła i nie mogła znaleźć drogi. W którą stronę biegła, ten sam bagnisty las, ciągle drzewa. Zobaczyła przestrzeń, okno między liśćmi, łąka porosła jasnozieloną świeżą trawą. Nie próbowała nawet przejść. Wiedziała: moczary, moczary.
Wyskoczyła z łóżka. W przyległym pokoju pali się lampa naftowa, tam była służąca Maryna. Maryna klęczy nad swoim kuferkiem zrobionym z drzewa, malowanym na czarno w kolorowe wzory. Kufer otwarty. Naklejanki. Dużo. Jakiś święty i na samym środku Matka Boska, ciemnoskóra. Zawiniątko. Bielizna świeża. Chusta, którą wkłada co niedziela. Lusterko.
— Co ty chcesz, smarkulo?
— Czy nie było tu nikogo?
— A co by miał być...
— I nic nie słyszałaś?
— A nic.
— Nie słyszałaś, żeby kto ze mną rozmawiał?
Wzruszyła ramionami. Nic nie odpowiedziała. Ola poszła.
Owo siedziało na komodzie:
— Była południca, która nie miała kogo obłapiać. Jej oczy zrobiły się strasznie duże, wygłodniałe...
Maryna śpiewa: Da worebieja żona śliczna nadobna była, hocki cwir, cwir, niebożę...
— I błąkała się po bagnach, lasach. Tam znalazła topielca i wskrzesiła na południowe lato. A nim kręciła, kręciła. Stawał się marniejszy topielec. Ciało z niego odpadało, zjadały go pomalutku, pomalutku gawrony. I południca miała z niego mało. Już mu oczy wylazły, już mu noga odpadła.
Maryna: „Śliczna nadobna była, dzień da wieczora piła...”.
— Wtedy orłem spadł na nią zły, pazurami chwycił i zamienił na rybią dziewczynę.
Mrugnęła oczami i owo zniknęło. Ola znów z łóżka do komody. Warstwa kurzu starta, gdzie owo siedziało, kurzu, który miała jutro zetrzeć Maryna.
I tej nocy kwietniowo-majowej Ola nie spała. Pod płotem śpi kałuża, nów się jej przygląda, pająk rozstawia sieci i zamarł, niewody srebrne w ogrodzie. Maryna nuci: „Oj kazali ludzie da ludzie...”. Nieruchome, zawieszone w trwaniu, sumy spały na dnie Czarnego, topielca obgryzają małe rybki, ozimina zaczyna kłosować w lepkiej ziemi, osika drży, trrr, trrr, chrabąszcze mrowią się już na liściach brzozy, długi cień aptekarza stoi i patrzy, czy nadchodzi Żemajtis. I czapla śpi na jednej nodze.

[„Kultura” 1964]


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.