Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Lipski
Tytuł Powrót
Wydawca Instytut Literacki „Kultura” — Instytut Książki
Data wydania 2015
Miejsce wyd. Paryż — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Uwagi
Information icon.svg Tekst zawiera treści erotyczne
Information icon.svg Tekst zawiera zwroty uważane za wulgarne
Indeks stron


Powrót
LEO LIPSKI
  
wybór, opracowanie i wstęp
Agnieszka Maciejowska
instytut literacki kultura — instytut książki
paryż — kraków 2015


patronat nad serią objęli

Prezydent Miasta Gdańska Paweł Adamowicz
Prezydent Miasta Lublina Krzysztof Żuk
Prezydent Miasta Wrocławia Rafał Dutkiewicz


dotychczas w serii ukazały się
juliusz mieroszewski
Listy z Wyspy
aleksander janta-połczyński
Wracam z Polski
zbigniew brzeziński
Agonia komunizmu
jerzy stempowski
Po powodzi
andrzej bobkowski
Coco de Oro
michał heller
Maszyna i śrubki




Słowo wstępne

Mój tytuł do pisania o Leo Lipskim bierze się tyleż z entuzjazmu dla jego twórczości, co z osobistej z nim znajomości. Zawarłam ją w 1991 roku, kiedy na prośbę pisma „Ex Libris”, ówczesnego dodatku do „Rzeczpospolitej”, miałam przy okazji wizyty w Izraelu przeprowadzić z nim wywiad. Gdyby mi się udało, publikacją zainteresowana była również paryska „Kultura”. A mogło się nie udać, pisarz był bowiem sparaliżowany i bardzo niewyraźnie mówił, a kontakt odbywał się jedynie przez Łucję Gliksman, która od kilkudziesięciu lat roztaczała nad nim — jak usłyszałam od Jerzego Giedroycia — „wzruszająco troskliwą opiekę”.
W Izraelu był to autor praktycznie nieznany; choć na hebrajski tłumaczono go kilka razy, nigdy nie wyszedł poza środowiskową polską niszę. Znalazł się w kategorii pisarzy-rezydentów, tworzących w swoich językach, ze swojego diasporowego punktu widzenia. Tymczasem Polakom niemal w ogóle znikł z pola widzenia, nie był z powodów oczywistych pisarzem krajowym, ale z jakichś przyczyn niespecjalnie kwapiono się zaliczyć go do emigrantów. I w odróżnieniu od większości zarówno polskich Żydów w Izraelu, jak i Polaków rozrzuconych po całym świecie nigdy nie nauczył się języka kraju, w którym przyszło mu żyć.
Wyjeżdżałam do Izraela, wiedząc w zasadzie tyle, że nic nie wiem o Lipskim. Nie udało mi się dotrzeć do jego książek — ani do dwóch wydanych przeszło trzydzieści lat wcześniej przez Instytut Literacki w Paryżu[1], ani do wydań krajowych: lubelskiego podziemnego wydania utworów zebranych, powtórzonego trzy lata później już w wydawnictwie oficjalnym[2] — pierwszych jaskółek rozszerzającego się zainteresowania literaturą pisaną po polsku poza Polską. Dopiero w telawiwskim antykwariacie Edmunda Neusteina zdołałam kupić wydany u Giedroycia zbiorek opowiadań Dzień i noc. Pozostałe utwory pożyczyłam od autora przy okazji pierwszego spotkania.
Zostałam dosłownie porażona tą literaturą. Taki sposób narracji — intensywny, zdyszany, który sprawia, że i czytelnikowi brakuje tchu, pozwala doświadczenia narratora przeżyć razem z nim, mimo że nie było się ich świadkiem. „Dosłownie ściska w gardle, jak się [...] czyta”[3] — pisał Giedroyc do Wittlina w 1960 roku, zaraz po wydaniu mikropowieści Piotruś. A Redaktor nie był człowiekiem łatwo wyrażającym emocje.
Miałam wrażenie, że z tych krótkich, skondensowanych jak poezja form, emocjonalnie i intelektualnie dowiaduję się o XX wieku więcej niż z wszelkich innych źródeł. Miałam wrażenie dotarcia do kwintesencji literatury. Do czegoś, co dotyka samej istoty rzeczy, odziera byt z wszelkich pozorów, pokazuje, jak zwykła może być dziwność życia, jak śmieszne i groteskowe bywa cierpienie, a lirykę odnajduje w najbrutalniejszych opisach fizjologii.
Tragizm losu pisarza zrobił na mnie nie mniejsze wrażenie niż jego twórczość, a wszystko razem domagało się odpowiedzi na pytanie: Dlaczego tak dobry pisarz jest niemal nieznany?! Przecież był drukowany, tłumaczony — na angielski, niemiecki, włoski, hebrajski, na francuski nawet dwa razy. A przez emigracyjne wyrocznie — Giedroycia, Józefa Czapskiego, Mieczysława Grydzewskiego — uznany za wielki talent. I dalsze, nie mniej intrygujące: Dlaczego tak mało napisał, skoro pisać i publikować zaczął już w szkole? Jak sam mówił, pisarzem postanowił zostać, mając lat dwanaście. I do pisania wrócił jeszcze, zanim skończyła się wojna. Na co właściwie choruje? Dlaczego jego stan się pogarsza i czy nie jest już możliwa skuteczna rehabilitacja?

* * *

Nie byłam ani pierwszą, ani ostatnią osobą, która usiłowała przeprowadzić wywiad z Leo Lipskim. Ale byłam jedyną, która te usiłowania ponawiała latami. Nie z powodu większej niż inni wytrwałości — wkrótce po naszym pierwszym spotkaniu po prostu na dłużej znalazłam się w Izraelu, a po podjęciu pracy attaché kulturalnego w Ambasadzie Polskiej w Tel Awiwie zamieszkałam w zasięgu spaceru od mieszkania Łucji Gliksman, u której Lipski najczęściej przebywał.
Muszę od razu rozwiać nadzieje tych, którzy będą chcieli się dowiedzieć, o czym rozmawiałam z Lipskim — właściwie o niczym, przez całe sześć lat naszej znajomości usłyszałam od niego może kilkanaście zrozumiałych zdań.
Podczas moich wizyt sprawiał wrażenie człowieka pogodzonego z losem. Z ciepłym uśmiechem zdawał się życzliwie, choć z dystansem obserwować otoczenie. W łóżku, z nieodłączną książką w lewej ręce — prawa była sparaliżowana — przysłuchiwał się z sąsiedniego pokoju moim rozmowom z Łucją, widoczny przez szerokie rozsuwane drzwi. Czasem jednak drzwi były zasunięte i wydobywały się spoza nich przeciągłe jęki.
— To nic, to nic — uspokajała mnie Łucja, gdy pytałam, czy nie trzeba mu w czymś pomóc.
Kim była zajmująca się pisarzem od lat sześćdziesiątych Łucja Gliksman i dlaczego on, który w czasach samotnych zmagań z chorobą nigdy nie zaniechał twórczości, otoczony jej opieką praktycznie przestał pisać?
Szybko okazało się, że zadawanie pytań wprost mija się z celem. Łucja Gliksman, która miała być tłumaczką jego niewyraźnej wymowy, w istocie rozumiała nie więcej niż inni słuchacze. Ponadto forsowała swoją wersję jego życiorysu i to mimo protestów pisarza, których byłam świadkiem. I tak na przykład w kwestii przedmiotu jego studiów uniwersyteckich twierdziła, że była to filozofia i psychologia, choć Lipski mówił o pedagogice i psychologii[4]. Wiedziała „lepiej”, nawet jeśli rozmowa dotyczyła czasów, kiedy się jeszcze nie znali, a już zwłaszcza kiedy mowa była o związkach z kobietami. Najczęściej stosowanym przez nią zabiegiem było przechodzenie do opowieści o sobie, co widać doskonale w rozmowie ze Stanisławem Beresiem, przeprowadzonej w 1996 roku[5].
Co nie znaczy, że jej opowieści były nieciekawe. Jej inteligencja, erudycja, złośliwość, poczucie humoru, barwne anegdoty wynagradzały długie godziny, które spędzałam w jej skromnym mieszkanku, licząc na jakiś strzęp informacji o Lipskim.
Dzięki temu wiem wiele o samej Łucji, o jej przeżyciach na zesłaniu, o studiach językoznawczych, dwóch małżeństwach, o przyjaciołach — głównie z kręgów profesorskich.
Najchętniej jednak mówiła o własnej twórczości. Pisywała melancholijne, „skamandryckie” w stylu wiersze. Utrzymywała, że nie przywiązuje do nich żadnej wagi, ot — błaha rozrywka, i to ją właśnie miało łączyć z Lipskim, że obojgu nie zależało na publikacji. Nie chce się wierzyć, że nie wiedziała, jak Lipski zabiegał o druk. „Uważam, że dla pisarza niedrukowanie jest śmiercią”[6] — pisał do jednego z przyjaciół. A ona sama kilka lat później publikację tomiku swoich wierszy postawiła mi jako warunek wznowienia Lipskiego w zaprzyjaźnionym ze mną wydawnictwie, olsztyńskim ODN[7].
Jak godziła konwencjonalny gust z akceptacją zgoła niekonwencjonalnej twórczości Lipskiego? Chyba jednak z trudem, bo mówiła o niej rzadko i niezbyt chętnie, z rezerwą przyjmując moje zachwyty.

* * *

Autobiograficzny klucz do twórczości Leo Lipskiego leży w zasadzie na wierzchu, trzeba tylko zebrać te skąpe informacje, jakie się na temat jego biografii ostały oraz oczyścić je w miarę możliwości z nagromadzonych błędów i przekłamań. Błędów wynikłych przede wszystkim z nadmiaru dobrej woli. Po latach zapomnienia odkrycie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku twórczości Lipskiego wywoływało ciekawość szybko poszerzającej się grupki jego wielbicieli. Tę ciekawość starano się czasem zbyt pospiesznie zaspokoić.
Lipski debiutował wcześnie, jeszcze w czasach gimnazjalnych, i do wybuchu wojny zamieszczał swoje utwory w pismach uczniowskich oraz w prasie literackiej publikującej młodych twórców — „Kuźni Młodych”, „Naszym Wyrazie”, „Pionie”. Podpisywał się wówczas prawdziwym nazwiskiem — Leo Lipschütz. Wątki biograficzne tej wczesnej prozy są dziś trudne do rozplątania, niezbyt wiele faktów da się po tylu latach ustalić, ale często pojawiające się opisy śmierci jednego z rodziców, widzianej oczami dziecka, nie mogą być bez związku ze śmiercią matki małego Leo. Sceny leczniczych pobytów w górach zapewne związane były nie tylko z fascynacją Tomaszem Mannem — roczny urlop ze studiów może świadczyć o chorobie samego Lipskiego.
Współczesnego czytelnika jego młodzieńcze teksty muszą wprawiać w konsternację. Te wszystkie czernie „ziejące w dusze”, uczucia „sterczące z mroku przeszłości”, wiatry „skowyczące i grające pieśń śmierci”[8], ta niezdarna młodopolszczyzna, nieznośne rozpoetyzowanie, rozkochanie w mrocznej atmosferze i złowieszczych przeczuciach, ta dojmująca tęsknota do mglistej katastrofy — trudno w tej egzaltacji odnaleźć późniejszy powściągliwy, skrajnie oszczędny styl Lipskiego.
Prawdziwa, boleśnie konkretna katastrofa wkrótce nadeszła. Po wybuchu wojny Leo uciekł z bratem, narzeczoną Idą, swoją pierwszą wielką miłością, oraz grupą przyjaciół do Lwowa. Ida, niepokojąc się o los rodziny, wróciła wkrótce do Krakowa, a obaj Lipschützowie dwukrotnie aresztowani, wysłani do łagrów ostatecznie znaleźli się w Armii Andersa i w jej szeregach opuścili ZSRR.
W Teheranie Lipski zaczął pisać swoją pierwszą powieść — Niespokojnych. Zanurzył się we wspomnienia krakowskiej młodości, a raczej szczenięcości, w opisy inicjacji seksualnych i intelektualnych swojego szkolnego środowiska, jakby chciał się odgrodzić od niepewności aktualnego losu. Odtwarzał, czasem niemal dosłownie, niektóre z przedwojennych publikacji, a także fragmenty zaczętej przed wojną i zaginionej powieści.
W papierach Lipskiego zachował się pisany odręcznie, wyraźnym charakterem plan Niespokojnych. Musiał powstać przed marcem 1945 roku, kiedy to dotyka go paraliż. Wszystko co odtąd napisze, będzie wystukiwane lewą ręką na maszynie. Przedostatnim punktem tego planu jest rozdział poświęcony śmierci Ewy, której pierwowzorem była Ida. Można założyć, że nie uśmierciłby symbolicznie ukochanej, o której los drżał zapewne przez wszystkie lata swojej wojennej gehenny. Czy i jakimi drogami zatem wieści z krakowskiego getta dotarły na Bliski Wschód — tego się już nie dowiemy.

* * *

Jeszcze w ZSRR, ściślej — w Uzbekistanie, Lipski trafił do opisanego później w opowiadaniu Waadi szpitala z powodu wielotygodniowej wysokiej gorączki. Wiadomo, że panowała tam wtedy epidemia tyfusu. Po latach w komentarzach do historii jego choroby pojawia się sugestia, że przeszedł wówczas nierozpoznane zapalenie opon mózgowych.
Kiedy wraz Armią Andersa znalazł się w Teheranie, zachorował ponownie — tym razem na zapalenie opłucnej. Jeśli rzeczywiście, jak można podejrzewać, chorował wcześniej na gruźlicę, nie była to błaha przypadłość, spowodowała zresztą zwolnienie z wojska[9].
W Palestynie doszła nowa dolegliwość — ataki epilepsji. Jej leczenie wiązało się z przyjmowaniem znacznych ilości lekarstw o skutkach otępiających. Dla człowieka o ambicjach pisarskich — zabójczych.
Wreszcie po wyjeździe na studenckie stypendium do Bejrutu trafia go paraliż. Nie jest jasne, na jakim tle go dotknął, tak jak nie jest pewne, czy faktycznie przechodził tyfus, co podają niemal wszyscy, którzy o nim piszą.
Wojskowe namioty, choroby, śmierć brata pod Monte Cassino, próba rozpoczęcia studiów w Bejrucie, paraliż, bliskowschodnie szpitale, palestyńskie domy opieki, nędzne wynajmowane ze współlokatorami pokoiki, a w końcu izraelska wojna wyzwoleńcza — w tych warunkach udaje mu się pisać Niespokojnych, których kończy w 1948 roku. Powieść podsumowującą przedwojenny etap biografii i wyznaczającą zarazem, przede wszystkim stylistycznie, późniejszą perspektywę wojennego rozbitka. Tempo jej powstawania było najwyższe — pięć lat wobec dwunastu poświęconych na pozostałe, skromniejsze objętościowo utwory.
Z korespondencji Lipskiego ocalało niewiele, ale listy od przyjaciół, które przechował, świadczą, że jej ilość była olbrzymia, znacznie przewyższająca twórczość stricte literacką. Służyła nie tylko sprawom wydawniczym i podtrzymywaniu przyjaźni — przyjaźnie, a także romanse również nawiązywał dzięki niej. Jedynymi zespołami zachowanymi niemal w całości jest korespondencja z Jerzym Giedroyciem oraz Michałem Chmielowcem. To temu ostatniemu, dawnemu koledze z Krakowa oraz z Armii Andersa, opisuje swoje położenie wkrótce po wyjściu ze szpitala w Jerozolimie:

Ten list jest pisany lewą ręką. [...]
Nie chcę Pana nudzić szczegółami medycznymi, ale mój stan zdrowia jest kiepski i w każdej chwili może być jeszcze gorszy. W moim pokoju mieszkają jeszcze cztery osoby; hałas. Mogę na tyle chodzić, że wystarczy to koło domu, o ile mieszkam na parterze. Potrzebuję gwałtownie sekretarki, co jest utopią. Pan pojmuje, co to znaczy kontakt bezpośredni z papierem, a co z maszyną; mogę pisać tylko na maszynie, i to niedługo. Brak wrażeń, brak literatury (nie mogę czytać w obcym języku). Żadnych pism nie abonuję, z nikim z kraju nie koresponduję. [...] Jestem zmęczony i dlatego kończę. Innym razem więcej. [...] Piszę powieść z czasów krak[owskich] wyłącznie prawie erotyczną[10].

Fakt, że Lipski przestał czytać nie tylko po francusku, w języku, którego uczył się w szkole, ale również po niemiecku, a to przecież język, w którym urodzony w Zurychu pisarz wychowywał się do szóstego roku życia, musiał być związany z jego chorobą. Tym też należy zapewne tłumaczyć fiasko w nauce angielskiego i hebrajskiego.
Następny rok nie przynosi zmian na lepsze:

Mieszkam u pani Szanto, starej kurwy. Jej syn ją dusi codziennie po przyjściu z pracy. Ma rację. [...] P[ani] Sz[anto] krzyczy. Takim głosem jakim wyją szakale. Mój współlokator nazywa się Hans. Hans się onanizuje, nie krępując się mną; nawet moimi koleżankami. [...] kradnie mi drobne sumy pieniędzy i jest za to na drugi dzień wyjątkowo uprzejmy. [...] Chuj z nim. Moje koleżanki wychodzą gwałtownie za mąż albo wyjeżdżają. [...] Do Londynu, do Paryża, do Australii, do Ameryki. Grozi mi zupełna samotność, przy której ulgę sprawia żucie gorzkich liści, słuchanie tykania zegarka, wąchanie wody kolońskiej, lizanie poręczy krzeseł, przemawianie do siebie obcym głosem: — Lo, nie martw się, kochanie. Grozi mi poza tym zamurowanie we własnym ciele. Wobec tego stan, w którym Niusia mówiła: — On nie widzi — a ja widziałem, Anka mówiła: — On nie słyszy — a ja słyszałem, Inka mówiła: — On nie rozumie, co się do niego mówi, a ja rozumiałem — tylko nie mogłem mówić — wydaje się doskonały. Nie chcą przyrzec, że mnie otrują. Zamurowanie we własnym ciele, tak jak zakonnice zamurowywano. Nie będę mógł żadnym mięśniem ruszyć. To mi grozi, ale to nie jest pewne. [...] Ropiejącą raną są pieniądze. Trzeba je wyżebrywać, ciągle na nowo. Jedną nogą się wyłazi z łajna, drugą się wpada. I to się w końcu skończy.
Od 4 mies[ięcy] nie piszę. Urządzam sobie strejk protestacyjny. Protestuję przeciwko wyrokom tak zw[anego] losu. To jest świństwo ze strony p[ana] B[oga]. Wtedy tylko zrobię karierę, jak niejaki p[an] Michał Ch[mielowiec] zostanie redaktorem naczelnym pisma, które będzie przypominało „Wiad[omości] Literackie”. — Tyle o mnie[11].

Szczerość i śmiałość erotycznych opisów w tej powieści z czasów krakowskich przekraczała odporność ówczesnych wydawców. Gdy po latach rozmawiałam o tym z Giedroyciem, ten śmiał się z własnych obaw przed obyczajowym skandalem, które sprawiły, że nie zdecydował się na wydanie Niespokojnych. Pamiętajmy jednak, że w podobnym czasie Nabokov nie mógł nigdzie znaleźć wydawcy dla Lolity, a kiedy wreszcie odważyło się na druk francuskie wydawnictwo pornograficzne, rząd francuski skonfiskował nakład, i to nakład po angielsku.
Łucja długo nie pokazywała mi maszynopisu Niespokojnych, twierdząc, że to książka młodzieńcza i nieskończona. Rzeczywiście młodzieńcza, ale stanowiąca zarazem niezwykłe świadectwo przepoczwarzania się pisarza w postać dojrzałą.
Bardzo chciałam Niespokojnych wydać w Polsce. Łucja zgodziła się niechętnie, po długich namowach. Chciała jednak wprowadzić poprawki, które Lipski rzekomo jej kiedyś podyktował. Gdy któraś już z rzędu zmiana miała dotyczyć usunięcia wulgaryzmu, nabrałam podejrzeń, że chodzi raczej o jej gust i własne porachunki z tym tekstem. Ślady braku zrozumienia zostawiła też w korespondencji: w jednym z listów pisanych do Lipskiego z Paryża donosiła, że właśnie skończyła robić dla Giedroycia korektę Piotrusia i przy tej okazji ze sceny w sławojce usunęła słowa „wypróżniłem się”, bo przecież wszyscy wiedzą, co się robi w klozecie. Ma nadzieję, że Leo się nie pogniewa[12]. Reakcji autora nie znamy, w każdym razie inkryminowane słowa widnieją w opublikowanym tekście. Miałam w pamięci słowa samego Lipskiego z listu do przyjaciela-wydawcy:

Nie wiem, czy Pan będzie mógł umieścić ten fragment z powodu pewnych brzydkich słów. Ale co znaczą nieprzyzwoite słowa wobec nieprzyzwoitości wydarzeń[13].

W obronie jakiejś kolejnej „kurwy” czy „dupy” niezbyt dyplomatycznie wytknęłam Łucji pruderię. Obraziła się, ale po jakimś czasie współpraca została podjęta, wulgaryzmy uratowane, a poprawki ograniczyły się do interpunkcji.
Powieść Niespokojni w całości ukazała się dopiero po śmierci autora, w 1998 roku, w tym samym, zaprzyjaźnionym ze mną, wydawnictwie co wcześniej Piotruś.

* * *

Co mogło być ratunkiem dla pozbawionego rodziny, majątku i jakichkolwiek źródeł utrzymania kaleki w biednym, ledwie co utworzonym państwie, w którym system opieki społecznej dopiero się rozwija, a kolejka do niego jest długa? Jedyne, co w takich warunkach pozwala przeżyć, to przyjaciele oraz urok osobisty umożliwiający ich zdobycie. Lipski ów urok posiadał i wiedział o tym. W jego notatkach znalazł się zapisek:

[...] sam miałem, nie powiem, że wyznawców, ale coś w rodzaju czcicieli. Gdy miałem 14 lat i byłem straszliwie uroczy [...], nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego. Ale później, po maturze, czułem, jak ślizga się po mnie światło. Nie potrafię inaczej tego określić. Z małym upadkiem we Lwowie, znów z rozwiniętymi żaglami w lagrze. Po części temu zawdzięczam swoje przeżycie[14].

Miał szczęście do wiernych przyjaciół, ale i pecha, kolejno bowiem opuszczali Izrael i rozjeżdżali się po świecie. Ale nawet z Londynu i Nowego Jorku pisali do redaktorów i wydawców, wynajdywali tłumaczy, dbali o recenzje, organizowali pieniądze, paczki żywnościowe i ubraniowe, a nawet papier i przybory do pisania oraz słali do Leosia wspierające listy. Koleżanki zastępowały sekretarki, przepisywały na maszynie, chodziły na pocztę, a czasem wspólnie z nim pisały[15].
Jednym z takich przyjaciół był Michał Chmielowiec, przed wojną student polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz świetnie zapowiadający się krytyk, drukujący w tych samych pismach co Lipski. „Nasz Wyraz” nawet redagował. Obaj młodzi literaci zetknęli się ponownie w Armii Andersa — leżeli w tym samym szpitalu w Guzar, razem dotarli do Teheranu i tam dopiero los ich rozdzielił; później połączyła blisko trzydziestoletnia korespondencja, ale nigdy się już nie zobaczyli. Jak na ironię zmaterializował się w końcu, po dwudziestu blisko latach, absurdalny niegdyś żart Lipskiego — Chmielowiec został następcą legendarnego Grydzewskiego na stanowisku redaktora londyńskich „Wiadomości”[16]. To on właśnie stał za pierwszymi powojennymi publikacjami Lipskiego, opowiadania Powrót oraz kilku rozdziałów z Niespokojnych w „Wiadomościach” z 1952 roku. I to on polecał go Giedroyciowi, który ostatecznie stał się głównym wydawcą Lipskiego. Na karierę w „Wiadomościach” było jednak za późno — Lipski przestał pisać.
Drugim i najbliższym przyjacielem był Janek Holcman, postać ciekawa i szkoda, że tak mało znana. Pianista, muzykolog, krytyk muzyczny, kolekcjoner nagrań oraz wynalazca, a i człowiek niepozbawiony ambicji pisarskich — w jego listach do Lipskiego znaleźć można liczne próbki literackie i wzmianki o powieściach, które właśnie pisze; same powieści niestety, po samobójstwie Holcmana, przepadły. A przede wszystkim niezwykły epistolograf. Jego listy potrafiły liczyć i kilkaset stron, a to nie znaczy tu 200 czy 300, ale 600 i 800.
Ich przyjaźni nawiązanej w Palestynie na przełomie 1944 i 1945 roku nie przerwał wyjazd Holcmana do Ameryki niespełna dwa i pół roku później — stamtąd czynił starania o sprowadzenie Lipskiego na leczenie. Wydawało się wtedy, że ukończenie Niespokojnych jest jednym z warunków przyjazdu. Po wojnie biednych i chorych wygnańców nie brakowało na żadnym kontynencie i łatwiejsze zdawało się znalezienie pieniędzy na podróż i leczenie pisarza niż zwykłego kaleki i biedaka. „Muszę wyjechać na leczenie do USA, a nie mam forsy. Część forsy da się zastąpić rozgłosem”[17] — wyjaśniał Lipski Chmielowcowi.
Leczenie i rehabilitacja były sprawą życia i śmierci, spieszył się więc bardzo. Jak mógł ów pośpiech wyglądać, orientujemy się z późniejszego o ponad dekadę listu wysłanego do Giedroycia razem z maszynopisem Piotrusia:

Dałoby się zrobić z niego rzecz dużo lepszą, gdyby tak popracować jeszcze nad nim cztery miesiące, co równa się okresowi dwóch lat. Muszę bowiem jedną rzecz wyjaśnić: dziesięć miesięcy na rok jest dla mnie stracone. Powody: zdrowie, klimat, warunki mieszkaniowe itd.[18]

Z kolei w liście do Konstantego Jeleńskiego wyjaśnia, że od czasu paraliżu może pisać tylko dwie godziny na dobę[19].
Sam akt pisania był dla Lipskiego problemem. Wystukiwanie lewą ręką na maszynie jeszcze jakoś szło, ale już własnoręcznie składany podpis był nieczytelny, a ręcznie nanoszone poprawki niemal nie do odcyfrowania. A tu maszynopis przed przekazaniem wydawcy należało oddać do przepisania, a następnie wysłać, na co z kolei często nie mógł sobie pozwolić finansowo. Jeszcze częściej psychicznie nie było go stać na pisanie listów do wydawców.

Nie gniewaj się, że sam nie piszę do Grydz[ewskiego] — tłumaczył Chmielowcowi. — Ale to by musiał być list spokojny, rzeczowy. Nie taki rozwichrzony. Daję ci carte blanche. Proszę, rób z moją prozą, co będziesz uważał za stosowne. Bo ja sam nie potrafię z nią nic rozsądnego zrobić[20].
Telawiwski klimat, który turystom wydaje się rajski, w czasach bez powszechnej klimatyzacji i przy braku ogrzewania w mieszkaniach sprawiał, że przez pięć letnich miesięcy nie dawało się żyć, a już na pewno pracować, w zimie trudno było wyjść z łóżka, a wiosenne i jesienne chamsiny rozstrajały nerwowo.

Tymczasem Holcman w Nowym Jorku dwoił się i troił, by zorganizować pomoc dla przyjaciela. Setki stron w liczących dobrze ponad tysiąc stron listach do „kl“ (kochanego leosia) są poświęcone wyliczaniu wizyt w urzędach, starań o zdobycie zezwoleń wizowych, opinii lekarskich i pieniędzy. Zamieszcza w nich kopie listów do polityków, milionerów, artystów i intelektualistów oraz przedstawicieli organizacji polskich, żydowskich i amerykańskich. Relacjonuje spotkania towarzyskie i opisuje koncerty w prywatnych rezydencjach (a pianistą był wybitnym, bynajmniej nie knajpianym grajkiem), które dawał tylko po to, by znaleźć dla Leo sponsora. Wyłania się z tego fascynujący obraz Ameryki końca lat czterdziestych ze szczególnym uwzględnieniem życia muzycznego; ale skutek był skromny — jedynie druk dwóch rozdziałów Niespokojnych w amerykańskiej antologii Modern Writing, a i to dopiero w 1953 roku, nie licząc oczywiście paczek i niewielkich sum pieniędzy. Może by i więcej osiągnął, gdyby po pewnym czasie w Lipskim nie osłabł zapał do wyjazdu. W jego życiu pojawiła się bowiem kobieta.

* * *

Dziewczęta i kobiety musiały być i wcześniej. Holcman w jednym z listów opowiada, jak to się chwalił wspólnej znajomej wyczynami erotycznymi Leosia przed paraliżem i po nim. Tym razem to było jednak coś innego, to była miłość. Kilka ocalałych listów Lipskiego, a właściwie brudnopisów, nie pozwala na wątpliwości. Jest w nich ten rodzaj intensywności, jaki odnajdujemy w jego prozie.
Nazwisko osoby, o którą chodziło, znam od Łucji Gliksman, resztę musiałam sobie poskładać ze strzępów informacji zawartych w listach Holcmana do Lipskiego i Józefa Czapskiego, w korespondencji Lipskiego z Chmielowcem, Giedroycia z Aleksandrem Jantą-Połczyńskim, w słownikach biograficznych.
Irena Lewulis była od Lipskiego o kilka lat starsza. Miała też męża. A za sobą bohaterską wojenną przeszłość. Działała we Francji w ruchu konspiracyjnym związanym z rządem na uchodźstwie, pod pseudonimem Krystyna kierowała pierwszym ośrodkiem Polskiej Organizacji Walki o Niepodległość. Aresztowana w 1944 roku, torturowana przez gestapo nikogo nie wydała. Po wojnie odznaczona Virtuti Militari — przez Polaków, oraz Croix de Guerre — przez Francuzów. Do Tel Awiwu przyjechała w 1946 roku z matką i mężem, który pracował w polskim banku, a wcześniej w konsulatach polskich w Paryżu i Lyonie. Sama udzielała lekcji francuskiego.
Z korespondencji trudno wywnioskować, gdzie i kiedy Lipski mieszkał, bo prosił o wysyłanie listów na adresy przyjaciół, a nie swego zamieszkania, ale wydaje się, że w którymś momencie przeniósł się do Lewulisów.
Nagle jesienią 1948 roku zgłasza Jankowi obawy, czy w Nowym Jorku nie będzie się czuł samotny. To bardzo dziwne — samotny po przyjeździe do najbliższego przyjaciela, po mękach telawiwskiej izolacji, na którą uskarżał się dotychczas i w listach, i w prywatnych zapiskach: „Samotność krąży nade mną, jak ptak, jak wiatr, jak burza, jak...?”[21]. Od stycznia 1949 roku pojawiają się wzmianki o „parze z Francji”, a w marcu Lipski wyznaje Holcmanowi wprost: „Druga i przypuszczalnie ostatnia kobieta, którą kocham”.
Irena była osobą wrażliwą na literaturę, oczytaną i sama trochę pisała. Jak wiele — nie wiadomo, wydała jedynie w 1946 roku, wspólnie z Bronisławem Kamińskim[22], tomik bajek oraz jedną bajkę w londyńskich „Wiadomościach”, o co zresztą Lipski parokrotnie Chmielowca prosił. W konkursie na ulubionego autora „Wiadomości” zdobyła 1 głos (Lipski 6) i prawdopodobnie był to głos Lipskiego. Bardzo ją zachęcał do pisania. Można przypuszczać, że chodziło raczej o wsparcie duchowe niż rzeczywiste uznanie dla jej pisarstwa, Wacław Lewulis robi bowiem w liście do „Pana Leo” delikatny wyrzut, iż kiedyś „zmroził Ją swoją «pełną rezerwy» opinią o Jej walorach pisarskich”. Irena była też pierwszym czytelnikiem Lipskiego i to czytelnikiem wymagającym:

Niedawno musiałem czytać Niespokojnych. Jak dużo tam jest Ciebie. Jak dyskretnie. Z jakim taktem. Prawie wszystkie tytuły rozdziałów. [...] Przypominam sobie też, jak pisałem o Eli, tej małej. Jak Ty mówiłaś „Złe” i ja szedłem do sypialni na nowo pisać. Po tym: Złe. I znowu na nowo. I potem „Dobre”.[23]
Niestety dość szybko zaczynają się pojawiać napomknienia o wyjeździe Lewulisów. Początkowo prawdopodobnie chodziło o odwołanie Wacława Lewulisa z telawiwskiej placówki do Polski. W pewnym momencie przenoszą się do Hajfy i Lipski co jakiś czas tam pomieszkuje — wyraźnie łączy go zażyłość z całą rodziną, do matki Ireny zwraca się nawet „Mamusiu”. Później jednak decydują się na emigrację do Australii i to jest dla Lipskiego prawdziwy cios. Przez lata będzie jeszcze żył nadzieją, że się kiedyś zobaczą. Musiał nawet rozważać sprawę wyjazdu — zapewne z nią — do Polski, zachowała się bowiem depesza do Australii z pytaniem, czy może przyjąć nagrodę „Kultury” za Dzień i noc. Nadzieja się nie ziściła — nie zobaczyli się już nigdy.
* * *

Krakowska młodość, wojenna ucieczka na wschód, Lwów, sowieckie więzienie i nieoczekiwane zwolnienie, później łagry, Armia Andersa, choroba, kalectwo, Izrael — to są kolejne etapy biografii. I to było to, co musiał z siebie wyrzucić, „zwymiotować”, jak zapowiadał w pierwszym rozdziale Niespokojnych.
Po wyjeździe Lewulisów wiosną 1953 roku zaczął się najbardziej twórczy okres w życiu Lipskiego, do roku 1960 mniej więcej napisał wszystkie pozostałe utwory zamieszczone w niniejszej książce, oprócz Sarniego braciszka. Do „zwymiotowania” zostały: wybuch wojny, łagry, Armia Andersa, emigracja. Nie pisał ich w kolejności biograficznej, ale do 1959 roku stopniowo wypełniał ten plan, karmiąc swoją literacką kreację „oślinioną drogą Odysei”, jak nazwał swój los w Niespokojnych. Jedno tylko w nim tkwiło i nie dawało się wyrwać, wyrzucić na zewnątrz — śmierć ojca i brata.
Irena, której posyłał wszystko, co pisał, „nie była zachwycona” jego nowym stylem, wolała ten z Niespokojnych. Holcman również nie rozpieszczał go pochwałami i często wytykał megalomanię („Twój chwilami maniacki zachwyt nad sobą nie jest mi rzeczą przyjemną. Mam na myśli momenty książki, przy «których można wyskoczyć ze skóry» — chyba oślej. Nie znoszę tej samoegzaltacji”[24]). Ze stałych korespondentów — również Chmielowiec za każdym razem niemal, kiedy dostawał fragmenty prozy Lipskiego, odpisywał, że mu się nie podobają; zmieniało się to dopiero po latach, gdy widział teksty wydrukowane, wówczas publikował doskonałe, wrażliwe recenzje.
Samotność dopełniała się więc i na polu twórczości, i trzeba było rzeczywiście potężnej dawki pewności swego, by wytrwać przy obranym kierunku.
Wydawcy przekonywali się powoli. Giedroyc początkowo nie przyjął do druku Waadi, a Dniem i nocą nie był zainteresowany nawet bez czytania, dość już miał tematyki łagrowej. Złą passę przełamał Konstanty Jeleński, który w 1954 roku zachwycił się i Niespokojnymi, i Waadi:

Chciałem Panu zaraz napisać, jak bardzo mi się podoba Pana powieść, która mi się wydaje jedną z najlepszych polskich współczesnych rzeczy. [...] Waadi też świetne[25].

Być może tym właśnie zachęcony Lipski w następnym roku wysyła Dzień i noc na konkurs „Kultury”. Dostaje pierwszą nagrodę (dzieloną z Andrzejem Chciukiem). I obietnicę szybkiej publikacji. O nagrodzie „Kultura” informuje w numerze marcowym z roku 1956, ale już trzy miesiące później wszystko staje na głowie, nadchodzi poznański Czerwiec, potem polski Październik i wywraca dotychczasowe plany. W natłoku wydarzeń opowiadanie wypada z kolejnych numerów i ostatecznie ukazuje się w osobnym zbiorku wraz z dwoma innymi — Powrotem i Waadi — dopiero w 1957 roku.
Na początku 1959 roku Giedroyc publikuje w „Kulturze” opowiadanie Pradawna opowieść. Rok później ukazuje się Piotruś. Lipski wreszcie staje się uznanym pisarzem. Giedroyc w każdym niemal liście domaga się kolejnych tekstów.
Wydaje się, że etap autobiograficzny został zamknięty, najważniejsze teksty wydane i choć Lipski ciągle nie traci nadziei na opublikowanie Niespokojnych („zatykają mnie jak zlew”), może się teraz zabrać za czystą fikcję. Teren jest niejako oczyszczony. Większość pisanych wcześniej egotyków — krótkich, kilkuzdaniowych form prozatorskich, które zaczął uprawiać jeszcze przed wojną, oraz cyzelowanych przez lata pojedynczych zdań porozrzucanych w listach i na luźnych kartkach z teczki zatytułowanej „Próby literackie” — została wpleciona w dotychczasowe utwory.
Lipski pracuje nad następną powieścią. Tym razem postanowił zebrać dwa wątki: wykorzystać młodzieńcze zainteresowanie pedagogiką i psychologią dzieci oraz rozwinąć temat kresowy, obecny już w Piotrusiu. Wymagało to zgromadzenia sporego materiału etnograficznego, Lipski bowiem nigdy nie był na Kresach i znał je tylko z lektur oraz, prawdopodobnie, opowiadań Ireny. Zapewne tęsknota za nią spowodowała taki wybór.
W trakcie pisania tego tekstu po raz kolejny wrzuciłam w Google nazwisko Ireny, tym razem skorelowane z Croix de Guerre. Rok wcześniej wygooglowałam zdjęcie nagrobka z cmentarza w Australii z datą jej śmierci — 1985, daty urodzenia nie było. Tym razem natrafiłam na moderowane z Kanady forum zbieraczy militariów. Okazało się, że ktoś o imieniu Rick prezentuje na forum fotografie jej medali włącznie z legitymacją ze zdjęciem, listu z podziękowaniami dla niej z odręcznym podpisem prezydenta Eisenhowera oraz dyplomu ukończenia uniwersytetu w Wilnie — z czego wnoszę, że Kresy to jej rodzinne strony.
Zamierzonej powieści nie napisał, pozostało jedynie — jako ślad tych planów — opowiadanie Miasteczko. Łucja twierdziła, że znalazła je w papierach Lipskiego i posłała Giedroyciowi do dwusetnego numeru „Kultury”, z czerwca 1964 roku — stąd dedykacja „Przypisane Łucji”[26]. Trudno rozstrzygnąć, jak było naprawdę — w 1960 roku wysyłała Lipskiemu z Paryża wypisy z książek na tematy kresowe, później jednak utrzymywała, że wówczas jeszcze się nie znali. „Przypisanie” mogło się więc wiązać z tą pomocą. Ciekawe natomiast, że poza owymi wypisami nie ocalały żadne inne ślady pracy nad powieścią.
Lipski notuje też kolejne pomysły:

[...] dzieje pewnego stosunku (seks), opowiadanie o „przeroście demokracji” (wariat), krótkie o dziecku (słuchaj, ona /matka/ mi robi gorączkę) i o samotności homoseksualnej[27].
* * *

Wszystko wskazuje na to, że w ciągu 37 lat, które Lipski spędził z Łucją, napisał jedynie Sarniego braciszka. Te niespełna dwie strony maszynopisu zapowiadał zresztą Giedroyciowi przez dziewięć i pół roku. Łucja opowiadała mi z dumą, że to ona go nakłoniła do poświęcenia jednego utworu Zagładzie. Pomijam wydany w 2002 roku Paryż ze złota, napisany bowiem został na podstawie notatek Łucji i niewiele jest w nim oryginalnego stylu Lipskiego. Zbyt wiele za to wzmianek o sukniach, które kupiła Łucja i projektach scenariuszy, które od niej chciano kupić.
Nie wiem, czy inni również, ale ja wersję o opiece przyjmowałam z całą naiwnością aż do śmierci Lipskiego. Dopiero uprzątając na prośbę Łucji jego kawalerkę i zanosząc jej paczki listów od „pewnej zakochanej w nim kobiety”, które „trzeba będzie zniszczyć”, zobaczyłam zza przegryzionego przez robaki papieru podpis: Łucja. Wtedy olśniło mnie, że po prostu byli parą, tylko Łucja to ukrywała.
Wyzierał z tych listów układ odwrotny: to Lipski opiekował się Łucją, a kiedy wyjeżdżała — również jej matką i bratem. Po kilku miesiącach pierwszej miłosnej fascynacji starał się związek zerwać, ale wówczas został zaszantażowany groźbą depresji, alkoholizmu i samobójstwa. Był także kuszony pieniędzmi, mieszkaniem, zaproszeniem na leczenie do Waszyngtonu, gdzie wówczas mieszkała, oraz najlepszą opieką, jaką mogłaby go otoczyć, gdyby coś mu się stało w zdrową rękę[28].
Z wyjazdu Lipskiego do Ameryki nic nie wyszło, warunkiem było bowiem, by nie jechał do Nowego Yorku do Janka i nie spotykał się z Gizą, czyli Lizą z Niespokojnych, siostrą jego pierwszej miłości — Idy. Innym warunkiem, na który również nie chciał się godzić, było zerwanie ze wszystkimi przyjaciółmi, kobietami przede wszystkim. Natomiast zaledwie miesiąc po przyjeździe Łucji do Izraela na stałe Lipski w kilku miejscach łamie lewą zdrową rękę. W następnym roku ma miejsce „psychopochodne wpadnięcie pod samochód” — jak pisze do Holcmana. Janek w kolejnych listach dopytuje, co to znaczy, ale najwyraźniej nie uzyskuje odpowiedzi.
Pozostaje pytanie, gdzie u schyłku życia Leo Lipskiego podziali się żyjący jeszcze przyjaciele? Dlaczego od lat już go nie widywali, choć mieszkali w tym samym, niewielkim w końcu, mieście? Dlaczego po ukazaniu się w gazecie „Haaretz” artykułu Jorama Bronowskiego o nim wraz z nowymi tłumaczeniami opowiadań dzwonili do mnie, żeby zapytać, co u niego słychać, jak się czuje, a nie do towarzyszki jego życia, Łucji Gliksman?
Kiedy umarł, jego szuflady były właściwie puste. Trochę na brudno pisanych listów, często trudnych do odróżnienia od notatek do utworów skończonych oraz tylko pozaczynanych, pisane były bowiem jednym ciągiem w tym samym wierszu, kilka fragmentów, które nie weszły do Niespokojnych, i garść zapisków do czegoś w rodzaju dziennika. I jeszcze trzy utwory zarzucone — fragmenty ledwie zaczętej książki opartej na wspomnieniach Ireny z konspiracyjnej działalności we Francji oraz eseju o tremie. Nic z tego nie było przygotowane do publikacji, nie osiągnęło skończonej formy, ale jedną z tych zachowanych kartek chciałabym tu zaprezentować.

Każdy prawdziwy artysta nabiera czasem upodobania w szkicowaniu swojej przeszarżowanej osobowości niż osobowości autentycznej.

Mówi się przeciwko donżuanizmowi: Ach, jedna tylko kobieta, a gdy się ją zgłębi, z której wydobywa się ciągle piękniejsze akordy.
To rzeczywiście kuszące, pod warunkiem że daje nam to receptę na odnalezienie kobiety, w której jest coś do zgłębienia. Bo jedna tylko kobieta i jaka pustka... wolę tysiąc i trzy pustki.
Ta oto, uczepiona mnie i nielubiąca mnie ani mojej pracy, ani miłości. Co uczyniła, aby się przystosować do mnie? Nie kocha się istoty, jeśli się nie zmienia własnego życia, aby coś dodać lub ująć ze względu na nią. Ona mnie bruka, zmuszając mnie do jedzenia smakosza, którym gardzę, którego nie uznaję, wciągając mnie w miejsca mniej lub bardziej luksusowe, gdzie mi się nie podoba, których nie lubię, mówiąc jasno: do których czuję wstręt. Ta strona kokocia, którą mają w dużym stopniu wszystkie kobiety, nawet najlepsze (jak wtedy, gdy nuciła w aucie).
Jeść, ciągle jeść. Tarzać się we fotelach, całemi godzinami. Ona chce ze mnie zrobić francuskiego kapłona, mieszczanina o małym brzuszku, z aperitifem, wytwornością, cygarem, autem, „dobrym życiem”. Zimna, chce mnie pozbawić męskości, przez zazdrość. Skostniała, chce mnie odrętwić. W końcu są sklepy, zakupy rzeczy niepotrzebnych, jest kino, teatr, byle co, jeśli jest tylko dostatecznie idiotyczne, bo chodzi o to, aby mnie tu ogłupić, a tam pozbawić męskości.

I to wszystko z przezornością, aby nie być widzianą, bo się jest w ciężkiej żałobie, bo się depcze radośnie swojego drogiego papę; cywilizacja zrobiona przez kobiety: każdy okręcony dookoła innych, kierowany przez innych, przez strach przed tem, co o nim myślą inni. I ciągle pochłaniać. Teraz ona zabiera [się] na dobre do roboty i ssania. Kobiety mówią zawsze, że dają, i nie czynią nic, co by nie było pochłanianiem. Widzieć jej położenie w czasie aktu (położenie zresztą tak śmieszne: żabowate). Ona widzi we mnie specjalnie stworzoną istotę, stworzoną dla niej (sen wszystkich kobiet), przeznaczoną do robienia jej dobra, do przynoszenia jej swoim stanowiskiem i pomocą materialną, środek zajęcia i rozrywki. Dana przez opatrzność, żeby nie dopuścić do nudzenia się. Ta eksprosta, albo fałszywie prosta, ta która mi pochłonęła tyle czasu, istoty mojej, czasu, pieniędzy. Pochłanianie przez doliny. Kobieta-dolina. Dolina w swoim uścisku, dolina w swoich organach, dolina w swojej istocie, odcięta od świata, widząca to tylko, co jest u jej wejścia, otoczona, ograniczona ścianami, które są czasem jej miłością i czasem nią nie są. I klimat anemiczny, osłabiający dolin.

Ten opis życiowej partnerki — nie ma bowiem wątpliwości, że chodzi o Łucję Gliksman — rzuca światło na fakt, dlaczego Lipski nic już niemal nie napisał, będąc pod jej opieką. Można przypuszczać, że opinie o jego twórczości miała krytyczne, wiedziała lepiej, co i jak powinien pisać, a w sprawach technicznych pomocy nie udzielała, nawet w wypadkach pilnej potrzeby. Kiedy Giedroyc po samobójczej śmierci Janka Holcmana zamówił u Lipskiego wspomnienie o nim, prosząc przy tym o szybki termin, Lipski, wysyłając tekst, wyraźnie zaznacza, że przepisywał go mieszkający w Tel Awiwie przyrodni brat Janka.
Chętniej natomiast podejmowała się prowadzenia korespondencji oraz korekty wydawniczej. To jej „zasługa”, że w wydaniu Waadi z lat dziewięćdziesiątych znikają dedykacja „Dla Bibika” oraz tytuły bajek Ireny Lewulis, które Ewa opowiada umierającemu Pawłowi[29]. Zamiast tego pojawiły się tytuły powszechnie znanych bajek. W obecnym wydaniu przywracamy wersję pierwotną za wydaniem paryskim i lubelskim. Znane bajki niewątpliwie tworzą bardziej czytelny punkt odniesienia, ale w takim sygnale miłości i tęsknoty przesłanym zza bariery czasu i przestrzeni jest może większa siła.

* * *

Pozostało mi jeszcze opowiedzieć o śmierci Leo Lipskiego, bo chociaż nie mogę twierdzić, że byłam jej świadkiem, to jednak ja podpisywałam dokumenty pogotowia będące podstawą do sporządzenia aktu zgonu.
5 lipca 1997 roku wieczorem zadzwoniła Łucja z informacją, że Lipski zachorował. 6 znowu z nią rozmawiałam i mówiła, że już jest lepiej. 7 rano obudził mnie jej telefon, żebym natychmiast przyjechała, bo Lipski jest bardzo chory, dzwoniła po pogotowie i chciałaby, żebym pojechała z nimi do szpitala. Pomyślałam, że liczy, iż obecność dyplomaty ułatwi szpitalne procedury. Czekała na mnie na klatce schodowej. Lipski jak zwykle leżał w swoim łóżku, ale wyglądał inaczej. Miał bladoziemistą twarz i w sposób trudny do określenia nie był do siebie podobny. Poza tym leżał odkryty, zupełnie nagi. Łucja nie zwracała na to uwagi, powiedziała, że zasnął, i wprowadziła mnie do sąsiedniego pokoju. Opowiadała, że był lekarz, mówił, że Leo ma zapalenie płuc, ale wczoraj już czuł się zupełnie dobrze i nagle w nocy gorzej. Pogotowie nie przyjeżdżało, poprosiła mnie, żebym zadzwoniła, by sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że nie było wcześniejszego zgłoszenia, ale już wysyłają karetkę. Łucja weszła do Leo i powiedziała, że pogotowie zaraz będzie, Leo nie reagował, zaczęła wołać głośniej Leo! Leo! Następnie, potrząsając nim, wołała: On nie żyje! Przestawiała bezładnie lekarstwa na stoliku i półce nad łóżkiem, powtarzając: To niemożliwe! On musiał coś wziąć! Wreszcie pojawiło się pogotowie.
Łucja opadła na fotel, schowała twarz w dłoniach. Za moment weszła ekipa pogotowia, by wypełnić konieczne dokumenty. Łucja nie drgnęła i nie odpowiadała na żadne pytania. Podałam miejsce i datę urodzenia — za trzy dni skończyłby osiemdziesiąt lat, więc pamiętałam. Podpisałam.

Czy nie rozumiesz Ty, który rozumiesz tak wiele, że tak jak życie tkwi w wieczności, tak sam trud pisania decyduje (nie zawsze) o dobrym pisaniu, komponowaniu, malowaniu — pisał do Chmielowca w styczniu 1954. — Tylko nieliczne przykłady znam, którym by wyliczone rzeczy szły łatwo. Np. Mozart. Ten komponował łatwo, bajecznie łatwo, dla mnie — za łatwo. Busoni pisze o nim, że grzeje, lecz nigdy nie przypieka; Busoni, największy jego wielbiciel i najdoskonalszy podobno wykonawca. Zapewniam Cię, że Flaubert nigdy by nie napisał Madame Bovary, gdyby pisał łatwo. Może T[omasz] Mann pisze po długich latach wreszcie łatwo. Może Rimbaud pisał łatwo. Jestem przekonany, że Jarry pisał łatwo. Ale w zasadzie wszelka twórczość oznacza dla mnie jedno: zmaganie się z materią, z materiałem. To się nie da tak krótko powiedzieć[30]
.

Lipski świetnie rozumiał, jaką drogę przeszedł w tym zmaganiu się z materią. Pokonało go samo życie, co zresztą przewidział w finale Piotrusia — że „wejdą zwierzęta do twojego pokoju i siądą na tobie spokojnie, jak na kamieniu i ziemi”.

Agnieszka Maciejowska
NIESPOKOJNI

Prawie wszystkie prototypy osób,
występujących w tej książce, zginęły.
Typy — nie istnieją.
Może to i lepiej.

...Jest czas obłapiania...
Koh 3,5

Wiem, że wielu ludzi powie,
iż książka ta jest bezużyteczna,
a będą to ci, o których Demetriusz
rzekł, że nie więcej zważa na wiatry,
wywołujące w ich ustach słowa, niż
na wiatry, wychodzące tyłem...
Leonardo

Św. Paweł

Czarna burza krąży jak jastrząb nad miastem; uderza skrzydłami o domy, o niebo. Niech rozniesie to wszystko; mnie też.
Mój współlokator i jego gość grają w karty. Ludzie nauczyli się zabijać swój czas, to znaczy zabijać życie. I zabijają go na wiele sprytnych sposobów.
Męczą się, pracując z wywieszonym językiem, i myślą, że pracują po to, by go mieć, by nim dysponować. A gdy go mają w końcu, okazuje się, że są już samą pracą; niczym więcej; samym wysiłkiem. I bawią się w zabijanie czasu.
Burza toczy się nad nami. Błyskawice rozrywają chmury o płonących wnętrzach. Siedzę w kącie. Przez okno leje się woda i kapie na mnie. Oni nie przestają mówić o tym, ile kosztuje marmolada, co jedli na kolację, ile numerów robili, gdy byli w moim wieku i inne rzeczy. Są uprzejmi nawet wobec mnie: to jest najgorsze. Męczą ich tylko hemoroidy.
Siedzę więc w kącie na łóżku, jak osaczony kot. Zamykam oczy. Wchodzi Marta, spokojna duża dziewczyna, która — nim się to wszystko zaczęło — mieszkała w tym mieście, co ja. Siada na moim łóżku i siedzi. Nic mnie ona nie obchodzi, ale teraz, gdy nie lubię nikogo, obmazuję ją przygodnie uczuciami, które sączą się ze mnie jak śluz, lepkie, umizgujące się, jak stara kokota; przebieram je w nonszalancję i wyciskam poza siebie. Muszę.
Wiatr wieje od morza, drzewa rzucają głowami. Bełkocę coś do siebie i mówię na koniec:
Finish.
Ona śmieje się.
— Dlaczego się śmiejesz?
— Perskie kokoty, gdy były bardzo zajęte — wiesz? — pytały amerykańskich żołnierzy: „Finish Johny?“
Milczy chwilę.
Zaczęło mi się przewracać w głowie, patrzyłem poza ma, za okno, miałem półotwarte usta.
— Przypominasz mi lalkę, którą miałam, gdy byłam mała. Miała rozbitą głowę. Spałam z nią zawsze, mimo że miałam ładniejsze.
Zawołała:
— Słyszysz, jesteś lalką z rozbitą głową!
Ci przy kartach zaczynają się podniecać i krzyczeć. Mówię:
— Rzuć im coś w łeb. Flaszkę. Szkoda, że tu w hotelu nie ma nocników.
Kładzie się na łóżko i pyta półserio, ostrożnie:
— Mogę cię pomacać trochę?
Nie mam na to ochoty, ona wie o tym. Ale dziś jest trochę pijana, sześć koniaków. Mówi:
— Proszę cię, pocałuj mnie.
Kiwam głową, że nie. Uparła się. Wygląda jak gdyby zwariowała. Burza mruczy, zaraz uśnie. Deszcz nie pada. Bełkocę cicho:
— Muszę teraz iść. Umówiłem się. Pa.
Kłamię. Nie umówiłem się. Muszę iść. To jest nieokreślone, ale pewne.
Miasto jest ciemne, zaciemnione. Światła pełzają ostrożnie po jezdniach, jak ameby. To jest znowu nieznane miasto i obcy zapach. Znajomy jest wiatr, woń zgniłych ryb, wodorostów i muszli... Tu są bulwary, tu chodzą dziwki.
Włóczenie się jest czynnością rytualną, prastarą, jak miasta i kurwy, które na Forum Romanum odciskały drewnianymi pantoflami, jak pieczątkami, na kamiennych taflach napisy: „Chodź do mnie”, a w Berlinie tatuowały sobie na wewnętrznej stronie ud: Immer hinein i strzałkę.
Włóczenie się w niepokoju ulicami, które odpoczywają, jest rzeczą dobrą, prawie religijną. Najlepiej wieczorem, po deszczu, kiedy czujesz to, co się dzieje w zamkniętych domach i oglądasz zataczające się latarnie, cienie sobowtórów na ścianach; zresztą sam jesteś cieniem. To stara i pewna recepta.
Ciemność i morze gotują się. A to siedzi we mnie. Nie można tego wypluć. Łażę wzdłuż bulwarów, ale nie pomaga. Zwierzę, któremu utkwiła strzała w grzbiecie; tarza się, biega, ryczy, pluje, krew zalewa mu oczy; strzała tkwi. Nie ma ludzi i nikt nie wyciągnie strzały. Każdy z nas jest zamknięty we własnej nocy, sam.
Słyszę, jak czas przepływa za plecami, jak gdybym leżał nad brzegiem rzeki. Kobiety w moim wieku są coraz starsze. Gnije pomału. Wyciekam z siebie powoli, zostaje miękka skorupa, zdeformowany kształt. Jem przeszłość, jak gdybym jadł własny kał, przeżuwam ją ciągle na nowo i znów od początku. To jak łykanie śliny, gdy się chce pić.
Nienawidzę dnia, złego snu, gdy zanurzam się w noc jak w wodę, w której pływa księżyc i spełznięte twarze sprzed siedmiu lat. Dziewczęta mają wargi zimne i mokre i oczy wyblakłe, jak na starych fotografiach. W ich włosach rosną wodorosty, w granatowej, połyskującej wodzie falują ich odbarwione ciała, z wody wychodzi mokry księżyc, metalowy żółw.
Wracam do domu.
Chodzę po pokoju i udaję, że nie wiem, o co chodzi. Ale gdy widzę papier, dostaję mdłości i słyszę, że jest we mnie cicho jak w trupiarni... Na szybie odciskam swoje wargi, jak dawniej.
Tak jak zawsze, odkąd zaczęła się ta historia, wojna, nie mogę zwymiotować na papier i męczy mnie to. Zęby szczękają mi z obrzydzenia, z podniecenia. Przechodzić wytartą, oślinioną drogę Odysei. Tysiącami mówią, sepleniąc, ślimacząc się, wyciskają uroczyście swoje męki, jak wągry, swoje nienawiści i zły los.
Obrazy leżą we mnie zastygłe, wyschnięte jak rośliny w zielniku, jak piersi starej kobiety. Ogłupiały jestem od luminalu, bromu, chloralu. Trupy leżą na drodze, która mnie od nich dzieli, jak progi kolejowe. Wojna: kłąb rodzących się dróg, które rosną, schodzą się, rozlatują nieobliczalnie, niespodziewanie, mimo to prawidłowo i nieuchronnie. Busoni na wydaniu Bacha, które miałem w domu, na końcu przedmowy napisał: New York im dritten Jahre der Kriegsfuge[31]. Zaczynam to rozumieć.
Papier jest bezczelnie biały. Chodzę koło niego, jak pies dookoła suki. Krążę uparcie. Próbuję zajść z jednej strony, z drugiej. Ściany pochylają się nade mną i wyginają, jak widziane przez wodę. Oglądam w lustrze wygniecioną twarz, która już dawno przestała być moją twarzą.
Siadam. Mówię:
— Nie bądź wariatem. Proszę cię. Spokój.
Otwieram książkę. To Nowy Testament. Czytam św. Pawła List do Rzymian: pogański.
Alem grzechu nie poznał, jeno przez Zakon; bo nie wiedziałbym o pożądliwości, gdyby Zakon nie mówił: „Nie będziesz pożądał”. Lecz grzech, wziąwszy podnietę z przykazania, sprawił we mnie wszelką pożądliwość. Albowiem bez Zakonu grzech byłby martwy. I żyłem niegdyś bez Zakonu. Lecz gdy przyszło przykazanie, grzech ożył, a ja umarłem; i okazało się, że przykazanie, które miało być ku żywotowi, stało się śmiercią.
Nie ma dla mnie grzechu, nie ma dla mnie Zakonu i nie on mnie zabił. Ale coś poruszyło się we mnie, niby nieznacznie. Związek odwrócony i podziemny z tym, co przeczytałem.
I siedzę na dnie i czekam. Jestem podobny do mokrej szmaty, do psów po deszczu. Moje czekanie jest napięte i wytężone.
Czekam, aż obrazy podniosą się przede mną jak przed zaklinaczem węże, obrazy owszonych i żywych, wciskających usta w wargi trupów, obejmujących je udami, aż zmieszają się w wielkim składzie potu, łajna, strachu i otępienia i odsłonią to, co było przedtem — iżby okazało się, że ja, który byłem przeznaczony ku śmierci, stałem się dla żywota, że zostałem zabity, aby stworzyć ze zdań i słów życie, które wyrośnie na nawozie ze mnie i z tych, którzy zgnili.
I wydaje się to nagle najbardziej proste i wielokrotnie zawiłe, droga prymitywna, zwycięska i przewrotna.
Czy będę pół bogiem, pół czarnoksiężnikiem, aby mieszać, lepić i rozpładzać ludzi?


Joanna I

„ ....................................
P. wyjechał i nie wiem, czy znajdzie się tak prędko ktoś, kto potrafi robić to tak, jak on. Obiecał, że będzie przysyłał pieniądze co miesiąc. Twierdzi, że wraca za 3 mies.
Wczoraj byłam u k. (piszę naumyślnie przez małą literę, bo przez dużą nie jest wart). Zatelefonowałam do niego pierwszy raz od wyjazdu P. Był mile zdziwiony. Żądał, żebym tym razem przyszła na całą noc. Idiota. Po co ja się z nim w ogóle zadaje? Stosunek z nim nie sprawia mi w ogóle żadnej przyjemności. Poza tym jest skąpy. Jeden plus, że można z nim iść do kawiarni i pogadać.
Więc byłam u k. Przygotował się kretyn do tej nocy bohaterskiej jak toreador. On ze swoimi mizernymi orgaźmikami. Było też dużo rzeczy do jedzenia, jakbyśmy mieli przez tydzień nie wychodzić z pokoju. Mówi do mnie per «dziecinko».
W szufladzie od stołu zobaczyłam przygotowanych 6 prezerwatyw i myślałam, że umrę ze śmiechu. Odsunęłam powoli 4 i zostawiłam 2. On się zmieszał i powiedział: — Mogą być na wszelki wypadek. — On załatwił na mnie szybko swoje sprawy. Myślałam podczas tego o P., jak on to robi, i zaczerwieniłam się. Mały k. myślał, że to z powodu niego. Potem obróciłam się do ściany i chciałam spać.
Nie mogłam usnąć, bo k. musi leżeć pod pierzyną. Było mi gorąco jak cholera, ale koniec końców usnęłam. Wstałam o piątej, ubrałam się, zjadłam chleb z wędliną i popiłam winem, i poszłam do domu.
Po wyjeździe P. jest próżnia. Leżę w łóżku do dwunastej, nie chce mi się ubierać. Mam 23 lata i nic mi się nie chce. Nie chcę nawet dużo pieniędzy. Chcę mieć spokój i wygodę. Mam tylko od czasu do czasu małą zachciankę, małą ochotę na 3-dniową przygodę, nic więcej. Wydaje mi się, że płynę po życiu jak napęczniały, biały topielec po letniej, brudnej wodzie. Ale, gdy widzi się, jak wszyscy latają koło swoich interesów, jak pies za suką, jak robią się ważni, to może już lepiej pływać.
Dziś powinnam mieć miesiączkę i nic. Inna rzecz, że to z P. było całkiem na wariata. Czekam jeszcze 4 dni, potem idę do dra D. On mi się trochę podoba. To byłaby trzecia skrobanka.
Wczoraj widziałam tych dwóch 18-latków, którzy bywają u «ciotki» Emilii. Jeden z nich tam, zdaje się, mieszka. Chyba ten niebieskooki. Siedzieli wczoraj wieczorem w parku i trzymali się jak zakochani za ręce. Obaj są ładni i mają takie czerwone usta, jakby się ciągle całowali. Nie mogę powiedzieć, że nie mam na nich ochoty. Poznam ich.
Dlaczego nie mam koleżanek? Znam różne dziewczęta, ale nie spotykam ich prawie. Chodzę zawsze sama, albo z mężczyznami.
Była u mnie Ewa. Wyrosła, ma już prawie 17 lat. Przypomina mi czasy, kiedy nie miałam forsy i mieszkałam w tej zasranej dzielnicy nad rzeką. Boże, jak tam śmierdzi! Ona tam mieszka jeszcze, jest śliczna, trochę postrzelona, ma dzikie oczy, miękkie i równocześnie ostre i niepokojące. Nic dziwnego, jej mama jest zwariowana, a tacie też niczego nie brakuje.
Mała jest biedna i potwornie ambitna, chce czegoś bardzo, tylko na razie nie wie czego. Ale będzie wiedzieć i myślę, że osiągnie to. Przychodzi do mnie wtedy, gdy w domu są awantury. Nie przyznałaby się do tego za Boga. Czasem sypia u mnie.
Już strasznie znudzili mi się ci mężczyźni z forsą i szykiem. Mam ochotę iść z jakimś gówniarzem na wodę sodową.
.................................. ”

Komentarz: Tym razem Joanna była niesprawiedliwa. Mały k. ma lat 60 i nie można od niego dużo wymagać.


Drogi donikąd

Na zboczu góry, wrzeźbiony w skałę, stał pensjonat. Na parterze, w pokoju nr 8, budził się Emil.
Wyciągał ramiona, mruczał, prychał, wyginał kręgosłup jak łuk, krzyczał przez chwilę wysokim falsetem. Wstał, podszedł do okna i zobaczył niebieską mgłę. Otworzył drzwi, szedł wolno w piżamie wzdłuż korytarza, wykładanego zielonym linoleum. Przed białymi drzwiami stały wyczyszczone buty: przed nr 13 olbrzymie buty Anglika, który uczył się grać u Finsena; przed nr 15, oprócz damskich Krystyny, duże męskie, przesadnie sportowe („Przyjechał narzeczony”). Przed drzwiami właścicielki pensjonatu — osamotnione sandałki Eli.
Z asfaltowego tarasu było widać mgłę, prześwietloną słońcem, błyszczącą, różową, leżącą na górach, które wydawały się dalekie i bliskie. Usiadł na leżaku i zamknął oczy. Po chwili poczuł, jak słońce dotyka jego powiek, delikatnie, językiem ciepłym i miękkim, jak kot. Różowe koła ze światła i krwi toczyły się jak baletnice.
Otworzył oczy. Ktoś stał przy nim. To była Ela, o jasnych włosach i oczach, w piżamie.
— Dziś są moje urodziny.
— Ile lat kończysz?
— Dwanaście.
Milczała chwilę. Odwrócił głowę, bo słońce świeciło mu w oczy.
— Proszę pana, czy ja mogę pana pocałować?
Odpowiedział wolno:
— Możesz.
Podeszła do niego od tyłu, objęła rękami jego podbródek i pocałowała go w policzek uważnie, bez cmokania. I dotknięcie jej było jak słońce, leżące na powiekach. Odsunęła się i stała przy nim. Szeroko otwartymi oczami patrzała prosto w słońce. Była blada.
— Dziś są twoje urodziny, więc zapraszam cię na lody.
To było przyjemnie niekonsekwentne, bo postanowił się stąd wyprowadzić ze względu na małą.
— Tak.
— Powiesz mi podczas śniadania, czy mamusia ci pozwoliła.
— Tak.
Odeszła, cofając się wolno, tyłem, jak teatralny paź.
Podczas śniadania zobaczył, że narzeczony Krystyny jest dziobaty. „Może ma ukryte zalety” — pomyślał. Spotkali się na korytarzu, Krystyna uśmiechnęła się, przedstawiła go narzeczonemu i powiedziała:
— Wiesz, to jest ten inteligentny kawaler, który miał ochotę, opowiadałam ci, pocałować mnie. Prawda, że jest przyjemny?
Dopiero później ocenił, że to było bezczelnie sprytne. Na razie duży pan i mały pan uśmiechali się, a duży pan zrobił pobłażliwą minę.
Po śniadaniu, mniej więcej o dziesiątej, Ela czekała w hallu i oglądała w lustrze swoją nową różową sukienkę. Szli najpierw przez las i plamy światła leżały na ziemi i ona szła przy nim, próbując dorównać mu kroku, poważna, niby dorosła.
— Czy widzisz te krowy tam?
— Tak.
— Jak one wyglądają?
— Jak gwiazdy.
— Hoooo. Jak gwiazdy... — i uśmiechnął się. Wtedy ona uśmiechnęła się też i otworzyło się małe kocie niebo i pokazało rząd równych zębów.
— Ja panu coś powiem. — W jej oczach ukazały się wesołe błyski. — Nim pan przyjechał, ja zawsze wiedziałam, z którego miasta są goście.
— Coo? W jaki sposób wiedziałaś?
— No, wiedziałam po prostu.
— Bez kartki meldunkowej?
— Bez.
— A czy ktoś jeszcze wie o tym?
— Buruburu, ten stary portier.
— I od mojego przyjazdu nie odgadujesz więcej?
— Nie.
Weszli do parku, w którym grała orkiestra, blady zdrojowy park. Spotkał tam Alinkę, córkę znanego logistyka, przyjaciela ojca.
Była duża, wyglądała jak niedźwiadek (zgrabny). Skończyła pierwszy rok chemii.
— Co robi twój papa? — zapytał, bo lubił go.
— Och, och! Nie wiem: mieszka w hotelu „Pod Różą”.
— Przecież ty mieszkasz we „Florydzie”...
— No tak, ale on mieszka tam z jedną panienką.
Wróciła do grupy chłopców i dziewcząt, krzyknęła:
— Twoja towarzyszka ma śliczną sukienkę...
Uśmiechnął się tak, aby to mogło na wszelki wypadek wszystko oznaczać.
Potem już było miasteczko i kawiarnia.
— Co pani zamówi? — zapytał, gdy przyszedł kelner.
Ela patrzyła na niego i nic nie mówiła.
— Co zjesz, mała? — zapytał, a ona płakała.
— Malinowe?
Skinęła głową.
— Czekoladowe?
Skinęła głową.
— Jakie jeszcze?
Wykrztusiła w końcu:
— Poziomkowe.
Kelner przyniósł lody i trzy grube, okrągłe wafle, wetknięte w usta lodów.
— One wyglądają jak cygara — i Ela była znów niby dorosła, poważna.
Ludzie wchodzili i wychodzili i Emil myślał o Krystynie, o zdarzeniu przy śniadaniu. I potem wracali przez las, z góry widać było pociąg, który gwizdał, i ona szła obok niego, nie patrząc na niego, i on schował się za drzewo. Wtedy ona uszła jeszcze kilka kroków, z uśmiechem zawróciła i znalazła go, bez szukania. I on wyszedł przestraszony i ona nie mogła zrozumieć, dlaczego.
Szli dalej i plamy światła leżały na ziemi i ona powiedziała:
— One są jak Bernard.
— Kto to jest Bernard?
— Bernard to jest nakrapiany pies, który zdechł zeszłego roku.
Wrócili na obiad. Na stole zastał dwa listy i dużą kopertę. Od ojca i od Janka.
„Drogi Synu!
Zawiadamiam cię, że równocześnie z niniejszym listem odsyłam ci dwa rentgenogramy. Jako niekompetentny w sprawach chorób płuc dałem je do obejrzenia docentowi F. wraz z historią choroby, którą mi przysłałeś. Stan chorej — budowa klatki piersiowej wskazuje bowiem, że mamy do czynienia z kobietą — jest na tyle poważny, że leczenie i pobyt w górach będą się musiały przeciągnąć na długo, przypuszczalnie do końca życia. Odmy w prawym płucu doc. F. nie radzi robić z powodu olbrzymich zrostów, metoda zaś elektrycznego przepalania ich nie jest jeszcze wypróbowana. Terakoplastyka — musiałaby być zresztą bardzo obszerna — jest niewskazana nie tylko ze względów kosmetycznych, ale również z powodu wady serca, o której piszesz. Tyle mam do powiedzenia o tej pani.
Teraz pozwolę sobie zaznaczyć, abyś w przyszłości nie zajmował mnie sprawami tego rodzaju z dwóch względów: 1. Czas, który tracę, jest niewspółmierny do wątpliwych korzyści, jakie ci daję. 2. Nie lubię brać udziału w intrydze, jako lekarz.
Chcę Ci poza tym donieść, że za miesiąc wychodzi moja epidemiologia. Przy jej pisaniu, jak i przy korekcie, G. oddał mi poważne usługi. Jak się tego spodziewałem od dłuższego czasu, matka Twoja będzie się musiała poddać resekcji nerki.
Pozdrawiam Cię serdecznie

Twój Ojciec.”

List od Janka:
„Wyobraź sobie, że w tym upale, przy tym śmierdzącym fortepianie, ciężkim i leniwym — pracuję. Mały napad pracy, choroba lenistwa. Mefisto idzie cudownie. Gram pierwszy temat zupełnie po pijacku, zupełnie zataczając się. Z Sonatą c-moll[32] męczę się potwornie. Chodzę po całym mieście i wypożyczam do niej płyty. Toccata C-dur poszła niespodziewanie łatwo; całuję codziennie adagio na dobranoc.
Czytam i nudzę się.

PaJanek.

Twój ojciec zaprosił mnie na kolację. Pytałem go o różne głupstwa, np. jak to jest możliwe, żeby się człowiekowi iskry sypały z włosów itd. Przygotowałem Ci niespodziankę.“
Na stole leżały dwa otwarte listy, rentgenogramy w grubej kopercie. Emil patrzył przez okno. Krystyna zostaje tu na całe życie. Stary jest uroczy i komiczny. Jak obojętny jest na pozór list Janka. Nie nazywali nigdy po imieniu tego, co było między nimi. Nie zastępowali tego gwarą. Nie dawali listom nagłówków, aby nie używać pewnych słów. Byli oszczędni w gestach.
Emil wyrwał kartkę papieru z zeszytu, bo miał wstręt do pozorów systematyczności, do kartotek, brulionów. Uważał, że to są formy przymusu. Pisał:
„Jakie to jest komiczne i wielokrotnie dziwne. Znam Gide’a Fałszerzy i Coridona, i Nourritures Terrestres, wiem prawie wszystko, co można legalną drogą wiedzieć o Wildzie, czytałem Śmierć w Wenecji, wiem, co o tych sprawach myśli Platon i Owidiusz, znam wreszcie współczesną literaturę psychologiczną, i mimo wszystko to jest tak samo nowe i świeże; mimo mego głodu wiedzenia naprzód, głodu władzy nad przyszłością, aby się nie dać zaskoczyć przez życie, mimo że wiem, że się to niedługo skończy, czuję to jednak tak, jakby to miało być niekończenie długie.
Czy mogę z J. zrobić wszystko, co zechcę? Przed rokiem mógłbym. Ale teraz, kto wie? Przed rokiem, tu, na wakacjach, kiedy był przylepiony do mnie (po appendicicie). Mieszkaliśmy w chłopskiej chałupie, był jeszcze taki słaby, że trudno mu było samemu chodzić. Gdy oczekiwałem go na stacji, gdy mnie zobaczył, trzeba było widzieć jego oczy. Szkoda.”
Wrzucił kartkę do tekturowej teczki (takie notatki uważał też za rodzaj przyszłego „materiału“), wyjął dużo innych podobnych kartek; to była nowela, którą kończył.
Był mały pięcioletni Jano i jego świat magii. Ręce za szybą i grysik, którym go karmiła służąca Marysia. Poza tym jest Anna, matka. Zbliża się do szafy, gdzie wiszą suknie i płaszcz.
— Mamo, czy odchodzisz?
— Nie. (On wie, że ona kłamie.)
W pokoju obok leży ojciec, umierający na raka. Jego oczy wpadają powoli do wnętrza czaszki. Anna odchodzi do Emila, który ma osiemnaście lat. Anna ma dwadzieścia cztery. Jano zostaje sam. Ojciec jęczy. Jano wchodzi do kuchni. Marysia chrapie i dyszy przez sen. Na wpół obłąkany ze strachu Jano budzi Marysię.
„Jej nogi były czerwone aż do kolan, wyżej białe. Jej duże piersi podnosiły się i opadały, podnosiły się i opadały. Jano krzyknął:
— Marysiu!
Otwarła oczy zanurzone w śnie. Uderzył ją w ramię. Wyciągał ją z ciężkiego snu jak z bagna.
— Marysiu!
Sen spełzał powoli z jej oczu.
— Czego chcesz?
— Idź po mamę!
Była ogromna, biała, ciepło buchało od niej.
— Co?
— Idź, przyprowadź mamę.
— Śpij, smarkaczu!
Zobaczył, że zasypia. Wziął nóż kuchenny i podszedł do niej.
— Marysiu!“
Itd.
Ona w końcu wstaje, bierze go na ręce, on czepia się rękami klamek i wrzeszczy.
Emil płynie powoli po własnych zdaniach. Co ma powiedzieć Jano w ostatecznym, błagalnym i rozpaczliwym momencie? Wraca znów z prądem słów, natrafia na ten sam zakręt. Powoli przerzuca swoją przeszłość, swoje rozmowy z dziećmi. Jest przez chwilę naciągnięty jak struna, nim się ją puści, nim wyda dźwięk.
Mały chłopiec prosi go w parku:
— Daj mi zegarek, zobaczysz, ja ci dam też, daj mi...
— Co mi dasz?
Tamten odpowiada na serio i poważnie.
Emil pisze:
„Jano krzyczy:
— Proszę cię, proszę cię! Czekaj, dam ci dom i złoto!”
To była mała błyskawica, mały strach, na krótką część sekundy zatrzymane uderzenie serca. Reszta jest prawie napisana. Ludwik (ojciec Jana) staje przed murem, przed śmiercią. Jano jest zamknięty w pokoju ojca. Rozmowa Jana z ojcem, rozmowa pięcioletniego chłopca z trzydziestoletnim ojcem o śmierci.
„Ojciec:
— Dlaczego ty myślisz, że ja już nie jestem człowiek? Musisz mi pomóc, synku, musisz. Będę się opierał o ciebie i o ścianę i podejdę do okna. Potem ty wyjdziesz...”
Jano pomaga. Czuje, że ręka ojca jest bardzo ciężka. Ludwik staje przy oknie: na dole Anna i Emil trzymają się za ręce i ona uśmiecha się. Jano jest mały, a okno jest wysoko. Ale czuje wielkie napięcie między górą i dołem. Ludwik myśli o Annie i o śmierci. To jest to samo, to już wkrótce będzie to samo. Więc przestaje się wahać i nie rzuca się z okna.
Gdy matka wraca, Jano mówi tylko:
„— Mamo, tak bardzo czekałem na ciebie.
I o tej nocy nie powiedział nic więcej”.
Nareszcie. Jest zadowolony z rozmowy ojca z synem, gdy śmierć odkrywa swoją twarz. Cieszy się z męczącego crescenda, które załamuje się wtedy, gdy Ludwik staje przy oknie, które kończy się szczytem, pianissimo:
— Mamo, tak bardzo czekałem na ciebie.
Była godzina czwarta po obiedzie. Emil wiedział, że Krystyna schodzi teraz z leżaka i pójdzie do pokoju, że jej narzeczony załatwia coś w mieście. Dlatego poszedł do pokoju nr 15.
Leżała na łóżku w białych, krótkich spodenkach i białym golfie. Na podkurczonym kolanie trzymała książkę. Ponad kostką, na nodze, miała cienki złoty łańcuszek. Była lekko opalona.
Nie poruszając głową, powiedziała: — Siadaj, mały — wskazując na łóżko.
Mały usiadł.
— Zły jestem.
— Zły jesteś? Przecież masz ładne włosy, zwłaszcza gdy je rozrzuca wiatr. Traktuję cię jak dziewczynkę, bo nią trochę jesteś. No... zresztą nie będę prawiła komplementów, bo jesteś dostatecznie zarozumiały. Gdzie są moje roentgeny? Chyba nie chcesz, abym musiała się zgrywać na panią Chauchat?
— Przyniosłem je.
— Dobrze. Teraz powiedz, dlaczego jesteś zły?
— Bo on cię...
— ...ma — dokończyła ona i zaczęła się śmiać. — Kto mię ma? Kto mię w ogóle może mieć?
Chwilę kiwała nogą, tą ze złotym łańcuszkiem.
Z konwencjonalno-fizjologicznego punktu widzenia to on mię miał pewną ilość razy. Powiedz lepiej...
Emil tego już nie słyszał. Krew zaczęła mu napływać do głowy, podobnie jak pewnego razu w szkole, przed wielu laty, podczas historii z zadaniem o albatrosach.
Wtem otworzyły się drzwi. W drzwiach stała Ela. Krystyna powiedziała:
— Wejdź.
Ale ona nie weszła. Miała szeroko otwarte oczy.
Odnajdywała go wszędzie i ciągle, ze zwierzęcą, jasnowidzącą pewnością. Tropiła go jak pies, chodziła za nim jak lunatyczka. Krystyna powtórzyła:
— Wejdź.
Ale ona nie weszła.
Emil, nie patrząc na Elę, bo bał się jej wzroku:
— Chcę cię dzisiaj widzieć.
— Wiesz, że to niemożliwe.
— Bardzo chcę.
— Nie bądź śmieszny. Jest mi przykro, gdy się wygłupiasz.
— Chcę.
— Możesz chcieć.
Wstał i wyszedł z pokoju, omijając Elę szerokim łukiem.

Na czterech fortepianach, w czterech krańcach pensjonatu, ćwiczyli uczniowie Finsena. Książę gruziński o ukośnych oczach grał początek Wallensteinowskiej na przyjemnym bechsteinie, wśród dymu papierosów; był giętki, wysoki, trzydziestoletni. Z wściekłością wypracowywał i wyrzeźbiał precyzyjnie trzynaście pierwszych taktów, dokładność akcentów, tętniący, ukryty, zduszony rytm.
Emil stał za dużą palmą i oglądał księcia. Wczoraj siedzieli do późna w nocy i rozmawiali o muzyce, o pianistach, o Paryżu. Książę przeszedł nagle z niemieckiego na francuski, otoczył się dymem papierosa, jak niebieską zasłoną, zaczął opowiadać o Niżyńskim, Diagilewie i Lifarze; potem przeszedł szybko z „vous” na „tu”.
Est-que tu l’as vu, petit?
Oui, je l’ai vu une fois... ici-même, dans les montagnes.
Il est beau, n`est-ce pas?
Il est très beau.
Il n’aime pas les femmes. Le sais-tu?
Je le sais: il est rare que des célèbres danseurs aiment les femmes. D’ailleurs, la danse elle-même contient quelque chose de feminin. Il m’est difficile de l’expliquer en français. Rangopal aussi est homosexuel. J’ai lu ses lettres d’amour, des lettres très naïves et très belles, adressées à mon... à un de mes amis[33].
— Ach!
Książę strzepnął popiół z papierosa. Jego jasnoniebieskie, koloru lodu, skośne i gruzińskie oczy, wysunęły sie z mgły.
Je veux que tu sois a moi. Tu as le visage d’un faune juvenile, tes mouvements sont doux, ta peau est dorée par le soleil...[34]
Emil uśmiechnął się i powiedział:
Non[35].
Oczy księcia zgasły i zaszły gęstym dymem.
Est-ce que c’est la dame qui s’appelle Christine qui t’a perverti de cette façon?
Pourquoi employez-vous ce terme de „pervertir“?
Quelle pitié... Tu me sembles avoir beaucoup lu, et malgré cela tu ne connais pas les choses qui sont en toi, tu ne sais pas ce que tu pourrais ressentir. A ce moment-même tu passes a coté d’un monde immense que tu ignores complétement, tu passes comme un cheval à qui on a bandé les yeux[36].
Przez chwilę było cicho w pokoju i pasma papierosowej mgły wyginały się wolno nad czarnym fortepianem. Książę wstał, powiedział: — Bonne nuit[37] — i wyszedł.
Emil stał za palmą i oglądał księcia. Potem ubrał się i wyszedł.

Mała, teatralna trochę dolina, wyrzeźbiona przez strumień w wapieniu. Nad wodą bełkocącą stała drewniana kawiarenka, w której jadał truskawki ze śmietaną. Na zboczach rosły niebieskawe jodły. Przy stoliku w kącie siedział siwowłosy profesor logistyki, zagięty jak pytajnik, z młodą dziewczyną. Obok inne dziewczęta śmiały się głośno, trzymały się za ręce, zerkały na wszystkie strony, śmiały się znów, i ich śmiech opadał jak mały wodospad. Głupie smarkate.
Wrócił do pensjonatu, który nazywał się „Złocień“. Jeszcze było przed kolacją i nudził się, i przykrzyło mu się. Zatelefonował do Alinki, ale nie było jej w domu. Poszedł do łazienki i mył się zbyt długo. Napisał list do Janka, w którym donosił mu, że zamierza pozostać tu jeszcze około dwóch tygodni, i nie wysłał go. Potem chodził po willi, próbował wszystkich czterech fortepianów, szukał Eli, która wyszła do miasteczka. W końcu spotkał pewnego dancing-bubka i dowiedział się od niego, że Krystyna idzie po kolacji do kawiarni.
Podczas kolacji w sali jadalnej było cicho, bo jedzono kurczęta; to wymagało skupienia. Krystyna siedziała tyłem do Emila, ubrana w suknię w kwiaty, przez którą przeświecały ramiączka biustonosza.
Siedział przy stoliku ze starszą panią i młodym małżeństwem i mówił wielką ilość głupstw, większą niż zwykle. Pewna liczba mieszkańców pensjonatu uważała go za idiotę — sprawiało mu to przyjemność, gdyż był megalomanem.
Nie czekając na deser, zszedł wolno ze schodów. Ciepły wiatr gwizdał między jodłami, które chwiały się i trzeszczały w ciemności. Stanął pod drzewem, przed oczami miał oświetlony prostokąt: brama. Brunatny księżyc pełzał po zboczu. Cień przeciął oświetlony prostokąt. Krystyna. Podszedł do niej. Zapytała:
— Idziesz też do miasta?
— Czekam na ciebie.
— Na mnie? No, to odprowadź mnie.
Wziął ją pod rękę. Po chwili mruknął wyraźnie, z uporem, jak dziecko:
— Ja chcę...
— Czego chcesz?
— Ciebie chcę.
Zaśmiała się, szli na przełaj przez las, który huczał.
— ...dlatego że on przyjechał — zawołała przez wiatr.
— Prawdopodobnie.
— Mój mały, wiesz chyba, że jesteś...
— Posłuchaj. Książę też mówi do mnie „mój mały” i ma na mnie ochotę. Ja na ciebie, może ty na księcia?
— Może?
Zbliżali się do miasteczka.
— Jeśli chcesz, poczekaj na mnie w ogrodzie. Wrócę koło dwunastej. Porozmawiamy. Dobrze?
Do jedenastej Kempf z Monachium grał Beethovena i Bacha. Emil siedział w ogrodzie, poprzez otwarte okna słychać było początek Apassionaty, koci, niepokojący, gotowy do skoku. Oświetlone okna, kołyszące się drzewa.

Emil:
„Janek siedzi teraz przy aparacie. Gdybym ja tylko wiedział, że to jest najlepsze wykonanie Apassionaty, byłoby to bardzo trudne do zniesienia. Zwłaszcza że nie mógłbym tego zdania zmienić. Wariaci też nie mogą zmienić. Gdy miałem trzynaście lat, przeżyłem taką noc. To było straszne. Wtedy uważałem, że jestem wszechwiedzący. Wielkie napięcie, pianissimo, przed końcem pierwszej części. Nareszcie zryw. W tym miejscu zawsze chce mi się płakać. To była noc strasznej samotności. Zbocze, pokryte jodłami, szumi jak organy. Zbocze, wryte w niebo. Początek Fantazji c-moll. Chciałbym, aby Krystyna zobaczyła w kawiarni na dnie kieliszka moją twarz. Wierzę częściowo, że to jest możliwe. Przy pomocy magii...? Ojciec zahipnotyzował sowę, która rzucała się w klatce. Potem zbliżył się do stołu i wpatrywał się w kieliszek. — Przecież on jest martwy. Chciałem zobaczyć, czy nie da się go podnieść samym wzrokiem. W tym czasie wyszła jego książka o zmienności gatunków bakterii. Profesor Wincenty twierdzi, że stary jest — obok Nicolle’a — największym znawca tego zagadnienia w Europie. Ile w tym było dziecinnej magii?”
Księżyc wędrował nad jego głową. Kempf skończył grać. Cienie chmur pełzały po górach. Księżyc o zgaszonej do połowy, szarej tarczy, jak wybite oko. Pierwsza. Druga. Koguty piały. Szyby połyskiwały matowo, jak ołowiane. Zielony kot wskoczył cicho na ławkę i wtulił się pod ramię. Nie zauważył, jak przyszła i usiadła obok niego.
— Myślałam, że śpisz.
Była trochę pijana i wesoła. Emil popatrzył na nią ze zdziwieniem. Pomału zaciskało się coś w nim. Chowało się jak ślimak w skorupę. Jego oczekiwanie nie odnosiło się do Krystyny. Bo oczekiwanie nie odnosi się nigdy do zdarzenia, na które czekamy. Najważniejszą cecha oczekiwania jest to, że zmienia niedostrzegalnie substancję zdarzenia, nadmuchuje je, wyolbrzymia, przesuwa jego środek ciężkości, destyluje — tak, że to, co nadchodzi, nie jest prawie nigdy tym, na co czekamy.
— Chcesz mnie pocałować?
Powiedział: — Nie — i wstał.
Ona krzyknęła za nim:
— W takim razie pocałuj ode mnie księcia.
Poszedł spać. Śnił mu się ociekający wodą, zwęglony księżyc, który wynoszono z domu. Równomierne ruchy znanej mu ręki na poręczy, które były drugim motywem Apassionaty.
Rano wyjechał. Z dworca zatelegrafował do Janka. Przedtem zostawił Eli zabawkę: włochatego, trochę wyłysiałego niedźwiadka, którego wszędzie woził ze sobą.
W tym czasie Ela, z niedźwiadkiem w rękach, zapukała do pokoju Krystyny.
— Proszę.
— Dzień dobry pani.
— Dzień dobry, Ela.
Krystyna, w niebieskim szlafroku, robiła sobie manicure.
— Dlaczego tak dziwnie zachowywałaś się wczoraj? Czy to z powodu...
— Pan Emil wyjechał.
— Wyjechał...?
Krystyna spojrzała na niedźwiadka, którego znała tak dobrze, i wtedy Ela przycisnęła go kurczowo do siebie.

Wieczorem Emil zobaczył już z daleka dwie wieże jego miasta, ułożone w białawej mgle jak w wacie. Potem wjechał na dudniący most. Nad spokojną rzeką, napęczniałą i dojrzałą, stali nieruchomi rybacy. Nagie dzieci biegały wzdłuż brzegu. Stanęły i machały rękami w stronę pociągu.


Obcy zapach

Emilowi otworzyła stara kucharka, którą nazywał Meduzą.
— O, panicz przyjechał!
— Czy tatuś jest w domu? A mamusia? (zapomniał, że jest chora). Niech Meduza, z łaski swojej, zaniesie rzeczy do mojego pokoju (zwracał się tak uprzejmie tylko do kucharek i pokojówek).
Wszedł do pokoju matki i pocałował ją wyjątkowo; miał wyrzuty sumienia, że zapomniał o jej chorobie. Gdy znalazł się u siebie, położył się natychmiast na tapczanie. Uwielbiał tę pozycję.
— Gdybym był dziewczyną, tobym na pewno był kurwą — pomyślał, ale zaraz wstał. Nie znosił chorobliwie, aby mu cośkolwiek ruszano w pokoju, i z tego powodu nie lubił sprzątań. Mówił: — Takie to porządki, że wszystko leży ułożone i niczego nie można znaleźć.
Więc skontrolował przede wszystkim dwie rzeczy, najbardziej narażone na niebezpieczeństwo: małą kolejkę, zabawkę dziecinną, która za naciśnięciem ukrytego w tapczanie guzika wyjeżdżała zza kotary i przywoziła papierosy i książki, i maszynę do pisania, czy mu przypadkiem Staszek czegoś nie zmajstrował przy niej. Najmniejszą zmianę pozycji pamiętał dokładnie.
Nagle zauważył, że dochodzi siódma, godzina spotkania z Jankiem. Poszedł na rytualne miejsce, na pewien niepozorny róg dwóch ulic. Mieli nastawione zegarki dokładnie na tę samą godzinę i byli bardzo punktualni. Emil przychodził zwykle o pięć minut wcześniej i czekał.
Przechodziły koło niego kobiety i, jak komety, ciągnęły za sobą smugi zapachów. Z daleka zapalono lampy semaforów kolei elektrycznej, która pełzła po drutach: fosforyzujący pająk.
Dziesięć po siódmej. Poczuł strach. Mężczyźni krążyli koło prostytutek jak tokujące gołębie; śmieszne. Zaczął przełykać ślinę i zapatrzył się na chwilę.
Ich przyjaźń. Nie nazywali tego przyjaźnią, nie nazywali tego wcale. I mieli rację. Bo pewnych rzeczy nie należy nazywać. Wszelkie nazwy będą fałszywe. „Większa część naszych cierpień psychicznych pochodzi stąd, że umiemy je nazwać i opisać“ — pomyślał Emil.
Mieli piętnaście lat. Chodzili do jednego gimnazjum, do różnych oddziałów tej samej klasy. Padał deszcz, gdy wyszli ze szkoły. Schowali się na centralnej poczcie, w dużej hali. Z teczkami pod pachą, rozmawiali o przeczytanych książkach. Gdy mówili o Rollandzie, Janek zapytał:
— Czy chcesz, aby było między nami tak jak między Oliverem i Krzysztofem?
Skinął głową. To było wszystko, co na ten temat powiedzieli.
Gdy deszcz minął, poszli po raz pierwszy do Emila do domu. Tam Janek zobaczył fortepian i zapytał (głos miał kobiecy, przypominający głos skrzypiec zza ściany):
— Czy grasz?
— Trochę.
— Co?
— Teraz ćwiczę mazurek Chopina.
— Mógłbyś zagrać?
Zagrał go. W punktach kulminacyjnych robił diminuenda, co było jego nowym odkryciem.
— Czy ja też mogę zagrać?
— Grasz?
— Tak.
Podszedł do fortepianu dziwnie miękko. Powiedział:
Mazurek cis-moll — i zagrał go tonem Edwina Fischera, rozpoczynającego fugę Bacha, całkiem prosto, egzotycznie, niemal wstrząsająco. Wtem otworzyły się drzwi i weszła matka Emila, mówiąc:
— Jak ładnie grasz dzisiaj. Co się...
Troje zaczerwienili się z całkiem różnych powodów.
— Pozwól, mamo, to jest mój kolega.
Potem kłótnie, przypominające sceny małżeńskie. Tylko na tematy teoretyczne. Wybuchała z nich wtedy nienawiść. Nie ukrywali jej, ale nie mogli odejść od siebie, aby nienawiść minęła. Nie widzieli, jak ją powstrzymać. Ona wciąż rosła, jak ziarno fakira, aż do punktu, kiedy w jednym z nich załamywała się, a wtedy równocześnie załamywała się i w drugim. Czasem (zdarzało się to bardzo rzadko), jeden z nich przełamywał pierścień nienawiści i uciekał z niejasnymi uczuciami, bo nie wiedział, czy odchodzi, jako pogniewany. Była to tylko gra przed tym drugim i sobą zarazem, komedia nieunikniona i podniecająca. I jeden szedł zazwyczaj tak wolno, żeby drugi mógł go dogonić. Wtedy następowała ulga tak głęboka, że robiła wrażenie zapadania się, znikania, zlewania się z otoczeniem, nieistnienia.
Janek przyszedł pewnego razu z miną, która oznaczała „coś się stało“.
— Przyrzeknij mi, że się nic nie zmieni, myślę... między nami.
— Przyrzekam. Co się stało?
— Wstydzę się powiedzieć, ale to jest coś takiego, co może mieć wpływ.
— Lubisz kogoś?
— Ale skąd...
— Nie ma innej rady, jak powiedzieć?
— Nie ma.
— No, to powiedz.
— Ale nie będziesz się ze mnie śmiał? Zmieniam głos.
— W jaki sposób?
— Byłem u lekarza i powiedział, że będę mówił nisko... może nawet basem.
— Co to znaczy? Nic nie rozumiem.
— Byłem u lekarza i powiedział, że mam normalnie rozwinięte struny głosowe i z jakichś tam powodów psychicznych mówię falsetem. Tobie się podobał ten głos... Żebym do niego trzy razy w tygodniu przychodził i robił ćwiczenia, to za dwa tygodnie będę mówił basem.
Milczeli obaj. Wydało im się to naprawdę tragiczne, więc Janek mówił dalej drżącym głosem:
— Będziemy musieli przez dwa tygodnie przestać się spotykać, a potem z nowym głosem...
Emil połykał ciągle ślinę. Połykał więc ślinę z powodu tego przeszłego już zdarzenia, ze zdenerwowania i z powodu tego, że była już 7.30. Janek nie przyszedł na spotkanie pierwszy raz od trzech lat.
Postanowił iść do niego. Otworzyła mu pani, którą nazywali ciotką Emilią.
— Czy jest w domu?
— Nie, ale...
Nie słuchał jej.
W pokoju Janka kasztan wsadzał głowę przez okno. Było ciemno i nie zapalił światła. Zaledwie można było rozróżnić zarysy dzbanka i miski na wodę. Prawie całe miejsce zajmował długi fortepian, o którym Emil wiedział, że jest ciężki w uderzeniu. W kącie stało składane łóżko. Stołu nie było.
Była to godzina przedwieczorna, milcząca, nieruchoma. Kasztan zaczął z wolna wydzielać swój nocny zapach. Wsadził głowę między jego liście, i to mu przyniosło ulgę, bo męczył się bardzo.
Radio grało z daleka na pełnym głośniku łzawy szlagier, ohydnie sentymentalny. Otarł się — jak kot — o melodię, poniżającą dla niego; otarł się właśnie dlatego, że była poniżająca. (Jak kot ociera grzbiet o nogi albo krzesło.) Potem zanurzył się w nią całkiem.
Wtem poczuł, że coś się niedostrzegalnie zmieniło w nim albo poza nim. Obrócił się. Janek. Otarli się o siebie milcząco policzkami i Emil poczuł bardzo lekki zapach perfum. Usiedli razem na łóżku i oparli głowy o ścianę. Siedzieli tak i nie myśleli o niczym. Emil miał wrażenie, jakby go prąd czasu wyrzucił na brzeg i płynął dalej, omijając go, i on był poza czasem. Leżał na brzegu w spokoju, nie istniejąc wcale, w spokoju, który da się określić tylko przez wiele negacji. W końcu:
— Dlaczego nie przyszedłeś?
— Bo mi nie dałeś znać, że przyjeżdżasz.
— Depesza.
— Nie było mnie cały dzień w domu. Depesza pewno gdzieś tu leży.
Pauza.
— Niespodzianka...?
Janek wstał powoli i podszedł zgarbiony do fortepianu, dziwnie miękko, jak wtedy, przed trzema laty. Usiadł.
Była to pieśń Schuberta Gretchen am Spinnrade[38]. Zaczynała się niespokojnym akompaniamentem, niepodobnym do żadnego kołowrotka świata, naśladującym jednak kołowrotek. Między jego tony wkradła się sama pieśń, oddalona od akompaniamentu w sam raz, ani za dużo, ani za mało, chwiejąca się na nieskończenie wąskiej linii, która była idealnym oddaleniem, piano, płynęła wolno, jak struga gęstego płynu o barwie fioletowej, raz jaśniejącej na chwilę niebiesko, raz przechodzącej w granat, prawie czarny, śpiewająca o tym, skąd nie ma powrotu — to się wiedziało na pewno — śpiewająca, że „już nigdy” i „na zawsze”, słowa, od których się cierpnie.
Była to pieśń niesamowita, zawarta jedynie między piano a forte, zostawiająca po sobie smugę nienasycenia, niesamowita, ale nie wprost, lecz jakąś drogą okólną trafiającą w samo jądro niepokoju. I nigdy nie została zepsuta żadną tercją czy kwartą, nigdy nie próbowano wzmocnić tonu przez oktawę. Ciągnęła się samotna i naga. Gdy zakończyła się tym, co było jej początkiem, został jeszcze kołowrotek, jednostajny, aż zahaczył się o coś i on. I stanął nagle, tak, jak musi stawać serce.
Skończył i pokój był przesycony zapachem kasztana. Milczeli. Trzeba było rozbić ciszę, tak stężała. Potem:
— Czyja to transkrypcja?
— To właściwie wcale nie jest transkrypcja. To jest oryginał, zrobiony z możliwie najmniejszą ilością zmian, na fortepian. Chciałbym dojść do tego, by móc sobie pozwolić tym zakończyć koncert. Nie po wirtuozowsku... Przypominasz sobie to miejsce po „Kuss”? Jest zrobione nieco inaczej. Poza tym w niektórych miejscach akompaniament o tyle tylko...
Emil dziwił się, że Janek tyle mówi. Był zgorszony. Powiedział:
— Chodźmy.
Było po deszczu, parowała rozmokła ziemia, w parku ławki już wysychały. Mimo wszystko od Janka pachniało lekko jakimś obcym zapachem. Trzymali się za ręce. Emil nie odczuwał tego z żadną jeszcze kobietą: tego prądu, idącego przez rękę, jakby coś najważniejszego w nim przechylało się na tę stronę.
Wałęsali się, milcząc, wśród olbrzymich cieni drzew, czasem prążkowanych światłami, w ciemni, ubitej przez pary ludzi, którzy się tu przychodzili kochać. Oczy im się rozszerzały, brązowe oczy Emila i niebieskie Janka. Mówili szeptem, bo wieczorem w parku nie mówi się głośno; każdy rozumie, że tego robić nie wolno. Coraz to nowe fale ciemności opadały na nich, jak czarny śnieg; wolno prószyła ciemność.
Krążyli w poszukiwaniu miejsca, aż znaleźli placyk w kształcie koła, obrośniętego dookoła krzakami, na którym w dzień bawiły się dzieci. Ławki były poustawiane w regularnych odstępach, było ich kilkanaście. Obrócone tyłem, na każdej ławce siedziały zarysy mężczyzny i kobiety. Niektórych ławek nie było widać. Wtem ktoś zapalił papierosa i zobaczyli wolną ławkę, jedyną wolną, jakby na nich czekała. Zaczerwienili się. Podeszli do niej i poczuli obaj ostry zapach, jaki wydziela podniecona kobieta. Usiedli i ławka była jeszcze ciepła. Usiedli przodem do wnętrza koła, na złość. Delikatnie ocierali się o siebie policzkami i Emil poczuł, że jest teraz cały w policzku. Potem Janek go pocałował w szyję, a raczej musnął ją delikatnie wargami. I uciekł twarzą, jakby przestraszony, i w ruchu tym była kokieteria. Emil przemknął mu wargami tuż koło ust. Tak to trwało może kwadrans: nie całując się, dotykali się nawzajem wargami. Nie mogło być chyba subtelniejszej radości dotyku; ich naskórki unosiły się w powietrzu, oderwane od ciała. Janek myślał:
— Jestem nadzwyczajny również dlatego, że potrafię sobie przeczyć w poglądach i uczynkach, pozostając konsekwentnym.
Emil myślał:
— Można od tego zdechnąć. (Sformułowanie nadchodziło o wiele później, o ile w ogóle nadchodziło.)
W końcu dali temu spokój. Emil odczuwał strach i opór przed posuwaniem się dalej, Janek — ani strachu, ani oporu. Po prostu przestał dlatego, że Emil przestał.
Siedzieli, milcząc, zanurzeni w zapachu kobiety, która stąd odeszła. Emil zaczął wydobywać pomału historię swoich wakacji, ale zauważył, że Janek jest zmęczony. Potem próbował mówić o Russellu i nazwał go Chrystusem intelektualizmu, ale Janek był coraz bardziej zmęczony, i wtedy sam, znużony, opadł.
Komary latały dookoła nich. Drzewa były bardzo wysokie. Sięgały aż do łuny nad miastem.
Wstali. Gdy znaleźli się w rytualnym miejscu, w którym żegnali się zawsze, podali sobie ręce. Oddalali się teraz w przeciwnych kierunkach i wciąż obracali głowy za siebie i patrzyli na siebie. To było też rytualne.
Gdy Emil znikł za rogiem, zaczął biec i biegł tak aż do domu. Odczuwał niezrozumiały niepokój i wiedział, że jutro albo pojutrze zrozumie go. Tak było zawsze. Myślał zbyt wolno i dlatego był szczęśliwy, że umie pisać. Udawały mu się czasem cięte odpowiedzi, ponieważ dużo czytał. Ale nie mógł prowadzić rozmowy, której przedtem nie obmyślił szczegółowo. Dlatego w towarzystwie częściej milczał, rzadziej zaś mówił: krótkie, przemyślane i mądre na ogół rzeczy. (To było wtedy, gdy mu nie zależało na tym, by go miano za idiotę.) Tylko z Jankiem mógł sobie pozwolić na improwizowanie, na podejmowanie i kończenie myśli, powstałych przed paru godzinami.
Więc biegł aż do domu i wydawało mu się, że wyładował w tym biegu niewiadome. Ale w domu okazało się, że tak nie jest.
Gdy wszedł do swego pokoju, zastał kurę na zimno, chleb z masłem i dwie pomarańcze. Poczuł, że jest bardzo głodny, kurę złapał rękami i ręce mu się trzęsły, gdy obierał pomarańcze. Potem położył ołówek i papier przed sobą, co nie było jego zwyczajem. Wiedział, że musi coś napisać, ale myśli jego krążyły dokoła miejsca, którego nie widział; czuł opór i strach, jak wtedy w parku, z Jankiem. Gdy się rozbierał, ciskał swoją garderobę szczególnie daleko, po różnych częściach pokoju. A potem położył się i patrzył uporczywie w sufit, przez który było widać gwiazdy.
Myśli przechodziły koło niego, jak duchy. Jedna stanęła nad jego łóżkiem i pochyliła się. Rozmowa o pewnej młodej wiolonczelistce, która miała właśnie mieć koncert.
Janek powiedział:
— To będzie strasznie trudne do zniesienia, gdy ona będzie miała taki duży instrument między nogami.
Teofil, który był hrabią, po serii nerwowych tików zapytał:
— Jaki ona tam instrument będzie miała?
— Wiolonczelę.
— Co to jest?
Janek wykonał kilka ruchów, oznaczających poruszenia smyczkiem i mogących, od biedy, oznaczać co innego, bo nie bardzo wypadły.
— Więc po co panowie tam idziecie?
Wiolonczelistka była ładna i grała tak, że to nie przeszkadzało na nią patrzeć. Zresztą Emil myślał o czymś innym. To, co zobaczył, poza śmiesznością jej pozycji, było dziwne i poniosło go.
Obejmowała całym ciałem łagodnie wygięty instrument, którego szyja leżała na jej ramieniu; obejmowała go nogami, ruchami rąk. Kołysała się wraz z nim, poddająca się melodiom, które wychodziły z niego, które wywoływała. Musiała czuć dotyk rączki wiolonczeli na policzku. Było to dziwne, podobne do czegoś, co widział, co było ładne i niepokojąco dwuznaczne: Leda z łabędziem Leonarda.
W nocy miał sen. Długimi korytarzami gonił nagą kobietę. Odległość między nimi nie zmniejszała się. Zaczynał odczuwać znużenie. Ona znalazła się w korytarzu bez wyjścia. Myśli: „nareszcie mam ją”. Ona klęka. Cały czas jest obrócona do niego plecami, dlatego nie widać, czy śmieje się, czy płacze. Nagle strach i boi się do niej podejść. Wtem on odwraca głowę. Ma twarz Janka.


Mały Emil

Emil nie lubił przymusu. Wietrzył go wszędzie i gdy mu się tylko zdawało, że go czuje — wierzgał jak koń. Wykraczało to daleko poza to, co się nazywa nieposłuszeństwem.
Najczęściej, gdy mu nie dawano spokoju, wchodził pod łóżko i trzeba go było stamtąd wyciągać laską ojca. W krańcowym wypadku zamykał się w klozecie, i mama, i kucharka namawiały go godzinami, by zechciał wyjść. Ale on wiedział, że jeśli wyjdzie, to go zbiją, i że im dłużej siedzi, tym bardziej go będą bili. Wtedy oglądał na ścianach magiczne znaki i obrazy, którymi, jak ludzie pierwotni jaskinie, pokrywał klozet, i gryzł palce ze złości, strachu i zdenerwowania. W końcu mówił:
— Mamo...
— No co?
— Jeśli ja wyjdę, to nie zbijesz mnie?
— Nie. (Wiedział, że to nieprawda).
— Na pewno?
— Na pewno. (Wiedział, że to nieprawda).
— I nie pójdę jutro do szkoły?
— Nie pójdziesz. (Wiedział, że to nieprawda).
I nie otwierał.
Za drzwiami matka krzyczała. On czekał, aż przyjdzie ojciec, pan z długą brodą i niebieskimi oczami, który nie pozwalał go bić, ale interesował się nim zbyt mało.
I zdarzyło się raz, gdy miał siedem lat i był w drugiej klasie, że ojciec wyjechał do Paryża na zjazd bakteriologów. Siedział w klozecie już od 16 godzin, gdy wyważono drzwi; siedział w kącie, na ziemi, blady, ze zlepionymi włosami opadającymi na czoło. Nie poruszał się, gdy weszła matka, pokojówka Janka i stróż Antoni. I nie zbito go wtedy po raz pierwszy, bo matka zobaczyła jego półobłąkane oczy między opadającymi włosami, jak oczy zwierzęcia między liśćmi.
Bona zaprowadziła go do łóżka. Leżał w półmroku, bo bał się ciemności. Lubił widzieć zarysy mebli, bo były punktem zaczepienia. W ciemności czuł się jak w dużej wodzie i bał się zanurzyć w sen. Trzymał się kurczowo świadomości. Wydawało mu się, że gdy ją straci, umrze. Czuwając tak, patrzył na mlecznobiałe okno i widział na nim olbrzymią nienawiść do matki i strach o nią.
I zabijał matkę wiele razy wszystkimi kuchennymi nożami, jakie pamiętał: począwszy od tego do krajania mięsa, a skończywszy na małym do obierania owoców; i siekierą od węgla też. Potem wstał, była już dwunasta, i poszedł w długiej, białej koszuli do jej sypialni. Ona już spała, a on słuchał, czy oddycha, czy nie umarła. Zobaczył, że żyje, i poczuł nagle, że jest zmęczony.
Powoli znikł — jedyny i straszny — obowiązek i przymus czuwania, który sprawiał, że źle sypiał po nocach. Sen wypełzł cicho z boku jak czarny, miękki wąż.
Drgnął jeszcze raz.
„Czy ja jeszcze myślę?“
Myślał o wspaniałych lokomotywach, które odjeżdżają. Potem usnął.
Gdy ojciec przyjechał z Paryża, zaprowadzono Emila do pewnego młodego docenta neurologa, który nie był głupi.
Lekarz rozmawiał najpierw z matką, a Emil siedział w poczekalni i miał tremę.
Czekanie przyprawiało go zawsze o lekki ból brzucha i potrzebę oddania moczu. Gdy pewien wujcio robił przed nim stracha i, mrucząc, zbliżał się powoli do niego, nie znosił tego zbliżania się. Podbiegał do tego, kogo się bał, aby już szybko był z tym koniec. I zrobiłby to samo, gdyby nawet wiedział, że to jest śmierć (zresztą w tym czasie uważał, że jest nieśmiertelny). Tu tkwiło źródełko jego przyszłej niemożności czekania, gdy umawiał się z kobietami, i przymus zbliżania się do tych, na które czekał.
Po chwili mama siedziała w poczekalni, a Emil na dużym fotelu przed panem o przezroczystych oczach i wąskich ustach. Pan trzymał papierosa pomiędzy długimi palcami i patrzył w okno.
— Czy wiesz, dlaczego cię mama tu przyprowadziła?
— Pan jest doktor i ja nie jestem chory.
— Nie jesteś chory. Ale czasem doktorzy pomagają dzieciom i matkom, gdy matki mówią, że dzieci nie są grzeczne i gdy dzieci nie umieją być grzeczne.
Neurolog zgasił papierosa.
— Nie chcesz chodzić do szkoły, prawda?
— Nie chcę.
— Czy bawisz się z chłopcami w parku?
— Czasem.
— Bawisz się w zbója i policjanta?
— Bawię się.
— Kim lubisz być, zbójem czy policjantem?
— Lubię być policjantem... ale jestem zbójem.
— W co się bawisz jeszcze?
— W kolej. U nas w domu.
— Z kim?
— Sam albo z Fredkiem. Główna stacja jest koło pieca.
Emil zaczerwienił się, bo uważał, że powiedział to niepotrzebnie. Mając lat siedem, czuł już, jak należy postępować z lekarzami.
— Czy jesteś silniejszy niż ci chłopcy, z którymi się bawisz?
— Fredek jest słabszy.
— Twoja mamusia powiedziała, że nie będzie cię więcej biła. Mamusia jest nerwowa i robi czasem takie rzeczy, których nie chce robić. Ty robisz zresztą to samo. Wiesz o tym i wiesz też, że ona cię kocha.
Emil nie odpowiedział.
— Czy w szkole jest ci przyjemnie?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo muszę...
— Co musisz?
— Tam chodzić.
— Wcale nie musisz chodzić do szkoły, ale gdy ci wytłumaczę, zrozumiesz, że tak trzeba i że tak jest dobrze. I będziesz sam chciał.
— Jak ja zrozumiem, to będę musiał. Nie chcę rozumieć... i nie chcę musieć... i chcieć też nie.
— A gdy się bawisz?
— Samo się bawi. Jak chcę i muszę, to nie mogę.
Teraz neurolog po raz pierwszy popatrzył na Emila. Opuścił powoli swoje przezroczyste oczy i jego usta stały się jeszcze bardziej wąskie. Przypomniał sobie dwa nazwiska: Ludwig Klages i Theodor Lessing. Podszedł do dużego fotela obitego skórą. Emil był tak mały, że poręcz fotela sięgała dużo wyżej niż jego głowa. Dlatego neurologowi było nieco trudno pogłaskać go po głowie.

W tym czasie Emil był zakochany w pewnej dziewczynce, z którą chodził do szkoły i która nazywała się Zosia. Na pauzie bawiono się w zabawę, podczas której kawalerowie wybierali sobie damy. I Emil nigdy nie wybierał Zosi.
Po południu, przy zestawianiu pociągu, gdzie wagonami były pudełka, zdarzało się, że oglądali sobie z Fredkiem jądra i obmacywali pośladki. Mieli czerwone uszy i byli nie bardzo przytomni. Zawsze jednak słyszeli, jak nadchodziła bona.
Fredek umiał się dobrze bawić, ale był godny pogardy. Nie umiał zatrzymywać moczu i zanim zdołano cośkolwiek zrobić, miał mokre majtki. Bona biła go za to bardzo, ale to nie pomagało. W takich chwilach Emil patrzył z uwagą na jego twarz, tak jak patrzył na glisty w parku. Widział, jak marszczy mu się czoło, jak kąciki ust opadają w dół, jak zaczyna płakać. Wtedy bona biła Fredka, trzymając go za kołnierz, i mruczała z pasją.
— Nie rycz, bo cię zatłukę.
Fredek zwisał jak worek. To było bardzo przyjemne i interesujące.
Pewnego razu w szkole, gdy Zosia nie napisała zadania, a nauczycielka zaczęła krzyczeć, zdarzyło się Zosi coś podobnego jak Fredkowi. Dzieci udawały, że nie wiedzą, o co chodzi, tylko jeden Lolo, dureń, powiedział na głos:
— O, leje się coś.
Emil zbladł prawie tak bardzo jak wtedy w klozecie, zrobiło mu się niedobrze. Pani wyprowadziła Zosię na korytarz; za chwilę Emil wyszedł na podwórze i wymiotował długo pod pięknym kasztanem.

W trzecim oddziale, w rok później, zaszło pewne zdarzenie, które zadecydowało w pewnym sensie o przyszłości Emila.
Temat zadania szkolnego: „Opisać wycieczkę".
Przez piętnaście minut Emil nie wiedział, co pisać (bo nie był nigdy na wycieczce), i myślał o różnych rzeczach, które nie miały związku ze szkołą: o zagryzaniu kur; o kimś, kto gonił go w ciemnym przedpokoju, i czy to był sen, czy nie; o morzu i o tym, jak zrozumiał, że wiatr wiejący z boku w żagle może pchać okręt naprzód (to wytłumaczył mu ojciec). Postanowił pisać o morzu, o jechaniu okrętem, bo uważał, że to też była wycieczka. Pisał: „...albatrosy wrzeszczały i leciały pod niebem, wieczorem gwiazdy podnosiły się i opadały i niebo się kiwało". Wtedy przebiegł go dreszczyk, jak mała mysz, wzdłuż kręgosłupa. Nacisnęło mu coś lekko oddech i serce, zęby zaczęły mu szczękać.
Widział dokładnie i pamiętał dokładnie, jak kołysał się okręt, jak ojciec mu tłumaczył:
— To zdaje się tak, widzisz, że księżyc jest raz z jednej strony, raz z drugiej strony masztu, lecz się nie porusza, przynajmniej porusza się dużo wolniej.
Ale na złość sobie i temu, co wiedział — a było to wspanialsze niż odkrycie możliwości manewrowania żaglami — dopisał: „Niebo wahało się i niebo kiwało się".
Na drugi dzień tak zwana pani przyniosła poprawione zadania i powiedziała:
— Emil, masz swój zeszyt. Albatrosy nie wrzeszczą, i to nie jest ładne wyrażenie. A niebo nie może się kiwać.
Emil patrzył na nią i był czerwony. Mruknął:
— No, to co?
Wtedy ona też poczerwieniała i przestała mówić. Wczoraj czytała po raz pierwszy Rimbauda Statek pijany i Verlaine’a Pieśń jesienną. Została nauczycielką niedawno i starała się jeszcze rozumieć pewne rzeczy. Dlatego dodała:
— A może odpisałeś? Może słyszałeś, jak czytał ktoś coś podobnego? Byłoby ładnie, gdybyś pamiętał.
To było nieoczekiwane. Coraz więcej gorąca napływało mu do twarzy i zasłaniało oczy. Zdawało mu się, że ma głowę zanurzoną we krwi.
Lolo szepnął cicho do Zosi:
— Słyszysz, jak on zgrzyta zębami? Mój brat też tak robi w nocy.
Emil miał o trzy lata młodszego brata. Pewnego razu ojciec zawołał go i powiedział:
— Wiesz Emil, będziesz miał brata albo siostrę.
— Kiedy?
— Dziś albo jutro.
— A kiedy ją będę widział?
— Za kilka dni.
Wtedy Emil poszedł do klozetu i zaczął się modlić.
Ponieważ chciał mieć brata, a był głęboko przeświadczony o przewrotności Pana Boga, mówił:
— Panie Boże, ja chcę, żeby była siostrzyczka. Nie brat. Panie Boże itd. — tak Go zaklinał i prosił. Potem zrobił w ścianie dziurę gwoździem na znak tego zdarzenia.
Cała ta historia nie obchodziłaby go teraz, gdyby nie musiał chodzić z boną tego małego i trzymać wózka ręką. To chodzenie na spacer było jeszcze nudniejsze niż siedzenie w domu. Nuda drążyła go jak wiercenie zęba u dentysty, zjadała go i męczyła. Była w nim otchłań nudy i senności, niezaspokojonej, przerosłej samoobserwacji, która jak głodne zwierzę szukała zdarzeń, aby je pożreć.
— Mamo, co ja będę robił? — gdy go ubierano w paletko.
— Pójdziesz się bawić.
— W co?
— W klasy... W co chcesz...
— Z kim? Ja nie lubię w klasy...
— A czego ty chcesz?
— Ja nie wiem, mnie się nudzi.
W szkole dostawał wymiotów, w domu chodził po pokojach, wykręcał się od robienia zadań, od lekcji gry na fortepianie, od lekcji francuskiego. Bolała go głowa i oczy. Czasem nalewał wody do wanny i robił okręty z papieru. Częściej bawił się w kolej, bo pociągi, które odjeżdżają, które zabierają ludzi, które znikają, były niepokojące i pociągające.
Gdy mały Staszek zostawał w domu i on miał iść z Polą na spacer, matka dawała mu pieniądze na peronówkę i szedł na dworzec. Stał na peronie, oglądał ruch i przyjazdy, oglądał spocone lokomotywy.
Przed snem zaglądał pod łóżko, czy tam ktoś nie leży. W nocy sypiał źle, uczepiony myślenia: świadomości, która była śmiesznym, lekko świecącym korkiem, pływającym w olbrzymiej ciemnej wodzie, rozpruwającym, jak dziób statku, niewiadome i czarne morze, zamykające się znów, natychmiast i wciąż na nowo, w tyle, za śrubą. W końcu zanurzał się z zaciśniętymi zębami w sen i przepływał w nim na drugą stronę nocy, jak w czółnie.
W tym czasie czytał już książki. Przeszedł szybko przez Verne’a i Maya do powieści kryminalnych. Potem czytał Londona. Kochał Indian, detektywów, włamywaczy i psy. Ale nie chciano mu kupić psa, a zmartwienie i poczucie nieszczęścia z tego powodu były większe niż to, które by miał jego ojciec, gdyby stracił katedrę na uniwersytecie. Zwariowany chodził za psami na ulicy, całował je i lizał. Mówił do nich pieszczotliwie i władczo, jak do Pana Boga:
— Mój kochany, mój kiciuniu, chodź do mnie, już w tej chwili, chodź, przyjdź do mnie, miły — tak mówił do pewnego małego i czarnego.
To było świństwo, że mu nie kupiono psa.

W tym mniej więcej czasie przyszedł po raz pierwszy niewołany do ojca, do gabinetu. Wszedł tam na palcach, mimo że ojciec miał na uszach słuchawki radiowe, pod słuchawkami filcowe poduszeczki, pod poduszeczkami watę zanurzoną w oliwie. To wszystko po to, aby nic nie słyszeć. Stał przy mikroskopie, na biurku leżał stos otwartych książek. Poczuł, że ktoś wszedł. Po chwili zdjął słuchawki z uszu i był zdziwiony... Potem wyjął watę.
Emil zaczął dyplomatycznie:
— Zdaje się, że ty jesteś mądry.
— Zdaje się, że umiem niektóre rzeczy.
— Więc czy ja mogę się o coś zapytać?
— Możesz.
I zaproponował, po wielu omówieniach, stworzenie Instytutu Badania Trzasków Nocnych, które jego zdaniem „są, a nie powinny być“.
Ojciec jego Filip nie był już młody, gdy Emil się urodził, i teraz miał siwą brodę, jak Miecznikow, Pasteur, Ehrlich, Wassermann i Nicolle. Był w życiu bardzo zajęty kobietami i zagadnieniem przemiany gatunków bakterii. Popatrzył na Emila z wielkim zdziwieniem. Potem powiedział:
— Pogadamy o tym dokładnie wieczorem. Chcesz, pokażę ci teraz króliki.
Wziął Emila za rękę i poszli powoli przez korytarz, na którego końcu była pracownia: tam przebywały króliki, szczury i myszy. Ojciec wziął jednego za uszy.
— Patrz, teraz mu wbiję igłę do serca. To go będzie trochę tylko bolało. Potem znów będzie zdrowy. Przytrzymaj mu nogi.
I gdy igła doszła do serca, królik zrobił zdziwioną minę, przestał się poruszać i strzykawka napełniła się krwią.

Gdy Emil miał lat jedenaście, wrzeszczące albatrosy i kołyszące się niebo spały, ukryte głęboko, a Emil pisał powieść miłosno-kryminalną o Billu i Ellen, ze sceną miłosną pod latarnią, sceną, którą uważał za świetną. Fredek, który specjalizował się w układaniu rebusów, podziwiał go i codziennie przepisywał na czysto pięć stron. Pismo Emila było zupełnie nieczytelne, a gdyby nawet było inne, toby mu się nie chciało przepisywać. Było to za panowania kucharki Stefanii II, która była pierwszą i jedyną czytelniczką powieści.
Z początku, a może i potem też, nie chciała wierzyć, że Emil jest jej autorem, dopominała się jednak co wieczór o dalszy ciąg. Mniej więcej o jedenastej wieczorem Emil przynosił ciąg dalszy. Stefania czytała na głos wolno i uroczyście. Gdy dochodziła do scen miłosnych, ściszała głos, robiła głupkowate miny, patrzyła spod oka na Emila, który przybierał nic niewiedzący wyraz twarzy.
Na następny dzień Fredek pytał:
— No i co? Czytała? I co mówiła?
W tymże czasie wyrzucono Emila ze szkoły za opowiadanie nieprzyzwoitych dowcipów. Pewien chłopiec wygadał wszystko matce, matka poszła do dyrektora i wtedy zawołano Emila do kancelarii. Tam spisano protokolarnie wszystkie dowcipy, z wszystkimi nieprzyzwoitymi wyrazami, i trzech głównych winowajców podpisało protokół. Emilowi z trudnością przyszło wypowiadanie pewnych słów w obecności dyrektora i wychowawcy klasy.
Emil przestał chodzić do szkoły, mimo że dzięki wpływom ojca mógł do niej powrócić. Uparł się i powiedział, że nie chce widzieć tego kretyna, dyrektora. Filip był też o dyrektorze tego samego zdania, ale mama przeprowadziła rewizję wśród rzeczy Emila (była ładna, nerwowa, nierozsądna i dumna) i znalazła ową powieść, którą spalono nie mniej uroczyście niż dużo wcześniej dzieła Giordana Bruna.
Filip chciał mieć spokój i dlatego nie wtrącał się do tych wszystkich spraw, mimo że Emil na niego liczył. Natomiast pewnego razu, w pracowni przy królikach, powiedział:
— Możesz wiedzieć, co chcesz, ale jest jeszcze niestety zbyt wielu idiotów, aby można było mówić wszystko, co się myśli. A ty nic sobie z tego nie rób.
Ale Emila długo jeszcze męczyły sprawy wywleczone z niego na widok publiczny, jak u rzeźnika w jatce flaki, i wszyscy mogli widzieć i macać to, co było jego własnością, którą rozdzielał według uznania i chęci.
I czuł się tak osaczony, że korzystał częściej niż zwykle z dwóch miejsc, w których był bezpieczny: z klozetu i łóżka.
Klozet był miejscem tradycyjnym, rytualnym i samotnym: kąt dla psa, gdy chce zjeść swoją kość, miniaturowa klinika popsutych lalek, ojczyzna jedenastoletniego pustelnika. Można by na jego ścianach odcyfrować całe dzieciństwo Emila, zeskrobując delikatnie farbę i pokost, docierając do coraz to głębszych warstw tynku. Spały tam daty ważnych zdarzeń, rysunki anatomiczne, tytuły przeczytanych książek.
Łóżko — sen, śmierć, miłość, narodziny... zwłaszcza gdy się może kołdrę naciągnąć na głowę.
Przyszły noce, kiedy ciemność zaczęła się żarzyć, kiedy mówił do siebie i zażądał od siebie:
— Ja chcę dziewczynę, ja chcę dziewczynę, daj mi, daj już. Albo Jankę, co nosi krótkie suknie, albo Helę, co nie nosi stanika.
(To były kuzynki: styl jego monologu nie zmienił się od czasu przemówień do Boga i do psów).
Słowa opadały na noc jak na gorącą blachę, ciemniały, kruszyły się, i w końcu zostawał z nich popiół. Znajdował tylko swoje ręce i swoje nogi.

Burza nadchodziła powoli, nadciągała z głębi jego dwunastu lat, które dojrzewały, pęczniały, zaokrąglały się, jak wolno nadymana piłka nożna; i pękły.
Przeczytał Jana Krzysztofa, który uderzył w niego, dźwięczał w nim długo, rezonował, potem zaczął się staczać w dół jak lawina, pociągając za sobą niepokój, obłąkane sny.
I stało się, że pewnej nocy runęli bogowie, już dawno nadpsuci i nadgnili, tak że jego przerażenia nie powodował sam fakt upadku, lecz to że odbył się on z tak małym hałasem. Została po nich w jego świecie duża wyrwa i olbrzymia pustka, i zobaczył, że jest sam wszechwiedzący, samotnie wszechwiedzący, silny i słaby, zawieszony jak gwiazda w próżni.
Szczękając zębami, wyszedł z łóżka i chodził po pokoju, który wydawał mu się nowym światem, tym samym, a jednak zupełnie innym.
Zobaczył, że nie jest sobą, że coś obcego wdarło się w niego i że jest ich dwóch: on i on.
W strachu i wściekłości bełkotał:
— Tylko ja...?
— Tylko ty...?
Pomału podniosły głowę krzyczące albatrosy i kołyszące się niebo, i zobaczył swoją przeszłość, która posuwała go wolno, przymykając mu oczy, na to miejsce straszne i urzekające, na brzeg przepaści, gdzie stał po raz pierwszy twarzą w twarz z przestrzenią. I modlił się do Boga, którego nie było, i modlił się do siebie, nie wierząc, że to będzie jego przeznaczeniem.
Wyrwał dwie kartki z zeszytu i pisał:
„Postanawiam dużo o sobie wiedzieć. Chcę wiedzieć to, co będę przeżywał za dwa lata, to co można w ogóle przeżywać. Nie chcę tracić czasu na przeżywanie tego, co zostało opisane. Chcę poznać się, wiedzieć z góry, jakie... i robić takie rzeczy (przekreślone wyrazy), czuć takie rzeczy.
Nie chcę tracić czasu, chcę zyskać na czasie przez wiedzenie o tym, co może być”.
Rozpoznał w nocy swoje mieszkanie, idąc boso wzdłuż korytarza, w stronę królików. Tam, grzebiąc długo w ciemności, znalazł flaszkę z eterem i wrócił do łóżka. Nalał eteru na chustkę i wdychał go powoli.
Ciało jego unosiła woda, wokół krążyły gwiazdy.


Joanna II

„ ....................................
Ten drugi pojechał na wakacje. J. został sam, więc miałam łatwą robotę. Z początku był bardzo nieśmiały, ale już przy trzecim spotkaniu zażądał, aby mu pokazywać figury. W pierwszej chwili miałam ochotę powiedzieć mu «wynoś się», ale potem, nie wiem sama dlaczego, pokazywałam mu różne.
Raz przyniósł fotografie porn. I zaproponował, abyśmy spróbowali naśladować. Właściwie zaczęło się od grania, bo u mnie w pokoju jest rozklekotane pianino. Ja się nie znam na muzyce, ale on gra b. dziwnie i ładnie się przy tym rusza. Nie wiem sama, czy ruchy, czy gra działają na mnie. Poza tym przy stosunku zachowuje się też dziwnie. W połowie przerywa i nie chce dalej, aż ja nie wykonam najdziwaczniejszej figury. Czasem mnie to b. boli.
Nie wiem, jak on mnie opętał, bo to nie jest ani bujanie się w nim, ani go nie kocham. Czasem przerywa, aby podejść do fortepianu. Nie wie, że dzięki temu mnie gra jego podnieca, bo mi przychodzi na myśl tamto. To jest błędne koło, z którego nie ma wyjścia.
Ostatnio już przychodzi ze mną tylko spać, a ja sobie przypominam, jak chciałam, żeby przychodził tylko po to. Ja myślałam, że to będzie tylko «na trzy dni», a stało się inaczej. On przychodzi do mnie jak do kurwy. Sama nie wiem, co piszę, taka jestem ostatnio roztrzęsiona. Więc muszę powiedzieć, że traktuje mnie jak psa. Czym bardziej mnie tak traktuje, tym ja bardziej jestem gotowa więcej rzeczy dla niego zrobić.
Czasem obiecuję sobie, że go wyrzucę, że go w ogóle nie wpuszczę. Ale ani to, ani tamto.
Stosunek z nim nie sprawia mi ani połowy takiej przyjemności, jak z P. Nie wiem, dlaczego robię to wszystko, czego on chce.
Aha, muszę opisać, co działo się wczoraj. Mieliśmy normalny stosunek i J. miał dziwne oczy. W pokoju było ciemno, okiennice były zamknięte i J. nie kazał robić światła. Potem podszedł do lustra, aby się przyczesać, a ja zostałam na tapczanie. Był nagi. Jest b. brzydko zbudowany i chudy. Nie rozumiem, jak mogę się z tym pogodzić. I nagle z jego włosów zaczęły się sypać iskry aż na podłogę. Podszedł do mnie z miną czarnoksiężnika, dotknął mi sutki i też strzeliła iskra. Przestraszyłam się, wiem, że było jeszcze dużo iskier, zwłaszcza tam gdzie są włosy, i jego niebieskie oczy wyglądały fioletowo. Potem zaczął gonić jak wariat dookoła stołu i wykrzykiwać coś i gdzie dotknął fotela albo jakiegoś sprzętu, tam wylatywała iskra. Potem siadł nagi przy fortepianie i zaczął grać. To zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Przerwał w połowie, a gdy ja spytałam, co to było, odpowiedział dwa słowa, z których zrozumiałam tylko pierwsze: Mefisto? Wyglądał naprawdę jak diabeł, gdy tak nago gonił po pok. Potem był zmęczony, położył się i zamknął oczy. Powiedział do mnie z zamkniętymi oczami «Przynieś swój pamiętnik. Ja nie jestem ciekawy, co tam jest, tylko...». Nie pamiętam. Przyniosłam. Napisał: «Jan I, władca Joanny». Powiedział: «Ma przyjechać mój kolega, muszę już iść». Zapytałam go, który, czy ten Emil? Nie odpowiedział i poszedł.
Ja w ogóle nie wiem, co on robi, jak żyje. Pewno kłamał. Nie wiem, co zrobić. Zabić go, czy co? Spytam małego k., w jaki sposób jest możliwe, żeby się iskry sypały z człowieka.
....................................
Komentarz: Mały k. to jest ojciec Emila. Dlatego nazywa się mały k., bo Joanna uważa, że jest podobny do kota.


Université Perverse

— Wtedy, kiedy ja przyjechałem, to było?
— Tak.
Emil czuł, że się dusi.
— I dlatego spóźniłeś się wtedy?
Janek patrzył niebieskimi, niewinnymi oczami. Milczenie pod ciśnieniem. Emil musiał głęboko oddychać co parę minut.
Powiedziano mu o tym, o czym już dawno wiedział; ale był oszołomiony, że tak było na pewno; a przepaść dzieli te dwa stopnie pewności.
— To musiało się tak skończyć.
— Wiem.
To było powiedziane głosem, który nie powstał w krtani; głosem brzuchomówcy. Myślał zawsze, że on „to“ skończy, nie Janek.
— Ale dlaczego musiało być właśnie wtedy?
— Nie martwisz się, że było wtedy. Z całkiem innego powodu.
— Z jakiego?
— Nie gniewaj się, że będę przykry.
— Mów.
— Że ty nie możesz odgrywać tej roli, którą ja odgrywam.
— Nieprawda.
— Ja jeszcze nie skończyłem. Po prostu zmiana ról wytrąciła cię z równowagi. A ty byłeś raczej predestynowany do mojej roli. Gdyby było odwrotnie, to mielibyśmy również zmartwienie, ale odpowiadające naszym poprzednim stosunkom; łagodne zmartwienie.
Ciśnienie ustępowało jak powietrze z dziurawego balonu. Obaj odetchnęli głęboko.
— Co teraz będzie?
Janek uśmiechnął się i odpowiedział:
— Nic się nie zmieni. Będziemy się tak dalej spotykać jak dotychczas.
Oczywiście, że będą się spotykać, ale nie tak, jak dotychczas. To było skończone. Emil zaczął czarować, żeby choć odwrócić role.
Zachował dużo cech dziecinnych. Liczył tafle na chodniku. Bawił się, idąc ulicą, jak mu się nudziło, w kolej. (Sam był koleją). Przechodząc wzdłuż sztachet, przejeżdżał po nich patykiem, co robiło hałas podobny do jadącego motocykla. Dawało mu to pewien nieskażony, świeży obraz świata, naturalnie, gdy chciał go użyć. (Suknia tej pani ma wysypkę — mówił, gdy widział suknię z wypukłym nieregularnym wzorem). Gdy był zdenerwowany, żuł liście. (Dostaniesz promienicy — ostrzegał go ojciec). Więc teraz żuł liście, bo był zdenerwowany.
— Co teraz będzie? — powtórzył. Po chwili: — Ja wiem, co teraz będzie. Dokładnie wiem. Ale nie chodzi o to. Ja pytam siebie, bo muszę się wewnętrznie urządzić jakoś i w żaden sposób nie mogę. Czy możesz mi coś powiedzieć o niej?
— Mogę. Ona jest miła i dość ładna kokotka. Ja się wobec niej czuję skrępowany i nieśmiały.
To kłamstwo — to była pokuta, a równocześnie przyjemność; nie uważał, żeby był nieśmiały wobec Joanny, a kłamanie sprawiało mu przyjemność. Zwłaszcza że tak długo mówił Emilowi prawdę. (Ale tylko jemu). Dzięki Joannie oswobodził się z ostatniego człowieka, który mu nie pozwalał być całkiem sobą. W nagłym przypływie radości pocałował Emila w usta, i Emil pomyślał: „Do takich gestów jest się zdolnym tylko wtedy, gdy jest się już zupełnie obojętnym”. I nie miał racji. Obaj zaczerwienili się. Emil — bo wstydził się za Janka; Janek — bo wiedział, co myśli Emil.
— Pójdźmy już...
— Przecież powiedziałeś, że nie chcesz tam iść.
— Już chcę, mimo tego że uważam to wszystko za rozpustę umysłową.
Emilowi sprawiło ulgę przeniesienie rozmowy na płaszczyznę teoretyczną.
— Rozpusta umysłowa jest potrzebna, aby wyładować irracjonalne części naszego intelektu.
Szli ulicą. Z otwartego okna było słychać radio. Melodia, jak ciężki, czarny ptak, wzbijała się z basów w górę na niespokojnych pasażach. I w tę melodię zatopił się smutek Emila jak sztylet; dziwne, że nie została zabita.
— To jest sprzeczne samo w sobie.
— Ale która rzecz istniejąca nie jest sprzeczna sama w sobie?
— Może..., ale jestem zmęczony.
Mieszkanie Pawła. Emil nacisnął dzwonek i pomyślał, że będzie tam Adam o wielkiej kudłatej głowie, która chwiała się, gdy chodził. Wczoraj obserwował go na ulicy. Adam stawał co chwilę, jakby chodzenie przeszkadzało mu w myśleniu. Mówił do siebie, potem zginał się komicznie jak żaba gotująca się do skoku, jakby dostał uderzenie w dołek, i było widać, że się bardzo cieszył. Potem szedł dalej, potem znów zaczynało się wszystko od początku, potem otworzono drzwi. Gdy weszli, jeszcze z przedpokoju usłyszeli Adama deklamującego:

W ponurej nocnej porze
gdy wilki wyszły na żer,
jechał po bocznym torze
smutny, zwyczajny pasażer.

Gdy wilki w strasznym skowycie
gryzły bydlęce kości,
pasażer dojechał o świcie
do kresu swych możliwości.

Były tam dwie dziewczyny: kochanka Adama i Pola, która pozwalała na wszystko, tylko nie na „to“. Powitał ich śmiech: wszyscy byli trochę podchmieleni. Pola złapała Emila za rękę:
— Coś ci muszę powiedzieć. Wspaniałego.
Usiadł na fotelu, ona usiadła na poręczy.
— Co?
— Adam powiedział przy wszystkich na plaży: „Klalciu; luszyć cię w plecki...”. Miziali się tak długo. No, i co ty na to?
Emil pomyślał o nim: wielki, kudłaty łeb, czarne oczy proroka, ironiczny głos, cięty dowcip.
— Prawda, że się chce wymiotować?
Emil poruszył głową w nieokreślonym kierunku. Pomyślał o Klarze: z lekka obskurna, o wydatnych piersiach. Tak, ten epizod był niesmaczny.
Poznali się w konserwatorium. Ona grała na skrzypcach nijako, on na fortepianie — najczęściej Bacha — ze wzruszającą, niezdarną uczuciowością. Była od niego o dwa lata starsza. Postanowiła, że się od niego nie odczepi.
Cała historia zaczęła się niewinnie. Ponieważ nie mieli odpowiedniego lokalu, kochali się na stole w konserwatorium po godzinach urzędowych. On nie robił z tego tajemnicy. Przeciwnie. Opowiadał szeroko o jej piersiach w swoich wykładach na Université Perverse. (Ta instytucja została założona przez uczniów gimnazjum, do którego chodził Emil). Jego pół uczone, pół absurdalne wykłady, poparte cytatami z Platona, św. Teresy, Havelocka Ellisa, gestykulacją, nabrzmiałą do czerwoności twarzą, napuchniętymi żyłami na szyi i skroniach — wywoływały histeryczny śmiech. Ja, Leo, mam wielką ochotę przytoczyć tu jeden wykład, ale boję się. On też był pierwszym i ostatnim rektorem Uniwersytetu.
Czasem Paweł wykładał o nieistniejących stworzeniach, fąflach, których istotą jest — udowadniał — nicość. Dowód ten był odwróceniem jednego z dowodów istnienia Boga św. Tomasza z Akwinu. Emil wykładał spokojnie teorię absurdologii, jak zwykle — zbyt serio.
Tymczasem Adam wypróbował wszystkie pozy, opisane od czasów starokreteńskich do Magnusa Hirschfelda. I pomału pokochał swoją lubieżność włożoną w Klarę. Zaczął przylepiać się do niej, zdrabniać jej imię, nazwy części ciała. Wkładał w nią swoją uniżoną czułość, z którą nie wiedział, co robić, a ponieważ była lepka, jak wszystkie jego uczucia — przykleiła się do niej.
— Prawda, że chce się wymiotować? — powtórzyła Pola.
Mrużyła silnie niebieskie, teraz prawie granatowe, oczy i opuszczała rzęsy wstydliwie i wszystkowiedząco, z uśmieszkiem średniowiecznej kurtyzany.
Janek siedział przy fortepianie i improwizował utwór programowy pt. Orgazm. Potem Sonatinę Moczopędną.
Proces twórczości jest podobny do tworzenia się perły: najpierw musi być muszla zapłodniona ziarnkiem piasku...
— Zestawienie: twórczość-perła, wywołuje mdłości.
— Są takie słowa, wielokrotnie oślinione i śliskie, które należy brać do ust tylko przez opłatek cudzysłowu.
— „Opłatek cudzysłowu“ należy wziąć w cudzysłów.
— Czy znacie tekst pieśni Schuberta Der Tod und das Mädchen? Jest dziwnie dwuznaczna. Dziewczyna mówi o śmierci „lieber“ i broni się tak, jakby się broniła przed kochankiem: „...rühre mich nicht an“: to „nie“ dziewcząt. Śmierć już mówi całkiem pieszczotliwie: „Gib deine Hand, du schön und zart Gebild!“. A to jest przecież śmierć.
— Z moją skłonnością do pisania jest tak, jak z tubą pasty do zębów. W tej chwili jestem odprężony od wewnątrz i nic mnie nie naciska od zewnątrz: dlatego nic ze mnie nie wychodzi.
Mówili bezładnie. Emil podszedł do Adama.
— Co u ciebie słychać, to znaczy — co czytasz?
Złotego osła i Ars amatoria.
Adam czytał po łacinie i grecku, tak jak Emil T. Manna po niemiecku, a Manna tak swobodnie jak Emil po polsku S. I. Witkiewicza O pojęciu istnienia... Z francuskim i angielskim nie było gorzej. To by było jeszcze do zniesienia, gdyby Adam był tylko fenomenem językowym.
Opowiedzieli sobie kilka dowcipów, kilka plotek, nieco ciekawostek naukowych. O tym, że: istnieje wspólny chwyt logiczny do sformułowania teorii nieoznaczoności Heisenberga i trudności introspekcji (Heisenberg: cząsteczka musi posiadać albo prędkość, albo zajmować pewne miejsce, lecz obu tych właściwości posiadać jednocześnie nie może; Emil i Adam: można albo obserwować, albo przeżywać, lecz jednocześnie obu tych czynności wykonywać nie można); w XVI wieku w Rzymie prostytutki musiały się przebierać za chłopców, aby mieć powodzenie; Lifar był z wizytą u obłąkanego Niżyńskiego i tańczył przed nim, jak Salome przed Herodem albo jak Dawid przed Bogiem; Peter Lewis pisze ciekawe kompozycje jazzowe, które składają się z zupełnie abstrakcyjnej melodii i z podkładu niesamowicie synkopowanego; można rysować muzykę na taśmie dźwiękowej.
W końcu Adam powiedział szorstko i jakby od niechcenia:
— Jeśli moje wiadomości z filologii klasycznej będą ci potrzebne... albo streszczenia książek w językach, których dobrze nie znasz... służę.
Nie spotykali się często. Mieli dla siebie dziwną sympatię i szacunek — z daleka. Ale słuchali o sobie plotek z prawdziwą przyjemnością.
Emil powiedział do Janka:
— Chodźmy.
Pola, która to usłyszała:
— Idę też. Ale muszę się uczesać i zrobić.
— Co myślisz o tym, aby Polę wziąć na kolację? Ojciec lubi ładne dziewczęta.
— Co? O mnie?
Mówiła przez zęby, bo trzymała między nimi szpilki do włosów.
— Chcemy cię wziąć na kolację.
— Mmmmmmmm....
Emil lubił patrzeć na szminkujące się i czeszące kobiety. Wyraz natężonej do ostateczności uwagi, skupienia. Jakby chciały tę w lustrze zahipnotyzować. Równocześnie ulegają hipnozie tej z lustra. Zbliżają się do lustra, oddalają, robią wrażenie lunatyczek. I ich ruchy powolne, prawie obrzędowe: czesanie brwi, czesanie rzęs. I głos nieobecny, roztargnione: — Tak. Tak. Nie. Nie. — Jakby miały zemdleć. Potem nagłe przebudzenie.
— Gotowe — zawołała Pola. Na ulicy:
— Do jakiej restauracji idziemy?
— Do mnie do domu.
— Ja nie chcę. Ja boję się twojego taty. On ma takie niebieskie, porcelanowe oczy i tak dziwnie patrzy. Pewnie pożera dziewczęta.
W domu. Matka Emila czuła się źle i leżała w łóżku, Staszek był na meczu (oświetlony lampami łukowymi stadion), Filip miał niedługo nadejść z pracowni.
Siedzieli we troje wokół staromodnego, dębowego stołu. Obowiązkowych dwanaście krzeseł. Pola, zdenerwowana i ciekawa, paplała ze sztuczną swobodą; Jankowi dzwonił w uszach rozklekotany fortepian Joanny i jego własny dawny głos, który zadał cierpienie Emilowi (jak bardzo był dumny wtedy...); Emil starał się sobie wyobrazić, jak to będzie bez Janka.
Nadszedł Filip, przywitał się z Polą, mruknął do Janka:
— No, cóż? — i usiadł.
Nie przeniósł się jeszcze na płaszczyznę kolacji i myśli jego były zajęte zarazkami, które nie zatrzymują się na żadnym filtrze, a które można zobaczyć przy pomocy ultramikroskopu (widzi się te najmniejsze w postaci niezróżnicowanej masy) albo ich nie zobaczyć i że wielkość ich równa się wielkości pewnych drobin, że tu właśnie leży problem życia, powiedzmy benzen C6H6, na fotografii ultramikroskopowej widać tak ładnie wzajemne położenie atomów w drobinie, których odległość wynosi, zdaje się... zdaje się... 1,39 angstremów, powiedzmy białko mięśni, myosin, którego wzajemne położenie atomów i grup można ustalić za pomocą dyfrakcji promieni Roentgena, i czyby się to nie dało tak zrobić, żeby sikało cząstkami bakterii, jak rad w komorze Wilsona.
Filip miał pomysły bardzo dziecinne i bardzo poważne, co nie jest, jakby się wydawało, tak bardzo różne.
Siadał pomału, gdy nagle odczuł nienawiść wobec pokojówki Józi. W tej chwili Pola zobaczyła i usłyszała, jak walnął pięścią w stół i zaraz potem wstał i wyszedł z pokoju. Emil zaczął się śmiać histerycznie, Janek zdziwił się, a Pola zbladła. Emil obmacał wszystkie krzesła, na których wierzchu siedziała skóra, a w środku mieszkały sprężyny. Wybrał jedno i zamienił z krzesłem ojca.
— Pokojówka pomyliła się i zapomniała dać ojcu jedyne miękkie krzesło. U wszystkich coś szwankuje. Ja nie odczuwam różnicy, ale prawdopodobnie z wiekiem zaczyna się ją odczuwać. Jutro będzie pie...
W tej chwili wszedł Filip zupełnie tak, jakby wchodził po raz pierwszy. Przywitał się z Polą, mruknął do Janka: — No, cóż? — i usiadł.
Pomyłka pokojówki sprowadziła Filipa już zupełnie na płaszczyznę kolacji i niecierpliwie czekał na swój kleik. (Musiał być na diecie). Ponieważ żona uważała na niego bardzo i nie pozwalała mu jeść tego, co chciał, musiał uciekać do jedynego miejsca niekontrolowanego — do kasy ogniotrwałej. Po kleiku szedł zwykle do laboratorium, wyjmował dużego śledzia i chleb, i jadł. Od trzydziestu lat nie kupował sobie nic do jedzenia i jeszcze teraz czerwienił się mocno, gdy mówił w sklepie:
— Proszę mi dać trzy śledzie.
Był tak zatopiony w myślach o śledziu, że Janek, który był komunistą, musiał kilka razy powtarzać:
— Jakie jest pana stanowisko?
— Wobec czego?
— Wobec socjalizmu, komunizmu, anarchizmu itd.
— Ja się na tym nie znam.
Ale musi pan przecież, wobec decydujących i zasadniczych spraw, zająć jakieś stanowisko. Czy wie pan, że ten, kto nie z nami, ten przeciw nam.
Filip zrobił się czerwony i dusił się z oburzenia.
— To jedno z najbardziej barbarzyńskich i irracjonalnych haseł, jakie znam. A już w tak zwanym dwudziestym wieku... Zaraz wytłumaczę.
Gdy odsapnął i uspokoił się:
— Jeśli ja, powiedzmy, zadam ci pytanie, co myślisz o stosunku teorii falowej do teorii molekularnej światła, to odpowiesz mi całkiem słusznie, że nic nie myślisz, bo się na tym nie znasz. Otóż problemy, które każesz mi rozstrzygać, są dużo bardziej skomplikowane, ponieważ dotyczą ludzi. Ludzi, rozumiesz? A stosunki między ludźmi komplikują się szybciej niż nauka o tych stosunkach. Mam tu, naturalnie, na myśli stosunki społeczne, chociaż nie tylko... Wydaje się, że dzieje ludzkości coraz to bardziej przypominają historię ucznia czarnoksięskiego.
Oświadczam: Ja — się — na tym — nie — znam. Jeszcze paręset lat temu mogłem nie być żołnierzem, jeśli mi nie płacono lub jeśli nie wiedziałem, o co się walczy; mogłem nie mieć swoich poglądów na formę rządu, jeśli uważałem za stosowne ich nie mieć. Dziś zdarza się coraz częściej, że pod groźbą utraty stanowiska, majątku czy życia muszę oświadczyć koniecznie, że kocham tego, nienawidzę tamtego. Nie wolno mi powiedzieć: „Powieście się, ja chcę żyć”. Nie wiem, który z danych mi do wyboru domów wariatów bardziej mi odpowiada. Muszę wiedzieć to, czego nie mogę wiedzieć. Ale może wojna, która nadchodzi, przyniesie tu jakieś zmiany na lepsze...
— To, co pan mówi, jest bardzo logiczne, ale w swojej logiczności... absurdalne. Istnieją problemy, które domagają się szybkiej interwencji, które się musi rozstrzygnąć, nawet w wypadku gdy się nie jest pewnym, czy rozwiązanie jest bezwzględnie właściwe.
Proszę sobie wyobrazić, że jest chory, który umrze, jeśli się czegoś nie postanowi. Robi pan wtedy to, co ma największe prawdopodobieństwo powodzenia. Nie mamy czasu czekać na wyniki laboratoryjnej socjologii czy ekonomii. Życie przechodzi nam ponad głowami.
— Powtarzam: niech polityką zajmują się przynajmniej specjaliści. Przy łóżku twojego chorego siedział lekarz, a nie np. architekt. A ponieważ specjalistów takich, i to specjalistów w pełnym znaczeniu tego słowa, albo dotąd nie ma wcale, albo też nie są dopuszczani do rządów, niech się więc bawią w to nadal magicy i kupcy. Im za to płacą, niech się grzebią w gównie. Ja nie muszę im w tym pomagać.
— A jeśli system rządzenia zacznie wkraczać w pańskie osobiste życie? Jeśli powiedzą: — Pańska książka nie może ukazać się w ustroju A, lecz może się za to ukazać w ustroju B.
— Wtedy odpowiem, że wolę ustrój B, ze względu na moją książkę. A ponieważ jest to dla mnie sprawa wielkiej wagi, jestem gotów zrezygnować z korzyści, jakie daje ustrój A. Robię po prostu bilans.
— Więc przyznaje pan, że w praktyce musi się uczynić wybór?
— Jest się zmuszonym.
— Ja też tak myślę — powiedziała Pola.
— No, muszę iść do swojej roboty — powiedział Filip i poszedł do swojego śledzia.
— Ja twojego starego bardzo lubię, i to jest w swoim rodzaju morowy typ. On by chciał, żebyśmy czekali tysiąc lat. Ale swoją drogą nie będzie źle, gdy takie nieuspołecznione jednostki będą już należały tylko do zabytków.
— Może. Ale swoją drogą sprawa jest diablo skomplikowana. Bo przedmiot nauki, teren, na którym ma być zastosowana, i jednostki badające są tym samym.
A mnie się podobało to, co on mówił, a najbardziej zdanie: „Stosunki między ludźmi komplikują się szybciej niż nauka o tych stosunkach”.
— Uwaga, Pola zaczyna myśleć.
Filip jadł śledzia i mrucząc, deklamował wiersze: najpierw fragmenty Żab Arystofanesa, potem Remedia Amoris, potem koniec pierwszej części Fausta, potem Bołotnyj popik Błoka, potem Wielki testament Villona, potem La lunę Musseta — wszystkie w oryginale i z komiczną dystynkcją... nagle coś sobie przypomniał. Zaczął mnożyć stałą h Plancka przez jakąś inną liczbę i twarz mu poczerwieniała z wysiłku.
Emil był też nieprzytomny tego wieczoru. Siedział przy stole, jadł machinalnie leguminę, nie czując jej smaku, nie słyszał, co Janek mówił do Poli, i jego oczy były nieobecne. Pola musiała nim potrząsać, zanim oprzytomniał.
— Chcesz iść do kina na Hôtel du Nord?
— Nic nie chcę.
— On ma już na dzisiaj dosyć, daj mu spokój — powiedział Janek, uśmiechnął się niepewnie i poczerwieniał.


Prolog

Czarna burza stoi na zachodzie. Nieruchoma: coś z Golema. Cisza zawisła między wodą a niebem.
Palce Ewy sypią iskry w oczekiwaniu, oczy jej są nieruchome. Cisza nakrywa ją jak dzwon.
Odetchnęło niebo głęboko, jak człowiek mówiący „nareszcie”, i wtedy wiatr zerwał się z uwięzi i unosił mewy i jastrzębie, jak liście, i ciskał je o wodę i ciskał je o ziemię.
„Kraby wyrzuca morze, ryby rozbijają głowy o skały, delfiny uciekają w głąb, co robią meduzy?”
Wtem błyskawica rozpruła chmury, jak nóż pierzynę, i obnażyła ich macice z ognia.
I stało się.

Marynarz w gumowym płaszczu i gumowych butach zniósł ją półutopioną z mola na brzeg.


Dzieciństwo Ewy

Ewa, jako sześcioletnia dziewczynka, była brzydka i chuda. Same tylko oczy. Bawiła się z zasmarkanymi dziewczynkami na ulicy, bez względu na porę roku. W zimie przychodziła z ulicy z nogami posiniaczonymi i odmrożonymi. Bawiła się też z zasmarkanymi gówniarzami. Owi zasmarkańcy rysowali na płotach olbrzymie genitalia obojga płci. W ten sposób dostawała pierwsze lekcje anatomii.
Gówniarz 1, Gówniarz 2, Gówniarz 3 (szczególnie zasmarkany), Ewa.
G. 1. — Bawmy się w srólki.
G. 2. — (turla się przez całą długość jezdni w śniegu. Wygląda jak bałwan ze śniegu).
G. 1. — (głośniej) Bawmy się, no, no, no.
Ewa — Bawmy się.
G. 3. — (szczególnie zasmarkany. Opiera się o płot i patrzy w niebo).
G. 2. — (wstając) Co...?
(Potem przebiega jezdnię, siada na ziemi, wyjmuje srólki).
Ewa i G. 1. (siadają też).
G. 3. (marzycielskim tonem) — Róbmy ślizgawkę.
G. 1. (przez chwilę zastanawia się, ale gdy G. 2. rzuca srólki, bawi się. Na zmianę chodzą wszyscy troje na miejsce rzutów; na czterech nogach).
G. 3. (szczególnie zasmarkany) — Róbmy bałwana. (Ale nikt go nie słucha).
G. 2. (zrywa się nagle, turla się po śniegu).
G. 1. (do Ewy) — To jest pięć.
Ewa — Nieprawda.
G. 1. — To jest pięć.
Ewa — Nieprawda, nieprawda.
G. 2. (wraca i zabiera srólki).
G. 1. — Jeszcze nie koniec.
G. 2. (przypomina sobie, że to jeszcze nie koniec).
Ewa (ma szklany wzrok i patrzy daleko).
G. 1. (korzystając z tego, rzuca jeszcze dwie srólki).
Ewa (przytomnieje, widzi dwie srólki, krzyczy) — To jest nieważne, to jest nieważne, ja byłam gdzie indziej.
G. 3. (poważnym tonem) — Ona była gdzie indziej.
(G. 1. i G. 2. patrzą na G. 3. W końcu G. 2. chowa srólki do kieszeni i turla się po śniegu).
G. 1. — Bawmy się w ślizgawkę.
G. 3. (szczególnie zasmarkany, patrzy w niebo).
G. 3. — Ja coś mam.
Wszyscy (doskakują do niego) — Powiedz, powiedz.
G. 3. (milczy).
Wszyscy — Powiedz.
G. 3. (sięga do kieszeni i wśród ciszy nadmuchuje starą prezerwatywę).
Więc gówniarze rysowali genitalia na parkanach, a zwłaszcza na tym, gdzie był dwuznaczny napis: „Skład mąk”. Poza tym Ewa (vide powyżej) miewała chwile duchowej nieobecności, zamyślenia, kiedy nie wiedziała, co się do niej mówi. Te chwile nazywała „mnie nie było tu” lub podobnie. Chodziła namiętnie do kina i nazajutrz miewała takie stany. Wykręcała się, jak tylko mogła, od szkoły i od robienia lekcji, na ulicę, gdzie było zawsze coś interesującego. Była taka mała, mimo swoich teraz już ośmiu lat, że znalazł się pewien dorosły pan, może zwyrodnialec, a prędzej taki typ jak Emil, który obnosił ją — zamkniętą w walizce — po ulicy. Miała otwory w tej walizce, żeby się nie udusiła. Sprawiało jej to dużą przyjemność. No, i po co miała siedzieć w domu?
Ojciec i matka siedzieli jeszcze wówczas w sklepie, nie miał kto na nią uważać. Tłukli i pieścili ją oboje na przemian; na złość sobie nawzajem. Przychodziła do domu, kiedy chciała, zazwyczaj taka umorusana, że matka nie mogła jej się doprać. Patrzyła na wystawy, z nosem i wargami przyklejonymi do szyby, a zwłaszcza przed kinami, przed wystawami fotosów. Już wtedy, gdy lekko przymykała oczy, przesuwały jej się przed oczami sceny, których nigdy nie widziała przedtem.
Gdy miała lat dziesięć i pół, zaonanizowała na śmierć psa. (Po kryjomu).
Gdy miała lat jedenaście, nastąpiła w niej gwałtowna zmiana. Zaczęła się nienormalnie szorować, i to jej zostało. Zależało jej na tym, aby była czysto ubrana. Pewnego dnia przyszła do klasy i zrobiła awanturę, że „... tu śmierdzi pierdzeniem i gównem, bo nikt sobie nie podciera”. Matka była przerażona. Musiano ją przenieść do innej szkoły, bo w starej szkole „śmierdzi, śmierdzi”.
W tym czasie mniej więcej dostała pierwszej miesiączki.
Zaczęła się bardzo dobrze uczyć, i to uczyć całymi wieczorami. Tymczasem rodzice bogacili się gwałtownie, ale nie chcieli się wyprowadzić, bo się już przyzwyczaili i ponieważ uważali zgodnie (!), że powodzenie jest związane z miejscem. Mieszkali więc nadal w dwóch i pół pokojach, gdzie było obskurnie. Wtedy właśnie zaprzyjaźniła się z kuzynką Joanną, starszą o siedem lat. Przyjaźń polegała na tym, że tamta opowiadała smarkatej swoje miłosne historie, co się zdarza częściej, niż można by przypuszczać.
W tym właśnie czasie zdarzyła się Ewie niezrozumiała przygoda, która jej się jeszcze w przyszłości kilka razy powtórzy. Zaczepił ją na ulicy pewien pan, który zaproponował, aby pojechała z nim na wycieczkę rowerem, za miasto. Pan ten miał duże czerwone ręce, owłosione, ochrypły głos, od którego dreszcz przechodził jej po kręgosłupie. Był poza tym w najwyższym stopniu wstrętny. Odpowiedziała: „Dobrze”. „Kiedy?” „W niedzielę”.
Wyglądała wtedy tak: cierpiała na zanik nosa na perkato. Wystające kości policzkowe, usta prawie murzyńskie, cera krostowata, nogi za grube w kostkach, co jej również zostało.
Nie była nieświadoma tego, na co się naraża. Znała aż za dużo historyjek z małymi dziewczynkami. Cały czas do niedzieli udawała przed sobą, jakby się nic nie stało, jakby w ogóle ani myślała pójść. I w niedzielę, jak lunatyczka, poszła.
Miał może czterdzieści lat. Gdy ją przywitał, nie miał już ochrypłego głosu i cały czar znikł. Była zbyt nieśmiała, aby nie pojechać. Wziął ją na ramę i pojechali. Za miastem odbyło się wszystko według programu. Pan zaczął ją z lekka ruszać i całować, ale był to widać początkujący pan. Ugryzła go w rękę i uciekła pieszo do miasta.
Gdy miała lat dwanaście, nauczyła się gwizdać. Zaczęła się też walka o suknie i pokój. Zwłaszcza o osobny pokój. Robiła awantury z wyciem, mówiła, że musi go mieć do uczenia się (co było prawdą), głodowała i siedziała w domu, aby rodzice nie myśleli, że je poza domem. Gdy widziała po roku, że nic nie pomaga, napisała list do matki, że popełnia samobójstwo. (Zamierzała pójść do kuzynki Joanny). Matka znalazła ją w stanie „ja byłam gdzie indziej” nad morzem, pod skałą. Dostała pokój. Urządzała go cały rok: wszystkie pieniądze wydawała na maskotki — same koty, tylko jedna małpa.
Dostała rower. Miała piętnaście lat. Koleżanki, wychodząc ze szkoły, uciekały przed autami. Ona zatrzymywała je przez podniesienie ręki i — nie śpiesząc się — przechodziła na drugą stronę jezdni. Niektórzy szoferzy znali ją już.
Ze zdziwieniem zauważyła, że w jej domu mieszka dwóch starszych chłopców. Uczyli się na ganku, gdzie cuchnęło, ale oni nie zauważali tego. Mieszkali tam pięć lat przed narodzeniem Ewy. O piętro niżej. Odkąd ich w ogóle zauważyła, zaczęła popiół i śmiecie zrzucać im na głowę. Zrzucała ruchami nonszalanckimi: królewna rzuca perły w morze. Na żadne wołania, wrzaski nie zwracała uwagi. Tak jakby ich w ogóle nie słyszała. Może ich nie słyszała naprawdę. Raz jeden z nich złapał ją na schodach i spytał:
— Dlaczego to robisz?
— Bo jesteście brzydcy. Dlatego. Prawda, Liza? — spytała siostrę.
Chłopak był tak zdziwiony, że zapomniał ją sprać.
Miała piętnaście lat. Lubiła o zachodzie słońca i po zachodzie jeździć wokół domu, na bulwary; jechała wtedy najwolniej, że rower prawie stawał, patrzała przed siebie, na most kolejowy, który powoli zatapiał się w ciemność, za most, i wracała do domu, gdzie nie było nikogo, czesała się wolno, lubiła się czesać, przebierała się wolno, wychodziła przez okno, i znów na rowerze krążyła jak ćma wokół żarówki, wokół niepokoju, wokół tajemnicy, wchodziła przez okno, wychodziła... Rzadko koleżanki, czasem chłopcy, z którymi całowała się bez przyjemności; i bardzo miękkie włosy, i skóra Marokanki, miękkie ciemne włosy, które czuła, jak powiewają na wietrze. Gdy przymykała oczy, a nawet gdy ich nie przymykała: Idzie pies, do psa dorabiała panią w długiej sukni, jaką noszono w szesnastym wieku, znosiła most kolejowy, bo jej przeszkadzał, przestrzeń była wolna, nie było mostu, wyrastały szuwary, pani trzymała na złotej smyczy psa, przedziera się między szuwarami, nagle staje. Pani rozstawia nogi, jak krowa, pani robi pipi, pipi wylizuje natychmiast pies, ona patrzy na to z natężoną uwagą. W końcu obraz zaczyna wirować, już znikł. I tym podobne.
Aha, jeszcze jej stosunek do morza. Nigdy nie nauczyła się pływać, ponieważ jak tylko wchodziła do wody, robiła się blada i zielona. Natomiast miała swoje ulubione miejsce nad morzem, pod pewną skałą, gdzie był mech, i mogła tam siedzieć całymi godzinami.
Poza tym była normalną dziewczynką.


W cieniu Sokratesa

Gdy było ładnie, Ewę budził ryk trzydziestoletniego chłopczyka, który się nazywał Józio; zazwyczaj o szóstej. Przez okno było widać, jak Józio siedzi na trójnożnym stołku i wystawia twarz do słońca. To był kretynek, niedorozwinięty, ślina sączyła mu się z kącików ust, duża głowa chwiała mu się jak wahadło od zegara. Potem skrobał się w łydki (nosił krótkie spodenki).
Ewa spała zawsze na wznak, z głową odrzuconą w tył, bez poduszki, z prawą ręką założoną pod głowę. Była to pozycja częściowo odpowiadająca jej charakterowi, częściowo świadomie i rozmyślnie utrzymywana: chciała być prosta i udawało się to jej. Nie spała nigdy skurczona, nigdy na boku. Gdy była chora, leżała na brzuchu, rozkrzyżowana; czasem, gdy miała miesiączkę.
Chociaż bardzo lubiła leżeć w łóżku, wstawała od razu i buch do łazienki. Zimna woda była codziennym potwierdzeniem jej „chcę”. (Jej „chcę” to było bardzo dużo; jej „nie chcę” jeszcze więcej). Naga pod tuszem. Nieco chorobliwie dokładne mycie genitaliów. Przegląd przed lustrem: „Urosłam, nogi w kostkach nie zmienią się chyba, mogę nosić obcisły sweter, czy zacząć malować wargi?”. Wraca do pokoju. Potem budzi młodszą siostrę Lizę:
— Wstawaj do szkoły!
Tamta jest ciężka i śpiąca.
Józio zamyka oczy i beczy. Ewa staje przy oknie. Do mamy Józia przychodzą codziennie gówniarze. Drażnią ją. Pytają:
— Józio idzie do szkoły? Czy Józio dziś idzie do szkoły?
Mama zaczyna rzucać garnkami:
— On jest jeszcze za mały — krzyczy — mój Józio najmilszy.
To się powtarza.
Ewa wkłada mechanicznie dziecinny pierścionek z małym czerwonym kamyczkiem i łańcuszek z serduszkiem z korala. Otwiera okno; powietrze, zapach wilgotnej ziemi, wiatr znad rzeki.
Śniadanie z otwartym zeszytem: matematyka.
W sypialni wspaniała awantura. Wolne crescendo. Mama coś wmawia ojcu. Łóżko trzeszczy, ma się wrażenie, że lada chwila pękną. Sypialnia gotuje się.
„ax2 — ax + 1... ona jest stara i gruba i on ją kocha. Na szczęście ja jestem podobna do niego”.
Ubiera się, bierze teczkę. Nagle blednie. Otwiera drzwi od sypialni i krzyczy autentycznym głosem przekupki:
— Stulić mordy!
Chwila ciszy. Oni rzucają się na nią. Ona jest już na schodach. Idzie do szkoły.

W gimnazjum uczyła się bardzo dobrze z tym samym uporem i nerwową przesadą, która cechowała jej mycie się. Z matematyką miała duże kłopoty. Zakuwała się do nieprzytomności. (Dosłownie: około wpół do dwunastej w nocy nie wiedziała już, co czyta, ale czytała dalej. O wpół do pierwszej zaczynała coś wiedzieć i kładła się spać).
Niedużą rolę grał tu fakt, że matematyki uczył młody profesor, o którym mówiła do koleżanek „ten smarkacz”. Absolutnie nie chciała, aby „on sobie coś myślał”.
Nauczycielki były jej mniej lub więcej obojętne, stary profesor łaciny był „słodki”. Miała dużo koleżanek, nie miała przyjaciółek. To znaczy nie miziała się z żadną. Te inne odwiedzały się nawzajem, leżały razem na kanapie, paplały całymi godzinami, oczy im błyszczały, uszy były czerwone, pokazywały sobie bieliznę, całowały się, pokazywały sobie piersi.
Ona nie znosiła dotyku. Było w tym dla niej coś przerażającego, wbijającego się w nią, w sam środek.
Umawiała się z różnymi chłopcami, dawała się czasami całować; bez przyjemności. Zaciągała ich na bulwary i oglądała prostytutki. Oni usiłowali prowadzić z nią rozmowy i udawało im się czasem objąć ją wpół. Na tym kończyło się. Zresztą w najbardziej nastrojowych momentach, gdy wieczorem siedzieli na ławce, a rzeka przepływała przed nimi, wyciągała szpilkę i kłuła nią chłopców w pośladek. Przez pewien czas udawali, że nic nie czują. Ona wybuchała głośnym śmiechem. Często przerywała rozmowę, mniej więcej w ten sposób:
— Słuchaj, opowiedz mi lepiej coś o prostytutkach. Przecież one chyba nie robią tego tylko dla forsy? Jesteś bałwan. Zresztą, wszystko jedno. Chcę wiedzieć, ile? Dokładnie. Rozumiem, że to zależy od kategorii, ale powiedz... Takie, co to nie chodzą po ulicy, co siedzą w domu. I czy to od jednego razu, czy za całą noc? Aha! I co to znaczy, że umieją?
Widok pociągów, które przejeżdżały z hukiem przez most, wywoływał w niej strach i niepokój. Jej życie biegło ostrymi, gwałtownymi skrętami. Po wybuchu śmiechu zacinało się coś w niej: zegar, który przestał nagle chodzić. Mówiła:
— Niepotrzebnie mówisz, że mnie lubisz. I tak nic nie czuję. Dosłownie nic. Jestem z drzewa. Słyszę i nic nie rozumiem... a raczej nic nie czuję.
Zdarzyło się, że na randce nie odezwała się przez godzinę ani słowem i odeszła bez pożegnania. I mało w tym było pozy.
Wracała do domu. Wkradała się jak kot tylnym wejściem, aby nie mówiono do niej. Na pytanie matki: — Gdzie byłaś? — odpowiadała: — Gdzie chciałam — albo dużo ordynarniej. Warczała jak pies, któremu zabierają kość; kością była jej zupełna samotność. Myślała o pociągach, które odjeżdżają, i o tym, co z nią będzie. Zamykała się na klucz w małym pokoju, który sobie wywalczyła po wielu awanturach. Gasiła światło, rozbierała się. Stawała w białej, półdziecinnej kombinacji przed lustrem. Wyciągała z torebki ukradzionego papierosa, zapalała go, opierała się o ścianę, zakładała nogę na nogę i bawiła się w prostytutkę.

Ewa mieszkała nad rzeką, w brudnej i starej dzielnicy, gdzie ulice nazywały się Wąska i Ciemna. Jej ojciec miał tam sklep. Bachory pisiały na jezdnię; były wyblakłe, złośliwe i mądre. Prostytutki budziły się późno i śpiewały zaspanymi głosami: „Gdy prawiczką byłam jeszcze...”.
Po jezdniach chodziły senne koty. Wieczorem ludzie siedzieli przed bramami domów, a pary leżały nad rzeką, na wyłysiałych łączkach. W nocy, gdy ktoś krzyczał: — Ratunku — policjant chował się do bramy, aby go nie widziano. Żebracy leżeli w słoneczne dni na trotuarze i spali.

Leżała nad rzeką. Leżała w słońcu, które było tak ciepłe jak pościel, gdy się ma wstać z łóżka. Nad jej oczami zwisały pojedyncze kłosy trawy. Widziane z bliska zakrywały połowę mostu kolejowego. Po wyschłym badylu wspinała się jaszczurka, barwy piasku. Były to palmy, tamaryszki i baobaby, zapach parującej i nagrzanej ziemi był zapachem dżungli, który pamiętała z oranżerii w ogrodzie botanicznym. Gdy mrużyła oczy, znikał most, zostawały sylwetki nigdy przez nią niewidzianych drzew, przez pół przecięty cieniem badyla krokodyl, ciepło na policzku i zapach.
Nad rzeką włóczyli się ludzie, suszący siebie na słońcu jak pieluchy. Patrzyli wypłowiałymi oczami na rzekę, która już wkrótce miała się zagubić w morzu i była już po to tylko, aby wkrótce nie być, i patrzyli na słońce. Potem zatrzymywali wzrok na niej, leżącej na trawie; była podejrzanie dobrze ubrana jak na okolicę. Obok półotwarta teczka, z której wystają książki i niezjedzone śniadanie.
Uciekła dziś z dwóch końcowych lekcji, co jej się zdarzało bardzo rzadko, nawet wtedy gdy miała menstruację.
Mówiła do siebie:
— Przybita jesteś gwoździem do łóżka — do ziemi — życie wycieka z ciebie powoli, sączy się, sączy, odpływa — żeby cię chłopcy głaskali po głowie — jaki chłopiec? — nie ruszaj, nie ruszaj — mama jest gruba, stara — jak można leżeć na takiej — czy się musi leżeć? — wszystko się przewraca we mnie, jak się mnie dotyka — dlaczego, dlaczego się jest przywiązaną do siebie, do kobiety?
I na drugim planie, za słowami, przesuwały się na tle rzeki półobrazy, które wynurzały się z niej jak z wody, nabrzmiałe, wzdymające się od wewnątrz, jak żagle, bliskie pęknięcia: nienawiść w postaci ruchu ręki, twarz jej matki, gdy mówi: — Nie dostaniesz pończoch — chęć rozbicia komuś głowy, rozbicia choćby szklanki, wybuchu, rzucenia wszystkiego, aby rozleciało się z hukiem; ucieczka i śmierć: płaski krajobraz, pochmurny, płaski dzień; ból odjeżdżania i umierania, podobny do bólu, który zadaje sobie czasem, raniąc się umyślnie w dziąsła: i to wszystko oddzielone od niej, która jest pusta, jak opróżnione naczynie.
Ze zdziwieniem zauważyła, że płacze, a właściwie drga tylko (łzy przychodziły jej z trudem) i oddycha szybko jak pies w upalny dzień.

Emil siedział na kamieniu o dwadzieścia metrów dalej i obserwował ją od dziesięciu minut.
— No, ta to się będzie złościć, jak mnie zobaczy. Poza tym rok temu wyglądała jeszcze jak małe murzyniątko, miała pełno parchów na gębie i jakieś chropowate nogi, o ile pamiętam, bo chodziło to bez pończoch.
Miał zawsze skłonności do babrania się w rzeczach lekko rozkładających się, łażenia po ulicach możliwie krętych i brudnych, zawierania znajomości z podejrzanymi typami. (Np. niedaleko stąd zjadały szczury jednego z takich jego znajomych, gdy spał w kanale pod mostem. Ponieważ był gruntownie pijany, więc nie mógł uciekać).
Twierdził: Ciekawe i bujne rzeczy rosną tylko na gównie, na nawozie. Zapach łajna jest zapachem życia. Tylko epoki rozkładu państwowego, moralnego dawały wysoką kulturę. Tylko lekko nadgniłe osobowości są zdolne produkować sztukę. Naturalnie chodzi tu o trudny do określenia stopień rozpadu jednostki i środowiska. Odchylenie w tę czy inną stronę daje dekadentyzm lub prymitywizm. To jest chodzenie po ostrzu brzytwy, fantastycznie wąska via media.
Koniec końców, niezależnie od tego, jakkolwiek myślał, siedział na kamieniu z notatnikiem w ręce i pisał.
„Powieść o Sokratesie nie jest złym pomysłem. Fantastyczne możliwości. Zacznijmy od monologów. Np.“
Ten pomysł dojrzewał od roku i czuł się z nim jak kobieta w trzynastym miesiącu ciąży. Zaczęło się od pewnej lekcji greki, do której — jak zwykle — nie był przygotowany. Ale pomysł trzeba było odłożyć, bo zdawał maturę.
„SOKRATES mówi: Życie jest dobre i pełne tajemnic. (Obraca twarz do słońca i zamyka oczy). Bogowie troszczą się o nas niewątpliwie (robi perskie oko). Zważ, Alcybiadesie... Pokarm wchodzi w nas, gdy jemy, i sprawia to nam przyjemność. Pokarm wychodzi z nas — oddawanie kału nie jest dla nas przykrością, przyznasz? — doznajemy głębokiej ulgi, graniczącej nieomal z zapadaniem się w niebyt... Nasi bracia sofiści, którzy byli daleko na Wschodzie... Zresztą nie odbiegajmy od tematu. Gdy kochamy kobiety, jest to dobre. Gdy kochamy mężczyzn — wiesz... A gdy nie kochamy, doznajemy spokoju i możemy grzać się w słońcu. Gdy myję się, czuję, jak zimna przezroczysta woda spływa mi po skórze; czynię to zresztą rzadko; gdy nie myję się, to znaczy, gdy żona moja nie nagania mnie, a zdarza się to często, wiesz bowiem, Alcybiadesie, że niechętnie sypiam w domu — wyleguję się w błogiej bezczynności, graniczącej z nicością, i lekko cuchnę. A przecież lekko cuchnąć nie jest rzeczą przykrą.
SOKRATES milczy i patrzy na morze. Po chwili mówi:”
Tu właśnie Emil przestał pisać i popatrzył na rzekę.
— Nic nie mówi u cholery. To można zakończyć nagłym skrętem, powiedzmy tak:
„— Poza tym zapewniam cię, Alcybiadesie, że życie jest parszywe”, ale tu brakuje czegoś. Mógłbym powiedzieć, czego, ale mi się nie chce myśleć. Więc on tego jeszcze nie mówi, idźmy dalej:
„Być bohaterem na wojnie jest rzeczą zaszczytną, ale nie iść na wojnę... Tak, Alcybiadesie (z małą pasją). Opowiadają, że odznaczyłem się w pewnej bitwie... To jest potrzebne dla uczynienia mnie nieżywym, abym się zmieścił do jakichś tam książek”.
— On już stanowczo mówi za dużo. Mój Boże, jak wąska jest via media.
W tym momencie zauważył, jak Ewa rusza wargami. Nic więcej. Była przyzwyczajona do ukrywania się nawet wtedy, gdy była sama. I płacz ograniczał się do skurczów przełyku i tchawicy. Zamknięte powieki błyszczały jak zrobione z białego metalu. Podszedł do niej cicho (wilgotna ziemia i trawa były elastyczne jak guma) i powiedział, jak umiał najlepiej:
— Dzień dobry!
Otworzyła oczy i odpowiedziała drewnianym głosem:
— Dzień dobry! — bez zdziwienia.
— Nie należy leżeć na trawie.
— Nie należy.
Oglądał ją dokładnie od dołu do góry, w sposób rzeczowy, a jednak niesłychanie uważny i skupiony. To był odłamek doskonale przetrawionej pozy sławnego diagnostyka, przyjaciela jego ojca, gdy ten bez badania, po pięciu minutach patrzenia na nagiego pacjenta mówił: — Ubrać się. Carcinoma ventriculi. Przerzut do wątroby — i miał rację. Oglądał ją więc i myślał:
To ją powinno trochę przynajmniej denerwować. Ale ona się denerwuje widać w sposób specyficzny, i zamknęła oczy. Albo ja to źle zrobiłem, albo ona jest nieco dziwna.
— Czy wiesz, że zmieniłaś się?
— Wiem o tym dobrze. Oglądam się co rano w lustrze.
— Nago, jestem pewien.
— Tak, nago.
To było powiedziane w ten sposób, żeby on myślał inaczej. Ale on wcale inaczej nie myślał. Chwila ciszy takiej, że słychać było chrzęst badyla, który się uginał pod ciężarem jaszczurki. Małe wygięte nozdrza odchylały się przy oddechu.
— Próbowałaś kiedyś malować wewnętrzną stronę skrzydełek nosowych?
— Jesteś matoł.
To jest możliwe, ale jak przyjdziesz do domu, to spróbujesz i stwierdzisz, bo nie jesteś bardzo głupia, że to daje doskonały efekt. Naturalnie, nie powiesz mi o tym.
Usiadła, otworzyła oczy i popatrzyła na niego po raz pierwszy.
— No, teraz jesteś dostatecznie zła, więc możemy rozmawiać.
— Idę do domu, możesz mnie odprowadzić.
— Odprowadzę cię.
Szli obok siebie, nie mówiąc wcale. Wtedy właśnie ona postanowiła, że się umówi z nim, mimo że się jej w ogóle nie podobał. Postanowiła tak z szeregu powodów: 1. Pogłoski, że ma gruźlicę i umrze niedługo. Był żółty i blady. 2. Plotki o jego niezupełnym koleżeńskim stosunku z Jankiem. 3. Zdarzenie, które miało miejsce rok temu.
Miała piętnaście lat. Emil „chodził” wtedy z jej koleżanką, a właściwie łazikowali wszyscy troje w małym towarzystwie. Pewnego wieczoru zdarzyło się tak, że Emil odprowadzał Ewę do domu. Nie powiedział do niej przez cały czas ani słowa. Była zła, mimo że nie zależało jej na nim. Gdy żegnali się, powiedział:
— Proszę cię, oddaj jutro ten list Wandzie (koleżance). Przepraszam cię, ale koperta jest zaklejona.
Otóż Ewa odkleiła ten list wieczorem. Było tam między innymi:
„...to wszystko zaczyna mi się nie podobać. Jak spotykamy się, mogłabyś przynajmniej nie ciągnąć za sobą tego stworzenia, Ewy. Jeśli chcę się spotykać z Tobą, nie znaczy to wcale, że chcę znać Twoje koleżanki, Twoją mamę itd.”
To wszystko leżało w niej jak kłębek nici — splątane. Perspektywy, które otwierały się przed nią, zastępowały rozbicie kilku szklanek, a ona musiała teraz coś zrobić”. Dlatego zwrot „postanowiła, że...” przypisuje jej zbyt wiele jasności w tej decyzji. Gdy jej powiedział: — Chcę spotkać się z tobą — odpowiedziała: — Dobrze.
Pożegnali się i Emil wrócił nad rzekę i wrócił do Sokratesa.
Myślał:
— Stosunek Platona do Sokratesa załatwimy w pierwszym dialogu. Więc napiszemy:
„SOKRATES mówi do PROTAGORASA: Popatrz na tego chłopca, który siedzi w kącie i usiłuje usłyszeć, o czym mówimy. Patrz tak, aby nie zauważył tego. Wyprowadza mnie z równowagi i uważam, że jest przemądrzały. Nie lubię tego, co robi: notuje wszystko, co mówię, a przypisuje mi często to, czego nie powiedziałem, a może zresztą i powiedziałem. Przypomina mi to, co robią Egipcjanie ze swoimi władcami po śmierci: zamieniają ich w mumie. Ale wierzaj mi, że ci zabalsamowani ludzie są mało podobni do żywych.
PROTAGORAS: Jak się on nazywa?
SOKRATES: Platon”.


Trzech ojców

Emil miał trzech duchowych ojców i bibliotekę. Tymi ojcami byli: wielki pisarz, filozof Joachim i cielesny ojciec Emila.

Wielki Pisarz.
— Pan cierpi na artystyczną eiaculatio praecox. Rozumiemy się? Nie umie pan robić miąższu powieści, mięsa powieści. Robi pan same gwiazdy, pointy. Są stłoczone i nie mają tła. Ale są świetnie wycelowane. (Tu spuścił oczy). Jeśli się pan nie zmanieruje, będzie pan kiedyś rasowym powieściopisarzem. Nauczy się pan wytrzymywać efekty, przygotowywać je jak wielki pianista crescenda.
Milczenie. Po czym całkiem cicho:
— I nauczy się pan rezygnować z efektów.
Emil próbował zmienić temat rozmowy i powiedział, że był na koncercie znanego pianisty. Pisarz spytał go ze zdziwieniem:
— To Ignaś jeszcze grywa?
Było w tym powiedzeniu takie oderwanie się od świata, że Emila przeszedł dreszcz wzdłuż kręgosłupa. „A dlaczego nie miałby grywać? On go zna. Dobrze zna. I to «grywa». On także chciał być kiedyś pianistą. Są, zdaje się, w jednym wieku”.
— Tak, gra.
— Ja go słyszałem bardzo dawno, tak dawno... Widzisz, mnie, mój drogi, jest bardzo trudno stworzyć człowieka. (Emil był zaskoczony zmianą tematu i przejściem z „pan” na „ty”). Zlepia się go i skleja, i on ciągle nie chce żyć. Jest wykończony, dopasowany i martwy. Często okazuje się, że jest zbyt zrównoważony i zrobiony za logicznie. Wtedy psuję go, i nagle zaczyna się w nim coś poruszać. Wyrasta ze mnie powoli jak roślina, żywię go, napycham go sobą. Potem, gdy nabierze aktywności, zaczyna żywić się sam, ssie ze mnie zdarzenia, w których chce brać udział, i zdania, które chce powiedzieć. To dobra oznaka, ale mnie to bardzo męczy. Wydaje mi się, że jestem zupełnie próżny, a on, ten embrion, jest żarłoczny i zjada mnie żywcem. Potęguje się to do pewnego, kulminacyjnego punktu, do momentu czarnoksięskiego: człowiek powieściowy odrywa się ode mnie i odpływa w życie na własną rękę. Po takim przeżyciu dostaję zawsze ataku histerycznego.
Cały ten monolog odnalazł Emil w nowej książce pisarza, która wyszła w dwa miesiące później: w dzienniku literata.

Filozof Joachim.
Duża, trójkątna głowa, biała czupryna w nieładzie, brązowe, błyszczące oczy, wąskie usta. Specjalista od determinizmu (dzielił go na przyczynowy, statystyczny i na determinizm koegzystencji, ale mniejsza o szczegóły). Praca habilitacyjna: Wędrówka pojęcia struktury od chemii i fizyki do psychologii i literatury. Współpracownik włoskiego pisma „Sciaentia”, do którego pisywali Eddington, Bohr, Planck i Einstein. Artykuł do „Revue Philosophique”: Analiza pojęcia przypadku. Pogląd na istoty żywe: witalizm z pewnymi zastrzeżeniami.
Temperamenty: spala się w każdym zdaniu, napisanym czy wypowiedzianym, i odradza się w następnym. Obojętne, czy mówi do jednego słuchacza, czy do stu.
Podczas kolacji:
— Hm, prawda, pytasz... W ścisłym znaczeniu może być prawdziwe tylko zdanie, i to w sensie logiki. (Łyżka jajecznicy). Zdanie, na gruncie pewnej struktury, pewnego systemu. Jak to jest ze zdaniami powstałymi na podstawie indukcji, pytasz? To nie ma znaczenia. Newton też ułożył swój systemik dedukcyjnie, chociaż powstał on niewątpliwie na podstawie indukcji. (Łyżka jajecznicy). Dobre systemy dadzą się zawsze ułożyć w formie dedukcji. Tylko dziś nie ma na to czasu. Dziś odbywa się bieg na złamanie karku. A jak to jest z prawdą? Więc, jeśli jest prawdziwe zdanie na terenie jednego systemu pojęć, nie musi być prawdziwe na terenie drugiego; ale może. (Łyżka jajecznicy). Ponieważ wybieramy aksjomaty dla każdego systemu intuicyjnie, a na aksjomatach ma się opierać zdanie, które ma pretensję do tego, by było prawdziwe, i reguły dowodzenia są w dużej części intuicyjnie wybrane, więc...
Żona:
— Janeczku, nie mów tyle, tylko jedz.
— Już jem.
Żona:
— Emilku, on musi iść przynajmniej o dwunastej spać. A ja widzę, że on będzie siedział do drugiej. Przyjdź, dziecinko, w niedzielę.
— Nie, nie, mnie to dobrze robi. Zrozum, Aniu, że ja sobie sam wyjaśniam...
Spojrzenie Ani. Filozof Joachim: — No, już dobrze, Aniu.

Filip.
— Słuchaj, stary, jak się czuje taki człowiek jak ty, który wie, że dziesięć lat wcześniej czy dziesięć lat później będzie musiał umrzeć?
Stary przypomniał sobie wszystkie kobiety, które miał, wszystkie sukcesy naukowe i to, że dziś właśnie, za czasów hitlerowskich, proszono go, by napisał artykuł o infekcji do „Handwörterbuch der Heilkunde”, że jest jedynym, którego Akademia Umiejętności wysyła na kongres mikrobiologii w Nowym Jorku, i ponieważ był w dziwnie łagodnym humorze, odpowiedział:
— Moje życie jest pełne i zamyka się jak obwód koła.
Biblioteka.
Na pierwszym miejscu „święta trójca”: Tomasz Mann, Céline, Montherlant.
„Ten jest dla mnie najbardziej niebezpieczny, dlatego muszę go znać na pamięć. Chciałbym osiągnąć tę nonszalancką doskonałość, tę celną niechlujność, która od niechcenia jak gdyby utrwala to, co innym przecieka przez wiersze jak woda przez palce. Jego zdania są napięte jak łuki, jak pupa młodej dziewczyny”.
O Czarodziejskiej górze powątpiewał, czy w ogóle została napisana przez człowieka. Gdy ukazały się Historie Jakubowe, powiedział:
— To było nieuniknione. Temu człowiekowi została tylko Biblia.
Céline. „Najsilniejszy środek wybuchowy w literaturze. Gdyby się chciało trochę przesadzać, można by powiedzieć, że jego zdania mogą zabijać”.
Potem szli: Proust, Joyce, Kafka, S. I. Witkiewicz. „Książki dobre” to były książki Huxleya, du Garda, Malraux itd. Z literatury rosyjskiej uznawał tylko Dostojewskiego i Babla. Miał słabość do pewnych młodzieńczych książek Čapka Krakatit i Boża męka, Rilkego Opowieści o Panu Bogu, Hessego Wilk stepowy. Kilku ulubionych autorów, należących do historii: Villon, Brantôme, Aretino, Laclos, Musset, Flaubert (tylko Bouvard i Pécuchet), France.
Potem listy, listy, listy. Marianna d’Alcoforado, Cartas de Santa Teresa de Jesús, listy Verlaine’a, listy Balzaka. Poza tym plotki: Saint-Simona, Eckermanna, Franka Harrisa. Książki ekscentryczne: książki o śmierci, zawierające wspomnienia i relacje tych, co spadli z czwartego piętra i pozostali przy życiu, górników zasypanych w kopalni, ludzi pochowanych żywcem; książka Paula Lukasa o snach; o wszystkich proroczych snach, od snu pewnego faraona pod Sfinksem; książka, w której były maski pośmiertne; książka o tatuażach berlińskich prostytutek; książka, w której były twarze sfilmowane przed zgonem.
Psychologia: Büchlera Der menschliche Lebenslauf als psychologisches Problem i Russella Podbój szczęścia. Były to dwie jedyne — jak uważał — książki, które były podstawą tego, co miał napisać w przyszłości; coś pośredniego między poradnikiem życiowym a psychologią życia. Poza tym charakterologia, psychologia kobiet.
Filozofia: Heidegger, Jaspers, Husserl, logicy. Dosyć nudzenia.

Stół Emila: maszyna do pisania, bałagan, papiery. Kurz osiadał na nich. Ale biada temu, kto by je próbował ruszyć. Kunsztownie wyciągał małą karteczkę spod stosu książek, na której było napisane: „Czym bardziej nauka traci na rzeczywistości (Einsteina ślad zdarzenia w czasoprzestrzeni), tym bardziej prawdziwa sztuka staje się irracjonalna”. Napisał to na bankiecie z okazji czterdziestolecia pracy naukowej ojca i specjalnie w tym celu poszedł do klozetu. Na tym samym papierze klozetowym: „Uczucia mają pewną granicę górną, poza którą się nie mogą posunąć. Gdyby istniał termometr uczuciowy, wskazywałby tę samą temperaturę w następujących wypadkach: 1) dziecko gubi zabawkę; 2) komuś umiera matka; 3) bogaty człowiek traci jedną czwartą majątku; 4) biedny człowiek traci cały majątek; 5) kogoś zdradza kochanka, do której nie jest zbyt przywiązany. Jedynie rozumowo oceniamy te wypadki różnie. Temperatura uczucia jest ta sama”.
Na stole i na tapczanie leżały otwarte trzy książki: Das Leben, praca zbiorowa o zagadnieniu życia („książka, którą muszę przeczytać”), Lacroix Histoire de la prostitution, tom o prostytucji w średniowieczu („książka, która mi sprawia przyjemność”), Galsworthy Saga („książka, którą się czyta tak, jak się pije wodę”). Te trzy książki czytał na zmianę.
Na zmianę też podchodził do fortepianu i grał Debussy’ego Dziewczynę o lnianych włosach lub, gdy był zdenerwowany, drugi temat Apassionaty (od trzech lat umiał tylko połowę pierwszej części).
Czytał dużo; szybko, często powierzchownie. Ale sondował te miejsca, które mu były potrzebne, głęboko i błyskawicznie; odnajdywał je, czasem ukryte w nieoczekiwanych miejscach, na przestrzeni olbrzymiej książki, instynktem zawodowego różdżkarza, poszukiwacza wody. (Z Uczty Platona wypisał tylko to miejsce, w którym jest mowa o leczeniu histeryczek).
I gromadziły się fakty, teorie, wyniki doświadczeń, wzdłuż jego hipotez, czasem niecałkiem świadomych, jak opiłki żelaza gromadzą się wzdłuż namagnetyzowanej sztabki.


Na marginesie

A teraz w końcu Emil (tu kończył jakąś bazgraninę, ale ponieważ to jest mało interesujące dla tej powieści, to ją opuszczono):
„ ....................................
A więc:

1.  Analogia z koncepcją prawdy Joachima. Wspólny chwyt myślowy. Dzieło sztuki może być tylko na gruncie danego kompleksu epoki, kultury, zwyczajów itd. — dziełem sztuki. Prawda może być tylko na gruncie pewnego systemu logicznego — prawdą.
2.  Pisanie efektowne uniemożliwia pisanie prawdy. Ponieważ to zdanie jest efektowne, ergo...
3.  To nie było powiedziane na serio. Prawidłowo: pisanie na efekt uniemożliwia czasem pisanie prawdy. Zbadać rolę prawdy jako środka artystycznego; ale też chcąc powiedzieć prawdę, można (czy też musi się?) użyć środków artystycznych.
4.  Freud jest diabelnie efektowny i temu zawdzięcza swoje powodzenie, niezależnie od stopnia prawdziwości swoich teorii. Newton i Pawłow są nieefektowni. Kopernik był tak nieefektowny, że wydano mu książkę za pozwoleniem Kościoła. Galileusz był dla współczesnych tak efektowny, że miał duże nieprzyjemności i dopiero przez niego książka Kopernika dostała się na indeks. Gdyby nie on Kopernika zostawiono by w spokoju. Einstein jest efektowny, pomimo że rozumieją go tylko specjaliści. A propos E.:

Doc. M. mówił, gdy był u nas, że Poincaré wyraził te same przypuszczenia co E., ale E. w swojej pierwszej książce, a P. w swojej ostatniej. (Zobaczyć, jaki tytuł książki E.). Należy tu wziąć 3 fakty pod uwagę:

a)  P. wyraził te przypuszczenia ze wszystkimi „może, gdyby, prawdopodobnie“.
b)  P. był u szczytu i końca swojej kariery naukowej i nie mógł ryzykować takiej teorii; być może nie miał siły o nią walczyć, bo był stary.
c)  Wobec P. Einstein był nieukiem. Nie był obciążony wiedzą, a ten balast jest bardzo ciężki. Nie napotykał na każdym kroku teorii sprzecznych ze swoją. I był młody.

Emil gryzł pióro jak uczennica, która nie wie, co ma napisać w zadaniu szkolnym.
„Istnieją dziedziny nauki płytkie i szerokie. Do nich należy psychologia. Istnieją też bardzo głębokie i wąskie; do nich należy fizyka. Dojść do tego, aby samodzielnie pracować nad fizyką teoretyczną, trzeba po skończeniu uniwersytetu najmniej pięć lat studiów. Nasuwa się porównanie z kretem, który musi przejść bardzo długi i skomplikowany kanał, aby móc zacząć kopać dalej. Jednym słowem trzeba patologicznych zdolności uczenia się, aby móc myśleć o pracy naukowej na własną rękę.
Tutaj powstaje trudność psychologiczna:

1.  Jednostki, obdarzone łatwością przyswajania sobie wiadomości, są rzadko zdolne do samodzielnej pracy.
2.  Ten, który dociera do celu, jest zmęczony i ogłupiony uczeniem się. Tak, ogłupiony. Przy psychologii szanse zdolnych jednostek są większe, bo psychologia znajduje się ciągle jeszcze w stadium rozwoju, w którym znajdowała się fizyka w epoce Galileusza. (Ma też mało szans na rozwój w głąb).

Więc odpada droga kreta.
(Porównanie z kretem jest też słuszne dlatego, że specjalizacja w poszczególnych naukach idzie tak daleko, że tylko nieliczni uczeni wiedzą, co dzieje się w spokrewnionych dziedzinach).
Teraz widać, dlaczego takie nauki, jak psychologia, nazwałem płytkimi. Każdy, kto tylko posiada odpowiednią głowę, może zacząć kopać swój własny — mniej lub więcej głęboki — dołek. Ja też”.
Po trzecim spotkaniu z Ewą Emil zapisał:
„EWA. Przykuta do ziemi, pachnąca ziemią, dzika, kłuje szpilkami i słowami, wpada w otępienie, potworne humory, pierwotna i skomplikowana, podczas miesiączki mówi: jestem nią przybita do siebie, jest związana, potem płonie jak drzewo w tlenie, słowem środek wybuchowy, chce wiedzieć, boi się pociągów, chce się palić, jest żarłoczna”.


Już utonął...

Jest miasto kręcące się, bełkocące. Niżej, w ciemności, są parki. Na samym dnie siedzą, wypici przez mrok, Emil i Ewa; w odległości pół metra od siebie. Bliżej ona drapała. Wokoło chodzą uważnie strażniczki cienia — prostytutki. Nie mają twarzy, wyżarła je ciemność. Tylko kształty przesuwają się wolno, schodzą i rozchodzą w milczeniu.
W intensywnej czerni całują się dwa papierosy. Jeden rozpalił się prawie do białości. Potem opadł i zaczął się tlić. Drugi też opadł. Rozstawione daleko od siebie. Na zgaśnięciu. Wtem oba podniosły się w górę i przybrały wygląd pulsujących oczu, z których raz jedno, raz drugie jaśnieje. Jedno oko tak zbielało, że aż zgasło. Potem drugie, ale powoli, w zamyśleniu.
Wstał z ławki i popatrzył na jej kolana, tak jak patrzy dziecko na glistę w ogrodzie. Z ciekawością bezosobową.
— Masz kolana ośmioletniej dziewczynki. To mi się bardzo podoba. Między innymi. Masz ładną skórę... Chciałbym jej dotknąć, podobnie jak lubię dotykać małe koty i psy. To chyba nie jest sodomia. Chociaż przy zabawie z małymi zwierzętami... chociaż czasem tracę panowanie nad sobą... i raz udusiłem pieska. Z chęci pieszczenia. Patrz teraz w górę na drzewa, a ja będę cię całował po nogach.
On w tym czasie nie pocałował jej jeszcze w usta i ona nie wiedziała, co to jest sodomia. Byli jeszcze w ogóle daleko od siebie.
Podniosła głowę. A podniosła ją dlatego, że całe jego dotychczasowe zachowanie się pozbawione było dwuznaczności. Nic z przypadkowych ocierań się, trzymania dłużej za rękę, ostrożnego, gotowego do cofnięcia, posuwania się naprzód, od rąk do policzków, od policzków do ust itd.
Nic z wykorzystywania sposobności. A była przyzwyczajona do postępowania, które mogła z łatwością przewidzieć, które wydawało jej się wstrętne: od ręki do policzka, od policzka do ust itd. Była też bardzo ciekawa, co z tego wyniknie.
Wierzchołki drzew były oświetlone światłem miasta, czuła dotknięcie jego oddechu, warg, rąk na łydkach, ponad kolanami. Wtedy nastąpiło u niej to, co nazywała złym skurczem, mieszanina zemsty, czułego okrucieństwa, ciekawości. Wbiła mu paznokcie w skórę i podrapała rękę w długie, długie paski; wolno, wolno, patrząc na niego. Nie poruszył się. Cofnęła rękę. Podniósł się i pocałował ją w usta. Ona płakała (wewnętrznie). Całował ją długo, podczas gdy ona patrzyła na niego uważnie. Miał zamknięte oczy, widziała długie, drgające rzęsy. Rozpinał jej bluzkę, a ona pozwalała na to. Posadził ją na kolanach.
Wtem w krzakach, tuż obok, niesamowity pisk. A potem ryk, a potem nic. Ewa odskoczyła. Prostytutki, jak czarne ptaki, zleciały się na miejsce krzyku. Bieganina, szepty, słowo: „uciekł, uciekł”.
Jeden z opiekuńczych cieni podszedł nonszalancko do ławki i powiedział:
— Patrzył, jak się macacie, i brandzlował się. Ale Fela mu dała! Kopnęła go w...
— Dziękuję ci.
— Proszę — i odeszła.
Ewa zaczęła się śmiać, niehisterycznie.
— Co znaczy to słowo, którego ona użyła?
— Znaczy: onanizować się.
— Aha — już całkiem poważnie.
Postanowili iść do domu. Jego piekła ręka i był zły. Szli przez miasto. Ona krzyknęła: — Jakie ładne suknie! — i podeszła do wystawy.
— Chodźmy już.
— Zaraz, zaraz.
Podczas tego „zaraz” zauważył, że w kieszonce bluzki miała chusteczkę w kwiaty, i to wyglądało tak, jakby kwiaty wyrastały z jej piersi. To mu na chwilę zacisnęło oddech. „Dlaczego to na mnie zrobiło takie wrażenie? Innemu by to skojarzenie w ogóle nie przyszło na myśl”.
Coraz to bardziej parszywe ulice, nie kleiła się im rozmowa. W latarniach, które były wmurowane do bram domów, syczały kaganki. (Gaz syczał). Ulice mokre, po deszczu. (Czy w parku deszcz padał?) Średniowieczne ulice. Kocie łby. Cały brud w mroku. Krużganki między domami. Domy jak dekoracje teatralne. Trudno uwierzyć, że ktoś tam mieszka. Bramy ciężko okute. Wyloty rynien — potwory z otwartymi paszczami. Dom z łukami, marokański trochę.
Wtem Ewa mówi:
— To, co zrobiłeś ze mną w parku, nie sprawiło mi żadnej przyjemności. Chcę, żebyś wiedział o tym.
Wtedy zrobiło mu się bardzo sucho w ustach. Przez chwilę chciał jej to wytłumaczyć. Dlatego że to, dlatego że tamto. Ale co znaczą argumenty wobec „nie sprawiło mi przyjemności”? Poczuł, że jest całkiem bezradny. I jak dziecko zaczął płakać. Nie płakał od ósmego roku życia.
JUŻ UTONĄŁ, JUŻ UTONĄŁ, JUŻ UTONĄŁ — to mówi, powiedzmy, chór, jak w starogreckiej tragedii.
Pogłaskała go niepewnie po włosach i była trochę zdziwiona.
— Nie płakałem nawet wtedy, gdy mnie wyrzucono ze szkoły (miałem wtedy dziesięć lat) i gdy moją jedyną na razie powieść spalono.
Po chwili:
— Kochasz mnie?
— Nie.
Takie zwyczajne „nie”, ani patetyczne, ani ciche, i tym „nie” przywiązała go do siebie. „...bo (jak pisał Emil wiele lat później) cechą cierpienia miłosnego jest błędne i obłędne koło, które ma swe źródło w tym, że szukając gorączkowo kogoś, kto uciszy naszą mękę, natrafiamy na osobę kochaną, która jest źródłem cierpienia, i tylko na nią”.
Nie mógł się ruszyć ani wymówić żadnego słowa. Nie mógł się pożegnać. A ona czekała na to, aż się pożegna, i on wiedział o tym. Miała katar pęcherza, zmarzła na ławce w parku i chciało jej się bardzo siusiu.
W końcu pożegnali się, umówiła się z nim na jutro. Zrobiłaby teraz wszystko, czego by chciał.
On doznał wrażenia, że stopy jego puszczają korzonki, że jest wrośnięty w ziemię. Stał oszołomiony, dziwnie wzruszony.
Wtem — po drugiej stronie jezdni — zobaczył w oświetlonym oknie sylwetkę Ewy i to mu sprawiło ulgę. Poszedł do domu.
W łóżku próbował sobie przypomnieć, jak wygląda. Brwi: jastrząb w powolnym locie, oczy czarne, podłużne tak, jakby pływały w parafinie, profil filuterny i tragicznie poważny. Zgrabna, tak że jedyną rzeczą, która sprawiała, że nie ulatywała w powietrze, były zupełnie ziemskie nogi. Dość.
Przymierzył ją do swoich pragnień i przestraszył się: pasowała do nich zupełnie i dokładnie. Przedarta kartka papieru, którą się z powrotem składa.
W tym czasie Ewa rozbierała się i myślała o tym, że się postara dowiedzieć, co to znaczy sodomia. Była zła na niego, zawiedziona, że nie sprawił jej przyjemności. I przed snem myślała o prawdziwym mężczyźnie, który da jej rozkosz.


Pompeja

„Czym wyżej stoi cywilizacja, tym intensywniej rozwija się życie płciowe” (A. Huxley).
Potem następuje uzasadnienie, jak zwykle przekonujące, ale nieprawdziwe. Jednym słowem gówno.
W czasach, kiedy się pisze tak dużo o zagadnieniach seksualnych, kiedy stają się one tematami literatury, psychologii, socjologii itd. — sprawa praktyki seksualnej wygląda, jak jeszcze nigdy w dziejach ludzkości, marnie, można powiedzieć — haniebnie.
Niewątpliwie jest to zbiorowy kompleks mniejszej wartości. Czym więcej się o tych sprawach dyskutuje, czym bardziej się krzyczy, tym lepiej widać, że coś tu jest nie w porządku. Próbujemy zakrzyczeć prawdę. Słowem: pies, który dużo szczeka, nie gryzie.
W Pompei, mieście hulanek kupców i marynarzy, pełnym fresków i posągów, można zobaczyć malowidło, które przedstawia wagę. Na jednej jej szali leży góra złota, na drugiej męski członek. Przeważa członek. Ale to było dawno.
Zresztą:
„Można nawet zaryzykować uogólnienie, że zbytnie zaabsorbowanie innymi dziedzinami kultury jest zgubne dla dziedziny seksualnej. Wspaniały rozwój techniki czy imponujące wyniki w sferze intelektualnej mogą istnieć obok kultury seksualnej, zepchniętej do kilku konwencji i szablonów, którym nie warto poświęcać bliższej uwagi” (Havelock Ellis).
Inna rzecz: we współczesnych powieściach historycznych kładzie się wielki nacisk na erudycję autora, na szczegóły obyczajowe i zewnętrzne. Ale, o ile się nie mylę, z wyjątkiem Tomasza Manna, nikt nie zwrócił uwagi na odrębność psychologiczną ludzi innych epok. Po prostu bohaterów, ubranych w historyczne kostiumy, ale myślących całkiem współcześnie, wypycha się na scenę.

Zanotowanie tego zajęło Emilowi całe popołudnie (żeby pokazać sobie, że przecież coś robi). Ale to był ostatni raz.


Jaki biedny

— Nie potrafisz być normalna, dobra?
— Potrafię być tylko zła... Nie mogę być inna. Nie potrafię. Tak dokładnie opisywałeś, jak lubisz kiszkę kaszaną... Wymiotować się chce.
— Ewa, zwariowałaś?
W tej chwili pożałował. Jej profil był wyrzeźbiony w kamieniu i nieuchwytny. I znajdowali się blisko gimnazjum, do którego chodziła.
— Kiedy się zobaczymy?
Nie odpowiadała.
— Ewa, znów...?
Próbował w dziecinny sposób przełamać jej milczenie.
— Proszę cię... już niech będzie...
— Co ja mam z twojego „już niech będzie”? Najpierw robisz głupstwa... „Zwariowałaś”. Tak, zwariowałam. Przecież mam mamę wariatkę.
— Ja w ten sposób nie myślałem.
— Tylko w jaki sposób?
O mało nie wpadli pod taksówkę.
— Myślałem...
W ogóle nie był zdolny do myślenia. Poczuł, że znów będzie płakał. I gimnazjum jest coraz bliżej.
Te rozmowy, urwane w środku. Jak coitus interruptus. Męczące uczucie niedokończenia. Dla niej ta rozmowa była skończona. A nawet skończona z pointą. Ale dla niego nie. To sięgało w samo dzieciństwo, ta niemożność urwania w środku, zatrzymania się, skończenia. Choćby się miało grzęznąć coraz głębiej, choćby się wiedziało, że koniec będzie zły. Podpisując się, kładł kropkę po podpisie. Koniec czynności.
Uczynił jeszcze jedną próbę, która, wiedział o tym, mogła tylko zaszkodzić. Stanął przed nią i powiedział:
— Dalej nie pójdziesz, aż się nie wyplączemy z tej...
Widział jej twarz. Powiedziała zmęczonym głosem:
— Muszę jeszcze powtórzyć łacinę.
— Klęknę. Na ulicy.
Gdy próbował to zrobić, wyminęła go i krzyknęła:
— Nigdy!
Stał na ulicy i przechodnie mijali go i patrzyli na niego. Miał szeroko otwarte oczy i usta. Stał i jesienne słońce świeciło na niego. Potem zawrócił pomału i poszedł w stronę parku. Siadł na ławce, zamknął oczy. Łagodny szum polewanych trawników. Ludzie z gumowymi wężami. Powiedział szeptem: — Ludzie z gumowymi wężami. — Otępienie urwało się. Popatrzył na zegarek: 8.15. Do 12.45.
Ewa wyjdzie ze szkoły. Może o dwunastej. Stary podział godzin znał na pamięć. Od dwóch dni był nowy. Nie wiedział. Może jakaś lekcja odpadnie. Postanowił na wszelki wypadek czekać podczas wszystkich pauz. A raczej nie na wszelki wypadek. Nie mógł odejść daleko od miejsca, w którym ona była, gdy miał tego rodzaju niedokończoną rozmowę.
Szczęście, że był park, przez który ona musiała przejść. I że mógł siedzieć. Nie jadł śniadania. Nie mógł. Ostry szum maszyny do strzyżenia trawników.
Zaczepić ją podczas pauzy. Będzie udawał, że ma coś załatwić w gabinecie dyrektora. Nie mógł się tak męczyć do pierwszej. Ale dziewczęta go znają. I co powie dyrektorowi?
Że chciałby kogoś zapisać do szkoły. Jakąś małą dziewczynkę. Jest o rok spóźniona, bo chorowała. Rok urodzenia. Chciałbym się poinformować, czy można ją jeszcze zapisać. Nazwisko.
Jest jej kuzynem.
Ale co powie Ewie? Musi jej wszystko wytłumaczyć. Taki idiotyzm. Ewa będzie z koleżankami. Stoi na pauzie w żeńskim gimnazjum, mówi do Ewy i Ewa udaje, że go nie zna. Tam są Anka i Rena i one go poznają.
Co można wytłumaczyć na pauzie? Tłumaczenia, tłumaczenia i tłumaczenia. „Ja nie chcę, żebyś mi tłumaczył. Ja nie chcę nic słyszeć. Ja nie rozumiem, co do mnie mówisz. Słyszę tylko hałas. Ten hałas mnie męczy. I chce mi się pisiać. Puść mnie. Puść mnie”.
Miał wrażenie, że jest przywiązany do ogromnej, napiętej gumy, która kończy się w gimnazjum. Półhalucynacje, które były zmieszane z drzewami w parku, z bawiącymi się dziećmi, z ulicami.
Wchodzi do szkoły podczas lekcji. Korytarze są puste, kroki rezonują, jakby szło dziesięciu ludzi. Wchodzi do siódmej klasy i woła: — Ewa! — Profesor łaciny, którego znał, stoi przy tablicy i trzyma kredę w ręce. Ewa zbladła, widział ją, siedziała w pierwszej ławce. Wiedział, że się nigdy nie przeprosi, i poczuł ulgę. To minęło i myślał:
„Jesteś porządnie rozbity, stary. I to w ciągu kilku miesięcy. Uważam, że nie jesteś już normalny. Na przykład ten «Rocznik Psychologiczny» i rozprawa Szumana o peyotlu. Przecież wiesz, że nie będziesz jej czytał. A może przez to, że myślisz, że nie będziesz jej na pewno czytał, nie możesz jej czytać? Kto wie?
Żeby nie Ewa, to uważałbym, że jesteś impotent. Nie wiesz, co czytasz, i nie wiesz, co się dzieje w kinie. Ukradła ci mózg. Ale tego chyba nie myślisz na serio. Ewa jest chora na głód świata, ty jesteś chory na Ewę. Monomania plus neuroza przymusu.
Ale stawianie diagnoz nie leczy jeszcze. Ona tam w szkole musi uważać i poza tym chce uważać. Jej ta cała historia nie przeszkadza. Ani jeść, ani uczyć się. To jest jasne.
Ten moment, kiedy ona powiedziała: — To w parku nie sprawiło mi przyjemności.
Znów powraca ta mała, nudna męka. I ona jest tu zawsze, w dokładnie określonym miejscu, w dołku. Dawno zapomniana teoria Jamesa-Langego a miłość. Należałoby przecież odróżnić uczucia, które są wrażeniami czysto organicznymi, od nastrojów. Nastrojem będzie rodzaj miłości, który nie daje żadnych objawów somatycznych. Leczenie: atropina. Rozluźnia skurcz naczyń, zmniejsza ciśnienie. Zresztą okazało się w siedemnastym wieku, na podstawie obliczeń astrologicznych, że syfilis należy leczyć rtęcią. Teraz już się tak nie...
Idioto! Idioto! Sprać ją i pójść sobie. Zobaczyłbyś, jakby cię ona przepraszała. Tu nie jest ważne, kto ma rację. Tu nikt nie ma racji. Tu nie ma sensu przekonywać, tłumaczyć. Ona ma słuszność, gdy chce, abyś ty tak postępował, jak sobie tego nie życzy. Tylko konsekwentnie.
Ale ty się boisz ryzyka. Jesteś tchórz. Powoli, powoli, myślisz, opanujesz ją. Gówno. Płacząc i rycząc. Gówno. Ona cię przecież kocha, mówisz, mimo że się do tego nie chce przyznać. Choćby wiedziała, że umrze, to cię nie przeprosi. Ciebie już nie”.
I myślał:
„W jak małym stopniu kochamy osoby, które kochamy, w jak wielkim nasze odbicie w nich, jak w lustrze, które powraca do nas, jako cecha im przypisywana. I jak z oddaleniem się osoby, którą się kocha, oddalamy się sami od siebie, tak że powstaje pomiędzy nami a nami męczące napięcie, od którego...
Patrzcie no, jak on rozumuje w stylu Prousta, aby tę całą historię uczynić mniej osobistą”.
I myślał:
„Jak dawno nie doznałeś objawienia zadka? Objawienia czternastolatki, jak pchnięcia nożem; czternastolatki o skórze złotej jak rybia łuska... Jak dawno już?”
I myślał:
„Czym więcej ją lubisz (dlaczego używasz wyrażenia «lubisz»?, kretynie jeden), tym ona ciebie mniej. Waga po prostu. Raz w górze, raz w dole. Ale biada temu, kto da się przeważyć. A przeważa się obojętnością. Pozorną lub prawdziwą. Obie strony licytują się w obojętności.
Tej reguły nie warto już opisywać, tak jest znana. A przecież jest ona sprzeczna z prawami biologicznymi. Zresztą gówno, czy jest sprzeczna, czy nie. Już nie mogę się tak męczyć. Kupić atropiny, bromu, tak żeby być z lekka pijanym, żeby nareszcie zelżała ta mała męka w dołku.
A jak ona wyjdzie tymczasem? Proszę cię, proszę cię...
Ty jesteś obojętny. Masz rację. Ty nie chcesz się w to mieszać. Tylko wyciągnąć jak najwięcej korzyści. Ja myślę o takim «Ty» jak «Ono» («Es») Freuda. Ja nie myślę o wyciąganiu korzyści. Idealny przypadek byłby, kiedy by «Ono», «Ja» i podświadomość były tym samym. Obrzydliwy nałóg myślenia”.
I myślał:
„Zdradzamy tych, którzy kochają.
Jak przypadkowy jest wybór obiektu miłości. Pod wielu nawarstwieniami, uczuciami wtórnymi i innymi czortami kryje się przypadkowa chwila, nastrój, który, jak kamień spadający, wywołuje lawinę-miłość, i nie można przewidzieć jej kierunku.
Miłość to jest coś w rodzaju odkręconego kranu. Jest prawie wszystko jedno, do jakiego naczynia woda się będzie lała.
Zdradzamy tych, którzy kochają. Dlaczego? Bo nas kochają. To jest powód DOSTATECZNY”.
I myślał:
„Dziecko dostaje lanie od matki i beczy. I jedynie matka, która je bije, może je pocieszyć”.
Przypomniał sobie brwi: jastrząb w powolnym locie, oczy o niebieskich białkach, które wyglądają tak, jakby pływały w parafinie, i pomyślał: „Ja kocham Ewę i koniec”.
Popatrzył na zegarek: 8.45. Pomyślał bez związku: „Początek Apassionaty — coś z groźby zwisającego orkanu”.
A Ewa kochała go tak, jak kocha się pluszowego niedźwiadka, któremu wykręca się uszy i rozpruwa brzuch, aby wiedzieć, co jest w środku — a bez którego nie może się usnąć.
Wyszła ze szkoły o jedenastej. On był już całkiem wykończony. Wyszła w towarzystwie koleżanek. Podeszła do Emila i powiedziała z uśmiechem:
— Umiałam z łaciny.


Tam gdzie jest lawa

Ewa nie miała trzech duchowych ojców ani biblioteki. Ale było w niej co innego: przepaść, która wciągała jak odkurzacz elektryczny, jak bagno.
Wessała Emila kompletnie i bez żadnego trudu. Nie zależało jej na tym, a jednak nie istniał już poza nią.
Nie znaczy to, by nie posiadał poglądów na swój prywatny użytek. Zawsze obecna w nim postać, stojąca na drugim planie, notowała wszystko z nieruchomą twarzą. Trzeba przyznać, że raz na zawsze nauczył się dużo i dużym kosztem.
Błądził po lekko obłąkanych zaułkach jej mózgu, nie próbując już logicznie przekonywać: był całkowicie w jej skórze.
Wycieczka w cudzy mózg i to w jaki. Ponury, pełen niespodziewanych blasków. Różne rodzaje ciemności, poprzerzynane błyskawicami.
Okresy, kiedy się leży na samym dnie. Nieważne, na jakim. Zbierają się z czterech stron świata wszystkie parszywe stany i żłobią, żłobią, aż wreszcie jest dno: już wspólne. I wydaje się, że już nigdy nie można się będzie stamtąd wydobyć.
Słowo, powiedziane od niechcenia — i zapala się jaskrawe światło, które jest zbyt jasne, aby płonąć długo.
Poza tym małe labirynty w rodzaju:
— Emil! Słyszysz! Nie wolno ci absolutnie więcej płakać, jak ja się pogniewam.
— A jak ty się nie przeprosisz?
— To trudno. To ci też nie wolno.
— To ja nie mogę.
— Tłumaczyłam ci już sto razy... Musisz być więcej męski, aby mi się podobać. Ja nie chcę, żebyś był. Kropka.
— Kiedy ja się przy tobie rozpływam zaraz. Nie mogę być inny. Przynajmniej teraz nie. Od ósmego roku życia nie płakałem.
— To ja będę udawała, że ty nie płaczesz. Że jesteś taki, jak ja chcę.
— Jeżeli będę mógł, to ja się też będę starał. Ale co to będzie warte, jeżeli ty będziesz wiedziała, że ja udaję?
— To ja będę udawała, że o tym nie wiem. To nieważne, czy ja będę o tym wiedziała, czy nie. Tylko zachowanie...
Jej nozdrza drgały. Milczał.
— Ja tak lubię, gdy tobie zaczynają drżeć usta przed płaczem.
Albo (z oburzeniem):
— Dlaczego mi dałeś iść z tym bubkiem na plażę? Tak się zdenerwowałam i tak mi z nim było nieprzyjemnie.
— A gdyby ci było przyjemnie?
— Tobym była zadowolona, że poszłam.
— Przecież sama uparłaś się, że z nim pójdziesz.
— Mimo wszystko nie trzeba mi było pozwolić.
— Mimo wszystko zrobiłabyś tak, jakbyś chciała.
— No, to bym zrobiła. Ale nie trzeba mi było pozwalać.
To były ostatnie próby logicznego przekonywania.
Była szczytem kobiecości, jej szczytem i zarazem otchłanią. Bez dna. W niej (Ewie i otchłani) gotowało się coś albo była zupełna pustka. Jedno i drugie z niesłychaną intensywnością. Jej konstrukcja życia była niezwykła i w porównaniu z nią życie Emila było jak 1 do 4.
Układała swoje istnienie w sposób, w jaki powstają obrazy, powieści, balety, ale zupełnie nieświadomie: wyczucie aż do perwersji stylu życia. Kształtowała swoją przyszłość, która była zwinięta w niej jak sprężyna. I z jej życia zaczynało rozwijać się dzieło sztuki.
Genialność powstaje na przecięciu się warstwy najgłębszej, paleopsychicznej, z doskonałą warstwą uobiektywniającą, wyrażającą; iskra na przecięciu się dwóch drutów. U niej te warstwy biegły równolegle, niezależnie od siebie, i ta druga nie chciała się rozwinąć. Ewa potrafiła być nadzwyczajna tylko w sobie samej. Tym się różni genialność życia od genialności twórczości.
Flaubert powiedział: — L’homme est rien, l’œuvre est tout[39]. Flaubert, człowiek o poronionym istnieniu. Tyle jest marnych żywotów ludzi o wielkim dziele.
I jeszcze jedno. Kobieta ma „pozytywną koncepcję szczęścia” (Montherlant). Dąży do szczęścia i czasem jest szczęśliwa. Jeśli nią nie jest — wie prawie zawsze, co by ją mogło uczynić szczęśliwą. A jakiż człowiek, mający szansę szczęścia, będzie tworzył naukę czy sztukę? Zwłaszcza gdy jest kobietą. Niewielu chyba.
Dla kobiet nie mają istotnego znaczenia wiadomości, które wsiąkły w ich mózg: nie wpływają na treść ich życia, nie ciążą na ważnych decyzjach. W Życiu Voltaire’a Maurois pewna pani mówi: „Czego mu nigdy nie przebaczę, to tego, że umożliwił mi zrozumienie rzeczy, których i tak nigdy nie zrozumiem”.
Istnieje przepaść pomiędzy ich życiem a tym, co wiedzą o życiu. Poznają świat w dużej części poprzez mężczyzn. Dlatego większość kobiet, które mają mało przyjaciół, jest niemożliwie ograniczona. I dlatego dobrze robi mężczyzna, gdy jej przypina odłamki świata do uczuć.
Ewa składała się z ciemnej, wulkanicznej masy, która była siłą witalną, płynnym życiem i wdziękiem, z której tryskały nienazwane idee, bo jej technika uzewnętrzniania się nie mogła dorównać — i nie chciała — anonimowym pomysłom mózgów zarażonych logicznością.
Zostawało tylko ciało, jako jedyny środek wyrazu.
Była zagrożona snem.
Czy sen jest czymś lekkim, lotnym, czy sen to tylko piana osobowości? Jest i tak, i wręcz odwrotnie: to jest prasposób myślenia, myślenia symbolami, obrazami, aglutynacjami...
Więc była Ewa zagrożona snem jak wszystkie prawie kobiety.
Nie mogą się oderwać od biopodłoża. Miesiączka jest ciągłym memento vivere. Rzadko są uczonymi albo wielkimi artystami. Nie mają zdolności organizacyjnych i dlatego nie potrafią organizować rzezi. Żyją naturalnie i — być może — lepiej od mężczyzn. Gdy tańczą albo są dobrymi aktorkami, to nie muszą wyłazić z własnej skóry: grają i tańczą w życiu. (Dlatego wśród tancerzy jest tak wielu homoseksualistów). Krótko mówiąc, żyją, robiąc niewiele poza tym.
Często używa się wyrażenia „żyje” w innym znaczeniu. Np. On „żyje” z nią. Albo: Ona nie „żyje” ze swoim mężem. I słusznie. Żyć to jest prawie zawsze „żyć”. A dla mężczyzn życie jest sztuką, gdzie większość z nich zaledwie istnieje.
Żyła więc w półśnie. Między jej marzeniami a rzeczywistością nie istniała granica. Napór marzeń groził realności pęknięciem — a wiedziała, że tam dalej jest obłęd — zderzenia ze światem raniły ją.
Dzieci mają jeden świat dla dorosłych, w którym udają, że nie mówią do robaków, udają, że nie boją się muzyki i księżyca, udają, że się boją strasznych bajek i kominiarza, udają, iż wierzą w to, że powinny być umyte, grzeczne, posłuszne... Mali symulanci. I drugi świat dla siebie, realistycznie czarodziejski, najeżony kiełkującymi problemami, pełen zasadzek, widmowy i filozoficzny.
Podobnie kobiety: jeden świat dla mężczyzn, drugi dla siebie. Świat przeznaczony dla mężczyzn jest okrutny i „logiczny”, wystawiany na pokaz i na licytację. Ten drugi poznaje tak niewielu mężczyzn; rzadko się bowiem zdarzają kobiety równie inteligentne jak kobiece. Lasciate ogni speranza voi ch’entrate[40].

Szekspir: „Jesteśmy z tej samej materii co sny”.
W którymkolwiek miejscu psychiki zaczniemy kopać — my, którzy wchodzimy — odkrywać coraz starsze warstwy, wdrażać się coraz głębiej, krętymi drogami, wszystkie zaprowadzą nas tu, gdzie śpi, bulgoce i przelewa się lawa. Niewzruszony świat rzeczywistości traci swój ciężar. Trwa tutaj pramniemanie, że wola i uczucie mogą zmienić bieg zdarzeń, mogą przekształcić substancję materii. Nie istnieją już tutaj przemiany fizykalne ani niemiłosierna obojętność przedmiotów, z której usiłujemy wysnuć Boga, nie istnieją już więcej słowa różne i wrogie: „ja” i „rzeczywistość”. Zostaje tylko: „Ja jestem rzeczywistością”.
Emil:
— Nosisz dzisiaj wstrętne pantofle.
Ewa, patrząc na pantofle, zupełnie serio:
— Zobaczysz, one się jeszcze zrobią ładniejsze.

Nareszcie jesteśmy.


Królestwo Niebieskie

Ewa pierwszy raz spotkała kogoś, komu mogła wszystko powiedzieć, kto nie dziwił się niczemu i komu musiała wszystko opowiadać; nawet gdyby wiedziała, że go w ten sposób może stracić. Całkowita prawda została mu przeznaczona.
On wszedł w nią całkiem i ona odczuwała go jak psychiczny płód. On znał każdy labiryncik jej psychiki i równocześnie odkrywał coraz nowe. Ona miała takie wrażenie, jakby rzeczy opowiadane nie wychodziły poza nią, jakby opowiadała samej sobie. W ten sposób ich dialogi stawały się coraz mniej zrozumiałe dla otoczenia.
On (to było częściowo równoważnikiem jej stanowiska) zmuszał ją do poznawania wszystkich mężczyzn, którzy — jak mu się wydawało — będą ją mogli zainteresować. Ona była wściekła i zmęczona poznawaniem tylu ludzi. On mówił na to: — Chcę mieć tę świadomość, że nieprzypadkowo tylko stałem się zbiornikiem twoich zwierzeń (miał jeszcze złudzenie, że istnieje poza nią), twoim kochankiem itd.
To była odwrócona zazdrość może, i on naprawdę nie chciał, żeby ona mogła w przyszłości pomyśleć, że on był tylko z przypadku.
Pisali do siebie listy, począwszy od trzeciego miesiąca znajomości. Pisali je w domu i przynosili na spotkania, pisali je nawet czasem na spotkaniach. Czytali je najczęściej na spotkaniach, rzadziej w domu. Pisali gorączkowo, „na kolanie”, na stronach zeszytów szkolnych, na papierze woskowym od śniadań, na niemożliwych świstkach.

„K. E., cieszę się, dlatego że przychodzisz do mnie do domu, że nie jesteś zaskorupiała, normalna, porządna (przyjemny spokój, śmierć za życia), i przez to dla mnie żyjesz, a niewielu ludzi żyje dla mnie (nie chciałbym, abyś dla mnie umarła).
Męczę się, dlatego że jesteś kobietą, czyli dzieckiem, które zostało samo w domu (równocześnie nigdy, nigdy nie chciałbym, abyś przestała być tak bardzo kobietą), i wszystko, co rozumiesz, muska ci tylko mózg i dlatego wszystko, co do ciebie napisałem, płowieje i blednie tak szybko, a uczucia twoje nie odnoszą się do mnie, bo mnie wcale nie znasz, a ja uważam, że nie jestem teraz człowiekiem. Znasz mnie zdeformowanego, przez to, że cię kocham, zmiażdżonego tym, niemal spłaszczonego, jak człowiek przejechany przez walec do ubijania dróg; galaretowata, wstrętna masa. Wszystko, co robię, nie jest warte dwóch zdań, powiedzianych przedtem, jak to dawno (megaloman), jednego ruchu ręki, gdybym się go starał zrobić bardzo dobrze.
Jestem zaplątany w wielkie i mokre kłębowisko przeżyć, które – obrzydliwe i lepkie, a równocześnie wspaniałe, jako przyszły materiał i w ogóle, rozrosły się we mnie i sprawiają mi mękę i rozkosz wiecznego głodu. Rozwinęło się we mnie, dzięki tobie, takie małe, zepsute, zgangrenowane ziarnko niepokoju; znalazło dobry klimat.
Pokazuję ci ciągle moje słabe i bezbronne strony. Czy wreszcie nauczysz się w nie – nie uderzać? Nie prowadź ze mną gry, bo wiesz, że wygrasz. Powiedziałaś: – Dlatego mnie lubisz, bo jestem zła. – Czy to ma być próba obrony, tak na wszelki wypadek, automatyczna, nieświadoma, przed ciosami, które nie nastąpią?
Wreszcie chciałbym ci pokazać moją najsilniejszą stronę: wątpię, czy ktoś potrafi cię tak właściwie ocenić, tak dokładnie, tak rozmaicie.

e.”

„nie chcę cię oszczędzać – to jest twoja wina – nie chcę, żebyś mnie tak kochał – tak źle – nie mogę cię też oszczędzać – to jest może «obrona przed uderzeniami, które nie nastąpią» – a może nie, nie wiem, całowałam się przyjemnie z Witkiem – używając języka, też – ja leżałam, on siedział nade mną z tyłu – nie nauczę się nigdy nie uderzać i nie chcę – musiałbyś dla mnie nic nie znaczyć – jak powietrze – dla mnie mało znaczą listy – znaczy tylko zachowanie się – tym można wszystko zrobić – a ty? – ja chcę wyjechać – nie wyobrażam sobie na razie, jak bym się obeszła bez ciebie – nie wiem, jak to jest połączone ze śmiercią – ale na razie – odjechać gdzieś daleko – jak nie, to się puszczę albo zabiję, albo nie wiem co – tutaj umrę, zginę «śmierć za życia» — jestem zła, że tej historii ze mną chcesz użyć literacko – tam będę rozłożona i nie sobą – chciałabym, aby mnie jakiś dobry malarz malował nago – ale na razie lubię cię i całuję –

Ewa”.

„...jestem bezradny, dlatego że przy pomocy słów nic nie mogę zmienić, nic wytłumaczyć (znów «tłumaczyć») i jestem po prostu zatkany jak zlew. Nie mogę ci obiecać, że ten list będzie ostatni, ale gdybym mógł, obiecałbym. Piszę listy, dlatego że to jest mój naturalny sposób wyrażania się, ale piszę je też, bo w twojej obecności zapominam wszystko, co chciałem powiedzieć. Jak tylko pomyślę, że masz przyjść.
Proszę cię, proszę, przerwij ty pierwsza ten stan napięcia, który się między nami wytworzył, jednostronnego napięcia (mam wrażenie, że jesteś taka ryba, która nosi samca w swoich wnętrznościach), bo on mnie niesłychanie męczy. Nie uderzaj, żebym mógł oprzytomnieć trochę, żebym nie musiał się tak niesłychanie upokarzać, żebym uzyskał trochę pewności siebie itd. Rozumiesz.

e.”

„Nie, to nie ma sensu i poza tym nie mogę obiecać. Dlatego nie ma sensu, że ty tę pewność siebie uzyskasz w takim razie przy mojej pomocy, będę cię nadmuchiwać jak balon, wypcham cię sobą i po dwóch tygodniach będziesz jeszcze bardziej sflaczały niż teraz. Ja chcę, abyś ty to sam uzyskał niezależnie ode mnie

Ewa

Jak śmiesz twierdzić, że ja uderzam? Ty robisz głupstwa, z których ja się wycofuję”.

„Uderzasz pasywnie — przez lukę w zachowaniu.

e.”

„Jak cię nie kocham, to co mogę zrobić? Powtarzać sobie codziennie przed snem — jak ty mi opowiadałeś «ja kocham e.»”.

„Nie męcz mnie”.

„Mój chłopcze, mama obiecała mi dzisiaj, że pojadę sama na wakacje. Tak się cieszę. Pojadę sama, samiuteńka w góry i cieszę się na wszystko, co może mi ułatwić zbieg okoliczności, przypadek.

Ewa

Gdy było u nich spokojniej, to znaczy, gdy Ewa była po prostu w dobrym humorze, rozmawiali przyjaźnie, chodzili naumyślnie oglądać meble, tak jakby byli małżeństwem (zawracali głowy kupcom, ale ona mu w tym czasie wybrała nowy tapczan), cieszyli się, jak się komedia udała. Wybierali małe dziewczynki do przesyłania sobie wiadomości, córki dozorców, małe kuzynki Ewy; zwłaszcza jedna była urocza: ogromne niebieskie oczy, długie, jak na jedenastoletnią dziewczynkę, włosy. Była człowiekiem najbardziej godnym zaufania, przynajmniej Emil najbardziej jej wierzył, była wcieleniem dyskrecji, udawała zawsze, że nie rozumie, jaką wiadomość powtarza lub jaki list oddaje.
Emil uczył ją grać na fortepianie, bo była muzykalna. Jej spokojny, obojętny głos mówił: — De, przepraszam, że rękę źle trzymam.
Poza tym posyłali do siebie Józię, młodą pokojówkę Emila. (Emil wchodził do pokoiku Józi, klękał półżartobliwie i prosił: — Proooszę cię, idź do Ewy).
Całowali się w bramach, chodzili po deszczu w gumowych płaszczach, wchodzili do bram i całowali się. Sprawiało im przyjemność ryzyko, że zostaną zobaczeni.
Poszli pewnego razu o godz. 12.30 w nocy do podejrzanego parku — meliny, i tylko dzięki swojej nieświadomej bezczelności Emil uniknął pchnięcia nożem, a Ewa gruntownego wymacania. Zresztą kto wie... o ile chodzi o Ewę... (Weszli do bardzo ciemnego parku. Z daleka zabłysła latarka prosto w oczy i zgasła. Potem podszedł jakiś typ w dżokejce: — Państwo tu względem czego? — Względem niczego. — Szepty zapełniły mały park. Potem wszystko ucichło).
Gdy jeszcze było ciepło, czasem przychodziła naga pod płaszczem. Patrzyła, jakie to na nim robi wrażenie. On pytał:
— Jak szłaś tak przez miasto, dziewczynko?
Ona milczała, rozpinała płaszcz.
Lubiła chodzić do kina. Po filmie, który jej się podobał, mówiła jak dawniej: — Proszę cię, uważaj, żeby mnie auto nie przejechało. Ja jestem jeszcze tam. Nie wiem, co się dzieje.
On zauważył, że ona ma często w palcach skurcz naczyń. Wtedy robiły się niebieskie. „Może Bürger?” — myślał, i pytał z niepokojem:
— Dawno to masz?
— Jak mnie męczysz — mam to. Gdy jestem bardzo zdenerwowana.
Gdy pisiała, a on przypadkowo mógł usłyszeć, np. w zapadłej uliczce, w nocy w polu, wyła, krzyczała przeciągle, aby to zagłuszyć. Ale poza tym nie była wstydliwa. Wstydziła się jeszcze, gdy spała, to znaczy, nie chciała być widziana śpiącą. O ile chodzi o Emila — nie wstydziła się niczego więcej; ani mówić, ani czynić.
Miała zmysł orientacyjny i wyczucie miejsc nieznanych. Ilekroć włóczyli się po wertepach, po uliczkach portowych, a ona go wyciągała nieznanym przejściem, on ją pytał: — Byłaś tu już? — Nie, ale... ja to miejsce znałam. — Miała zmysł odwrotny do ptaków: wracała do miejsca, którego nie widziała nigdy.
Czasem opowiadał jej, jak i co myśli o świecie. (Ona mu nie opowiadała nigdy). Słuchała zazwyczaj uważnie, z pasją powagi.
— Na początku jest zdanie: wszystko jest możliwe i wszystko jest prawdziwe. Gdy będę się plątał albo mówił rzeczy sprzeczne — to nic nie szkodzi: zbliżam się tylko do neutralnej prawdy. Gdy będę mówił rzeczy jednostronne, zbyt logiczne — to znaczy, że albo jestem zbyt „przekonany”, albo zbliżam się do ciebie.
Bóg. Jego przecież trzeba załatwić. Prawda? Biedny Bóg. „Człowiek dbający o czystość, nie weźmie już do ust słowa «Bóg». Przylgnął do niego zły oddech dwóch tysiącleci”. To powiedział Nietzsche i to wystarczy. Pewien mądry człowiek o chrystianizmie: „Stal można złamać, guma jest niezwalczona”. Ale. Pewnego talmudystę spytano, jak można uchwycić Boga? „Wszędzie, ale nie tam, gdzie się Go szuka, i tylko wtedy, gdy się Go nie nazywa, i tylko wtedy, gdy się w Niego nie wierzy”.
Widzę, że cię to nudzi, ale przedtem... Dobre to były czasy, kiedy się można było pogniewać na swojego boga, wyrzucić go na śmietnik, obrać sobie innego. W ten sposób zmieniano swoje „ja”. Ludzie stanowczo nie umieją się posługiwać swoimi bogami. Zaraz przejdziemy do spraw ludzkich.
Goethe jest zdania, że chrześcijańskie słowo „Bóg” jest tylko inną odmianą słowa „ja”. Ja myślę, że nie tylko chrześcijańskie.
Dalej. Być na granicy normalności. (Skinęła głową). Ludzie normalni są rzadko interesujący. Ten punkt nie potrzebuje uzasadnienia. (Zaśmiała się). Ale na granicy normalności... Tacy ludzie czują obecność podobnych sobie od pierwszego wejrzenia, jak pederaści, jak psy, czy ja wiem, jak jeszcze co. Nie tylko to. Na granicach normalności, na krańcach siebie, człowiek jest nareszcie normalny, bo człowiek „normalny” jest stworzeniem rozpadłym w sobie, przytłumionym, żyjącym tylko cząstką życia.
Nie szkodzi, że niejasno mówię? Ty chwytasz to i tak nie rozumem, tylko czymś tam.
Miłość. Będę mówił o sobie. Ty jesteś narcyzem, ja też. Kocham cię, dlatego najprawdopodobniej bo cierpię z powodu utraconego narcyzmu. Ty mnie do tego zmusiłaś.
Ja jestem sentymentalny. Mężczyźni są w ogóle sentymentalni. Ogół kobiet, jeśli chodzi o miłość, jest przerażająco niesentymentalny. Bo dla nich to jest kwestia życia, a jeśli chodzi o życie — to stąpa się po trupach. Tak jest. Dlatego ty, kobieta do głębi, nie jesteś sentymentalna. Ja mam inne rzeczy: naukę, pisanie. Kobiety postępują tak albo inaczej z miłości do mężczyzn, nigdy z miłości do rzeczy.
Zaraz. Od czegośmy zaczęli? Od tego, dlaczego cię kocham. Nie kocham właściwie ciebie, tylko swoją miłość wraz z jej potwornie rozwiniętymi mackami, jak pnące się wino, jak rak, bo nie jest odgraniczona od zdrowych części, wraz z jej przerzutami... tak kończąc z miłością do ciebie, musiałbym... Właściwie tego nie warto mówić. Ale czy ja wciąż nie usiłuję udowodnić sobie, że nie kocham ciebie, lecz to, z czym ty jesteś luźno związana?
— Jaki stajesz się pewien i stanowczy w swych sądach, skoro tylko rozmowa nabierze intelektualnego charakteru. Jaki zręczny... A jaki niezgrabny, gdy nabierze innego. Wtedy jesteś naprawdę galareta, meduza na piasku. Mam wrażenie, którego nie chcę mieć, że jesteś stworzeniem, któremu daję się trochę pobawić w znanym dla niego żywiole i które strącam potem bez trudności, i wciągam je w mój żywioł, w którym się porusza jak mucha w syropie. Ja chcę czuć pewien opór, pewną walkę. Nie chcę, żebyś aportował jak pies. Nie chcę, żebyś dawał się strącać. Chcę wymiany: ty wciągany przeze mnie, ja przez ciebie.
— Myślę, że to będzie możliwe, gdy przestanę cię kochać. Nie wyobrażam sobie tego inaczej.
— No, to baw się dalej, baw się pojęciami jak kulkami. (Przed trzema dniami wytłumaczył jej, co to jest pojęcie).
Oboje milczeli, a potem on wyprostował swój psychiczny grzbiet.
— Nie mogę się dalej bawić. Nie chcę.
— Czy przyszło ci to kiedyś do głowy, że moglibyśmy się wcale nie spotkać? Ja bym dłużej pozostała w tej mętnej mgle...
— Niech żyje rajfurstwo, pośrednictwo do nierządu itd. Chcesz, żebym mówił dalej? (Potaknięcie).
— Rzeczy nieprzyjemne. Największą męką wszystkich ludzi — czy sobie zdają z tego sprawę, czy nie — jest to, że nasze przeżycia nie wpływają ani trochę na bieg rzeczy. Największe cierpienie nie potrafi usunąć jego przyczyny, nie potrafi nawet podnieść ani pyłka kurzu. W ten sposób powstała religia: że potem, że w niebie, że w nagrodę za...
Źródłem wszelkiego zła jest świadomość. Z chwilą, gdy świadomość rozdarła naturę, wszystko wywraca się do góry nogami, wszystko przestaje być naturalne. Świadomość, wbita w życie jak nóż w pień drzewa, o którym Rousseau pisze do Voltaire’a: gdyby nóż wyjęto, toby krew trysnęła...
Świadomość zrodziła tremę, w szerokim pojęciu, trema zrodziła choroby nerwowe, choroby nerwowe zrodziły... Abraham zrodził Izaaka, Izaak zrodził Jakuba, to jest podobne.
Gdy obserwujemy bicie serca, to bicie to ulega zaburzeniom. Impotent dlatego nie może, ponieważ boi się, że nie będzie mógł. Pianista dlatego nie może grać, bo zdaje sobie sprawę, że może nie móc. Ja sam, pamiętam, posądzałem o złośliwość Pana Boga. Gdy ojciec dał mi do zrozumienia, że mama jest w ciąży, prosiłem o siostrę, bo chciałem mieć brata. Idącemu na egzamin życzy się: „złam kark”, bo chce się, żeby mu poszło jak najlepiej. Uciekającego najczęściej goni się. Kto się boi, jest bity. Czy myślisz, że lunatyk potrafiłby chodzić po rynnie, gdyby zdawał sobie sprawę, że chodzi po rynnie? „Wszystko przepadło” — myśli się często na głos, aby oszukać nieznane siły, aby okazało się, że jest jeszcze nadzieja. Cudowna celowość natury... Wszystko pokrzywione, miliony błędnych kół nerwowych u każdego z ludzi. Tysiące turbin nerwowych, gdy ktoś już jest chory. I moja miłość do ciebie wplątana w to także.
Chcieć i nie móc albo nie chcieć i musieć, albo jedno i drugie. Czy ty myślisz, że między „chcieć” a „nie chcieć” jest jakaś różnica? Żadnej. Jedyny demon: świadome chcenie.
Zauważyłaś, że najlepiej wykonujemy rzeczy, o których wykonywaniu nie myślimy? Dzięki brakowi świadomości zwierzęta osiągają taką zręczność. Jednym słowem: świadomość rodzi cierpienie.
Milczał chwilę.
— A jednak nawet za Królestwo Niebieskie nie oddałbym jednej chwili pełnej świadomości. Świadomość może — tak mi się wydaje — wyostrzać się i przedłużać (pomyślał o swoim ojcu i o filozofie Joachimie), aż dojdzie do... do wierzchołka, z którego wszystko widać, nawet własną śmierć, która nie wyda się straszna.
Zawahał się i zamilkł. A potem bardzo powoli:
— Istotom mniej świadomym jest łatwiej umierać, nie zdają sobie sprawy z tego, że umierają. Może więc bardzo wysoki i zupełnie niski stopień świadomości dają tu ten sam wynik? Może...
Ale chcę się cofnąć. Cierpienie i absolutna samotność wobec wielkiego cierpienia, twarzą w twarz z cierpieniem, nie można pomóc, chociażby się było najbliżej, chociażby najbardziej się chciało, „każdy jest zamknięty we własnej nocy, sam”. I błądzenie po nocy, gdzie widać tylko kontury zamazane, czasem światło, jak błyskawicę, potem ciemność — jeszcze większą niż przedtem, uwikłany w snach jest człowiek, w ciemnym pokoju jest człowiek, obija się o meble, przewraca, pełza, aby wiecznie...
Ona usiadła mu na kolanach i całując go z zamkniętymi oczami, z niesłychanie skupionym wyrazem, przechyliła się razem z nim na tapczan (ten, który kupili), i wyglądała jak dziecko, które się boi otworzyć oczy, żeby nie ujrzeć czegoś strasznego, i jej wargi przycisnęły się do jego warg, tak jakby chciała wypić z niego życie, tak jakby prosiła o wybaczenie, tak jakby się chciała opić zapomnieniem o tym, co mówił, jak pijawka, bez ruchu, bez zmiany pozycji warg, jakby mu (nieświadomie) chciała zamknąć usta — dobry kwadrans.
Po kwadransie była wyleczona. Przez ten kwadrans odczuł, że pierwszy raz, odkąd się poznali, jest trochę „na górze”. Ale ta przewaga nad nią wydała mu się nieuczciwie zdobyta.
— Stara historia... Apollo, chcąc objąć Dafne — objął krzew laurowy. Ze mną jest tak samo. Ja, mówiąc o życiu, obejmuję teorię życia.
— Dlaczego ty wszystko psujesz? Obejmujesz samo życie. Obejmujesz mnie.
— Czemu się bałaś?
— Dlatego.
On siedział, jej głowa leżała na jego kolanach. Miała oczy zamknięte już nie tak kurczowo.
— Boisz się siebie samej?
— Tak.
— Ja ci powiem, czego się boisz:
Boisz się stężenia, śmierci — jak wosk tężeje. (Skinięcie głową). Boisz się obłąkania. (Skinięcie głową). Trudno ci jest iść pomiędzy tymi drogami. Jest wieczne napięcie pomiędzy tymi drogami: obłąkanie — normalność. Ja myślę — potrafisz. Boisz się ciemności. Nie takiej fizycznej ciemności. Boisz się, że w pewnym momencie nie będziesz wiedziała, gdzie się znajdujesz.
Zatkała mu usta ręką. Uśmiechnęła się.
— Oto jest twoja myśl o śmierci.
Pozornego rozwiązania nastroju (rozwiązanie akordu) niepodobna odróżnić od prawdziwego. Zresztą — czy wiadomo, które jest prawdziwe? Tak on pokazał jej, jak na tacy rozłożone, jej obawę, jej strach. Czy to było prawdziwe? Może, ale uśmiechnęła się.

Ona prowadziła go w miejsca swojego niepokoju, gdzie chodziła zwykle sama, nad morze, pod zwisającą skałę, nad rzekę, nad opuszczony kanał, nad rzekę, gdzie spotkali się po raz pierwszy, pod most kolejowy (czekała zawsze, aż pociąg przejedzie im ponad głowami), oprowadzała go tak, jak się oprowadza po kryptach średniowiecznych. Oprowadzała go po miejscach, które były stosunkowo zwykłe, a on próbował na to patrzeć jej oczami. Ona pytała: — Skąd się tu bierzesz? — i nie mogła tego zrozumieć.
Wydawało jej się dziwne to, co z innego punktu widzenia było zwykłe: była wielopostaciowa, wielokolorowa jak kameleon.
Miejsca te miały swoją historię, której nie było z początku widać, która wyłaniała się stopniowo, jak skały w czasie odpływu.
Wychodzili na ulicę, przy której mieszkała, i ta ulica była ulicą, przy której mieszka Ewa, ze swoimi brudami i tajemnicami. Ale co się stawało stopniowo z ulicą? Z początku widziana jak gdyby z boku, tak że musiała się dziwić i szukać domu, w którym mieszka. Potem rozwierały jej się chrapy, jak psu, co wietrzy: idzie powoli, powoli, rozglądając się po nieznanej okolicy, chociaż wczoraj była jej jeszcze dobrze znana, domy są obce (przypominają budy z filmu Ludzie za mgłą) i czuje, czuje (na szczęście jest Emil), że za chwilę nie potrafi sama wrócić do domu, zgubiona w nieznanym mieście, że w ogóle nie ma domu, że jedynym znanym jej miejscem jest skała zwisająca nad morzem, z której wydobywa się, jak opar, historia jej dzieciństwa, parują jej lata małej dziewczynki, z mchu wciśniętego...
I pytała:
— Skąd się tu wziąłeś? Co mamy wspólnego?
I pytała:
— Czego chcesz ode mnie?
A gdy on próbował coś odpowiedzieć żartem:
— Jakim prawem pan mnie zaczepia?
Tak głęboko weszła w swój trans. I czym on bardziej próbował ją ściągnąć na inną płaszczyznę, tym ona się bardziej robiła obca, prawie nawiedzona, tak że on musiał się bardzo opanowywać, żeby nie zacząć krzyczeć.
A potem całowała go na ulicy, mówiła:
— Nigdy bym sobie nie pozwoliła zajść tak daleko, gdybym nie wiedziała, że ty tu jesteś.

A potem, gdy był mróz i zimno, czekał na nią i czekał, gdzie tylko mógł, i ona mu raz powiedziała, że jej ojcu wydają się podejrzane gwizdki, którymi ją wołał, że wobec tego musi przestać gwizdać (początek Sonaty b-moll). Czekał i czekał fantastycznie długo, na mrozie, dwie i trzy godziny, aby ją złapać (gdy nie byli umówieni).
Czasem, gdy czekał, wieczorem, wychodził z niego praczłowiek, wychodził grzać się do światła i był zdziwiony, że tak mało ciepła na niego spływa.
Zostawał tylko jeden środek, telefon, którego należało używać nieczęsto (telefon był w sklepie jej ojca). Prosił wszystkie koleżanki, jakie miał, aby telefonowały, przejeżdżał na drugi koniec miasta, aby je prosić.
Gdy pewnego razu przyszedł ze spotkania, ze skurczem płaczu w gardle, i tak niesłychanie wydawało mu się, że jeszcze jej coś musi powiedzieć, „wytłumaczyć”, zdecydował się w rozpaczy poprosić o to matkę. Matka była chora i wkrótce miała być operowana, i poza tym ignorowała Ewę, bo słyszała coś o jej rodzinie, bo twierdziła, że jest bezczelna (nie kłaniała jej się nigdy na ulicy), jednym słowem — dość powodów. I mama miała dzwonić jako koleżanka.
Mama powiedziała: — Dobrze — ani jednego słowa uwagi, i zatelefonowała. To mu zaimponowało.
Niesłychanie męczące jego i ją dyskusje w zimnie, na mrozie, podczas których ona się potrafiła zawsze jakoś obrazić, pogniewać, a on nie mógł odejść, kiedy się ona gniewała.
Więc:
— Przeproś się, przeproś, proszę cię — i grzązł coraz głębiej, bo ona coraz bardziej marzła. — Dlaczego ziewasz, gdy ja się męczę?
— Ja męczę się też i nie mogę już ustać na nogach.
— To proszę cię, powiedz mi, że się przeprosiłaś.
— Nie mogę tak powiedzieć, bo to nie jest prawda.
I tak w kółko.
I ona zacinała się coraz więcej (nieświadomie), on był coraz bardziej zrozpaczony, ona zaczynała płakać: ani jednej łzy, twarz rzeźbiona w kamieniu i nieuchwytna.
— Daj mi odejść, daj mi odejść — prosiła go. — Jeszcze mam zrobić cztery zadania matematyczne. Kręci mi się w głowie, już nic nie wiem, co chciałam, a czego nie, nic już nie wiem.
On nie spał pół nocy, a ona uspokajała się przy matematyce. On przemawiał do siebie:
— Emil, uspokój się, głaskam cię po włosach.
Gdy ryczał odjeżdżający okręt, Ewa myślała, robiąc matematykę:

— Ktoś odjeżdża.
Widma sylwestrowe

Śnieg padał. Znaleźli duży balon sylwestrowy na środku pustej jezdni. Usiedli po obu stronach balonu i pocałowali się ponad nim. Balon chodził za nimi jak pies.
Była druga w nocy. Szli łagodnie i lekko pijani. I balon za nimi jak pies. Biegł za nimi również hałas kawiarni, lecz oni byli poza nim. Znajdowali się we własnym oszołomieniu: ty i ja. Nie było między nimi napięcia, on trzymał ją pod rękę, a raczej trzymał futro, które było przyjemne w dotyku.
Coraz to bardziej oddalali się od śródmieścia. Zamknięte są bramy domów i zgaszone światła. On mówi:
— Gdy napiszę opowieść, która mi teraz dojrzała w głowie, zrobię ci z niej prezent sylwestrowy.
Podarował jej piżamę, która się jemu podobała, kajdanki-bransoletkę, która się jemu podobała, mały kwiat z kości słoniowej. Ona jemu — swoją fotografię.
Więc padał śnieg. Nad wszystkimi wirował śnieg i ostre, podobne do cięcia, wrażenie: nigdy więcej. Nigdy więcej. Never more.
— Co do mnie mówisz? — pyta. — Co „nigdy więcej”?
Ona myśli:
— Jechać. Dżonki chińskie. Samoloty. Dom publiczny. Widzi go ze wszystkimi szczegółami. Z salonem lustrzanym, przypominającym wejście dużego hotelu, z barierą, oddzielającą prostytutki od gości, i w każdej wybranej widzi siebie i czuje za nią. I potem dziesiątki wejść i wyjść. I małych chłopców na ulicy zapraszających do odwiedzin. Potem nagle biały jacht...
On:
— Co „nigdy więcej”?
Tego nie zobaczysz. I tych bram, i domów. I tego śniegu.
Nagle cofnął się za siebie, poza siebie, i zobaczył: że tego już nigdy nie zobaczy. W końcu uświadomił sobie, że to wydobywa się z niego.
Ona myśli:
— Wieś. Godz. 19.03 przejeżdża ekspres. Nie zatrzymuje się na stacji. Stacja jest domkiem z małym ogródkiem. Codziennie 19.03 stoi naczelnik stacji w czerwonej czapce i salutuje pociąg. Codziennie 19.03 na stacji spotyka się elita miasteczka-wsi. Ona jest córką ekonoma i kocha naczelnika stacji. Naczelnik ma dalekie, niebieskie oczy. Te oczy codziennie, z nowym niepokojem, wypatrują ekspresu 19.03, jakby od niego miały zależeć losy świata. Może zależą?
Tyle możliwych żywotów, tyle różnorodnych. Dławi ją to, że jest ich tyle, TYLE. Tak jak on mówi, że jest tyle książek na ograniczony temat, że jego to dławi. Jej to też zatyka oddech, że nie można żyć wielu żywotami naraz.
I wtedy zaczęła powstawać przepaść między nimi. Chociaż oni tego nie zauważają. Wciąż jeszcze sądzą, że myślą to samo.
Ale Ewa znajduje się już w tym czasie w stanie, który zbliża się do okrągłości kuli, kiedy wszystko dobre czy złe pochłania z jednakową żarłocznością, kiedy jej jest wszystko jedno, czy ją się kocha, czy nie, czy ją się zdradza, czy nie, bo wszystko jest życiem i wszystkiego należy zaznać, i tak jak kula — toczyć się dalej; jest nienasycona.
„Jakkolwiek bądź ludzie się do mnie zbliżają, tak ich przyjmuję, albowiem wszystkie drogi są moje”[41] — można było o niej powiedzieć. „Ja jestem tym wszystkim” — można było o niej powiedzieć.
Wtem stają przed ulicą, która jest szeroka, ciemna i długa, nie widać jej końca, która wygląda jak step, pokryty śniegiem nienaruszonym — biała przestrzeń. Stanęli przed nią i zawahali się. Śnieg był czysty, nietknięty. Zawahali się chwilę i potem poszli dalej, zostawiając głębokie ślady.
Nad nimi wiruje i unosi się „nigdy” i śnieg. Nad nią — „jechać”. Ona popatrzyła na jego twarz i przestraszyła się: była tak zmieniona, upiorna. On popatrzył na nią i przestraszył się: wrażenia, jakie wywołała jego twarz. Przycisnął jej ramię do siebie i wydało mu się, że trzyma za ramię NIKOGO.
Wtedy ona zamknęła się w sposób, który znał, jak kwiaty, które zamykają się na noc, jak jeż. Została tylko opancerzona powierzchnia. I wtedy wypuściła, jak rakiety, czerwone, zielone, swoje pragnienia: tyle możliwych żyć.
Ich kucharka Marysia. Młoda dziewczyna. Patelnia. Życie jest od niedzieli do niedzieli. Życie składa się z samych niedziel. A ile życie ma niedziel?
Jak przez mgłę przeniknął do niej jego głos:
— Ja też chciałem być i chcę chwilę — żebrakiem, leżąc na ulicy, i kulisem chińskim, i prostytutką, wiesz, jak miałem siedemnaście lat, to długo wmawiałem sobie, że chcę być przez pewien okres kobietą, i śniło mi się raz, że mam miesiączkę. Włazić w skórę innych. Mówił o sobie „robiłam, spacerowałam”. Czym bardziej jestem w skórze innych, tym wyżej wznosi się moje „ja”. Dlatego wybrałem ten zawód. Nie myśl, że zgubię się w innych. Nie mówiąc już o rozkoszy, którą mi to daje. — Potem smutno:
— Ja wcale nie mam własnej duszy. Istnieję tylko dzięki innym, których rozumiem. Jestem jak woda, która przylega do ścian naczynia.
I po przerwie:
— To, co ostatnio powiedziałem, jest też prawdą, ale nie tylko. Jak zwykle. Na szczęście istnieję. Wprawdzie nie tak intensywnie jak ty...
Powoli przeciekały słowa do niej, jak światło przez liście, i to, odgadł jej myśli — co zresztą nie było trudne — zaczęło powoli zasklepiać przepaść, która się utworzyła między nimi. Poczuła ciepło (niefizyczne). Była wdzięczna, że z nią współczuje (nie: jej współczuje — tego by nie zniosła), i powoli rozkurczyła się, otworzyła.
Dla niego każdy przedmiot nabierał nieprzewidzianego znaczenia: bramy domów, zdechły pies, latarnia uliczna, płatki śniegu na kołnierzu. Wszystko oglądał na nowo, jakby dawno niewidziane, jakby na nowo odkrył. Wszystko uderzało jego oczy, jak reflektory. Coś z uczucia żegnania. I duch jego unosił się ponad śniegiem i miastem. I duch jego unosił się samotny i cierpiał z powodu swojej samotności.
Gdy wrócił wreszcie do niego:
— Chodźmy na klinikę chirurgiczną. Tam mnie znają.
Klinika stała w głębi ogrodu, jodły były pełne śniegu, stary portier o dużych wąsach był nieco zdziwiony. W dyżurce siedziała siostra Marysia, nieco za otyła, o granatowych oczach, opuszczała i podnosiła długie rzęsy.
— Zawadzki operuje appendicitis z peritonitem.
Emil poprosił o dwa fartuchy i powiedział do Ewy:
— Mogłabyś zostać siostrą. Ładnie wyglądasz.
Do Marysi:
— Profesora chyba nie ma w sylwestra.
Marysia skinęła rzęsami, tak jakby kto inny skinął głową.
W operacyjnej paliło się niebiesko-białe światło. Pacjent miał już otworzony brzuch, w którym było widać tylko żółto-białą masę. Jelita miał wyciągnięte na wierzch, ropa śmierdziała, Zawadzki był czerwony, sapał przez maskę, grzebał w jelitach, mruczał coś do instrumentariuszki. Ponieważ instrumentariuszka została przyzwyczajona przez profesora do dosłownego powtarzania podczas operacji jego wszystkich poleceń personelowi, powiedziała:
— Idź pan do cholery do Es, niech mi znajdzie wyrostek.
„Es” był pierwszym asystentem i miał dyżur tej nocy.
Emil zobaczył go, jak spał. Miał bladą twarz satyra ze spiczastymi uszami i wąskie ceglaste usta. Ujął go pod ramię i potrząsnął. S. otworzył oczy i spytał półśpiąco i spokojnie:
— Co się stało?
— Proszą pana do operacyjnej.
Chwiejąc się, poszedł szerokim korytarzem. Po drodze mrużył oczy, które wydawały się jak wprawione. W przedpokoju operacyjnej mył ręce z zamkniętymi oczami. Wyciągnął jedną i powiedział niedosłyszalnie:
— Rękawiczka.
Wszedł na salę operacyjną bez słowa, jakby jeszcze spał. Podszedł do stołu i — nie patrząc na pole operacyjne — ujął delikatnie jelita. Wyciągnął wyrostek i szepnął do Zawadzkiego:
— Ma pan.
Potem pomału ściągnął rękawiczkę i wyszedł, chwiejąc się.
— Chcę stąd iść — powiedziała Ewa.
Na korytarzu z cichym sykiem jechał wózek, taki, na jakim do salonu wjeżdża herbata; tylko o wiele dłuższy. Pchał go sanitariusz. Leżała na nim młoda kobieta z zakrytą twarzą, i jej włosy ciągnęły się aż do ziemi. Była mało ubrana: trup.
— Stój pan — szepnął Emil. Zdziwiony sanitariusz stanął.
— Podejdź.
Ewa podeszła jak lunatyczka. Stali we troje, ale tylko Emil patrzył na trupa.
— Popatrz.
Wskazał na wewnętrzną stronę ud, prawie u wejścia pochwy: „Ja kocham Emila” — było tu wytatuowane.
— Jedź pan — powiedział, ale sanitariusz nie odjeżdżał. Patrzał na wskazany napis.
Wyszli. Zostali wciągnięci w wiatr, który ciął w wirujące płatki śniegu.
Myślała:
— Życie jest rozwarte przy latach 15, 16, 17. Jest pełne możliwości. Możesz być tym i tym, albo tam i tam. Potem zaczyna się zwężać, jak stożek. (Niedawno właśnie uczyła się o stożku). Zostaje coraz mniej możliwości, szans. W końcu zostaje tylko jedna.
— Dziwny przypadek — powiedział poprzez wiatr Emil.
— Ja tak się boję śmierci, że chyba popełnię samobójstwo — powiedziała poprzez wiatr Ewa.
— Ja tak kocham życie, że...
I powiedział:
— Mała.
— To mi nie pomaga.
— Dziewczynko.
— To też nie.
— To ty pomóż mnie.
— W czym?
— W tym, że czuję się bardzo sam, gdy myślę, że pewnego dnia może się to wszystko skończyć.
Ona, która go zrozumiała zbyt wąsko:
— Ooo, tak. Ja czuję, że pewnego dnia wyrwę się stąd. Ile — myślisz — mogłabym zarabiać jako prostytutka? Żeby zarobić na podróż dokądkolwiek.
— Jesteś dziecko.
Jego duch unosił się znów ponad wichurą i miastem, a jego ciało szło, potykając się, po śniegu, i oddalało się od ciała Ewy. Wtem krzyknęła:
— Dokąd idziesz?
I:
— Co ci jest?
Wtedy jego duch runął z wysokości i ona całowała go ponad balonem, który chodził za nimi jak pies. (Przed kliniką czekał i marzł).
Całowała go na tle umierającej nocy.


Joanna III

„ ....................................
Tęsknię za P. Przysyłał mi przez 3 mies. forsę, a teraz nie przysyła, tylko pisze listy. Nie chce mi się z nikim wychodzić ani tańczyć, ani spacerować. W łóżku pracować mi zbrzydło.
Dziwna rzecz, ta Ewa. Zaczyna być kimś. Jak była mała, to nie dostrzegałam tych cech, które teraz widzę. Zaczyna żyć jak ciotka-tancerka, tylko łukiem o wiele wyższym i innym. Zobaczymy, czy nagle nie runie. Aha, posłałam P. moje fotosy. Dałam się pomacać trochę fotografowi z przeciwka i zdjęcia już są. To była wstawka. Dalej o Ewie. Te jej dziwne cechy... A może to tylko robi zwariowane zachowanie się Emila przy niej. «Nikogo nie widzi poza nią» — to nie jest tylko powiedzenie.
On naprawdę nie widział mnie, jak myśmy we trójkę szli odwiedzić ciocię Felę, która ma znów okres wariactwa. Ona ma to okresowo. Nim ją zabiorą, to Ewa ma za swoje jaki miesiąc. Piekło w domu.
Najpierw przechodziliśmy koło pawilonów, w których były okna otwarte. Zapamiętałam jakąś chorą, która wołała omdlewającym głosem: «Oficerze, oficerze mój», i tak w kółko. A potem, gdy widziała, że my już ją mijamy, zaczęła dużo ordynarniej na ch. i k. Ale to jest szczeniak wobec cioci Feli.
Ja, ostatecznie, znam dużo ordynarnych wyrażeń, ale było dużo takich, których nie znałam wcale, albo w okropnie długich i skomplikowanych kombinacjach. «Nieoczekiwane zestawienia» i «potworna wyobraźnia», tak mówił Emil. Notował sobie niektóre. To była jedyna rzecz, oprócz Ewy, na którą zwrócił uwagę.
Pozbędę się tego darmowego Janka, nie mówiąc już o tym, że on mnie chce się pozbyć. Jeszcze o cioci Feli: muszę ją krępować, bo cały dzień chce gonić, mówić, jest b. seksualnie podniecona itd. Jedno mnie intryguje, skąd ciocia F. zna takie wyrażenia?
Poza tym oburza mnie postępowanie Janka. Poniżył moją godność zawodową przez to, że sobie znalazł, jak myślę, taką, która mu będzie wyczyniać te wszystkie rzeczy lepiej ode mnie. Przypomniałam sobie: ciocia F. była w młodości jeszcze lepszym numerem ode mnie, nie, nie ode mnie, od wszystkich numerów, jakie znam.
.................................. ”
Komentarz: To, że monologi cioci Feli nie zostały tu powtórzone, zawdzięczać należy jedynie skromności Joanny.


Na dnie

Gwiazdy pływały jak lilie na wodzie i drgały lekko; niebo było jak jezioro. Księżyc wchodził pomału, jak aktor na scenę.
Wiedział, że przyjdzie za pół godziny.
Chodził wolno wzdłuż ścian pięciu pokoi, jak kot ocierał się ramieniem i ustami o szafy i półki. I nie sprawiało mu to przyjemności.
Chodził dookoła zegara, czarował go i ziewał; dookoła mikroskopu ojca, przez który zobaczył po raz pierwszy, pięć lat temu, plemniki; własne. Pił wodę w kuchni, oglądał ją przedtem pod światło, maczał wargi i nos w szklance. Patrzył z bliska w oczy małego psa (nazywał się Mula) i wąchał jego wydęty, komiczny brzuch.
I nie sprawiało mu to przyjemności.
Czuł, że jest rozpięty w oczekiwaniu, jak motyl pomiędzy szpilkami.
Wtedy ułożył na pluszowej tarczy patefonu płytę, Kołysankę królewien Strawińskiego, którą kochał. Dwa czarnoksięskie motywy, splatające się jak tańczące węże, wyginały się w zaczarowanej kuli z kryształu, podobnej do strasznych snów małych dzieci. Gdy zastygły wolno w pozie hinduskich tancerzy, usłyszał w tym daleko echo Bacha i sprawiło mu to teraz przykrość, bo mu się zbyt podobało.
Popatrzył na zegar, podszedł do szafy, wybrał piżamę i wkładał ją wolno, poważnie, starannie, jak kapłan przed spełnieniem ofiary. Kwiaty przeciągały się na jego długich rękawach, gdy podnosił ręce w górę, aby je tak trzymać długo. (Mojżesz podczas bitwy z Amalekitami). Przedmioty w pokoju składały się z cienia i aksamitu. Położył się na niskim tapczanie, patrzył bez przerwy na refleks światła, poruszający się koło fortepianu, i leżał jak owad, który udaje, że umarł.
Słyszał, jak szła po schodach, jak otwierała drzwi. Widział przez półprzymknięte powieki, jak wchodzi. Nie ruszył się.
Podeszła do niego. Stanęła. Nie ruszył się.
Wydał cichy syk, ujął jej dłoń, pociągnął ją w dół i upadła na niego. Odsunął ją miękko, aby rozciągnąć tę chwilę jak gumę, i głaskał ustami własne ramię.
Przyszła z plaży w dziewczynkowatej sukni, którą nosiła, gdy miała piętnaście lat. Miała mokre włosy. Stali przy oknie, odciskali wargi na szybie, za szybą przepływały światła, w pokoju było ciemno jak w akwarium.
Rozpinał jej suknię, która była łatwa do rozpinania. Przyniosła do łóżka morze w oczach, zapach słońca na skórze opalonych z jednej strony nóg (tak jak jabłka są czasem zaczerwienione tylko z jednej strony), mieszaninę woni lekkiego potu i morskich wodorostów pod pachą. Obejmowała go udami jak ciepły piasek, barwa jej oczu zapadła się głęboko i nieustannie jak niebo, gdy się leży pod nim na wznak.
Leżała na plecach, dotykała policzkiem poduszki i ukazywała profil filuterny i tragicznie poważny, trzepoczące skrzydełka nosa jak skrzydła ptaka.
Mówił jej do ucha:
— Zdechnę, słyszysz, tak mi się podobasz, mam ochotę lizać ziemię (Kochanie, za dwa lata będziesz ją lizał), tarzać się po podłodze. Wiatr wieje między twoimi włosami jak między gałęźmi nadmorskich krzaków. Chcę umrzeć, leżąc na tobie, tak, właśnie tak.
Jej dłoń, leżąca na krawędzi tapczanu, oświetlona plamą światła, odcięta cieniem od ciała, zaciskała się wolno i rozszerzała, jak pulsujące zwierzę, i zdzierała paznokciami równomiernie i rytmicznie warstwy nitek, potem warstwy skóry. Jej oczy błyszczały i gasły, błyszczały i gasły, jak latarnia morska z daleka.
Odwróciła pomału głowę w półuśmiechu, dolna szczęka opadła jej nieco w dół, odsłaniając błyszczące w ciemności zęby.
I ten grymas boleśnie bezosobowy jest grymasem orgazmu i agonii.
Opadała wolno w drganiach, zaciśnięta dookoła niego, zsuwała się po nim miękko, jak po słupie.
Potem wstała i chodziła boso wzdłuż ścian, a on widział jej ciało cętkowane jasnością i cieniami jak skóra lamparta; światło wędrowało plamami po jej udach, ramionach, głowie i brzuchu. Słyszał jej mruczenie bulgocące cicho w gardle jak u zasypiającego kota, szelest potrąconej kartki papieru; nic więcej.
W końcu wróciła. Siedziała na dywanie, nogi podwinięte pod siebie jak Budda, tułów wyprostowany, głowa odrzucona w tył; on oparł głowę na jej udzie; światło ześlizgnęło się z ramienia, z jej ramienia dziewczynki, w dół na sutkę, i wróciło: reklama z przeciwka. Przymknięte powieki błyszczały jak wyrzeźbione w metalu, wydawały się jej ciężkie, gdy je podnosiła.
Oto bardzo stare dziecko z ustami fauna leży przy piersi dziewczyny, marokańskiej Madonny, szesnastoletniej Madonny, trochę królowej Nefretete o chłopięcej szyi i bezczelnych ustach.
Wtedy z kąta wypłynęły dwie ryby o różowych, wypukłych i świecących oczach i znikły w ciemności. Zawieszone w spokoju, półśpiące, płaskie stworzenia wybuchły nagle fioletowym światłem, wykonały nerwowy tik i zapadły się w lekki piasek, który rozstąpił się pod nimi i pokrył je. Meduzy niebieskie i różowe kołysały się jak kwiaty o grubych i miękkich koronach. Kręgouste ryby, strzelające zielonymi, neonowymi światłami, płynęły sennie przez granatową, gęstą wodę. Ośmiornica wyblakła pełzła dookoła wzgórza korali.
Na samym dnie siedziała ona wśród gwiazd i wodorostów, z podkurczonymi nogami, pół bóg, pół zwierzę, podnosząc ciężkie złote powieki...

Nagle wstała (jego głowa upadła na dywan), podeszła do okna:
— Drań jesteś!
To były pierwsze słowa, które dziś wymówiła.
— Powiedziałeś chwilę temu, że zdychasz, że masz ochotę lizać ziemię. A gdy przyjechał stary ptak Rachmaninow mówiłeś to samo, gdy słyszałeś Landowską, starego ptaka, mówiłeś to samo, gdy czytałeś Montherlanta, to samo, gdy Anderson śpiewała Śmierć i dziewczynę...
Zaśmiała się.
Przyczołgał się do okna; leżąc na podłodze dotknął językiem jej stopy i mruczał:
— O, tak, Rachmaninow to jest stary ptak-orzeł, jego twarz, gdy grał, stałem przy estradzie, jest twarzą konającego, twoją twarzą tej chwili, gdy mówiłem do ciebie, słyszałem, jak dyszy i syczy, jak ty. I miałem ochotę wtedy, słusznie, i innym razem też, bogom za to dzięki, wyć, i wyłem, i teraz też, gdy liżę twoją nogę, gdy zlizuję z niej morską sól, należy próbować wszystko wargami, mieszać w sobie i ciebie, i to, gdy pewnego dnia pójdziesz, i Russela, i czarną Anderson, i brzuch mojego psa, i rzeczy, których nie znam, i wtedy...
Zobaczyła jego wywrócone oczy i połyskujące białka. Powiedziała:
— Jesteś komediant. Mimo to kocham cię.
— Jestem nim też.

— Leżymy jeszcze na dnie morza?
— Ja tak, a ty nie.
— Popatrz, woda jest intensywnie niebieska, cytrynowo-żółte światełka na czułku tej żabnicy, a tu ryba bez własnych świateł. Przechodzimy w gęsty kolor turkusowy, kałamarnica o bladoniebieskich i bladozielonych światłach.
— Przestań. Ty nie masz tak prawa mówić.
— Dlaczego?
W tej chwili zadzwonił telefon.
— Psia krew.
— Do cholery.
Telefon dzwonił długo, bardzo długo. Potem przestał.
— Oto ryba mająca tylko oświetlone zęby, a między nimi czarna przestrzeń, stada srebrnych ryb, ryby leżące we wnękach koralowych, latające mięczaki koloru starego złota...
— Przestań.
— Dlaczego?
— Bo ty nie leżysz na dnie morza.
Telefon zadzwonił znowu. Dzwonił długo, bardzo długo. Ale teraz nie chciał przestać.
— Wściekł się, czy co?
Emil powoli wstał. Rozmowa. Bardzo krótka. Wraca i mówi:
— To był telefon z kliniki. Coś się stało mojej matce.
Ubrał się i wybiegł. Ewa była przez sekundę jak sparaliżowana. Potem ubrała się też. Kręciła się przed kliniką jak dzikie zwierzę, uwiązane. Pamiętała tylko jodły z tamtej nocy.
Potem Emil zeszedł bardzo blady i uśmiechnął się:
— Moja mama umarła.
Kręcili się obydwoje jak dzikie zwierzęta, tam i z powrotem.
— Ojciec nic o tym nie wie jeszcze. Ten idiota lekarz dyżurny myśli, że będę od razu chciał popełnić samobójstwo. Ojciec przyjdzie tu za jakieś pół godziny. I to ja mu to muszę powiedzieć.
Milczenie. Chodzili coraz bardziej nerwowo, coraz bardziej zdyszani.
— Ja będę musiał powiedzieć: „Mama umarła”, chyba tak? Co?
Ona milczała.
— Chyba tak? Kiedy on wreszcie przyjdzie?
Wtedy ona wzięła go delikatnie za ramię i pocałowała w oczy. Wtedy na zakręcie ukazał się Filip z docentem neurologii (jeszcze) N. Rozmawiali o czymś zapalczywie. On rzucił się do nich jak biegacz na sto metrów. Zapamiętał rozbawiony wyraz oczu ojca, gdy docierał do nich. Potem:
— Przepraszam cię.
— Czy coś się...?
— Mama umarła.
I przerzuciwszy ten ciężar na ojca — uciekł. Usłyszał jeszcze za sobą zawstydzony głos Filipa:
— Przepraszam kolegę na chwilę...
— Chodź — zawołał do Ewy.
Nie był na pogrzebie i nie pokazał się trzy dni w domu.
— Zobaczyłem jakąś lalkę, która miała być poprzednio moją mamą. Miała ranę w sercu. Ten idiota myślał, że to skrzep, i próbował operować. Ale prędzej kollaps pooperacyjny.
Pauza.
— Mnie się wydaje, że ona wyjechała. Nikt, ale to nikt, nie może sobie zdać sprawy z czyjejś śmierci. Zrozumieć i odczuć, że jakiegoś człowieka nie ma, nie że odjechał albo coś takiego, że go nie ma, że nie istnieje więcej, a poprzednio istniał — to nie jest możliwe. Ja to zapomnę. Ale nigdy żadnej śmierci nie zrozumiem.
Wtedy nie płakał. I Ewa była zazdrosna, że nie płakał.

Jakaś młoda matka wżerała się w policzki swego rocznego dziecka. Potem zaczęła je bić po tyłku i biła je długo. A potem tyłek całowała i jadła. Bachor wrzeszczał. Matka ciągle jadła tyłek. (Emil patrzył na to z przerażeniem). A potem wrzuciła bachora do wózka i zaczęła — jak gdyby nigdy nic — rozmawiać z sąsiadką. (Emil zaczerwienił się ze wstydu). Bachor wrzeszczał. Matka zaczęła krzyczeć i znów bić po tyłku i tak ad infinitum.
Na pogrzebie matki Emila było mało osób, bo stosunek Filipa do pogrzebu odpowiadał stosunkowi Emila, tylko jemu nie wypadało. Dlatego stara praciotka z bocznej linii zaczepiła Emila w parku w trzy miesiące później i nudziła go. On czekał, jak prawie zwykle, na Ewę. Burczał, fukał, szczekał prawie na ciotkę, która była głuchawa. Gdy się ciotka w końcu zorientowała, powiedziała:
— Emilku, przyjdźcie do mnie z mamusią.
Wtedy Emil zrobił nieokreśloną minę i rozbeczał się. Powiedział przez łzy:
— Mama umarła.


Kraj, w którym nie ma Ewy

W kraju, gdzie nie było Ewy, duch unosił się nad wodami i niepokojem.
Uciekał przed niepokojem do mrocznej królikarni ojca, do klozetu — żyjącego w nim zawsze schronienia dzieciństwa, na samo dno najbliższych mu książek, na powałę pokoju, na brzuch swego psa, na wesołe słońce w wodotryskach.
I niepokój chodził za nim i był wszędzie: w półmroku królikarni, i w klozecie, i w książkach, i na powale, i w brzuchu psa, i w wodotryskach świecących w słońcu, i wszędzie widział szare, stojące wody.
Niepokój był bezprzedmiotowy, związany niejasno i magicznie z Ewą; czepiał się sprzętów, aby je rozdmuchać, i one rosły, puchły i dostawały erekcji, a duch unosił się wysoko ponad nimi, czujny i uważny, i skupiał mękę jak soczewka, i wpatrywał się w nią tak ostro i długo, aż czynił ją nie do zniesienia, aż się mała Golgota zaczynała palić.
I gdy opuszczał wreszcie kraj, w którym nie było Ewy — płakał.


Pewnego razu

Pewnego razu Emil mówił do Ewy, która miała brzydkie nogi w kostce:
— Jaka szkoda, że nie mogę tego wykładu przypisać mojemu Sokratesowi. Błędem jest, że kobiety o brzydkich nogach noszą długie suknie. Przeciwnie, powinny nosić krótsze od innych.
Uzasadnienie:

1.  Brzydkich nóg nie da się ukryć całkowicie. Wobec tego wada, którą mają brzydkie nogi, zostanie uzupełniona przez domysły, które przekraczają zazwyczaj wadę rzeczywistą.
2.  Ze względu na całość nogi zbyt gruba kostka może zostać skompensowana przez miłe kolana, przez jakąś ładną linię łydki... Poza tym S. I. Witkiewicz nazywa to napięciem kierunkowym w malarstwie, można domyślić się ładnych ud. Kobiety o zbyt grubych nogach w kostce wyglądają na plaży całkiem dobrze.

Można by tu zrobić dygresję do psychologii całości. Nie suma poszczególnych części składa się na całość, lecz całość dominuje nad częściami i rozpada się na nie. A ponieważ twoja całość...
Pewnego razu ona powiedziała do niego:
— Twoje wargi wyglądają jak pół owoce, pół zwierzęta.

Pewnego razu ona mówiła do niego:
— Opowiem ci, jak to było. Ciepło, nie za gorąco. On mnie nic nie obchodził, ten Otto. Po prostu nie miałam z kim pojechać kajakiem. Nie gniewasz się, że on cię przy tym zastąpił? Teraz jest wszystko w porządku. To nie jest ważne.
— A dlaczego się wykręcałaś od tego?
— Nie wiem sama. Po prostu to nie było ważne. Więc on się koło mnie położył i leżał. Zresztą, nie chciałam, może, może, żebyś ty się zajmował brudną robotą. Wstydziłam się. A jego nie. Po prostu on był jak przyrząd. I nic sobie wtedy z niego nie robiłam, ale byłam zadowolona. I on to zrobił bez prezerwatywy, zresztą mam już miesiączkę. Z początku nie mógł tam trafić, bo ja nic nie robiłam, aby mu ułatwić. Leżałam. I to wcale nie bolało. Pieczenie gorącej oliwy, ale nie bardzo. I krew. To wszystko.

Pewnego razu oni, a właściwie on, usuwał jej przed pójściem na plażę zbyteczne włosy na łydkach, mimo że to nie było potrzebne.

Pewnego razu powiedział do niej:
— Istnieje jeszcze rzecz, którą zataiłem przed tobą. Ta rzecz, ta osoba — nie jest z twojego świata (to była częściowo prawda).
Nazywała się Maryla. Kiedy moje mieszkanie stawało się nie do zniesienia i mój bechstein szczerzył do mnie klawiaturę jak trup, telefonowałem do niej i ona mówiła „przyjdź”, z wyjątkiem jednego razu (to była prawda). Była spokojna, silna, i miała ładne, mocne nogi, blond włosy, niebieskie oczy.
Więc ja telefonowałem do niej, mogła być nawet trzecia nad ranem: — Teraz przyjdę do ciebie. — Więc szedłem przez ciemne ulice, miałem głowę obolałą, miałem głowę pełną ciebie, myślałem, że zwariuję. Gdy tylko otwierała drzwi, wszystko opadało ze mnie. Cały niepokój. Po prostu robiło się we mnie cicho. Na stole leżał podręcznik fizyki — chodziła na uniwersytet — na stoliku nocnym tabliczka czekolady. Często byłem tak zmęczony, że w ubraniu zasypiałem. Rano, gdy budziłem się, nie było jej już. Na stoliku kakao w termosie i kartka: — Jestem tam i tam i o tej godzinie.
— Nie jestem zazdrosna o nią (to była prawda).
— Ona umarła na zapalenie płuc.

Pewnego razu ona powiedziała:
— Są słowa piosenki: „Jesienią miłość więdnie jak kwiat...”. To jest fałsz. Wiosną więdną stare miłości. (Była wiosna).

Pewnego razu przyszła do niego i on leżał nie bardzo chory w łóżku, miał lekką grypę, pachniał bardzo sobą i potem, był nieogolony (ciemne smugi), miał tłustą skórę.
Wtedy Ewa pierwszy raz chciała czegoś wyraźnie od niego i wśliznęła się do łóżka, nie pytając o jego zgodę; zgwałciła go po prostu.

Pewnego razu on pisał (ona leżała na piasku i opalała się): „Wodotryski tańczą w słońcu. Jestem zawieszony w świecie jak meduza w wodzie. Poruszam się leniwie i sennie, życie oddycha we mnie, zamykając mi oczy”.

Pewnego razu powiedział do niej:
— Kocham cię również dlatego, że jesteś w dziedzinie erotycznej — kimś.

Pewnego razu oglądała spermę na swoim brzuchu. Oglądała ją dokładnie. Potem powiedziała:
— Pokaż mi go.
Usiłował nie wziąć tego na serio.
— Musisz mi go pokazać.
Czuł się strasznie głupio, gdy ona uklękła między jego nogami i patrzyła tak, jak się ogląda preparat anatomiczny. Potem uniosła i oglądała jądra. Zamknął oczy ze wstydu.
— Komiczne — dodała — jak on się robi większy...

Pewnego razu ona telefonowała od niego do Stanisława, chirurga (Es).
On leżał w pokoju obok, tak że nie słyszał, co mówiła, za to słyszał, jak mówiła. To był ten sam głos, który słyszał przez telefon, gdy go prosiła kiedyś o przesunięcie tego spotkania. Tego spotkania, po którym nie mogła już od niego odejść.
Ta rozmowa. Ona mówiła wesoło, załamując głos, kokieteryjnie mizdrząc się, z jej dziwną, prostą kokieterią, która nie była uciekaniem, poufałość, tak, zwykła poufałość, mogło tak wyglądać, głęboka poufałość (czy sięgająca do samej pochwy?), to by jeszcze nic nie było, ale tam jest coś więcej, wysiłek straszny, aby to nazwać, nie potrzeba, już wiedział.
Gdy wróciła, zobaczyła go strasznie zmienionego, z kropelkami potu na górnej wardze.
— Co się stało?
On nie miał siły odpowiedzieć. Dopiero chwilę potem:
— Słyszałem ton twego głosu.
Wtedy ona spoważniała:
— Ach tak.

Pewnego razu przyniósł jej pocztówkę z widokiem gór (ogromny szczyt z kokieteryjną chmurką na czole). Pocztówka ta była z miejscowości, gdzie mieszkała Ela. Niewyrobiony, uczniowski charakter pisma:
„Ja ciągle czekam”.
Milczenie.
— O nikogo nie byłam zazdrosna, ale o nią jestem.
— To jest pocztówka z innej planety.

Pewnego razu powiedziała do niego:
— Jeszcze by tego brakowało, abyśmy się rozumieli.

Pewnego razu Ewa budzi Emila: Jest pół do ósmej rano. Mówi:
— Ala zgodziła się iść na plażę. Nareszcie będę wiedziała, jak jest zbudowana — i odchodzi.
Emil nie zapytał, Ewa nie powiedziała mu nic o wyniku oględzin.
Nie mówili o tym więcej.


Mój lud

Była wiosna i nie wiadomo, czy suknie dziewcząt były ciepłe od słońca, czy od ciała.
Była wiosna, „miłość więdnie jak kwiat”, i Ewa nie mogła opuścić Emila.
Dlaczego? Bo byli spętani wspólnymi sprawami jak kłębem lian i obrastały ich liany, i można było tylko tak: toporem jak przez dżunglę. Wrogie czy przyjazne — to nie znaczyło wiele: zaplątywali się w nie coraz bardziej.
Mimo wszystkich znajomych, bardziej lub mniej ciekawych, ona byłaby wygnana (jak Ewa z raju, z raju, gdzie można było wszystko mówić i to nie na wiatr), czułaby się samotna jak świerk na skraju skał.
Bo z samotnością jest jak z dziewictwem: jest się samotnym, samotnym i prawie nie odczuwa się tego. Gdy się zrozumie, choć na krótką chwilę, że można nie być samym — tama pękła. I Ewa nie mogłaby tak żyć, jak żyła przed poznaniem Emila.
I najważniejsze: byli z jednej rasy, z jednego plemienia, żyła w kazirodczym związku.
Po całej ziemi porozrzucany lud, który nie wie o sobie, lud głodny wiedzenia wszelkiej rzeczy, niespokojny i niepokojący, obłąkany i nawiedzający obłędem, lud, w którym tworzą się od dzieciństwa wyobrażenia mgliste, niekształtne, zamazane, wahające się i nic o nich nie można powiedzieć, i można o nich powiedzieć tylko, że są z samych głębin dzieciństwa wydobyte, a na nich osadzają się zmienne kształty stopniowo, z biegiem życia, i towarzyszące przez całe życie, zakryte, tak jak w czasach dzieciństwa, z którymi umiera się, nie umiejąc ich nazwać — które czasem, pewnego dnia, mówią: „Dzień dobry”.
I stało się: to było to.
Nie po to, aby był mężem lub żoną (ona raz jeden pomyślała o tym z przerażeniem), nie, aby był przyjacielem, nie, aby był bratem lub siostrą, lecz aby był w pobliżu, żeby go można dotykać, poznać, słuchać i mówić do niego.
I to jest mój lud.


Król Olch

Ewa czekała kwadrans. To się zdarzało bardzo rzadko i dlatego była niespokojna.
W końcu przyszedł z miną pokorną, zbyt pokorną.
— Dlaczego się spóźniłeś?
— Nie pocałuję cię, mimo że mi się chce okropnie, bo byś to uważała za podejrzane.
— Dowaliłeś się do jakiejś dziewczyny?
— Tak.
— Tego nie można było zrobić kiedy indziej?
— Nie, ona jest rzadko sama na ulicy i trudno ją spotkać.
— Pewno ktoś z mojej szkoły.
— Tak.
— Ala z IV A?
— Tak.
— Słuchaj, to jest głupia historia. Ona jest o trzy klasy niżej i nie jest na tyle inteligentna (on pokręcił głową) — powiedzmy... dorosła, aby to zrozumieć jak należy. Będzie plotkować na całą szkołę. Ona wie, że my chodzimy razem.
— Nie bój się. Już ja jej to wybiję z głowy.
— No, dobrze, na kiedy umówiłeś się?
— Na środę, na czwartą po południu. Wtedy kiedy ty ze Stanisławem.
— Ze Staszkiem.
— Ale należy go odróżnić od mojego brata.
— Jak chcesz. Mnie jest wszystko jedno.
Działo się to w okresie, gdy Emil zaczął wydobywać się ze swojej miłości jak z narkozy, jak półutopiony z wody, i nie można powiedzieć, żeby był bardzo przytomny. Nie znaczy to również, że kochał mniej Ewę.
Ale jego stosunek do niej stracił objawy choroby nerwowej, neurozy przymusu i strachu. Czuł się jak chory, który po rocznym pobycie w łóżku próbuje chodzić. Więc spróbował.
Była pewna czternastoipółletnia smarkula, która nazywała się Ala. Jej koleżanki opowiadały, że jest zarozumiała, że się puszcza, że jest anormalna, że udaje i zmyśla itd. To wystarczyło, aby się Emil nią zainteresował. Była w typie Ewy, ale przesadna w swojej rasowości, w nieludzkiej prawie linii nóg, elastyczności chodu, która byłaby na miejscu u klaczy, w gracji ruchów, które by były normalne u kotki, w typie twarzy, na który mogłyby sobie pozwolić (ostatecznie) królowa Berenike, dwunastoletnia prostytutka z Maroka lub św. Magdalena.
Emil napisał do niej list, możliwie podstępny, składający się z dwóch zdań, który by ją skłonił do przyjścia pewnego dnia o czwartej po południu na róg dwóch ulic.
Gdy przyszedł (16.05), ona oglądała wystawę sklepu, w której było duże lustro, tak że mogła widzieć, co się dzieje za nią. Był jeszcze daleko od niej, gdy obróciła się na pięcie i podeszła do niego krokiem dziewczynki, która nie bardzo chętnie wita się z wujem. Powiedziała:
— Dzień dobry — bardzo grzecznie i w tym samym stylu.
Ubrana w trencz zwisający luźno, bez beretu, włosy nie bardzo uczesane, gołe nogi.
Szli w stronę małego parku, niebo było szare: przygaszona, płaska pogoda wczesnego lata, sprzyjająca rozprzestrzenianiu się zapachów wilgotnych i chłodnych.
Mówili o głupstwach, ale on pomyślał, że będzie z nią bardzo trudna historia. Siedziała doskonale na swoich pozach (jak jeździec na koniu) i żonglowała nimi z przerażającą nieco łatwością; wytrącona z jednej, przeskakiwała natychmiast w drugą, która była tak samo nieprawdziwa lub prawdziwa jak poprzednia. Była w tym jakaś elementarna trudność dotarcia do tego, co można by nazwać „nią”.
Emil czuł się trochę tak jak byk, co z rozpędem uderza w czerwoną chustkę toreadora, za którą jest tylko powietrze. Czuł, że rozmowa półsłówkami, którą prowadzili, rozmowa półtonami, była grą wysokiej klasy. I ciągle trafiał na próżnię tam, gdzie, jak mu się wydawało, przed chwilą było na pewno ciało.
Ona broniła się bardzo swobodnie, wystawiała, jak tarcze, swoje wszystkie pozy, które on przebijał z rozmachem. Wtedy ona mówiła: — To jest, mój drogi, tylko tarcza z papieru, ja jestem zupełnie gdzie indziej. — Wydawało mu się, że dał się nabrać, że wygłupia się. Była w dalszym ciągu bardzo grzeczna, bardzo dziecinna.
Przeszli szybko na „ty”. Powiedział:
— Chodźmy do mnie.
— Chodźmy do ciebie. (Nie powiedziała mu jeszcze „nie”).
Powiesił jej płaszcz w przedpokoju. Ubrana była w prostą suknię dorastającej smarkuli.
Gdy tylko weszli do pokoju, usiadła na tapczanie. Zapalił małą lampkę. Podszedł do niej, chciał na nią popatrzeć z bliska, ale ona wstała i zaczęła obwąchiwać pokój, jak pies, który przychodzi do nowego mieszkania. Ocierała się lekko o ściany (myślał: zupełnie jak ja), potem poszła do łazienki. Słyszał, jak odkręca kurki, zakręca. Wróciła.
— Proszę cię, siedź spokojnie, ja muszę oglądnąć pokój.
— Jak długo to trwa u ciebie?
— Piętnaście minut.
Więc oglądała stosy papierów na stole, maszynę do pisania, przez 5 minut czytała Aretina (Jak Nana córkę swoją Pipę na kurtyzanę kształciła), potem, z powodu Magnusa Hirschfelda, zapytała, co to jest erekcja?, nie czekając na odpowiedź (bełkotał coś), zaczęła bardzo uważnie przeglądać książkę Eddingtona (— co to są neutrony?), odłożyła książki na miejsce, przejechała wierzchem dłoni po klawiaturze fortepianu i wróciła na miejsce.
Leżał na tapczanie. Patrzył na nią, jak się patrzy na zwierzęta w ogrodzie zoologicznym, jak się ruszają? i wydawało mu się, tak jak w ogrodzie zoologicznym, że ruchy jej są dziwnie obce i pociągające, że nie są ruchami człowieka.
Mruknęła długo: — Hmmm...
Wtedy postanowił, że ją weźmie za ramię, pochyli lekko, tak żeby jej twarz znalazła się pod jego twarzą. To był rodzaj ruchów, które są równocześnie postanowieniami, i każdy ruch zawiera w sobie nabój: wykonanie następnego; seria małych skoków i nigdy nie wiadomo, jaki będzie ostatni.
Czuł, że ona poddaje się bez oporu, że pochyla się w tył, tak jakby wszystko było umówione, i gdy zobaczył jej twarz pod swoją twarzą, powiedziała:
— Teraz muszę ci coś zadeklamować.
— Coo musisz?
Powtórzyła:
— Teraz muszę ci coś zadeklamować. Potem mnie pocałujesz.
Przypomniał sobie, że jej koleżanki opowiadały mu o jej pretensjach aktorskich. O to chodzi.
— Jeśli koniecznie chcesz...
— Koniecznie chcę.
Wzruszył ramionami. Opierała się na jego udach. (On leżał, ona siedząc, pochyliła się w tył). Pomyślał, że to będzie nieznośnie patetyczne i sentymentalne. Dodała:
— Tylko jedną rzecz: Króla Olch Goethego po niemiecku.

Rok temu słyszał w Wiedniu, jak to deklamował Werner Kraus; z tego trudno wydobyć coś nowego.
— Czy umiesz dobrze po niemiecku?
— Moja matka jest wiedenką.
— A więc dobrze.
To było powiedziane takim tonem, że powinno jej się było wielu rzeczy odechcieć. Ale ona była uparta. Podeszła do fortepianu. Ręce opuszczone równo wzdłuż tułowia, stopy lekko zwrócone do środka: uczennica na imprezie szkolnej w dniu święta narodowego. Teraz zaczęła się bardzo dziwna rzecz.
Doznał wrażenia, że wrasta w kanapę. Usłyszał pierwsze wiersze, tętniące, sprężyste, napinające się jak łuki, jak grzbiet biegnącego konia. Nie było w tym ani trochę patosu, ani rutyny; była pewność lunatyka chodzącego po rynnie, prostota dziecka, które widzi rzeczy niewidzialne, była zwyczajność i ciężar zdarzeń Starego Testamentu, która jest również wyrafinowaniem. Podczas tych kilku sekund szukał gorączkowo potknięcia się, rysy. Czekał, aż wiersz rozpadnie się i rozmaże, wtedy, gdy woła dziecko, gdy odpowiada ojciec, gdy tak trudno jest utrzymać tętniący rytm. Krzyczało dziecko w gorączce i mówił ojciec, i ich słowa posiekane były brakiem oddechu, zdyszaniem, gorączkowym biegiem przez noc, rytmicznym uginaniem się grzbietu konia, zagłuszone wiatrem w nieustających, sprężystych podrzutach wiersza, w które wplątany był, ciągnący się i długi, jak biały welon, głos Króla.
I wydało mu się, że to nie mówi ona: jak na seansach spirytystycznych z ust medium wydobywa się czasem obcy głos. Odczuwał to tym silniej, że deklamowała w języku, którym nie mówił z nią nigdy.
Przypomniała mu się z siłą i wyrazistością historia pana Peperkorna z Czarodziejskiej góry, który uważał, że jest organem weselnym Pana Boga. I wydawało mu się nagle, że ona jest także organem Pana Boga, nieco innym wprawdzie, ale dziwnym organem.
Gdy powiedziała prosto i nieodwołalnie, i jakże niespodziewanie, że dziecko umarło, „das Kind war tot” — był zupełnie wyczerpany.
Siedziała koło niego na kanapie i mówiła głosem dziewczynki (ostatecznie miała 14 i pół lat):
— Podobało ci się?
Po chwili dopiero odpowiedział:
— Przepraszam cię na chwilę — i wyszedł.
Poszedł do łazienki, gdzie przekonywał siebie przez chwilę, że jest głupi. Potem: — Ostatecznie nic się nie stało. Tam siedzi smarkula i... Mimo wszystko jest to rzecz dostatecznie nadzwyczajna, że gdyby ją opisać, to wyszedłby kicz. To było na pewno lepsze niż Werner Krauss, albo ja jestem wariat. W pokoju wtedy działo się coś. Za długo już siedzę.
Wrócił. Stracił całą ochotę na nią. Bał się jej, mimo że była naprawdę grzeczna.
— Wyjdziemy trochę.
— Wyjdziemy.
W przedpokoju zauważył, że pada deszcz.
— Mam tu kapelusz jednej mojej znajomej. (Był to kapelusz Ewy).
— Weźmiesz go?
— Wezmę.
Przez pięć minut nie mógł znaleźć w szafie kapelusza. Gdy go znalazł w końcu, włożyła go tak, jak gdyby od dwóch miesięcy był jej kapeluszem.
Na ulicy ulewa. Ona wsunęła mu rękę pod ramię ruchem łagodnym i zdecydowanym. Płynęli od latarni do latarni. Na pewnym rogu wiatr wyskoczył na nich jak zły pies.
— Czyja fotografia stoi na fortepianie?
W tej chwili przypomniał sobie, że deklamując (i to jak), zerkała cały czas na fortepian.
— Właścicielki kapelusza, który nosisz.
— Kochasz ją?
— Tak.
Znów wiatr i deszcz prosto w twarz. Zaprowadził ją w okolice starego klasztoru, gdzie huczały w górze stare drzewa jak pociąg przejeżdżający przez most. Olbrzymie, chwiejące się kraty, zielonkawe, odległe światło. Pozwoliła się łaskawie pocałować, patrząc na latarnię. Zrobił to na złość sobie, bez przyjemności, na złość jej; wiedział, że ona czuje i wie, jak dalece nie sprawia mu to przyjemności.
Z rękami w kieszeni, patrząc w górę, ona mówi:
— No, dosyć komedii.
— Wszystko dotychczas było serią komedii.
— Tak, ale komedii dość nudnych. W tym miejscu całuje mnie już ósmy chłopak. Wracamy.
Więc wrócili. Szli obok siebie w milczeniu. To była z jej strony poza może, która się mogła stać decyzją na serio, albo decyzja na serio, która mogła przejść w pozę; to wszystko jedno zresztą. On wiedział o tym i myślał:
— Jednym jedynym słowem mogę zepsuć wszystko. Jeden ruch ręki i przegrałem. Wiem, że ona teraz pójdzie do domu, jeśli ja czegoś nie zrobię. I wtedy to, co jest teraz grą, stanie się nieodwołalnie naprawdę. To będzie pierwsza i ostatnia rzecz, która będzie „nią”. Czuł idealną pustkę w głowie, jak zwykle wtedy gdy zdawał sobie sprawę, że musi coś wymyślić.
W pewnym momencie ona stanęła i zdjęła kapelusz z głowy.
— Masz tu ten twój kapelusz.
Deszcz spływał jej strugami po twarzy.
— Nie musisz mnie odprowadzać...
Wtedy on odpowiedział najlepszym i najswobodniejszym ze swoich głosów:
— Możesz go już włożyć z powrotem. To było dobrze zagrane. Początek, to znaczy scena koło krat, była słabsza.
Błyskawica przeszła przez jej twarz... Wymówiła wolno, głosem uczennicy:
— Naprawdę, było dobrze zagrane?
Całował ją z ulgą w mokre wargi, w mokrą szyję, gdzie parowała skóra, gdzie była cieplejsza i bardziej sobą.
— Pójdziemy do mnie.
Skinęła głową.
Płynęli znów od latarni do latarni. „Nie wymyśliłem tego, co powiedziałem przed chwilą. Wytrysnęło ze mnie samo jak sperma. I to było jedyne zdanie, które należało powiedzieć; było niezamienne”.
W przedpokoju okazało się, że jest zupełnie przemoczona. Zdjęła szybko buty, potem suknię, którą wykręcali w łazience i rozwiesili na jakimś sznurze. Szczękała zębami, prychała, wycierając się ręcznikiem, w jego pantoflach wyglądała jak kot w butach. Była nie bardzo ubrana, i poruszała się tak, jak gdyby była na plaży. Weszła do pokoju i prosto na tapczan. Okazało się, że jej kombinacja jest o wiele bardziej elegancka niż suknia.
— Wyjmij mi grzebień z kieszeni płaszcza. (Nie miała torebki).
Podał jej grzebień. Była stanowczo za ładna i za dobrze deklamowała. To nie były nogi żywej dziewczyny. To ciało było zbyt ładne, aby było prawdziwe. To był zły obraz, kicz. Nie była ani trochę ordynarna, ani trochę nieprzyzwoita. Nie było w niej nic z pornografii, nic z kokoty („Jaka szkoda...”). Była zupełnie nierzeczywista. Niesłychana i nieprawdopodobna. Siedziała półnaga na tapczanie i czesała się. Potem powiedziała:
— Chodź już.
Oglądał jej skórę z bliska, oglądał ją wargami, promieniowało od niej ciepło zwierzęcia, które śpi.
I wtem zauważył, że zachowuje się jak lalka, jakby to jej nie dotyczyło: pani u masażysty. Oczy utkwione w powałę, twarz azjatycka, bez wyrazu, nieludzka.
Powiedziała szeptem:
— Będę udawała trupa.
Wtedy urwało się coś w nim.
— Ala, proszę cię, ubierz się — i pogłaskał ją po włosach.
Pomagał jej zapiąć biustonosz. Dał jej suknię, która nie była jej suknią. (Tamtą zapakował w gazetę). Miała taką minę, jakby jej pożyczał książkę. Wydawało mu się, że jest martwy. Odprowadził ją do drzwi.
Przy drzwiach powiedziała głosem smutnym i łobuzerskim:
— Szkoda, że jesteś cielę.
I wyszła.
Wrócił do pokoju. Usiadł przy fortepianie i popatrzył na fotografię Ewy, którą kochał, i na leżący obok jej mokry kapelusz.


Samo się myśli

Ewa leży, ma trochę gorączki: 37,8.
„Trzeba spróbować samej pojechać na wakacje. Teraz w góry. Dotąd ciągle było morze.
Szkoda, że nie umiem pływać. Całować się pod wodą.
Dlaczego oddałaś się temu grubasowi? Dlaczego u kobiet wyrażenie «oddałam»? Przecież mu nic nie dałam. Nic.
Pojechaliście kajakiem w górę rzeki. Trawa była wysoka jak zboże. Miękka. Słońce.
A z tym fotografem. Tamta historia. Robiłam z nim to. Nie z nim, a z każdym. Kto by był na jego miejscu. Bo było słońce i trawa.
Emil ma stosunkowo małego. Ale on umie pieścić. Trzeba zaciskać zęby, jak chucha na wnętrze ud. Przyjemnie. Przyjemnie jest go brać do ręki. Nie wiedziałam.
Witek: zamknij oczy, kiedy zamykał drzwi. Śmiesznie wygląda się nago ze stojącym.
Sam stosunek prawdziwy nie sprawia ci przyjemności. Przyjemność psychiczna.
Jak ten grubas był zdjęty nabożnym strachem. Że cię pozbawił dziewictwa niby. Ch! jak on się nazywał?
Ten fotograf jest garbus. A właśnie może dlatego? Dałaś się sfotografować nago. Nie wiem, co cię pchało. Zdjęcia wypadły ślicznie.
Jedno stoi na fortepianie Emila. Powiększone. Ucięte.
Ludzie chodzili podczas tego, gdy się rozbierałaś. Nie rozumiem. On się kręcił, ten garbus, dookoła mnie.
Emil mi kazał zaraz sobie dać kliszę. On mówi, że z tej można zrobić inną.
A jednak miałam tremę przed powiedzeniem Emilowi z tym grubasem. Otto. Otto się nazywał ten grubas.
Nie wiem, czy mogłabym się obyć bez niego. Co innego wiele innych rzeczy i on. Jednak potrafiłabyś.
Emil mówi, że będą z tego sprzedawali fotografie pornograficzne. Emil obraził się potem i nie chciał przez cały tydzień. Ale ty uwiodłaś go dla satysfakcji. Najbardziej ordynarnymi i prymitywnymi.
Stoi na fortepianie. Ch! Gdy miałam trzynaście lat: «Lampka się pali u ciebie w kieszeni. Jest taka ciepła». A to było to.
Trzeba będzie samej wyjechać na wakacje. Widziałam w kinie góry. Wycieczki. Z kim? Właśnie to jest przyjemne. Najpierw trzeba będzie powiedzieć mamie.
Mama niech nie udaje świętej. To komiczne, że mama miała siedemnaście lat. I myślała. Jak myślała?
Łechtaczka. Tak to się nazywa. Śmierć i łechtaczka. Ch! Ty szczękasz zębami. To jest nienormalne. Dałabyś się zgwałcić przez dziesięciu z nich, tylko o tym nie myśleć.
Żeby tu był Emil. Żeby wszedł przez okno. Ale on posyła tylko kwiaty. (Przewraca wazon).
Tchórz. Mógłby przyjść. Ja mogę do niego przychodzić. Stróżka obserwuje mnie już. Nie potrzebuję go.
Zresztą on tu nie może przyjść. Tak mu powiedziałam. No to co? NO TO CO?
Zapadanie się w czarną dziurę. Jak studnia. Zapadanie się miękkie. Jak przy lądowaniu samolotu. Czy śmierć jest miękka? Prawdopodobnie.
Jak umrę? Chciałabym na łące. Bardzo chciałabym. Emil mówi, że to wszystko jedno. Wcale nie.
Już przeszło. Jak Emil komicznie się zachowywał, gdy mu powiedziałam o łące. O grubasie.
Przedtem mówiłam: «Proszę cię, jeszcze nie, teraz nie». Emilowi. Gdyby to zrobił, nie miałabym pretensji.
Potem zachowywał się całkiem zwyczajnie. Po grubasie. Nie całkiem. Dlatego go lubię.
Niemożliwie się zachowuje. Wykładam mu dziesięć razy dziennie, jak się ma zachowywać. On nic.
To komiczne, że wszedł do mnie. Nie spodziewałam się tego. Wszedł pomału, pomału. Śmieszne. Dziwne.
Emil jest jak dziecko. Wszystko bierze dosłownie. Jak nie, to nie. Jak tak, to tak. Wcale nie. Tylko wobec mnie.
Lubię go. Czy kocham? Może gdyby się inaczej zachowywał. Ale on nie może, dlatego że ja go nie kocham.
Onanizowałam się na próbę. Niepokoi mnie, że wyobrażam sobie przy tym co innego. Koleżanki mi opowiadały. Chłopca, który pisia. Na przykład. Widziałam go, jak miałam sześć lat. Zrobiło na mnie wrażenie. Dlaczego? Chuj z nim.
Ktoś goni po przedpokoju. Uciekaj. Już nigdy. Nigdy. Tak przyjemnie. Wstrętnie i przyjemnie. Najbardziej pociągające.
Jak się w klo pali papierosa i równocześnie sra. Z tych wrażeń żadne nie robi specjalnej przyjemności. A jednak razem dają trzecie”.
— Ala, nie spodziewałam się ciebie.
Ala weszła do pokoju z bukietem kwiatów.
— To ode mnie. A od Emila pozdrowienia.
Jak zwykle mówiła całym ciałem. Nie potrzebowała wyrazów. Robiły wrażenie zbytecznego dodatku.
— Co robisz, mała? Co robią twoje włosy, nogi...?
Zakręciła się tak, że jej plisowana spódniczka podniosła się do ud.
— Wyrzucono mnie znów ze szkoły.
— Za co?
— Nie wiem za co.
— Mają tak dużo powodów, by cię wyrzucać?
— Tak.
Siadła.
— Co zrobisz?
— Nic.
Miała komiczne wargi, górną wysuniętą nad dolną. Opuściła włosy gwałtownie, tak że zakryły jej twarz. Siedziała na stołku w pozycji prawie akrobatycznej, nogami nie dotykając ziemi, jedna ręka oparta o krzesło, druga wyrzucona w tył. Równocześnie nic sztucznego.
— Kazali twojej mamie przyjść?
— Moja mama nie pójdzie.
— Mówmy o czymś innym. Czy przysłał cię tu Emil?
— Tak.
— Z tobą jest bardzo trudno mówić. Twierdzą, że ze mną też. Ale nie ma porównania. Proszę cię, zrób sarenkę.
Ala zrobiła sarenkę. Zrobiła na dwóch nogach, to wcale nie przeszkadzało, i już ja, Leo, nie potrafię tutaj nic dodać, poza tym: niesłychana delikatność, kruchość, świeżość ruchów: sarenka, chodząca na dwóch nogach, ze zgiętymi przednimi łapkami, obracająca głowę za powiewem wiatru, nerwowa strasznie, za najmniejszym szelestem drgająca całym ciałem.
— Ty musisz się Emilowi podobać.
— Podobam się. Ale on cię kocha.
Po chwili:
— No, pa.
— Hallo! Próbowałaś grać Kleopatrę Shawa?
— Próbowałam.
I „pa“ z daleka.
„Nie ma. Nie ma. Czy mogłabym odstąpić Emila? Tak. Nie. Raczej tak.
Czy on Alę? Sobie nie zdaję sprawy, że ona w tym samym pokoju co ja. «Nie masz pojęcia, jak się ona komicznie kula po tapczanie». Albo udajesz, albo cię to nie obchodzi. Chyba udajesz, moja kochana. Moje łabędziątko. Moja myszko kanadyjska.
Emil i ty. Dwoje narcyzów między sobą. Ale ty mniej niż Emil. Za to ty — kurwy, odjazd, mężczyźni. Odjazd gdziekolwiek.
Zmiana. I śmierć. Ja wiem, że to ze śmiercią jest anormalne.
Ale proszę cię, Boże, jeśli istniejesz, jakikolwiek tam istniejesz, uroczyście, nawet bardzo, przestań z tą ironią skierowaną do siebie, proszę cię, nie pozwól mi przestać czuć intensywnie, choćby to miało boleć nie wiem jak. Nie pozwól mi — tak jak innym ludziom po dwudziestce — stępieć, zrozsądnieć, opanować się, skostnieć, czy jak się to tam nazywa.
Nie pozwól mi. Nie daj mi nigdy spokoju, bo spokój to śmierć. Nie daj.
Nie daj mi znormalnieć, bo to jest śmierć. Nie daj...”
Tak opadała coraz wolniej z rozmowy ze sobą do wyobrażeń, i potem niżej — do krajobrazów, i potem jeszcze niżej.
Stoi mały ołtarzyk. Przy nim jest klęcznik. W ołtarzyku, wśród polnych kwiatów, wisi fotografia Ewy. Ta sama co u Emila na fortepianie. Na klęczniku Ewa, z oczami zwróconymi na Ewę, tę na fotografii, i mówi: — Nie daj, nie daj. — W tej chwili śmieje się i w tej chwili wzbija się rakieta. Przypłynęło skądś miasto, które jest lunaparkiem. Czarodzieje wskrzeszają umarłych, którzy odjeżdżają, leżąc, jeden obok drugiego, na ruchomej taśmie. U jednego zobaczyła erekcję. Stanisław. Cholera, dlaczego on? U Stanisława zobaczyła erekcję i wtedy druga rakieta wzbiła się w górę.
Miasto rozprysnęło się. Różne odcienie barwy fioletowej, zapadające się, na ich tle wędrująca ukośna, różowoperłowa barwa, niebo białe, jednolicie pochmurne, zapadanie się.
Opadając, dzieli się, jak komórka się dzieli; dzieląc się, odłącza się od siebie, powiela się jak przez dwa lustra, zaludnia się przestrzeń (?) rozpadłymi, z których każda jest taka sama w momencie podziału, a inna w chwilę potem. Każda szepce, krzyczy, mówi co innego, i mieszają się ich głosy, jak gwar tłumu. (... jeziora w górach, o... kurwa twoja w dupę... on jest przyjemny... zaraz, 2x + 4y bądź rozsądna...) Faluje, podnosi się, opada, podnosi się i opada, pieni się, gotuje, przypływa i odpływa, przypływa i odpływa, znów spokój. Czuje wieloma duszami, każda co innego, każda inaczej. Potem wszystkie opadają na wspólne dno (oprócz tych które zawieruszyły się w górnych rejonach albo chciały tam zostać), spokój, spokój.
Wtedy gra na flecie:

Jest olbrzymi kot o niebieskich oczach, który wędruje wśród miasta z czaszek. Jest fala samotna. Na pomnik sławnego człowieka, na jego głowę kakają niebieskie gołębie. Są dzwony w wiejskim kościele. Zmierzch, gwiazdy opływające krwią, gwiazdy kapiące jak krople wody. Jest faun przerażony, którego wciągają na salę dancingową. Są góry niebieskie, nad którymi kołyszą się ibisy. Jeziora w górach, o czarnych wodach jak oczy. Czyje?


We troje

Filip widział czasem wchodzącą albo wychodzącą Ewę i lubił ją.
Często stał z dziecinną miną i podglądał przez dziurkę od klucza, która wychodziła na przedpokój, jak Emil podawał jej płaszcz. Był krótkowzroczny i widział tylko jej ruchy, i to wystarczało. Słyszał jej słowa i, być może, w zamazanym kształcie, który mógł sobie urabiać, jak chciał, domyślał się niesłychanego uroku. Z tego powodu może zaprosił uroczyście Ewę i Emila na kolację.
Na płaszczyznę kolacji zjechał w trzy kwadranse przed kolacją. (!) poszedł do jadalni, aby upewnić się, czy będzie miał krzesło z niepołamanymi sprężynami. Poza tym mógł jeść śledzia, ile chciał, i cieszył się z tego. Precz z kasą ogniotrwałą!
U Joanny, już dużo przedtem, zasięgnął informacji o jej kuzynce. (Joanna była dyskretna, jak powinien być lekarz). Włożył czarne ubranie, w którym chodził na posiedzenia Akademii, i namyślał się, czy nie włożyć sztywnego kołnierzyka, ale nie zrobił tego. Przygotował swoje niebieskie, świdrujące oczy.
Nie jedli przy dużym stole, lecz przy stoliku w trójkę. Emil i Ewa czekali już na Filipa. Ten chodził po swoim pokoju tam i z powrotem, już ubrany kompletnie, ale miał tremę; bał się wejść.
Ten człowiek — posiadający wszystkie rodzaje odwagi, od seksualnej do czysto wojskowej, stary wyga w rozmowach z kobietami, któremu pewnego razu wyskoczyło ramię ze stawu (miał to od dzieciństwa) przy robieniu zastrzyku dożylnego pacjentowi i robił go dalej, aż nie skończył (potem zemdlał) — odczuwał niepokój. (Odczuwał również niezrozumiały strach przed szczekaniem psa, choćby on był w mieszkaniu, a pies na ulicy, ale to nie było to. Dlatego nie kupiono Emilowi psa, gdy był mały).
Potem trema opadła tak, jak opada zasłona, i Filip — z pięciominutowym opóźnieniem — wszedł do jadalni.
Najpierw zamierzał krótko prześwidrować Ewę, a potem zmienił zamiar. Zobaczył twarz Joanny (kuzynki były do siebie podobne), ale zmienioną niesłychanie. Joanna, gdyby umierała w szesnastym roku życia, w godzinie śmierci mogłaby tak wyglądać. Niesłychanie delikatna twarz, rysy jakby się miały zaraz rozpłynąć, jakby cudem trzymały się razem, twarz, składająca się z samych sprzeczności.
Przedstawił się i patrzył na nią długo, i żałował, że nie jest w wieku Emila. Potem, milcząc, podeszli do stolika, potem Filip rozbłysnął na nieco staroświecki sposób, ale całkiem interesująco.
O godzinie jedenastej odprowadzał Emil Ewę do domu.
— Twój ojciec mi się podoba — powiedziała.
— Co znaczy „podoba“? — spytał nieostrożnie.
W niej siedział zawsze jakiś diabeł:
— To znaczy, że mogłabym z nim. Nie wiesz, że młodym dziewczętom podobają się starsi, siwi panowie?
On był niepoprawny. Czym bardziej mówił na serio i denerwował się, tym ona mówiła też bardziej na serio i myślała na serio o rzeczach, o których by nigdy przedtem poważnie nie pomyślała.
— Mimo że Filip jest moim ojcem?
— Mimo że Filip jest twoim ojcem.
Słowo „Filip” w jej ustach. Tak jakby on miał na to monopol.
— To weź go sobie. On cię bardzo lubi. I to wszystko z jego strony na serio.
— Jak śmiesz... Jak śmiesz tak mówić.
On w tej chwili zrozumiał (nagle), że ona z niego żartowała, przynajmniej z początku, i tłukł się po głowie, i beczał, i przepraszał, i pełzał po ziemi (psychicznie), i rozdzierał szaty (psychicznie).
Ona nie odzywała się do niego już, a on był, jak zwykle:

1)  nadwrażliwy na jej punkcie;
2)  gdy już się znalazł w tego rodzaju sytuacji, to brnął coraz dalej;
3)  coitus interruptus.

Więc im więcej mówił, tym ona się bardziej zacinała, jak zabawka mechaniczna, jak człowiek, który jest sparaliżowany, tak że naprawdę nie mogła się więcej przeprosić. I męczyli się nawzajem tego wieczora jeszcze trzy godziny.
I w końcu ona, jak zwykle, nie wiedziała, o co poszło, i jak zwykle, miała jeszcze zrobić matematykę, i jak zwykłe prosiła go, aby on ją już puścił.

— Ja wiem, że mnie strasznie wymęczyłeś jakąś historią i że powinnam się na ciebie gniewać, ale nie mam siły. Może jutro będę miała.


Joanna IV

Pokój Joanny był nieduży, lecz bardzo przyjemny; naprawdę.
Kwadratowy prawie tapczan, najrozmaitsze stopnie światła sztucznego i dziennego, dużo luster, w niszy — pianino. Naprawdę bardzo przyjemny.
Gdy Emil wszedł, ona czytała Lothara Romancę F-dur.
— To jest inteligentnie napisana książka — zauważył, a Joanna zaczerwieniła się, bo właśnie pod wpływem tej książki zaczęła pisać pamiętnik.
On przyjrzał się jej dokładnie: to była twarz Ewy, tylko utrwalona jakby, ustalona, z dokładnie wyrzeźbionymi rysami i nieco, nieco brzydsza, a raczej zbyt jednoznaczna, a to „nieco” — to była przepaść.
— Przyszedłem do ciebie w sprawie Ewy.
— A kiedy przychodzisz w innej sprawie?
— Chciałabyś, żebym przychodził w innej?
W odpowiedzi wzruszenie ramion.
— Czy mogłabyś mi wymienić wszystkich członków rodziny Ewy, którzy byli... powiedzmy, szczególni. Nie chciałbym używać innego wyrażenia. I opowiedzieć, pod jakim względem tacy byli. Interesują mnie zwłaszcza dziadkowie i rodzice.
— O dziadkach wiem mało. Krąży po rodzinie pogłoska, że jak dziadek miał się ożenić, to do swojej narzeczonej, która mieszkała w innym mieście, napisał: „Nie mogę wyjść za ciebie za mąż, bo pod podłogą Akademii Umiejętności leży gówno”.
— I co było z nim dalej?
— No, ożenił się. Bzik minął. Zresztą nie wiem.
„Skłonności interseksualne plus schizofrenia”.
— A z czyjej strony był to dziadek: matki czy ojca?
— Matki. Brat dziadka ze strony ojca popełnił, zdaje się, samobójstwo.
— Jak?
— Wiesz, teraz sobie przypomniałam. Zdjął dzwonek z budzika, takiego dużego, kuchennego budzika i uwiązał u części, która się odkręca przy dzwonieniu, sznurek. Drugi jego koniec przymocował do kurka gazowego. Obstawił budzik tomami encyklopedii Brockhausa, nastawił na dzwonienie, wziął trzy tabletki weronalu i położył się spać. A budzik już sam otworzył kurek od gazu.
„Ale to musiał być typ... ”
— Dalsi.
— Z obecnie żyjących to wiem coś jeszcze o ciotce Ewy, Mirze (naprawdę to ona nazywa się chyba Franciszka). Jest tancerką. Objechała pół świata, ale to jej nie wystarcza. Ona nie jeździ dla tańczenia, ona jeździ dla zmiany miejsca.
— A jak ci się zdaje, dlaczego mi Ewa o tym nie powiedziała?
— Po prostu zapomniała. Tak sądzę.
— Więcej nic sobie nie przypominasz?
— Nic.
Emil położył się na tapczanie.
— A teraz ja chciałam spytać o coś: co robi Janek?
— Nie przychodzi do ciebie więcej?
— Nie.
— Wiesz, że ja nie wiem, co on robi. Widziałem go z jakąś rudą dziewczyną na koncercie Hoffmana. Potem wygłupialiśmy się razem. Ta ruda dziewczyna — bardzo blada i ładna — szła o sto metrów przed nami i udawała prostytutkę. Starszy pan w futrze i meloniku krążył dookoła niej, a myśmy tak chodzili, że płoszyliśmy tego starszego pana, gdy ją chciał zaczepić. Stary był zrozpaczony.
— Tę rudą widziałam. Ale czy ty myślisz, że nie ma nic między Ewą i Jankiem?
— Nie... nie myślałem o tym.
Nagle ucieszył się. „Zresztą Ewa wszystko mi mówi”. Zaczerwienił się. „Czym bardziej przykre, tym dokładniej”.
— Ja też nie wiem. Tylko pytałam. Bo Janek jest świnia.
— Wiem o tym. Urocza świnia.
„A Ewa by to zrobiła z przyjemnością. To wszystko by było dla mnie wyjątkowo przykre. Nie wiem właściwie, dlaczego tego nie zrobili“.
Emil oparł się o poduszki. Na tapczanie można było leżeć we wszystkich kierunkach: kręcić się dookoła własnej osi w pozycji poziomej. Poprosił ją o papier, na którym napisał: — Poszukać w „Acta Psychologica” Szondi: Analysis of Marriage 38 r. (?)
— Czy to prawda, że jesteś taka dyskretna?
— Tak mówią.
— Jak tak mówią, to opinia zobowiązuje. Więc dobrze.

I był już teraz spokojny.


Zemsta

Błogosławiony ten, który przyzwolił
na wszystko złe...

Signor Santo Barochiah

Emil czytał Ksenofonta Wspomnienia o Sokratesie:
„...Oczywistym więc jest, że gdybyś naukę swoją uważał za mającą wartość, to wymagałbyś za nią wynagrodzenia... nie mniejszego od jej wartości. Sprawiedliwym zatem może jesteś, ponieważ nie oszukujesz gwoli chciwości, ale bynajmniej nie mądrym, gdyż posiadasz znajomość rzeczy, niemających żadnych wartości”.
W tym miejscu odłożył książkę na tapczan (zawsze czytał, leżąc) i zanotował:
„SOKRATES: Co porabiają u ciebie moje myśli, Platonie?
PLATON: Są owinięte w dzieła, które piszę.
SOKRATES: Czy aby nie spleśniały?
PLATON (patrząc w ziemię): Nie potrafię tego stwierdzić. Nie wszystko bowiem mówisz przy mnie i nie zawsze nadążam z moimi tabliczkami: (Zmieszany) Dlaczego sam nie piszesz swoich myśli?
SOKRATES: Ooo, rozmowa poważna... Powiedziałem już: bo nie umiem pisać.
PLATON: Tego nie mówisz na serio, Sokratesie. (Po chwili). Zapewne nie zaliczasz się do nieśmiertelnych?
SOKRATES: Skąd taka myśl? Pewnie, że nie.
PLATON (kurcząc się): Po twoim zgonie, oby nastąpił jak najpóźniej, będę w twoje usta wkładał słowa, których nie powiedziałeś nigdy.
SOKRATES: Do stu kurtyzan, które nieczysto pachną! (Targa sobie brodę, żuje ją, targa znów). Niech cię Hades pochłonie! O, dobra, dobra Ksantypo. (Pomału uspokaja się; potem ze słodką ironią). Powiedz mi, Platonie, wytłumacz, z jakich powodów spisujesz słowa, które powiedziałem? Czy po to, aby rozmowy nasze, gdy przechadzamy się wszyscy o zmierzchu, czy w nocy pośród drzew, gdy głowa kręci się i pali, a rozmowa szumi, jak najlepsze wino, i nurza się w winie, uczynić rzeczą odstręczającą? Czy też po to, aby gawędy nasze, prowadzone w takt leniwych i rytmicznych kroków, swobodnie jak piana, która się tworzy i znika na sennej wodzie, uczynić rzemiosłem ciężkim i trudnym?
PLATON milczy, SOKRATES, z zamkniętymi oczami kiwa głową na kształt wahadła.
SOKRATES: Powiedz mi lepiej, Platonie, o czym plotkują na mieście, chociaż ty tak się nadajesz do tego jak... jak... Nie chcę cię obrażać, Platonie“.
Wtem weszła Ewa i usiadła na tapczanie. Nie przywitała się.
Chciał ją wziąć za rękę, ale ją cofnęła. Miała twarz niezwykle nieruchomą.
— Czy coś się stało?
— Chcę, abyś przyszedł do mnie.
— Zostanę zjedzony przez twojego papę i ty też. — Uważał to raczej za życzenie niż za propozycję.
— Mój ojciec będzie w sklepie.
— A mama?
— Mama jest u wariatów.
— Kucharka?
— Ma dziś wychodne.
— Liza?
— Wyślę ją do koleżanki.
— Więc ty to myślisz naprawdę? Mieszkańcy twojego domu mają przecież ogromne uszy i oczy.
— Nie pójdziemy zwykłą drogą. Do naszego domu jest też wejście od tyłu, od podwórka. Są drewniane schody prowadzące na... na rodzaj ganku. Tam wychodzą okna mojego pokoju.
— Więc będziemy włazić przez okno?
— Tak.
— To jest nieco głupawe.
Przestraszył się tego, co powiedział; przestraszył się i spocił. To ją musiało urazić, i trzeba będzie przynajmniej przez trzy dni tarzać się w prochu itd. Widział już tę męczącą perspektywę, ale jej punkt wrażliwości przesunął się niespodziewanie.
— Chcę, abyś przyszedł do mnie. Nie boisz się chyba, jeśli ja się nie boję?
Teraz ta cała historia wydała mu się dziwna i podejrzana. Poza tym odezwała się w nim ta strona, która była ciekawością i niesłychaną czułością równocześnie, chęcią zobaczenia i dotknięcia jej jeszcze jednej strony. Wyobrażał sobie, że pokój pachnie nią ostro jak klatki dzikich zwierząt w ogrodzie zoologicznym. (To było to samo co noszenie jej zapomnianych majtek i pończoch w kieszeni, które — wiedział o tym — znalazła w jego płaszczu matka i włożyła jak gdyby nigdy nic z powrotem).
A chciał dotknąć wszystkiego, co było choć trochę nią, ustami, chciał dotknąć samego dna, i było mu trudno przełknąć ślinę.
Poruszył głową. Uśmiechnął się i pogłaskał ją po włosach. Od myśli, że ona może czuć to samo, drgały mu ręce. Był wzruszony, ukląkł i pocałował ją w kolano małej dziewczynki.
Ale zobaczył, że jest sucha i surowa. Patrzyła na niego, ale poprzez niego.
— Więc nie chodzi tylko o to — pomyślał — gdybym jej nie kochał, wiedziałbym, o co chodzi.
Był wieczór i prowadziła go przez ulice, które lubił, przez podwórza, przez ganki półśredniowieczne wsparte na drewnianych słupach. Nie było w niej dziś strachu człowieka, którego się ściga, natomiast on był przesadnie ostrożny i zwracał jej uwagę:
— Ten typ gapi się na ciebie.
Nie odpowiadała.
Różni ludzie z okien nad ziemią i z okien pod ziemią patrzyli na nich. Śmietniki, dużo kotów, przemknął szczur. W końcu drewniane, wytarte schody, zapach klozetów, obskurny ganek.
— Przez to okno?
— Tak.
O mało nie upadł i był zły. Ona skakała jak młoda koza. Światło nocnej lampki, łóżko niebieskie, ściany popielate, szafa niebieska, dużo maskotek (same koty, tylko jedna małpa).
— Mówiłaś, że masz okropny pokój. On jest miły.
— Ale to mnie dużo kosztowało. Dwa lata awantur. Podeszła do szafy.
— Odwróć się.
Gdy gapił się na ścianę i usiłował odnaleźć zapach pokoju jak pies:
— Nie powiedziałeś mi jeszcze: „Montherlant twierdzi, że każda młoda dziewczyna chce w końcu pokazać swojemu... (tu zawahała się i połknęła wyraz) swoich rodziców”. Zdaje się, że o pokoju nie mówi. To było wystarczającym powodem, aby mój pomysł nazwać głupim. Ty nie chciałbyś, abym ja była jak każda młoda dziewczyna. A jednak ja jestem jak wiele dziewcząt.
Skurczył się cały, gdy ona połknęła ten wyraz, na podobieństwo ślimaka, który się chowa do skorupy, wydzielając śluz. Śluzem były słowa:
— Zgadzam się z tobą. (Nie zgadzał się).
I potem:
— Nie należy się wstydzić komunałów, jeśli są prawdziwe, ani uczuć, które były tyle razy źle i dobrze opisywane, że wydają się śmieszne — jeśli są szczere, ani postępowania, które jest nieznośnie typowe — gdy jest słuszne.
Wypowiadając słowo „szczere”, uczyniłem już koncesję na rzecz komunału. Mania indywidualności i oryginalności XX wieku — kompensacja kompleksu strachu przed myśleniem na własną odpowiedzialność. To jest tak samo bezsensowne jak mania podporządkowywania się i anonimowości średniowiecza — kompensacja kompleksu strachu przed odpowiedzialnością zbiorową.
Słyszał, jak się rozbiera. Rozróżniał szelest jej sukni, bielizny, i nowy, nieznany, podobny do zgrzytu, odgłos, jaki daje ciężki jedwab ocierany o ciało.
Mówił dalej, bo bał się milczenia.
— Gdy miałem piętnaście lat, uważałem za hańbę całowanie się z dziewczyną na schodach, bo tak robią gówniarze i kuchty. Gdy miałem szesnaście, uważałem za szczyt całowanie się na schodach, bo właśnie tak robią gówniarze i kuchty. Teraz...
— Nie znoszę, gdy się przeżywa coś po to tylko, by potem móc wypowiedzieć jakąś teorię czy aforyzm. Twój monolog Sokratesa. Dla siebie jestem jedyna i niepowtarzalna. Jeszcze jeden powód, dla którego jestem zwykłą dziewczyną. Możesz się obrócić.
Ubrana w długi szlafrok. Kołnierz zapięty pod szyję. Surowość kroju, która była równocześnie perwersją. Szerokie rękawy, z których dłonie wystawały jak pręciki z korony kwiatu. Wiedział, że pod szlafrokiem jest naga, nie było to zresztą trudne.
To podziałało na niego paraliżująco. Było coś niesłychanie sztucznego i programowego w ich dialogu i w tej całej wizycie. Usiadła koło niego na łóżku.
— W naszym domu pewien staruszek popełnił samobójstwo. Strzelił sobie z dubeltówki w usta. Widziałam jego mózg na ścianie. Chcę, żebyś wiedział: tu męczyłam się i ściany są pokryte kawałkami mojego mózgu, moim strachem. Gdy jestem chora, leżę w tym łóżku, gdy mam wysoką temperaturę i majaczę, z tego kąta wychodzą postacie, szafa rozrasta się, puchnie ciągle, ciągle...; gdy mam miesiączkę, leżę tu rozkrzyżowana i przybita... ten pokój jest pełen mnie, przepełniony, już czas, żebym stąd poszła.
Mówiła to wszystko spokojnie i matowo. Była blada. Myślał: „To jest kąt, do którego ona zanosi swoje kości“. Podeszła do okna. Rozpinała powoli, prawie pedantycznie szlafrok. Powiedziała ochrypłym głosem, tak jakby się dusiła:
— Chcę tutaj właśnie, w mieszkaniu mojego ojca i matki — rozumiesz? — też, kochać się z tobą.
Jakby błyskawica zapaliła się w nim i zgasła. Usiadła koło niego i przechyliła go.
Zarażała go pomału rozpaczliwą, ponurą chęcią wyduszenia rozkoszy: mieszanina zaciętości, gniewu, namiętności i wyrachowania. Odczuł, że nie jest już dla niej sobą, że jest rzeczą służącą do spełnienia ofiary zemsty, obrządku zhańbienia. Był podwójnie przez nią wciągnięty w tej chwili, podwójnie wessany, pochłonięty i strawiony.
I wydawało mu się po raz pierwszy, że umiera. Potem fala zakryła go całkiem.
To, co działo się, nie było aktem seksualnym, ale obrzędem: prastarym, półmałpim, sprośnym i świętym.
Przez szparę w okiennicach patrzyła na nich i szczękała zębami jej młodsza siostra Liza. (Ewa nie dała zgasić światła).

Po przyjściu do domu napisał:
„Zdaje się, zdania kreteńskie:
Wiedzieć to umrzeć. Otwiera swe usta Ea — Ojciec; bogom powiada: Boga trzeba zarzezać — i z boskim ciałem i krwią — zamiesić glinę Mami.
(W Egipcie)... bogini miłości Izyda-Hator karmi piersią króla młodzieńca”.
Patrzył przez długi czas na nieistniejące rzeczy. Potem oddzielił starannie to, co napisał, od tego, co miał napisać, i:

Kobiety.
Kobietom puchną jajniki, pęcznieją pochwy; obłąkane, na stosach sukien, siedzą i płaczą, albo patrzą pustymi oczyma przez okna.
Męczą je księżyce.

Epoka.
Dziwna epoka, schizofreniczna, epoka impotencji i neurozy przymusu, logiki i fizyki, która w swojej dokładności gubi materię, a poprzez wzory matematyczne przelewa się rzeczywistość.

Jesteśmy rozpięci na przeciwieństwach jak na krzyżu, jak gdyby krzyż był symbolem kultury Zachodu.


Ewa i księżyce

Gwiazdy nad tobą
i gwiazdy pod tobą
I dwa obaczysz księżyce.

A. Mickiewicz

Mniej więcej piąta po południu. Sama w mieszkaniu w biustonoszu i w majtkach. Czesała się. Bardzo lubiła się czesać.
Twarzą w twarz z sobą: lustro. Śmieszne.
Kształty i barwy przepływały poprzez nią, i głowa jej podobna była do ekranu. Perspektywy, cienie, światła — płynące.
„Emil nie chce odejść, wciąż tu jest, ale tylko z boku, obecny, granatowy, smutny w moim sercu. Es jest silny, bardzo duży, na samym środku, mama... zaraz, zaraz, już... jej nie ma, Es, pomarańczowy, duży kwiat, oooo, spada w przepaść, dlaczego? mama czarna... i całkiem czerwona, wygląda jak duża dziura, znów całkiem czarna, czy nie umarła?”
Bardzo lubiła się czesać. Czesała się dla przyjemności. To były wolne ruchy rąk przy głowie, samo pieszczenie się, uczucie zasypiającej kotki.
Wolno, wolno rozpruło ją to, potem weszło cicho na palcach i zamieszkało w niej. Tak została nawiedzona.
To, to był brak dążenia, stan, który jest gotowy w sobie, zaokrąglony jak kula, niepotrzebujący nikogo i niczego: coś z mrugnięcia wieczności: stan, który jest.
Eros tworzący świat, nieskończona czułość dla ludzi, zwierząt, kamieni, marmurowa Galatea, Atum-Re, mieszkający w byku czy koźle, Zeus w łabędziu, przyjemność wąchania i oglądania gwiazd, umierania, wydobywania się na wierzch jak z dna studni i pogrążania się, rozkosz przytomnej ekstazy; nic nie jest potrzebą, wszystko jest spełnieniem.
Grzebień tkwił we włosach. Twarzą w twarz ze sobą. Zamknęła i otworzyła oczy. Prąd obrazów, przechodzący przez nią i porywający jak pociąg w marzeniach dzieciństwa. Uśmiechnęła się i odtąd tak zostanie: uśmiech Buddy. (Chrystus nie śmiał się nigdy).
Bała się ruszyć, jakby to się mogło w niej stłuc. Ostrożnie przechyliła głowę, i wtedy w jej wnętrzu rozlało się ciepło, które nie było tylko ciepłem i poczuła je w końcach palców... Była nim przepełniona, rozlewało się poza nią, było dobre i szalone.
Grzebień wypadł jej z włosów, i nie podniosła go.
Około wpół do szóstej i koniec nienaturalnie pięknego lata: księżyce, słońca, księżyce, słońca. Gdy wyszła z domu, znalazła wystawę, aby obejrzeć swoją twarz. Była zdziwiona, nie znajdując w niej żadnych zmian. Wtem przeraziła się: „Nie włożyłam sukni... Jaką włożyłam? Nie wiem, w jaki sposób, ale na szczęście”...
Szła w stronę śródmieścia, pomału, uśmiechając się, oczy półprzymknięte. Przeszła na drugą stronę jezdni, samochody krzyczały za nią, wyślizgiwała się im w ostatniej chwili gestem matadora; tańczyła pomiędzy samochodami.
Z daleka jeszcze zobaczyła niebieskie oczy, które potem znikły za jedną szarą panią i pokazały się znowu już bliżej, i blond włosy, i jasną sukienkę: delikatna mała, dawno niewidziana Basia. Niebieskie oczy robiły się coraz większe, w miarę zbliżania się, nienaturalnie duże, pokrywały się mgłą, mały nos węszył. Poczuła idący od Ewy zapach, podobny do zapachu szczęścia, nieokreśloną i niedającą się określić aurę, zapach gorzki i zwycięski.
Cofnęła się i stężała. Nie odezwała się do niej i gdy Ewa minęła ją, patrzyła za nią długo, starając się nie stracić jej z oczu w tłumie. I kiedy Ewa już była bardzo daleko, kiedy wyłaniała się, unoszona przez falę i zapadała się i wreszcie znikła; niebieskie oczy wciąż jeszcze szły za dziewczyną, która miała być Ewą.
Ewa tymczasem weszła do parku, i tu wessała ją wielka cisza, wyolbrzymiona przez daleki hałas miasta, skrzyp wózków nianiek, bełkot dzieci. Wystawiła twarz do zachodzącego słońca.
Bachory przebierały różowymi nogami jak świerszcze, życie wchodziło powoli na tęczówki, potem zanurzało się w źrenice, potem znowu wypływało; tętniło wolno. Starsze mówiły:
— O, ten rak święty, ten robak, chodź tu, kochanie, patyk ci dam.
Mogłoby się wydawać, że rozmawiają między sobą, ale one tylko mówiły do samych siebie.
Rozmawiała z nimi o wodzie, o łabędziach, które pływały obok, o czarach.
W alei, gdzie nie było nikogo, uciekła i zobaczyła ziemię z bliska, zupełnie z bliska. Poprzez góry piasku wędrował, jak wielbłąd, mały żuk, niosąc na grzbiecie wielki błysk słońca, miniaturowa trawa, podobna do oazy, zmięty papier, który wyglądał jak szara skała, dymiący jeszcze niedopałek papierosa — mały wulkan.
Usłyszała opadanie na wodę kropel wodotrysku, szum pobliskiego mrowiska, ciche skrzypienie liści ocierających się o siebie, przy zupełnej nieruchomości powietrza, i jeszcze jeden szmer: to wiewiórka na wysokim świerku wachlowała się ogonem.
I tak jakby wszystko było przezroczyste, poprzez wiele warstw szyb i luster zobaczyła małego żuka i niebo, zobaczyła w ziarnkach piasku morze, na wodzie pływającą twarz matki, fale zalewające brzeg, na dnie muszle; i wszystko było widać poprzez wszystko: ucieczki z domu, lekcje matematyki, rozkosz, góry. Basia, łąka w górze rzeki, balon sylwestrowy chodzący za nimi jak pies, zapach ziemi po deszczu, kołyszące się zboże, które śpiewa, i rzeczy niewidziane dawno i rzeczy niewidziane nigdy... I poczuła strumień życia płynący przez nią jak powietrze przez organy, poczuła, że dźwięczy jak rezonująca struna.
Podniosła głowę. Zieloność świeża i jasna, gdzieniegdzie już dojrzała i ciemna, granatowa w miejscach cieni; a na wierzchołkach drzew pieniła się jeszcze zieloność.
Oplatany był drzewami kościół koloru złotawego piasku, oparty na jońskich i lekkich kolumnach, o łukach barokowych i kapryśnych, pomiędzy które wkradało się wesołe i jedwabne niebo.
Na głowach świętych, którzy stali w łagodnie rzeźbionych wnękach, siedziały niebieskie gołębie. Wiatr zeskoczył z drzewa, zaszumiały gołębie, i zobaczyła je, gdy przybierały barwę dalekich gór. Znak na powstanie.
Łabędzie, białe plamy, szły spać. Spokojnie błyszczała woda. Wieczór. Komary tańczyły i świergotały jak pisklęta. Zapach unosił się z ziemi. Odszukała ławkę, gdzie przestraszyły ją strażniczki ciemności, i przeszła koło niej. Kasztany stały wyprostowane, nadsłuchujące. Kredowy błysk nad wodą. Jaskółki latające szerokimi łukami. Bzyk nad uchem. Wyszła z parku.
Dziewczyna w jej wieku poprawia pończochę. Dwoje dziesięciolatków, obejmując się, idzie przez ulicę. Przebiegło stado dziewczynek, zatrzymało się: szepty, wierzgania kopytami, przestępują z nogi na nogę niecierpliwie. Park odchodzi w coraz głębszą ciemność. Już kapią gwiazdy.
Szła ulicami, które były oświetlone i jasne, aż weszła w kręte i brudne, gdzie wciąż jeszcze ten sam policjant wchodził do bramy, gdy ktoś wołał „Ratunku!“.
Starucha o kiju uniosła głowę i mówiła, bełkotała coś do Ewy i wyrazy ginęły w bezzębnej jamie, czarnej otchłani,
staruszkowie-żebracy kładli się do snu na dużej skrzyni, jak jaskółki, jak kochankowie, bo marzli bardzo, bo marzli, jak marzł Dawid na starość,
czarny pies, czarny duży pies, pies duży jak cielę chodził za nią i z czułości lizał jej łydki,
bachory bawiące się w pyle jak wróble, bachory pełzające po ziemi, jak glisty, patrzały na nią albo pisiały za nią szerokimi strumieniami rekordzistów.
I ona nie wiedziała o tym.
Znalazła się w ślepej uliczce, weszła do bramy i napisała ołówkiem: „Tu była Ewa”, i szła przez podwórza, bramy, podwórza, bramy — instynktem miejsc nieznanych.
I przed bramami domów siedziały kobiety, siedziały kobiety okrakiem na krzesłach, siedziały kobiety bez majtek, i siedziały znużone praniem,
prostytutki i półprostytutki wołały i pluły za nią z okien jednopiętrowych domków albo przyklejały się do niej nieruchomymi oczami,
z szynków wychodzili mężczyźni weseli i pijani, podchodzili do niej i cofali się.
I ona nie wiedziała o tym.
Słyszała ochrypły głos: „Dziewczynko”, słyszała go podwójnie, dzieciństwem i teraz, dalekimi ośmiu latami i teraz, podeszła do niego, ile, milczenie, ile, milczenie, wziął ją na kolana, wziął ją na siedząco,
nie widzę twojej twarzy, nie trzeba, dlaczego jesteś taka dziwna, niczego nie trzeba, już pójdę, zostań, masz mokre ręce i nie ruszaj mnie.
Wstała, próbował ją zatrzymać, ale czarny pies, czarny, duży jak cielę pies pokazał zęby i warknął.
„Jak obwód koła, który się domyka” — powiedział Filip o obwodzie koła, które się zamknęło, życie, które jest wypełnione po brzegi, przepełnione, życie, które donikąd nie dąży, które spełniło ostatnie pragnienie dzieciństwa, aby się zamknąć.
Weszła pod arkady mostu, pod wielki cień, i słyszała małe fale morza, które dotarły aż tutaj, jak pukały w brzeg i o coś się dopominały. Położyła się na trawie, twarzą do ziemi, i oddychała głęboko, jak ziemia i morze przed burzą.
Poszła powoli wzdłuż przystani jak ślepa, po omacku, instynktem miejsc nieznanych, znalazła jedną łódkę, która nie była przywiązana.
Z daleka zawył holownik, a ona, leżąc pod wielkim niebem, dawała się unosić prądowi, pomału, bo rzeka przy ujściu zmęczona jest przebyciem dalekiej drogi,
wyrzeźbione między ziemią a niebem przesuwały się cienie kutrów rybackich i widma żaglówek,
skały nadbrzeżne schodziły do morza i kąpały się,
strażnicy trąbili, trąbili na nią mało gorliwie,
bo morze, rozedrgane lekko, jak pokryta łuskami skóra jaszczurki, było spokojne, morze ciemnogranatowe, po którym ciągnęły się i błyszczały, jak białe szosy w nocy, pasma zupełnego spokoju.
Patrzyła nic- i wszystkowidzącymi oczami na molo portowe i oświetlone okręty i chciała, by wyły i odjeżdżały, patrzyła na niebo, wstępujące po drabinie Jakubowej, na księżyc nierzeczywisty i gwiazdy fioletowokryształowe, czerwonawe, lila, i jeszcze raz poczuła, jak płynie przez nią prąd życia podobny do wiatru między nadmorskimi krzakami, jak ją łamie, rozdziera, aż przestaje pomału istnieć, aż nic z niej nie pozostaje, tylko strzęp unoszony i targany przez wiatr.
W górze i w dole słychać było szelest gwiazd.
Księżyc — czarodziejski kamień, z którego powodu wyją psy, wrzeszczą koty, nawiedzeni luną wychodzą z pokojów, miesiączka płynie, Murzyni tańczą, a na ludzi schodzi cisza lub dziwny niepokój — pływał po wodzie.
Czyjaś matka zasłaniała okno w dziecinnym pokoju, była dziewczyna, która suszyła sobie włosy, nieznani chorzy umierali po szpitalach, lampa naftowa, którą staruszek zapomniał zgasić, syczała i kopciła, i był pies, czarny i duży jak cielę, pozostawiony samotnie na brzegu.
Niesłychana tęsknota za księżycem, pragnienie, by go mieć... a już dawno wiedziała, że jest wszechmogąca.
Przechyliła się, wzięła go w ręce, i woda rozstąpiła się łagodnie pod ciężarem jej ciała i zamknęła się ponad nią.
Jezus Nazareński chodził po falach. I ona powinna móc leżeć na powierzchni wód.
Kilka baniek powietrza z płuc. Mięśnie wyczerpały się szybko. Trzy razy wypływała, nim zaczęła tonąć. Opadała powoli. Przechodziły przez nią jeszcze gwałtowne drgania: głowę odrzuciła do tyłu, prężyła się, kurczyła i wyprostowywała nogi. W końcu wszystko ustało.
Ryby o smutnych twarzach przepływały koło niej. Mijała, opadając, meduzy, które wyglądały jak kwiaty o mięsistych płatkach. Zdenerwowane ruchem świeciły fioletowo i zielono.
Świecąca kropla oczu, zawieszony w wodzie przezroczysty Cestus veneris, potem rybki-latarnie, latające mięczaki koloru ciemnego złota, kręgouste ryby, kałamarnica o bladych światłach...
Wśród wodorostów, już na samym dnie, siedziała z podwiniętymi nogami jak Budda, i ciążyły jej złote powieki.
A pod niebem był wielki wiatr i porywał gwiazdy jak liście.


Emil i noc ta sama

Emil nudził się tego wieczoru.
Chodził wzdłuż ścian pięciu pokoi, jak kot, ocierał się ramieniem i ustami o szafy i półki.
Czytał w odcinku Marianne, czwartą część Montherlanta, potem zapalał zapałki, jedną za drugą, wpatrywał się w płomień, wąchał eter.
Potem poszedł do pokoju ojca i patrzył przez mikroskop, przez który ujrzał przed pięciu laty plemniki; własne. Nie miał absolutnie chęci wyjść tego wieczoru, chociaż był księżyc i noc, ciepła jak wata. Chociaż się nudził.
Potem telefonował na wszystkie strony świata i nikogo nie zastał.
Podszedł do okna. Dwie dziewczyny przechadzały się przed jego domem, czekając na kogoś albo nie. „One falują zadkami w sposób może interesujący, ale ja ziewam”. I nie ziewnął, jak na złość.
Potem, jak oparzony, pobiegł do swojego pokoju i zapisał: „Nakłuta na rozkosz, jak motyl na szpilkę”. Ziewnął w końcu.
Wieczór robił się beznadziejny. Potem znów do okna. Szelest, szelest kroków. Nie miał porywu, aby wyjść z domu, aby iść dokądkolwiek. Świadomie gnił, rozkładał się tego wieczoru. Na złość sobie. Czym bardziej wchodził w nastrój, tym głębiej brnął dalej. Jak zwykle.
Wiatr puszysty okręca się dookoła szyi, jak szal. „Wiem, że wielu ludzi umiera w tej chwili, czuję to dokładnie, i to nie pomaga. Gdybym był kobietą, to puszczałbym się bardzo i męczyłbym takich mężczyzn jak ja. Księżyc «rudy», «jak trup», «jak czółno» jest taki nudny i «wszelkie wiatry» też. Mam to w dupie”.
Podszedł do fortepianu i próbował grać à la Józef Hoffman pierwszy temat z Koncertu e-moll: szybko, niesłychanie lekko, z wdziękiem i niesentymentalnie. Nie udało się. Odskoczył od fortepianu. Wydał z siebie dźwięk złego kota: ffff.
Krążył dłuższy czas pomiędzy fortepianem a oknem, jak sęp nad pustynią; nad pustynią, i nie mógł znaleźć żeru.
Poszedł do królikarni ojca, wziął jednego małego za uszy, patrzył w jego czerwone oczy, rzucił go, potem oglądał myszy, ale żadna mu się nie spodobała. Oglądał etykietki na flaszkach, pomyślał, że za pomocą tych środków może ze sobą wszystko zrobić (eukodal, meskalina, johimbina...), i ta myśl nie dała mu zadowolenia. Nie miał porywu do niczego i doszedł do błędnego wniosku, że jest skazany na tę noc. Więc położył się w piżamie (cały czas był w piżamie) i patrzył na sufit, przez który nie widać było gwiazd.
Po półgodzinie podniósł się i szwendał się znów wzdłuż ścian pięciu pokoi, aż doszedł do kuchni.
— Józia tu jest? Przecież Józia ma dziś wychodne. Józia to była 20-letnia pokojówka, z którą go łączyły prowadzone od czasu do czasu przyjemne rozmówki.
— Tak, ja jestem tu.
W kuchni paliło się maleńkie światło i kuchnia była pełna czerwonych błysków (mosiądz) i pełna niebieskich błysków (aluminium), i tam stały ułożone białe dyski, drżące w oczekiwaniu (drgała świeca), i tam w kącie magiczne puszki o dziwnym kształcie z magicznymi napisami, które były na pewno w sanskrycie. Imbryk sapał cicho, jak mała lokomotywa.
Jego zahamowana fantazja ruszyła naprzód, jak koń rusza z kopyta. Zobaczył, że Józia jest ubrana do wyjścia, ale siedzi na stołku i płacze.
— Czy wychodzisz gdzieś jeszcze?
To przejście z „Józia” i „pan” na „ty” odbywało się zawsze, gdy wiedzieli, że będą dłużej rozmawiać. Więc Józia płakała, a Emil zapytał:
— Chłopak?
W tej chwili wśród błysków i grzmotów, jak w chwili śmierci, przemknęła cała historia z Ewą i uspokoiło się wszystko.
Ona pokiwała głową w nieokreślonym i jednoznacznym kierunku. On usiadł, oglądał się z niepokojem wokoło i cała kuchnia pełna była błyskawic: światełek, gasnących i zapalających się, i ona wśród nich była jak czarownica.
— Dlaczego nie zapalisz lampy, tylko siedzisz przy świecy?
— Bo tak było na wsi. A ja teraz chcę, żeby tak jak dawniej.
„Ochronne cofanie się. Ona chce, żeby było tak jak dawniej, bo jej jest źle”.
Poczuł dla niej sympatię i pogłaskał ją po głowie.
— Nie martw się, nie martw się.
— Ażebyś ty wiedział, co to jest, to byś nie mówił „nie martw się”.
— Co to jest, na miłość boską?
— Dziecko jest.
— Gdzie?
W pierwszej chwili nie zrozumiał. Ona popatrzyła na niego z wyrzutem, a on pomyślał sobie, jaki jest idiota.
— Ach, tak.
— Ja ci się chcę coś zapytać. Czy to jest prawda, taki sposób próbowania, czy dziecko jest, czy nie? Wpuszcza się kobiecie mysz... no tam, jak mysz zdechnie, to jest, jak nie, to nie. Czy to prawda?
„W tej postaci dotarła do niej próba Aschheima-Zondeka” — pomyślał, a jednocześnie miał wrażenie, że cofa się daleko.
— To nie jest prawda. Ale nie martw się. Wypisiasz się do flaszki i ja zaniosę to mojemu tacie, że to niby moja znajoma.
Już raz to robił. Sam zastrzykiwał mocz myszkom i jego ojciec tylko stwierdzał wyniki.
— Tak?
— Tak.
Ona była w dalszym ciągu zamyślona.
— A jak on mi zrobił dziecko?
— To będzie ci trzeba skrobać.
— Co to jest?
— To jest taka mała, mała operacja.
Blaski w kuchni wprawiały go w niepokój. Coraz wyraźniej błyszczał rondel, tak że jej głowa była otoczona aureolą, jak głowa świętej.
— A czy trzeba leżeć potem?
— Jak będę na mieście, to wyślę telegram, że twoja mama jest chora, i tak to ty poleżysz ze dwa dni.
— Nie chcę.
— Dlaczego?
— Bo... nie. Bo takich żartów się nie robi.
Pauza.
— Bo ja widzę co nocy twoją mamę.
— Głupia.
— Niech będzie głupia.
— Śni ci się.
— Nie, widzę.
— Głupia.
— Bałam ci się mówić, ale teraz to jest wszystko jedno.
— Jak widzisz?
— Przychodzi taki biały duch i się nachyla nade mną. I czuję ja chłód i wiem na pewno już, że to jest twoja mama. Przekłada rondle, tak jak to ona zawsze robiła, wyjmuje spodki, wkłada je z powrotem i zawsze zapomni choć jednego spodka włożyć.
Aureola przesunęła się.
— Jak wstaję rano, to pokazuję zawsze Meduzie.
— A nie boisz się?
— Gdzie tam.
On przełknął ślinę i zaczął się bać trochę, bać pytania, które zada.
— No, to powiedz mi, jak myślisz, dlaczego do mnie mama nie przychodzi?
Ona zbladła, wyraźnie, nawet w świetle świecy. On nie patrzył na nią, tylko skrobał scyzorykiem kuchenny stół. Odpowiedziała bardzo wolno, jąkając się:
— Widzisz, ty... ty jesteś chłopak wykształcony i ty nie wierzysz w takie babskie rzeczy... (słuchał z napięciem i nadzieją), to może twoja mama nie chciała cię straszyć... albo myślała, myślała, że ty... (tutaj dusiła się), że ty nie potrafisz żyć z tą wiadomością... że się dzieją takie rzeczy. (Ostatnią część zdania wypowiedziała jednym tchem).
Nadzieję diabli wzięli, napięcie rosło. Położyła swoją rękę na jego ręce.
— Słuchaj, słuchaj, ja byłam głupia, że ci to powiedziałam. Ty jesteś nerwowy. Twoje myśli niepotrzebnie się będą koło tego plątać. Ja wiem, jak to jest. Mój wuj zwariował z tego. Ja bardzo lubiłam twoją mamę. Nikt, nawet tata nie wiedział, jak szła na operację. O tym trzeba albo zapomnieć, albo...
Woda w imbryku zaśmiała się i z sykiem wyskoczyła na blachę. Aureola spadła z hukiem na ziemię.

Pisane w Teheranie, Bejrucie i Tel Awiwie,
skończone w grudniu 1948 r.
[ODN 1998]
PRADAWNA OPOWIEŚĆ
Ciemna noc. Wóz jedzie pomału. Trzeszczy i zgrzyta.

Daleko, na scenie tryskają różowe ognie. Wszystko jak z bajki. Przejmujące i nie na serio.
To pali się, zdaje się, miasto, ale ona tego nie odczuwa.
Powódź: Stoi na moście, wpatruje się w rzekę, leży na rzece i rzeka płynie przez nią, unosząc domy i ciała krów. Czuje się wzmożona, napęczniała szumem, zahipnotyzowana prądem, uniesiona. To było równie bajeczne jak rzecz na scenie.
Lotnik niemiecki. Osiemnastoletni chłopiec, w mundurze. Idzie wyprostowany i ludzie, którzy go prowadzą, nie robią wrażenia prowadzących. Ma błyszczące, nieprzytomne oczy. W kąciku ust wyraz takiej pobłażliwej wyższości, którą trzeba uznać albo zabić. Gdy mija swoim wzrokiem jej wzrok, czuje się na chwilę uniesiona, jak podczas powodzi. Podoba się jej, jak nie z tego świata. Czy dlatego że niszczy z taką pewnością? Przechodzi, ale jest oświetlony jej wzrokiem i długo jeszcze będzie go widać na tle popielatego tłumu.
Znów powraca noc i pije krew. Filip, profesor mikrobiologii byłego uniwersytetu, zraniony odłamkiem, mówi do siebie:
— Kurwa mać, cholera, cholera, kurwa mać — tak w kółko mamrocze.
I potem głośno:
— Niech pani, z łaski swojej, usunie kolano.
Ona siedzi, on leży wsparty o jej kolana. Czuje, pomimo zupełnej ciemności, że głaszcze brodę. Janek i Emil milczą.
Jeszcze wczoraj siedzieli na ziemi i Filip powiedział:
— Trzeba zapomnieć o przesądach bakteriologicznych.
I jedli niemyte jabłka, które smakowały.
Byli już daleko poza miastem, gdy ona wstała z nagłym skurczem przepony. Słońce zachodziło nad miastem kościołów. Zobaczyła przedmioty spadające, potem samoloty. Bomby spadły jak w watę. Nie było słychać wybuchów. Cisza pozostała nietknięta. Usiadła, roześmiała się. Janek zapytał:
— Dlaczego się śmiejesz?
— Bo... bo to wygląda wszystko jak na wycieczce. Naumyślnie.
Nikt się nie odezwał. Po tym poszli do kolejki wąskotorowej, która miała odjechać albo i nie. Pani konduktorowa miała jeszcze zabrać toboły i nie mogła z tym skończyć. W końcu skończyła i odjechali.
Malutka, astmatyczna lokomotywa. Wzrok suwał się i głaskał zieloność.
— Niech pani, z łaski swojej, usunie trochę kolano.
Jadą na przełaj. Tylko koń zna drogę. I szelest kroków tysiąca ludzi w ciemności. Nagle z tyłu wozu słyszy zdyszany, przerażony głos:
— Proszę państwa, proszę mnie zabrać. Od X. idę ciągle pieszo.
Równocześnie Jo czuje po raz pierwszy zapach świeżego i starego potu; zapach wojny. Chwila milczenia. Filip:
— Proszę usiąść.
— Jak w X. było z Niemcami? — pyta Janek.
Milczenie, które pogłębiło ciemność.
— Jak z Niemcami...
— Ach... proszę pana.
To „ach” było jak cichy granat. Mówiło o czymś strasznym, nieznanym. O końcu świata. Człowiek siedzący z tyłu furmanki dyszał głośno.
Różowe ognie z punktu białego światła spływają w dół na małych spadochronach. Kołyszą się cienie mijanych drzew. Wóz staje. Janek schodzi. Pyta o Niemców. Ludzie uciekają: idą tam i z powrotem. Tam są Niemcy i tu są Niemcy. Wóz rusza i Jo woła:
— Janek!
On chce wiedzieć, gdzie są Niemcy.
Jo zamyka oczy i usiłuje sobie przypomnieć, co było naprawdę. Zabity koń koło poczty. Maski gazowe, które tu, tu leżą, są nie do pojęcia. Uczucie, które miała, schodząc ze schodów: — Nigdy więcej — leży schowane głęboko.
Stacja pierwszej pomocy, na której pracowała: nad ranem, podczas dyżuru, przychodzi okrwawiony człowiek i mówi:
— Wojna.
W tej chwili wchodzi lekarz:
— Co? Wojna? Pan jest pijany. Opatrunek i zamknąć aż otrzeźwieje.
Wóz staje znów. Potem rusza gwałtownie. Przechyla się. Jo pyta woźnicę:
— Jakie miasteczko jest po drugiej stronie Wisły?
— Józefów, proszę pani.
Chce koniecznie do tych stron powrócić. Kiedyś. Dlaczego? Bo są tu kaniony i wielkie wyrwy w ziemi. I ludzie, których spotkała we wsi, wyglądali jak dzicy. Obnażone kobiety. Nie mieli nawet kur. Żywili się korzonkami i kartoflami. Mieszkali w kurnych chatach.
Zator. Koń stanął. Szum tysiąca ludzi. Janek schodzi. Pyta:
— Gdzie Niemcy?
Ludzie pokazują na wszystkie strony świata. Janek chce koniecznie wiedzieć, gdzie Niemcy. Jo mówi:
— Chodź tutaj, na wóz. Przykryjemy się kocem i nic nie będzie widać i opowiesz mi bajki.
— Oszalałaś?
— Chodź, przykryjmy się kocem i bajki. Proszę.
Janek gorączkowo pyta o Niemców. Wtedy w niej się coś kurczy i zwija:
— Nie chcesz jednej wiecznej chwili, wiecznej?
— Muszę wiedzieć, dokąd jechać, w jakim kierunku.
Pogardliwy uśmiech Jo.
Zostaje całkiem sama.
Wóz rusza, ale Janek nie wie, że ją stracił.
Przed nimi wysadzili w powietrze most na Wiśle.

[„Kultura” 1959]
POWRÓT
Więzienie było przed wojną klasztorem. W podłodze była dziura i do niej należało się załatwiać. Z dziury wyłaziły szczury i łaziły po mnie, gdy spałem. Dostojne i lśniące.

Na ścianie napisy wyżłobione przez różnych ludzi:
„Moja żona żyje z Tłustym”,
„Bug. 6 XII 39”,
„Ja siedziałem tu 7 miesięcy i onanizowałem się 2 razy”,
„Koniec”,
i inne rzeczy. Poza tym był narysowany zadek i różne części ciała ludzkiego. Wilgoć spływała ze ścian. Zgadzało się to zupełnie z książkami, które czytałem, mając lat trzynaście.
Leżeliśmy na szerokiej pryczy i było zimno. Handlarz świń, złodziej o bardzo ładnych rękach i człowiek posądzony o morderstwo, wtulali się w siebie, podkurczając nogi, przykrywali się wspólnie. Ja wstydziłem się i nie mogłem: nie mogłem korzystać z ciepła, jakie dawali, bo byli mężczyznami. To był naturalnie nonsens, ale męczyłem się.
Pewnego razu, gdy spałem, handlarz świń przykrył mnie swoim paltem i przysunął się do mnie. Rano powiedział:
— Nie bądź pan kretynem.
Potem, kiedy miałem spać, przytulałem się do chudego studenta chorego na Basedowa, do kieszonkowca, który bardzo ładnie śpiewał idiotyczne piosenki, i w ogóle do wielu ludzi, którzy śmierdzieli, sapali, cmokali we śnie, jak gdyby ssali smoczek, gwizdali, pocili się i mruczeli. Ich wszy przechodziły na mnie, moje na nich. Ratowało mnie ciepło ludzkie: sam byłem chudy i anemiczny — dawałem mało ciepła. Nawet to mnie nie przejęło, gdy pewnej nocy jubiler-gruźlik próbował uważać mnie za swoją żonę. Zresztą zdarzało to się rzadko, bo byliśmy zbyt wygłodzeni.
Rano, gdy wstawaliśmy, handlarz świń odbywał po celi dłuższy spacer, a potem przemawiał:
— Proszę panów, ja wychodzę z domu przy ulicy Długiej, z tego czerwonego, na rogu, i idę sobie spacerkiem prawą stroną, i oglądam sobie wystawy, aż do Prostej, i auta, proszę panów, jadą i trąbią, i psy latają, a ja, proszę panów, wchodzę do tego fryzjera N., mimo że wcale nie mam takiej brody. Potem woda kolońska, potem idę do klozetu miejskiego naprzeciwko, tam jest taka miła staruszka, i załatwiam się czyściutko, a potem... potem idę jeść.
Przemowa była długa i dokładna. Słuchaliśmy jej bardzo uważnie; zwłaszcza jadłospisu. Kieszonkowiec zawsze wolał — zamiast bułki z szynką — jajecznicę na słoninie. Jubiler nie używał wody kolońskiej.
Pewnego dnia, a był to dzień bardzo zwykły i niespodziewany, wyszedłem z ogoloną głową, dużą brodą, ale odwszony, na ulicę i nikt mnie nie pilnował. Powietrze zaczęło mnie dusić, psy biegały, samochody jeździły tam i z powrotem. Mój wzrok był przylepiony do ruszających się rzeczy. I tak zacząłem pomału, z niedowierzaniem, chodzić.
Potem odnalazłem Ewę.
Wprowadziliśmy się, w podstępny sposób, do pewnego pokoju, którego właścicielka wyjechała wprawdzie, ale mogła wkrótce wrócić. Było tam jeszcze zimniej niż w więzieniu, rozklekotane pianino, jeden tapczan, dwa słoiki konfitur i pierzyna. Wśród nut, które leżały koło pianina, znalazłem pieśni Schuberta i uczyłem ją w dalszym ciągu śpiewać Śmierć i dziewczynę.
Jest to najdziwniejszy dialog, połączenie miłosno-śmiertelne dwoiste, sięgające samych trzewi. I pod każdym „nie” kryje się „tak”, i spod nienawiści i strachu wypełza miłość. Uczyłem ją więc obłąkanego krzyku dziewczyny i ona wiedziała, jak ma wołać: „Ruehre mich nicht an, ruehre mich nicht an!” — wiedziała też, jak mówi śmierć. Jej alt musiał być czarnolśniący, jak rzeka w nocy, uwodzicielski, a na końcu przechodził w szept, nie tracąc ciemnego błysku, opadał na dno, gdzie splątane, jak kłębowisko żmij, falowały i gotowały się miłość i śmierć.
W pokoju było więc bardzo zimno, siedziałem przy pianinie w palcie i rękawiczkach, i nie bardzo mogłem ruszać palcami, mimo że akompaniament był prosty. W końcu zrobiło się ciemno, nie było światła, więc postanowiła, że pójdziemy spać.
Spałem z nią na jednym tapczanie, pod pierzyną. Było bardzo zimno i coraz zimniej. Ona była duża i ciepła, ja byłem głodny i zdechły. Czułem, że wszystko z nią się kończy, pomału, w mrozie, że wszystko kończy się w ogóle. Nie myślałem dużo, byłem otępiały, galaretowa masa, w ogóle nic, flak. Nie spałem, patrzyłem w okno i starałem się nie drapać za bardzo, by jej nie obudzić; to nie było takie łatwe.
Spała spokojnie, oddychała równo, nieświadomie spychała mnie na brzeg tapczanu. Potem, na wpół we śnie, obróciła się, tak że leżała twarzą do mnie, podkurczyła kolana, i czułem jej oddech na policzku. Było niewygodnie, ale za zimno, żeby wyjść z łóżka. Byłem zresztą w samej bieliźnie, bo powiedziała przed spaniem: „Musisz się rozebrać”, więc rozebrałem się — pierwszy raz od dwóch miesięcy.
Myślałem o tym, co opowiadała mi wieczorem, o jakimś Borysie, którego poznała na uniwersytecie, była z nim w pływalni i: „Myślałam, czy wyjechać z nim. Jedzie na uniwersytet do Kijowa. Nie wiem, dlaczego nie zrobiłam tego. To było takie proste”.
Wtedy nagle usłyszałem, że coś do mnie mówi. Przez dłuższy czas nie rozumiałem, o co chodzi. Mówiła:
— Podaj mi pieśni Schuberta.
Pieśni Schuberta leżały koło pianina, bardzo daleko, poza tym cała historia wydawała mi się nonsensem. Powtórzyła w wyraźnie tragiczny i trzeźwy sposób:
— Podaj mi pieśni Schuberta.
Wstałem, człapiąc bosymi nogami i trzęsąc się, grzebałem wśród nut. Szukałem jedynych, jak wiedziałem, w twardej okładce. W końcu je znalazłem. Tymczasem wstała z łóżka, w koszuli (nie bała się nigdy zimna).
— Pokaż je.
Oddałem nuty. Podeszła do okna, gdzie było nieco jaśniej. Widziałem jej profil. Pochyliła się, położyła na nuty niewidzialny dla mnie przedmiot i przygniotła go paznokciem. Usłyszałem cichy trzask, którego nie zapomnę. Mruknęła głosem, którym śpiewała śmierć w Śmierci i dziewczynie:
— To jest, kochanie, wesz.

[„Wiadomości” 1952]
DZIEŃ I NOC
(na otwarcie kanału Wołga-Don)

...Niech będzie pochwalony
obywatel Jezus Chrystus.

(Z listu górnika polskiego we Francji
do konsulatu w X.)

Zostawcie mnie wszyscy w spokoju. Razem z waszymi obłąkaniami i wściekliznami. Pozwólcie mi nachylić głowę, pomału, jak nad strumieniem, który płynie. On odbije mój zmienny obraz wraz z majakami sprzed wielu lat. Pozwólcie mi go na chwilę zobaczyć.

Więc nie zbudowaliśmy Wołgostroju. W każdym razie nie nasza to wina, że na wiosnę, wraz z tajaniem lodów, rozleciał się i odpłynął betonowy port. Nie my budowaliśmy go. Naprawdę. Ale za to męczyliśmy się bardzo. Zwłaszcza w zimie.
W latrynach paliły się stuświecowe żarówki, ale one nie grzały. Rano, w czasie pobudki, było jeszcze ciemno. I niewiarygodnie zimno poza barakiem. Wyjść głodnym na mróz to jest straszna próba. I nieodzianym. To wszystko już znacie i z tego będziecie zaraz rzygać. Ale zaczekajcie.
Przypominam sobie, przed wojną, prowadzili policjanci człowieka i bili go po pysku. Nie mogłem od tego wzroku oderwać. A za nimi szedł tłumek. I ja musiałem patrzeć. Może wy też znajdziecie coś takiego, na co będziecie musieli patrzeć.
Byłem pomocnikiem lekarza i dostawałem czasem pensję: 50 rubli. To nie było mało. Kończyłem dyżur nocny. Telefonowałem do karceru, że za 15 minut przyjdę. Kuchnie nie miały telefonu. Nie mogłem telefonować, że przyjdę żreć, niby próbować, czy dobre. Blakła zmora, że któraś z kobiet w nocy zechce rodzić. Ja o tym pojęcia nie miałem. Mówił Grisza:
— Ty tylko tam pójdziesz. One same między sobą.
Wiedziałem, co one same, między sobą, ale to było co innego.
Elektrownia żarzyła się białym światłem. Uzbecy mówili „Faro”.
To znaczyło „Faraon”. I bali się. Obwieszona spawaczami wyglądała z daleka jak brylant. Już dwie turbiny szły, ale tego nie było słychać. Stuświecowe żarówki, przyrządy elektryczne w kuchni. Podnosiły się powoli mgły i Ona, czworokątna, olbrzymia, bez okien, jednym ramieniem obejmująca Wołgę, unosiła się w górę i opadała, wśród błysków elektrospawaczy. Uzbecy mruczeli:
— Faro.
Mówili po tym tak cicho, że można to było wziąć za złudzenie:
— On.
Szliśmy z leśnego obozu. 60 kilometrów dziennie. Poprzez zmęczenie ciężkie, miażdżące, przebijała ciekawość. Bezustanny, zbliżający się grzmot. Złudzenie ze zmęczenia? Weszliśmy do miasta, gdzie należało krzyczeć, gdy się coś miało do powiedzenia. Mieszkańcy byli przyzwyczajeni. Porozumiewali się na migi. Pracowali w niewidocznej, podziemnej fabryce motorów do samolotów. W każdej chwili próbowano 700. Pani żywotów.
Dwukrotny sygnał świetlny. Pod kuchnią awantura. Trzy zupy na ziemi. Gwar jak w ulu przed wylotem. Na mojej pryczy siedzi mały krawiec z K. Patrzy w jeden punkt i mówi coś do siebie. Grisza jest chory. Przyjdzie dopiero po południu, gdy będzie więcej pracy. Nie będę spał w dzień ani w nocy. Z wielu powodów. Trzy sygnały świetlne. Mały krawiec siedzi na pryczy. Boi się zimna. Najdzielniejsi płaczą, gdy wychodzą na robotę. Łzy nie kapią. Zamarzają zaraz. Ten mały nigdy. Ale boi się wyjść. Dopiero brygadier musi go wyganiać. Niektórzy jeszcze śpią, mimo że chodzą. Przedłużają sen do wyjścia. To nic wam nie pomoże, braciszkowie, ja wiem. Obudzi was wiatr znad Wołgi, z którym mówiłem w nocy. Obudzicie się ze szronem na rzęsach. Biada tym, co nie jedzą zupy.
15 minut na karcer. Bieg kilometrowy. Nastawienie wewnętrzne. Tak jakby się we mnie coś kurczyło. Twardniało i uczulało się.
Pytam. Stan: 76 ludzi. Widziałem ich, z wyjątkami, wczoraj, przedwczoraj itd. Na korytarzu stoją szeregiem, pod ścianą, na spocznij. Naczelnik karceru:
— Zobaczycie.
— Gdzie?
— W celi.
Potakuję.
W ciągu piętnastu minut mam zobaczyć, jak jest ze zdrowiem tych ludzi. Miesiąc w speckolonie to rok obozu. Tak mówią. I trzeba uważać, żeby nie wpaść. To nie jest takie proste, kiedy wszyscy cherlają. Jestem napięty. I nagle spada na mnie przeraźliwy spokój. Nie słyszę, co mówi dalej naczelnik, rusza tylko wargami jak ryba, widzę i słyszę tylko 76, tylko.
— No co, dzieci? Mówcie.
Zaczynam pierwszą twarz, chłopska, znośnie blada.
druga — nie, naciągacz;
trzecia, pierwsza woła: — gorączka, biorę za puls — nie, równocześnie widzę podniesione spodnie szóstej, flegmona: — wystąp;
czwarta, piąta, siódma;
siódma — jak ja cię, bracie, dostanę;
ósma;
pierwsza histerycznie — gorączka, pakuję termometr;
dziewiąta;
siódma mówi — ja mam tylko trzy dni;
dziesiąta, jedenasta, dwunasta, trzynasta, czternasta;
piętnasta — nóż, uśmiecham się czarująco, pomaga, nie zawsze;
pierwsza robi podejrzane ruchy termometrem, daję znak, że widzę;
szesnasta;
siedemnasta, przekonywające, goły tyłek, skrzepły strumyczek krwi, znany hemoroidnik;
osiemnasta, dziewiętnasta;
dwudziesta, zostawić, chłopak biały, puls 130; — wystąpić;
nagle siedemnasta, obróć się, pokaż pysk, więcej nie trzeba, pokaż gardło, krwotok, tbc, żołądek, nie wiem, dlaczego pokazałeś tyłek..., bo..., bo..., telefon do szpitala, położyć się;
dwudziesta pierwsza, dwudziesta druga;
dwudziesta trzecia — noga otwarta w bardzo nietypowym miejscu, musiał całą noc trzeć, wystąp;
pierwsza, biorę termometr, normalna;
dwudziesta czwarta; dwudziesta piąta, złodziej moskiewski, nigdy mi się nie podobał, nic nie mówi, podgorączkowy rano, wystąpić, NO, WY...;
siedemnasta, całą noc z krwotokiem, a może nie, zmyliła mnie świeża krew;
dwudziesta szósta, dwudziesta siódma, dwudziesta dziewiąta;
trzydziesta, trzydziesta pierwsza — zgarbiony, symulacja, połóż się, twardość brzucha, lepiej nie, wystąp;
trzydziesta druga, trzydziesta trzecia;
trzydziesta czwarta, milczy, ale pelagra, krańcowe opuszczenie się, nie może symulować tego, już czas... wystąp;
z lekkim niepokojem patrzę, ilu jest już zwolnionych;
trzydziesta piąta, trzydziesta szósta;
trzydziesta siódma: brzuch, jęczy, połóż się, macam brzuch, twardy, stosuje trik, łechtnięcie, brzuch miękki, uśmiechnął się typ, dziś idzie;
trzydziesta ósma, trzydziesta dziewiąta;
uważać, uważać;
czterdziesta, czterdziesta pierwsza;
czterdziesta druga — olbrzymi, rzuca się na mnie, gryzie podeszwę, kaftan, prawdopodobnie symulant, podnoszę się;
czterdziesta trzecia;
czterdziesta czwarta — mijam nieruchome źrenice, jeszcze raz, nieruchome, zakrywam, odkrywam, nieruchome, wystąp;
czterdziesta piąta, czterdziesta szósta;
czterdziesta siódma — opuchnięte nogi jak ciasto, wyżej też, wystąp...
W końcu dojechałem do siedemdziesiątej czwartej.
O jednym wiedziałem, że leży.
— A drugi?
Siedzi na dolnej pryczy. Członek przybity grubym gwoździem do nar. Wcale nie udaje, że boli. Krwi nie ma. Idę do telefonu.
— Grisza, będziesz musiał wstać. Do karceru. Jeden gość przybił sobie tego do nar.
Podpisuję. Ci, których zwolniłem, idą do lekarza pod konwojem. Tamten w kaftanie na psychiatryczny. Elektryczno-dębowe drzwi otwierają się. W tej chwili cztery sygnały świetlne. Do pracy.
Jeszcze 10 minut. Zwalam się na śnieg. Całe zmęczenie skoczyło na mnie jak pies i przygniotło mnie. Teraz jestem całkiem bezsilny, wypluty. Oni by chcieli, żebym zwolnił cały obóz, 70 tysięcy ludzi. Chcieliby mnie dostać do speckolony. Nie. Chcieliby, aby każdy z osobna był jakimś cudem zwolniony. Przynajmniej na dziś. Nie troszczą się o resztę. Podnoszę się ze śniegu. Tutaj jest nienaruszony, błyszczący jak jedwab. O sto metrów dalej są już druty kolczaste i wyżki. Słychać z daleka orkiestrę. Orkiestra gra. Na takim zimnie. No, no. Poprawiam kitel, robię kilometr i jeszcze pół.
Defilada. Na podium stoję ja, jako przedstawiciel sanczaści, zastępca komendanta obozu, ktoś z rachunkowości, czy ja wiem, jak się to nazywa. Orkiestra gra u szerokiego wejścia. Kolumny formują się czwórkami. Jest siódma godzina. Wzniesienie dla orkiestry jest oświetlone. Zaczyna się.
Od Wani pożyczam walonki, żeby nie marznąć w nogi. To trwa, przemarsz 30 tysięcy ludzi. Idą, idą. Stachanowcy, łamagi, spryciarze, symulanci. Formują się jeszcze w mroku, wypełzają w jaskrawe światło orkiestry, potem giną w tumanie. Zaczyna sypać śnieg. Fufajki podarte, buty z opon, łapcie. Krzyki formujących. Wołania. Naczelnicy brygad. Cofanie się, potem: Naprzód. Palce owinięte szmatami. I tak zgrabieją, braciszkowie. Mam policzek zamarznięty. 40 stopni. Wiatr i śnieg. Ten policzek od strony Wołgi. Trę. Im leją się łzy. Tym najdzielniejszym, z wyjątkiem małego krawca. Idą pod wiatr, tworzy się im lód na twarzy, szron na powiekach; oddychają.
Nie potrzeba bojców. Wokoło jest wielkie kolisko wyżek i drutów. Kilkadziesiąt kilometrów. Nie uciekną, bo dokąd? Choćby znali Rosję jak własne palce, to i tak nie. Jest to tak oczywiste, że nawet nie próbują. Chyba wariaci. Nawet kierownik żarcia szpitala. Ma poza obozem ładne tysiączki. Chodzi jak baryń. Ale on też nie.
Odrywa się od brygady jakaś twarz i prosto do mnie. Ja mam jeszcze w tej ostatniej minucie prawo łaski. Ci, którzy w nocy zachorowali, mieli czas. Ci, którzy w czasie wyjścia — Wania. Ci, którzy w ostatnim momencie — ja. Twarz zakryta, owinięta po oczy, tylko oczy błyszczą. Staje. Nic nie mówi. Oczy błyszczą. Biorę za rękę. Puls niewyczuwalny na mrozie. Widzę młode czoło, żółte, Chińczyk? Odchylam dolne powieki — żółtaczka? W końcu łapię. Drobna niteczka szamoce się pod skórą, szybko, zanika, szybko. Zostawić. Siada na podium, nogi zwisają.
— U kogo byłeś wczoraj?
— Aleksander Aleksandrowicz — odpowiada cicho.
Tymczasem mój krawiec przeszedł. Aleksander mówi do mnie przed rozpoczęciem przyjęcia:
— Ja zwalniam tylko co drugiego, jak jest chory. Nie mogę więcej.
— To obciążacie szpital.
— Niech oni się martwią.
Chory opowiada mi, że mówił mu Aleksander.
— Ty, bratku, masz zdaje się zapalenie płuc. Ale co robić? Poprzedni miał złamaną nogę. Przyjdź jutro.
I zapisuje kamforę, środek wykrztuśny. Wtedy ja do tego chorego:
— Idź do Olgi Pietrownej.
Olga to jest dwudziestoletnia smarkula. Ona tu jest naczelnikiem. Ale.
Defilada. Znów stachanowcy. Jeśli mieli walonki, przehandlowali na jedzenie, mają onuce. Onuce to wspaniałe okrycie.
Gdy szedłem z brygadami rąbać drzewo w leśnym obozie, ratowały mnie onuce. Osiem kilometrów w jedną stronę. Przez dwa miesiące nie widziałem, jak wygląda prycza, na której śpię. Wychodziłem przed świtem, wracałem w nocy. Po omacku. Pomału przychodziły piły, siekiery, miseczki, lampki. Było wtedy lato i tyle borówek. Na grzybach się nie znałem. Zdarzały się maliny. Dopóki nie nadeszły piły, miałem spokój. Wybierałem sobie polanę w lesie i kładłem się na ziemię. Rzucałem liście do strumyka. Tak uroczo. Zapominało się. Świerszcze. Bzyki unoszące się nad ziemią. Potem ciemniejący las. Hubka. Rozpalałem ognisko i przypiekałem chleb. Zaczęły przychodzić piły. I siekiery. Zaczęły się krzyki, wołania.
Przechodzi jedna brygada Uzbeków. Wymierają masami. Na gruźlicę w różnych postaciach. Całe osiedle inwalidów w naszym obozie. Plącząc się tam, można zarobić na chleb. Sami homo. Ooo, salute Dżafer. Nie płacz. Nie gniewam się. Z tobą to było. Bandażowałem ci wrzód i ty mnie pocałowałeś. I chciałeś. Przeszli, utonęli w zadymce. Orkiestra gra. Nie wiem jak, przecież palce.
Elektrownia szarzeje. Czasem niknie w śniegu. Ciągle nowe kolumny. Już nie widać ludzi, tylko śnieg i poruszającą się masę. Jest mi zimno, zimno. Myśli mi zamarzają. Stoję, stoję. I stoję. Nowe kolumny. I jeszcze. Idą prosto na mnie, idą przeze mnie. Widzę tylko ich nieogolone wklęsłe twarze. Próbuję ich zatrzymać. Ale oni nie spostrzegają mnie. Idą tak, jakby mnie nie było. Widzę ich, jak umierają.
Zamknęły się olbrzymie wrota. Uciekam do kuchni. Do pierwszej z brzegu. Przez pięć minut nie mogę odtajać. Kapie ze mnie. Potem kosztuję i kosztuję. To też należy do moich obowiązków. Kosztuję pierwszy kocioł, drugi, stachanowski, czwarty. Podpisuję, że się zgadza ze wzorami wystawionymi w witrynie. Potem druga kuchnia, czwarta, w piątej oglądam tylko.
Raz mi dali tu pudełko konserw. Myśleli, że jestem pies, że będę bruździł. Ale już od tego czasu nic nie dali, bo nie jestem pies. Niedołęga jestem. Tylko dają trochę chleba, czasem. A nuż, myślą? Tymczasem idę się golić.
Fryzjer jest dobrze zaopatrzony. Poznaję rzeczy, które są od nas. Wazelina, środki dezynfekcyjne. U fryzjera jest dziesięć krzeseł. Czysto wymalowane. Białe chałaty. Flakoniki, z których pachnie. Lustra. Naśladuje, stara się. Dla mnie jest woda kolońska, dobre mydło.
Każdy może iść do fryzjera. Tylko niewielu ma na to siły, ochotę. Inwalidzi, którzy by tu ciągle siedzieli, bo jest przyjemnie, mają wyznaczone godziny, zresztą nieczęste. Więc odprężenie zupełne. Tacy sami tu pracują jak na wolności. Gaduły. Tam na wolności golą przeważnie kobiety, a tu nie. Więc gadają. A że on przyjdzie, bo ma czyrak na tyłku. Przyjąć oddzielnie. Szef mówi, że potrzebuje dla lepszych gości lanoliny. Zwłaszcza dla naczelnika policji obozowej. Były prokurator moskiewski. Mam dziś z nim spotkanie. Nie lubię go. A że czterech nurków zostało przygniecionych do siatek i że ich próbowali ratować trzy dni, ale w końcu dali spokój. Musieliby zatrzymać elektrownię. Potem, że przyszły nowe maszyny do odmrażania ziemi, ale ich jeszcze nie wyładowano. Stoją na torach i rdzewieją. Aha, bo nie ma do nich przewodów czy tam czegoś. Że teraz będą przewozili betonowe kafle do wykładania kanału. I że, i że.
Próbuję trochę spać. Ale budzi mnie woda kolońska. Biegnę do ambulatorium. O 9.30 przyjęcia. Sekretarz jest przy pracy. Nazywa się Buehler i mówi po niemiecku. Naturalnie 58 paragraf. Jest młody, porusza się z dziwnym wdziękiem ciężko chorych na serce. Ma ładne dłonie. Pytam o Griszę. Jest u naczelniczki, dwudziestoletniej smarkuli. Referuje sprawę tego przybitego członka.
Grisza to jest czterdziestoletni człowiek z kołchozu. Zdefraudował coś. Skazali go na trzy lata. Powrócił, znów zdefraudował. Skazali na pięć lat. Tu, w obozie, nauczył się felczerstwa. Zresztą podczas wojny był sanitariuszem. Dużo wie. Na łysinę to najlepiej zgolić głowę, a potem smarować jodyną. Podobno skutkuje.
Więc z tym członkiem. Wychodzi Olga Pietrowna, za nią Grisza. Olga ma niebieskie, skośne oczy, nieładny nos. Zgrabna. Miłe łydki i kolana. Uśmiechem całą bandę trzyma za pysk. Siedemdziesiąt tysięcy. Jest taktowna i opanowana. Dobiera dobrze ludzi. Stanowcza i mądra. I przy tym dobra. Jak powie: — Nie, to tak jakby inny powiedział: — Tak.
Nie było mi się łatwo dostać do ambulatorium. Musiałem mieć zatwierdzenie naczelnika obozu. Nie wiadomo, dlaczego spodobałem się jej. Wiedziałem, że będę przyjęty. Poddawała mnie z uśmieszkiem egzaminowi. Gapiła się we mnie, wpatrywała, nie spuszczała oczu, ukośnych, niebieskich. Siedziała w skórzanym fotelu, ja na krześle. Oddzielało nas biurko. No i to, że ona była „wolna”. Dawkowanie pantoponu. Objawy zapalenia płuc itd. A potem z małym przejściem:
— Zagwiżdż jakieś wasze szlagiery. — Znieruchomiałem jak owad. — No, zagwiżdż, nie bój się, ściany są izolowane.
Zagwizdałem jej Chłopców z Albatrosa, Błękitne niebo. Gwizdałem może piętnaście minut.
— A umiesz tańczyć?
— Nie.
— Dlaczego?
Zrobiłem się dla niej trochę nieinteresujący, ale uśmiechnęła się i powiedziała:
— No, teraz możesz pracować.
Podała mi rękę. Jak dobrze to dziś pamiętam. Co robisz po tylu latach, Olgo?
Teraz byłem na prawach wyjątkowych. Nawet naczelnik obozu nie mógł mnie usunąć łatwo.
Zapomniałem, że ona już weszła, a za nią Grisza. Grisza prycha, kaszle, ma czerwoną twarz. Więc ja zaczerwieniłem się, że oni idą do tego członka. Myślę: — Dobrze, że nie muszę tam być. Ale ona mówi:
— Może ty pójdziesz. Ty byłeś w karcerze? No to dobrze. Pójdziemy.
Ona jest w walonkach, przyjemnie ubrana. Idziemy w stronę śniegu, który jest jak jedwab. Ona pyta:
— Czy to prawda, że zwolniłeś pijanego?
— Prawda. Ale on był z milicji. Zastępca naczelnika.
— Powinieneś bardzo uważać.
— Jak mam uważać?
— Słuchaj, ty nie jesteś u nas długo. Sowiecki człowiek wie, nawet w obozie, jak się zachować. A ty nie. Chcesz pracować w szpitalu?
— Chcę, tylko...
— Ja wiem. Tylko nie będziesz mógł... Tak?
— Tak.
— No to zostań w ambulatorium. Tylko nie rób idiotyzmów. Dobrze, że o tym pijanym opowiedział mi Fiedia.
Dmie znad Wołgi.
— Czy to prawda, że wolna siostra Natasza ma się ku jakiemuś zekowi?
— Prawda. Wszyscy o tym mówią. Że to odbywa się na stole w ambulatorium. Na bardzo niewygodnym...
— Dość. Mówmy o czymś innym. Będę musiała zwolnić Buehlera.
— Dlaczego?
— Rozkaz z góry, że wszyscy z 58... Bardzo go lubiłam. Dość.
Popatrzyłem na nią. Dziewczyna z liceum w szkolnym płaszczu. Granatowy z futerkiem na brzegach. Z kołnierzem barankowym. Tylko na głowie skórzana czapka na uszy. Skośne, niebieskie oczy.
— Aha, asenizatorzy sprawują się dobrze? Podczas twoich dyżurów?
— Dobrze. Teraz jest... — nie wiedziałem, jak po rosyjsku powiedzieć „kał” — zamarznięty i tylko trzeba go odrąbywać.
— Gówno, chciałeś powiedzieć.
— Tak.
— Ja nie mam czasu chodzić do latryn. Polegam na tobie. A baraki 132, 133 zostały wygazowane?
— Tak. Inwalidzi musieli się skupić.
— Naturalnie, że musieli. Chodzą przynajmniej porządnie do łaźni?
— Niektórym w zimie się nie chce. Uzbecy marzną strasznie.
— Niech marzną, ale muszą. Powiesz dziennemu dyżurnemu.
— Oni dostają po łaźni często zapalenia płuc.
— Niech dostają. U mnie nie śmie być wszy ani pluskiew.
Inwalidzi, którzy nago marzną w łaźni. Czekają na ubranie z dezynfekcji. Czuła, że mam jakieś zastrzeżenia.
— Czy ty myślisz, że mnie nikt nie pilnuje? I tak powinno być. Ja mówię tak z tobą, bo ty jesteś zachodni.
Podeszliśmy pod wrota karceru, które się elektrycznie otworzyły. Naczelnik:
— Melduję, że Achmatow odmówił pójścia do pracy i przybił sobie...
Ona machnęła ręką:
— Prowadźcie.
Ponura cela, oświetlona żarówką. Z judaszem. Ten Achmatow — brodaty chłop. Potężny i chudy.
— No Achmatow, co ty wyczyniasz?
Achmatow milczy, kiwa głową jak wahadłem. Porusza grdyką. To nie jest kanciarz, ooo, nie.
— Achmatow, obywatelka naczelniczka...
Olga przerywa karcerowemu. Widać, że Achmatow jest jeszcze nieprzytomny z myślenia. Że myślał całą noc. I jeszcze wiele innych. I przybił sobie. Groźbami nic się nie wskóra. Dałby się posiekać. Mruga oczami. Ona wskakuje na pryczę, na drugie piętro. Siada obok niego. Mówi karcerowemu:
— Wyjdź!
Po tym bierze do ręki jego olbrzymią głowę. Przestaje nią kiwać. Jest zbudzony. Patrzy na nią nieprzytomnie. Ona mówi:
— Jak ci nie wstyd?
On zakrywa członek ręką.
— Za co tu siedzisz?
— Pajdkę chleba skradłem. Nie chciałem wyjść do pracy.
— No, wyciągnij ten gwóźdź.
On wie, że jak wyciągnie to wszystko się zacznie od początku. Ona, zgadując myśli, pyta:
— Na jak długo?
— Trzy lata. Kułak, kułak.
— Jak długo siedzisz?
— Dwa lata.
— Durniu, za rok wyjdziesz.
Ale w nim jest chłopski upór. Ona dodaje:
— Ja sama wyciągnę.
On chwyta prycze w dłonie i zaczyna ryczeć. Nie z bólu. Prycza trzaska pod jego rękami. Ryczy jak bawół. Ona tymczasem wyciąga gwóźdź. Patrzy jak bardzo zranione jest miejsce. Potem zeskakuje z pryczy. Do mnie:
— Zrób opatrunek.
On dalej ryczy, aż karcer się trzęsie. Ile miesięcy jego powolnego buntu poszło na marne. I bezcelowego w gruncie rzeczy. Olga woła:
— Achmatow! Milcz!
Achmatow pierwszy raz patrzy na nią przytomnie. Spojrzenie jego mięknie. Zaczyna płakać bezgłośnie. Ona mówi:
— A następnym razem tylko milicja ci pomoże, Achmatow! Pamiętaj!
I wychodzi z celi. Nie, wraca.
— Zajodynuj mi...
Pokazuje trzy palce głęboko zranione. On postarał się, aby gwóźdź był dobrze wbity. Zrobiłem opatrunek i wychodzę. Ona mówi do karcerowego:
— Ja już sama z milicją...
Potem wychodzimy na śnieg. Marszczy dziecinnie czoło:
— Przynieś mu sulfamidy.
Interesują ją nadal asenizatorzy. Czy dostają mleko? Nawet nurkowie nie dostają mleka. Jest stado krów w naszym miasteczku-obozie. Elektrownię znów pokryły mgły. Już jest dziewiąta. O 9.30 — przyjęcia, dla zwolnionych i nocnych brygad. Przechodzimy koło baraku stachanowców. Złudzenie? Gramofon. I Scherzo Mendelssohna z Flierem. Postanowiłem tu wrócić, jak będę miał czas. Ale nie miałem go nigdy. Więc nie dowiedziałem się, czy to była halucynacja. Znów zadymka, ale taka że się nie widzi na dwa metry. Wróciła do ambulatorium jak lalka: czerwone od mrozu policzki, biała skóra, usta nieprawdopodobnie purpurowe. Wróciła do gabinetu, w którym mnie egzaminowała, i poprosiła Buehlera. Na drugi dzień już go nie było. Został przeniesiony do wszystkich z 58, których wysłano na etap.
Mamy pięciu internistów i jednego wenerologa. Dentysta jest też. Wania, Pietia i dwóch innych przygotowują opatrunki. Ja i Griszka Nr 2 przygotowujemy lekarstwa. Dentysta służy przeważnie do robienia złotych zębów na przodzie. Jest taka moda, która przyszła z Moskwy. I dostojnicy łagrowi dają sobie robić złote zęby. Na przykład kierownik od żarcia szpitala. Przychodzi kobieta z dzieckiem, aby dać jej watę. Przychodzi od fryzjera, aby mu dać wazeliny. I trochę spirytusu, który jest tak potrzebny.
Denaturatu, naturalnie. Przychodzi lek-pom ze szpitala, aby mu dać kodeiny. Narkotyzuje się i jest bardzo sympatyczny. Robi małe operacje sam. Nawet nieskomplikowaną ślepą kiszkę. Po trzech dniach chory już chodzi. Wtem posłaniec od Olgi, żebym przyszedł. Grzebie się w jakichś statystykach. Mówi, nie podnosząc głowy:
— Był telefon z punktu 126. Coś się stało, tam gdzie pracują Polacy. Najlepiej będzie, jeśli ty pójdziesz.
Znałem punkt 126. Tam była sympatyczna, ciepła chatynka i lek-pom, który częstował zawsze herbatą. I czasem chlebem.
— Ale szybko — dodaje Olga.
Chleb dostawał za zwolnienie od przychodzących na robotę. Miał prawo. Więc biegnę do punktu 126, który był po drugiej stronie Wołgi. Tam gdzie kopano kanał i miały być śluzy. Daleka droga. Ciągle szyny kolejowe, rozplatające się jak dłonie. Potem traktor. Ciągnie olbrzymie drzewo. Potem znów szyny. Dużo szyn. Z wagonami. Biegnę i myślę, że nie zdążę dziś do naczelnika obozu. Będę musiał znów czekać tydzień, a każdy dzień jest tu napięty. Wreszcie jestem nad brzegiem Wołgi. Tu kursuje kolejka linowa, która przewozi ziemię. Spieszę się, więc proszę lek-poma tutejszego, aby mi zorganizował kolejkę. Z hukiem wlatują wagoniki do hali. Przewracają je. Wysypują ziemię. Ja mam też jechać takim. Wsadzają mnie. Rrrrr. Gwałtowne szarpnięcie. Wszystko maleje jak przy jeździe samolotem. W końcu znajduję się nad Wołgą. Wagoniki jadą szybko. Nie są obliczone na ludzi. Przy tym kołyszą się. Trzymam się ścian i poręczy. W górze jest wiatr. Nie oddałem walonek Wani. Przejeżdżam nad elektrownią, wysoko. Gdyby nie było zadymki, to bym się napatrzył. Jestem otulony mgłą. Wtem wagonik staje. To może trwać godziny, jak jest poważna naprawa. Wiszę pośrodku Wołgi. Chcę robić gimnastykę, ale wagonik jest za mały. Można w nim jechać w pozycji embrionalnej. Tylko. Na górze jest wiatr. Zamarznę. Trę sobie policzki. I uszy. I nos. Nareszcie rusza. Tak gwałtownie, że o mało nie spadłem. Robi zzzz i zatrzymuje się w hali. Nie mogę wysiąść. Muszą mi pomóc. Jestem trochę nieprzytomny. Prowadzą mnie do punktu 126. Przed punktem widzę, co się dzieje.
Nie dostali łopat. I rydli. Rozpalili ogień. Z przodu jest zbyt gorąco, a z tyłu za zimno. Skakali jak małpy. Duże ognisko. Jest zimniej i zimniej. Chciałoby się wejść do ognia. Mój krawiec to zrobił. Najpierw zaczął tańczyć wokoło ogniska. Potem wszedł. I zapaliło się na nim ubranie. On dalej tańczył. Płonąc. Elektrownia była nierealna, nakreślona ołówkiem. Tańczył na tle elektrowni swój ognisty taniec. Mały krawiec z miasteczka. Potem lano na niego wodę. Potem zamarzł jak żona Lota. Nie mógł wykonać ruchu. Ale był ogień. W lodowatej skorupie, w ogniu, niczym święty. Spacerował. A cała brygada dostała bzika i wokół niego. Tańczyli taniec. Bum-bum, jak Murzyni. Wchodzę do ogniska i cap za krawca. Przysmoliło mnie trochę. Krawiec, który nigdy nie płakał. Teraz nie płacze też. Ma skupioną minę, jakby szukał czegoś w ognisku. 126. Dostaję czaj, mój krawiec je śnieg. To lepiej niektórym zaspokaja pragnienie. Wani zbabrałem walonki węglem i ziemią. Polecam go opiece lek-poma 126 i wracam. Niech sobie poleży biedaczek. Tu jest ciepło. A brygada tańczy dalej wokół ognia. Znów wsiadam do wagonika, do kolejki linowej i wlatuję z gwizdem do hali. Wypadam z wagonika jak ziemia. Leżę. Jestem bardzo śpiący i chciałbym tak leżeć. Ale mnie podnoszą. Widziałem maszyny do odmrażania ziemi. Jest 9.30. Muszę spać. Widziałem kobiety na robocie. Kuchcą. Jest trochę jaśniej. Elektrownia jest wyrysowana pastelą. Pani życia. Kanał nie będzie gotowy przed wiosną. I olbrzymie betonowe kafle. Zajmują cały wagon, na którym jest napisane 12 ton. Nikt tego nie podniesie. Chyba amerykańskie dźwigi. Idę, kiwając się, do ambulatorium. Idę zdać sprawozdanie Oldze. Ale już telefonowali i nie potrzeba. Olga mnie zwalnia na dwie godziny. Do baraku. Tam generał mówi o Niemcach. Jest chory. Wokół niego wielu ludzi zwolnionych z pracy. Nie ukrywa swej nienawiści do tej Rosji. Ma „Prawdę”. Nie wiadomo skąd. Naturalnie 58. Ufa Niemcom. Cała nadzieja w nich. Chodzi na chirurgiczny. Robi strategiczne plany. Od razu usypiam. Mam się dziś zobaczyć z wieloma ludźmi. Przez sen myślę, że generała tu już jutro nie będzie.
W obozie ludzie spotykają się jak meteory. Ludzie mieszani jak piasek. Jest. Jutro nie ma. I w obozie jest swobodniej niż na swobodzie. Trochę swobodniej. Nie musi się tak uważać. A ile lat się siedzi, to prawie nieważne. Dla nas to tylko ważne. Dla nas — Europejczyków.
Za pół godziny wstaję. Muszę. Złażę z mojego 2 piętra i przemywam oczy wodą. W baraku jest dość ciepło. Zbudowany z desek, między które nasypuje się piasku lub ziemi. Ciepły i ciemny, co się kojarzy. Zresztą pali się żarówka, która mówi o elektrowni. Staram się wyglądać możliwie. Idę do kobiecego baraku. Myję zęby mydłem. Włosy mi trochę odrosły. Mam polski szynel. Wkładam go. Odchylam nauszniki. Z walonek Wani, okazuje się, można zeskrobać sadzę. I niosę prezent: błękit metylowy, który farbuje na piękny, niebieski kolor.
Kobiety do dwóch miesięcy mogą karmić dziecko. Potem idą do roboty. I w czasie ciąży mają pewne ulgi. Niektóre starają się być w ciąży. Niektóre trują się jodyną. Niektóre wywołują chininą poronienie. Skakaniem, diabli wiedzą czym. Ta, którą mam odwiedzić, poroniła. Baraki żeńskie są otoczone wysokim drutem kolczastym. Wartownik przepuszcza bez trudności.
Wchodzę do baraku. Pierwsze wrażenie: papużki w klatkach. Są oddzielone kocami. Mają prycze trzypiętrowe. I co za konkurs barw, wycinanek. Jak drzewko. Wielkie wciągnięcie oddechu. Inny świat. Życie nieprzeczuwalne tuż obok. Tylu kolorów dawno nie widziałem. Każda ma małą witrynę. Z papieru, ze szmat kolorowych. Jest tak ciepło, że kręcą się nie bardzo ubrane. Tego bardzo dawno nie czułem, kobiecego świata.
Nie umiem jakoś żyć wśród mężczyzn. Na ogół nie mam znajomych. Najlepiej rozmawia się kobietami. Z każdej da się wydobyć jakąś historię. Choćby była najgłupsza. A tu nagle sami, sami mężczyźni. I dotykają. Wytworzyła się warstwa ochronna: otępienie.
Ta, którą miałem odwiedzić:
— Natasza, Natasza.
Natasza wychyla się z jednej z klatek na 2 piętrze i pyta:
— Co?
Ma na sobie zieloną kombinezkę. Więcej nic. Jest jeszcze osłabiona. Schodzi pomału i uśmiecha się.
Była w ambulatorium pomywaczką i z nią Wania. W maleńkim pokoiku, w nocy. W pokoiku, w którym mogło stać tylko łóżko. Nic więcej.
Więc ona schodzi ostrożnie. Jak dawno nie widziałem ramion i ud kobiet? Nie, to nie jest pożądanie. Tylko, tylko... Już wiem. Uchwyciłem zachwianą równowagę. Renoir. Degas.
Ona ma 22 lata, chłopięce włosy i zdziwione usta. Podaję prezent. Właściwie nie wiem, po co przyszedłem.
— Wania kazał cię pozdrowić. I odwiedzić. I prosił spytać, czy go jeszcze lubisz.
— Lubienie... Serca nikt nie zmieni. Mnie dobrze bez niego. Za to dziękuję. Czy ty wiesz, że mamy dostać nowe koszule? Będzie taka błękitna...
— Mnie pożyczysz na szalik, dobrze? — wysunęła się jakaś głowa z klitki. Całkiem młoda.
— Wania będzie się bardzo martwił. Co mam mu powiedzieć?
— Że... że skończyło się samo.
— Nie chcesz wrócić do nas?
— Nie... Robota była dobra... Ale nie. Bo wszystko zaczęłoby się od nowa. Nie, zresztą ja będę pracować w kuchni.
Tkwił za tym jeden szewc z Polski. Szewc to była figura. Dwadzieścia kilometrów jeżdżono do niego.
— A więc?
Nie chciało mi się wychodzić.
— Zostań jeszcze.
Różowe światło. Wycinanki w oknach. I kobiety przeglądające się w szybach. I kobiety myjące się w balii. Wysuwają się głowy z papierowych zasłon, z rolet przezroczystych, żółtych (atebryna), niebieskich (błękit metylowy), zielonych (brylant gruen) i czerwonych, które jest trudno zdobyć (czerwona asseptyna). I wstążki. Jak na jarmarku. Tylko kobiety. Myją się. Przebierają. Oczekują kochanków, kochanków możnych, którzy je zwalniają od pracy. Zamykam oczy. Pomału otwieram. Jestem chłonny jak gąbka. Wszystkimi porami — wchłaniam.
— A jaki to jest płaszcz?
— Szynel polski.
— Dowiozłeś go tu?
— Dowiozłem.
Wywołuje zawsze zainteresowanie.
— No, dzieci, muszę już iść.
Wyszedłem. Dałem pajdkę chleba wartownikowi. Był inwalidą i Kałmukiem. Miał inne zainteresowania. Nie kobiety. Wracałem przez szary świat. Pozbawiony koloru i wpadnięty. Starałem się nie myśleć o papużkach.

Wróciłem na przerwę. Grisza z gorączką. Bandaże porozrzucane. Nieład. Pusto. Tylko telepie się stara Aleksandra Pietrowna. Lekarka. Grisza jest chłopek-roztropek. Siadam obok niego. Leży na tapczanie, gdzie leżą chorzy.
— No i jak?
— Jak się nażrę, to mi będzie lepiej. Idź do kucharza dziewiątego, tego z jednym okiem, i powiesz mu, że ja, Grisza, leżę chory. I ty się przy tym pożywisz. Idź, mołodiec. A jak nie, to tu zdechnę. Tylko żarcie pomaga.
Kuchnia dziewiąta jest blisko. Wchodzę i szukam szefa. Jest. Świdruje mnie jednym okiem. Tracę rezon. Jeszcze bardziej świdruje. Mówię mu:
— Griszka chory...
— Co?
Udaje, że głuchy. To mu sprawia przyjemność. Podchodzę bliżej:
— Grisza chory...
— Coś tu tak, ale nie tak.
Jeszcze się bardziej zmieszałem.
— Coś tu tak, ale nie...
Podniósł swoją białą myckę i odkrył łysinę ogromnych rozmiarów, z myszką. Potem usiadł i ukazuje to wnętrze, to górę swojej dłoni. Wyraża w ten sposób wątpliwość. Ja po raz trzeci:
— Grisza chory, może jakieś jadło.
Odsunął mnie od siebie.
— Przecież nie jestem głuchy. Słyszałem. Słyszałem. A to się coś wykombinuje.
I dał mi puszkę z mięsem. I makaron kazał zagrzać.
— Na. Griszce polepszenia.
Robi kiks.
Patelnia z makaronem o średnicy metra. Puszkę czuję w kieszeni. Makaron tłusty, przyrumieniony. Griszkę poderwało. Lancetem otwiera puszkę. I całą patelnię. Mruczy jak niedźwiedź. Kicha. Kaszle. I dalej mruczy. Jak dotarł do połowy patelni, to zamyślił się:
— Tak to, tak.
I ze smutkiem w oczach zaczął dalej. To oznaczało, że dla mnie nic nie zostanie. W sterylizatorze ugotowałem ziemniaki. Okrasiłem tranem. Sól mam zawsze przy sobie. I jadłem. Grisza spojrzał na mnie i wykrztusił:
— No, przecież.
Skończył jeść i musiałem nosić patelnię z powrotem. Griszka odwrócił się do ściany i śpi. Sanitariusze sprzątają. Myją podłogi. Podnoszą bandaże z ziemi. Zamykają pudełka. Zakorkowują flaszki. Jeden, patrząc na mnie, pije ferrum pomatum.
— Dobre, słodkie, jak wino — mówi.
Grisza nagle odwraca się, spogląda jednym okiem, potem buch, śpi.
— Dość, mordo — mówię.
Przestał, popatrzył na mnie:
— Ja na woli elektrotechnik — powiada.
Szoruje podłogę.
— Ja na woli elek...
— To co z tego?
Wybucha śmiechem.
— Zgadnij, na ile mnie zasądzili? Zgadnij. Za dwa i pół metra drutu. A ja jeszcze dołożyłem swojego metra.
Poza tym przewraca gałami.
— Wiesz, ile ja metrów nakradłem?
Oblicza, oblicza.
— Trzy kilometry, może cztery. Sam nie wiem.
I szoruje podłogę.
Zaczynam pomału przygotowywać bandaże, mikstury. Na różnej wielkości gazy kładę stereotypowe maści. To się robi tysiącami. Przychodzi Pietia. Robi to samo co ja. Potem Wania. Przygotowuje lewatywę, probówki do opadania krwi, sterylizuje strzykawki. Na morfologię. Analiza moczu. Schodzą się lekarze. Cztery kobiety. Zaczyna być gwarno. Lekarze wypisują zlecenia na skrawkach papieru. Potem chory przychodzi do mnie. Ja mu robię to i owo. Nauczyłem się robić opatrunki szybko i żeby nie spadły. 300, 400 opatrunków w ciągu wieczora. To jest coś. Wania robi byle jak. Podłogi wyszorowane. Wszyscy w białych kitlach. Jak toreadorzy. Tam, w poczekalni, szum, gwałt, kłótnie, bójki. Grisza śpi.
— No — mówię — wstawaj do roboty.
Olga przechodzi przez poczekalnię. Poczekalnia uspokaja się jak morze. Potem znów pryska do góry. Idę do Anny-lekarza, aby zwolnić jednego. Aby go posłać do szpitala, że niby ma świerzb.
— Dobrze — powiada.
Jest mała i młoda. Skończyła przed miesiącem akademię medyczną. Niedużo umie. Jest pełna najlepszych chęci. Ma śliczne walonki.
— Już na mnie czas — mówię.
Wracam. Olga wchodzi do nas.
— Wszystko w porządku?
— Tak, tak. Otwierać drzwi.
Wpada hurma. Jak byki. Grisza:
— Tylko z kartkami, tylko z kartkami.
Teraz zaczyna się robota błyskawiczna. Bandaże na pachwinę. Adonis vernalis. Środek rtęciowy na opuchliznę. Digitalis tylko leżącym. (Ci, co twierdzą, że leżą). Różne rozmiary bandaży. Ung. Hydr. Prec. Albi. Zamiast jodyny brylant gruen. Czasem sulfa. Rzadko szpital. Odmrożenia. Gnijące palce, nosy. Lewatywa. Zastrzyk arsenu. „No, spuszczaj spodnie”. Zanim tamten, robię dwa opatrunki. Sanitariusze gotują strzykawki. Uwaga, zastrzyk dożylny. Na szczęście ma żyłę. Trafiam z łatwością. Opatrunek-czapka. Z bandaży. Cuchną ciała. Pot. Lewatywa znów. Ten myśli, że to się bierze doustnie. „Spuszczaj spodnie”. Patrzy na mnie zdziwiony. Nie wie, co mu chcę zrobić. Równocześnie robię opatrunek łokcia. Łokieć i kolano. Żeby się trzymało. Przez cały dzień pracy. Tego z lewatywą muszę uczyć pozycji na boku, kolana zgięte. Opadanie krwi. Nakręcam zegar. Wbiega kobieta i ryczy. Trzyma się za brzuch. Z nią Wania. Dalej ryczy. Robię bandaż stopy. Najczęściej otarcia. Dalej ryczy. Wania pantopon. Mówię: — Zaczekaj. — Ale Wania już. Bizmut na biegunkę. Nic nie pomaga. Poznaję pismo Anny-lekarza. Ta, która ma posłać na wagary. Daję do picia rivanol. Ferrum pomatum. Ulubiony napój chorych i zdrowych. Po starych bandażach się już chodzi. Coraz to bardziej czuć ropą. Wyciągam z karbunkułu czop. Parametritis. Odsyłam do wenerologa. Pod koniec jest się zaczadzonym. Karbunkuł duży jak dłoń. Potem jodynuję. Podskakuje do góry, syka. Za to robię bardzo ładny opatrunek na tyłku. Załatwiony. Tymczasem coraz mniej widać, coraz bardziej czuć. Grisza wymiotuje. Kurza ślepota. Dajemy dużo witamin z jodeł. Tak trzy, cztery, pięć godzin.
W międzyczasie widzę pana, starannie ubranego. Czeka. Chce czopki i chce, abym go odwiedził. Jeszcze dziś. Barak techników nr 226. Mówi inaczej po rosyjsku. Prawdopodobnie lepiej. Żegna się.
— Mam nadzieję, że jeszcze dziś poczęstuję pana herbatą. Zapewniam, że jest dobra.
Zabiera swój wyjątkowo porządny kociołek. Kłania się. To rzecz niezwykła. Zakrywa go znów tyłek proszący. Zapamiętuję pana. Zwykle poznaję ludzi po częściach ciała. Zapalają światło. Czuję, że moje ręce robią skomplikowane ruchy. Precyzyjne nawet. Ambulatorium jest pełne oparów, smrodu. Chciałoby się położyć na bandażach i usnąć. Byle spać. Nie ma się nawet siły do krostowatych, opuchłych, śmierdzących. Do porwanych i żółtych. Jeszcze jeden i jeszcze, i jeszcze. W końcu Wania zamyka drzwi i mówi:
— Dość.
Grisza natychmiast kładzie się na kozetkę. Mówię:
— Posuń się.
Leżę i myślę. O tym, jak to było w obozie leśnym. Było bez porównania ciężej niż tu. A jednak. Chodzili pod latrynę zbierać główki od śledzia. I ssali je. Do szpitalika nie można było wejść. Tak cuchnęło sześciu chorych na flegmonę. Nie było sulfy. Byli beczkowaci, coraz bardziej puchły kończyny. Przypominało elephantiasis. A jednak. Zwłaszcza jesienią. Wpadłem do jamy w lesie na bagniskach. Psy mnie odszukały. Nie mogłem złapać kierunku. Tonąłem w błocie. Potem przyszły mrozy. Zrywałem owoce dzikich róż. Były słodkie. Bałem się, że zapomnę, jak się nazywam. Zapisałem sobie na korze brzozowej. Poprzednio spytałem kilku znajomych: Jak się nazywam? Ich odpowiedzi były zgodne. Z wyjątkiem jednej. Korę nosiłem przy sobie. Ludzie pili słoną wodę litrami. Puchli i byli zwolnieni. Ale umierali często. Na ostre zapalenie nerek. Już, już wstaję. Idę do baraku techników. Pan mieszka na drugim piętrze. Zauważa mnie.
— Zaraz, proszę. Nie mogę pana przyjąć. Muszę włożyć czarne ubranie.
I zmienia szare ubranie, związane sznurkami, na czarne. To czarne jest bardzo stare. Pan ma lat sześćdziesiąt i jest w jego zachowaniu jakaś inność. Przedstawia się:
— Jestem Igor Aleksandrowicz Jasienin.
Potem zaprasza mnie na górną pryczę. Przygotował keksy z serem. Biegnie po gorącą wodę. Zaparza czaj. Grzebie w kieszeniach czarnego ubrania (które okazuje się smokingiem) i wyjmuje małą fotografię:
— Oto moja mamusia.
— Gdzie mieszka?
— W Leningradzie.
— Czy żyje?...
Przestraszona twarz, że mogłaby nie żyć.
— Żyje, żyje, chwalić Boga.
Nagle przejście:
— Ja nie miałem kobiety w swoim życiu. Czytałem Śmierć w Wenecji. To ostatnia książka, jaką mogłem dostać. Wasili ze szpitala zdradził mnie. Pamiętam... pamiętam, gdy byliśmy razem w łaźni. On ma takie ładne ciało. Wtedy nie był lek-pomem. Dopiero potem, gdy ja prosiłem za niego. Inteligentny chłopak. Ma maturę.
— W jakim języku czytał pan...
— Po niemiecku. Znam też francuski — rozmawiamy po niemiecku.
— Co pan tu robi?
— Dostaję kocioł szpitalny, uprawiam w lecie ogródek. Poza tym nic. Ale teraz ma się zmienić naczelnik obozu. Przyjdą ciężkie czasy. Bo on mnie nie zna.
Milczenie.
— Słuchaj, chłopcze... Czy... czy nie znalazłby się chętny? Może ty?
Zaprzeczyłem głową.
— A inni?
— Spróbuję.
— Bardzo proszę. Ja nie miałem w życiu kobiety.
Zaczął opowiadać o przyjęciach z poprzedniej wojny u księżnej Czerkaskiej...
I tam grał na fortepianie mały chłopak, syn księżnej.
— To on zdaje się występował w Polsce...
— Tak?
Zamyślił się.
— No, ja muszę iść — powiedziałem. — Mam dziś dyżur nocny. Aha, czy uważa pan za możliwe zdeformowanie stosunków w Rosji?
Namyślił się.
— Nie.
Pauza.
— Nie, nie. Wiem, o co panu chodzi. Tak jak Kafka. Nie wyobrażam sobie. To jest kraj wymyślony. Można deformować tylko to, co istnieje. Wymyślonego nie da się deformować.
— A pan istnieje?
— Z punktu widzenia teorii poznania — nie. Z punktu widzenia „zdrowego rozsądku” — mało, zaledwie zarys cienia. Ci wszyscy ludzie — zrobił gest ręką — nie zdają sobie sprawy z tego, jak mało istnieją...
Milczenie.
— A o co chodzi?
— Jak wyjdę kiedyś na wolność...
Machnął ręką.
— Opowiem panu zdarzenie. Pracowałem na północy, przy statystykach. Odbierałem telefony, że taki a taki odcinek kolei został zrobiony. Układałem raporty i na podstawie tych raportów wysyłano zaopatrzenie. Pewnego razu komisja z Moskwy. Oglądali obozy. Okazało się, że od roku w dwudziestu punktach nic się nie robi, że w ogóle nie ma żadnej kolei, że jest tylko tundra, a w tundrze obozy z ludźmi, którzy od roku śpią...
— Ja muszę naprawdę iść.
— W takim razie dobrej nocy. Proszę pamiętać o mojej prośbie.
Zlazłem z pryczy. Na pierwszym piętrze siedział człowiek, któremu Igor Aleksandrowicz, przechyliwszy się, powiedział: „Dobry wieczór, inżynierze”.
Wyszedłem z baraku.

Wieczór. Znów wiatr znad Wołgi, który uspokoi się nazajutrz. W różnych kierunkach biegną ludzie. Nie widać twarzy. Kulą się. Bronią się przed mrozem. Jak bezbronni są. Trą sobie w biegu nos, policzki. Zatykają się szmatami. Tylko oczy, aby nie upaść.
Im bardziej zbliża się pora wyjścia na pracę, tym bardziej jesteś sam. Potem zamknięty z własnym losem. Oczy w oczy. Idziesz jak w szklanej kuli. Nikt, jeśli upadniesz, nie pomoże wstać. Ty drugiemu też nie. Nie masz zbędnych sił. Ani niezbędnych.
Wstępuję do latryny. Tu parują żywi. Starają się nie odmrozić tyłka. Ale nie zawsze to się udaje. Szewcy pracują dzień i noc. Krawcy też. Czarnopracujący stoją na apelu. Czwórkami. Nie zgadza się. Stoją dwie godziny. W końcu wynoszą chorego, który upadł w latrynie. Inwalidzi sprzedają pomarańcze. Za pajdkę chleba. Uzbecy. Dostają paczki. Wszyscy chodzą szybko. Z jednego baraku w drugi. Jak najszybciej. Robią postoje. Brygada idzie się kąpać. Rezygnuję ze spotkania z naczelnikiem policji. Ma własny pokój i sprowadza kobiety. Mam mu dać cywilne spodnie. Jeszcze z Polski. Rezygnuję z naczelnika łagru. Baraki się zataczają. Widzę jaskrawe światło ambulatorium. Mam dyżur nocny.
Grisza śpi, Wania śpi, Pietia śpi. Ja też usnę na kwadrans. Sanitariusze sprzątają, jedzą witaminy. Nie zwracam uwagi. Olga poszła do domu. Jeszcze dziś siedzi Buehler. Wenerolog przyjmuje jeszcze kobiety. Zasypiam przerywanym snem. Przychodzi jeden, ma temperaturę. Zwalniam. Przedtem muszę zapisać do księgi. Dodaję parę kresek, żeby lepiej wypadło. Przychodzi drugi. Temperatura. Trzeci, czwarty, dwudziesty, sześćdziesiąty pierwszy — wszyscy mają niewielką temperaturę. W końcu rozbieram jednego do naga. Pcham termometry gdzie popadnie: w usta, pod pachę, w odbyt. Czasem symulują. Lokalne zapalenie w ustach i mają temperaturę. Albo w odbycie. Albo pod pachą. Oglądam te miejsca. Mają znajomych w szpitalu: zastrzyk mleka. Rana, która cuchnie naftą. Niegojąca się. 167 chorych zwolniłem. Jeszcze nigdy. Zbliża się ósma. Zamykam. Tylko nagłe wypadki. Moja księga idzie do Buehlera. Po pół godzinie wraca. Spokój. O jedenastej budzą się Wania, Grisza, Pietia. Sanitariusze poszli spać.
Wania przeciąga się i mówi:
— Może by my się czego napili? Pietia?
— A czego?
— Denaturatu, naturalnie. Ale go będzie trzeba traszki przesączyć.
— Sącz.
— Już idę.
I leży.
— Ale na ząb coś położyć, to także warto.
— Warto.
— Więc?...
— Grisza, marsz do kuchni.
— Ja mam gorączkę.
— Symulujesz, bracie, zdaje ci się tylko. Marsz. A ty, Pietia, zabierz się do sączenia. Tylko trzeba będzie zrobić pięć sączków. A zresztą ja mogę pić niesączony.
Cisza.
Wrzeszczy:
— Ja wam, sukinsynom, zęby powybijam, powieszę...
Teraz nie należało żartować. Pietia zabrał się do sączków. Grisza — do kuchni.
— A ty — ty do mnie chodź.
Niby ja. Zupełnie zmieniając barwę głosu, prawie pieszczotliwie:
— Co z Natią?
— A nic. Kazała ci się kłaniać. Powiedziała, że więcej tu nie przyjdzie.
Chwila ciszy. Zupełnej ciszy. Mówię:
— Masz walonki.
— Nie będą mi potrzebne. A płaszcz, ten twój granatowy, pożyczysz mi?
— Tak.
— Tak.
— No, to dobrze.
Zamknął oczy. Udając, że śpi. Minuta, dwie, trzy. W końcu:
— No to kurwa.
I już nie udaje. Patrzy w powałę. W milczeniu Pietia cedzi denaturat. Przez pięć sączków. Czas się wlecze. Wraca Grisza:
— Będzie za pół godziny.
Spirytus kapie, kapie. Nikt nic nie mówi. Wania patrzy w powałę. Grisza kładzie się na podłodze. Ja też. Pod głową fufajki. Grisza wstaje, wychodzi do kuchni. Spirytus kapie. Wania patrzy w powałę. Jakby czegoś szukał. Wania.
— Ile tego będzie?
Z drugiego pokoju:
— Jakie trzy litry.
I znów cisza. Wchodzi Grisza. Niesie kartoflane łatki i konserwę mięsną. Zrywamy się wszyscy. Trącamy się. Jemy z patelni. Popijamy spirytusem. Trzeba umieć pić spirytus. To jest łatwo. Przed wypiciem robi się wdech. Wania pije, że aż strach. Ze szklanki. I żre. My też żremy. Wania, zwracając się do mnie:
— Jaka szkoda, żeś ty Żyd.
Żre dalej.
— Aleksiej nie-Żyd, a drań, Stepan nie-Żyd, a do dupy, Sierioża nie-Żyd, a drań, Kossowski nie-Żyd, a drań, tylu, tylu jest drani.
Żre dalej. Wania, z pijacką czułością:
— A ty jesteś Żyd, Żyd, pomyśleć tylko, o Boże...
Kiwa głową i wzdycha. Pietia ośmiela się, pod wódką:
— Ja raz wykończyłem jednego parcha...
— Milczeć. On jest przecież trochę Żyd. Zresztą, to mnie nie obchodzi. Pożyczasz mi granatowy płaszcz?
— Tak, już mówiłem.
— Idę do babskiego.
— Zamknięty w nocy — mówi Grisza.
— Nic nie szkodzi, przelezę przez druty.
— Druty bardzo wysokie.
— Przelezę. Zresztą, co wam do tego?
Żre dalej, popija spirytusem. Wania.
— Dajcie, bracia, eteru, nie z waleriany, czyściuteńkiego eteru.
Grisza wstaje, podaje dużą flaszkę. Wania z lubością wącha. Potem pije. Wstaje nagle.
— Czy dobrze chodzę?
— Dobrze. Ale milicja, ani chybi, cię zamknie.
— Ja wdziewam granatowy płaszcz i idę. Idę wprost na druty.
Grisza ukradkiem pokazuje, że Wania zwariował. Wania pod nosem:
— Pomówię, pomówię, uhołubię.
Uśmiech się wałęsa po jego szerokiej twarzy. Wdziewa mój płaszcz. Ostatnie słowo:
— ...uhołubię.
Znika. Teraz ja:
— No, marsz spać, dzieci.
Godzina druga, trzecia, czwarta. O czwartej wchodzi Olga, naczelny lekarz okręgu, dwóch ludzi z NKWD. Olga do mnie:
— Ilu zwolniłeś ludzi?
— Sto sześćdziesiąt siedem.
— Nie wiedziałeś o szczepieniach przeciwtyfusowych?
— Nie.
Olga mówi coś do ludzi z NKWD. Jeden z nich:
— Pójdźmy przecież.
I musiałem z nimi łazić po wszystkich barakach, gdzie znajdowali się zwolnieni. Olga zabrała termometry. Chorzy mieli teraz o wiele wyższą temperaturę. To mnie uratowało. I Olgę też. Ten drugi, milczący, bełkotał coś o sabotażu. Potem weszli do gabinetu Olgi. Przysłali po spirytus. Pomyślałem: „Już dobrze”.
Naczelny lekarz okręgu powiedział:
— Gorączka po szczepieniach nie jest chorobą. I nie masz prawa zwalniać.
Wyszedł. Olga już nie poszła spać. Boczyła się na mnie. Musiałem obudzić Pietię, żeby dyżurował za mnie. W końcu zagwizdałem jej, w gabinecie izolowanym, szlagiery, wybijając rytm dłonią, palcami. Wtedy przestała się boczyć. Powiedziała:
— O mało mnie nie zamknęli. I mieliby słuszność. I dostałabym 58. Byłoby za ciebie. A teraz się wynoś.
Położyła się na biurku i usnęła. Ja za to nie spałem, mimo że Pietia. Leżałem na podłodze, tak jak Wania, z szeroko otwartymi oczami. I myślałem. O tym, również, jakbym odwiedzał Olgę w kobiecej części obozu. Że Wania tam poszedł na druty. I tak dalej.
Wani nie znalazłem podczas wizyty w karcerze. Może gdzieś po pijanemu usnął. Może go Natia przytuliła. Może wstąpił do nieba, ponieważ tak mało istniał.
Defilada w ciemności. Jakiś przewód się zepsuł. Widać tylko zarysy idących. Wznoszą się, im dalej od bramy. Elektrownia żarzy się. Ma wszystkie cechy boskości. Nawet utopiła 50 000 ludzi, gdy zerwała się tama. Módl się za nami! Przebacz nam, jako i my nie przebaczamy naszym winowajcom! Tuż obok jest godzina śmierci naszej. Huuu!

[Instytut Literacki 1957]


WAADI
Dla Bibika
Zagęszczenie śmierci w kraju, który zamieszkuję, jest nieprawdopodobne. Ludzie, sami żywi, promieniują swoimi zmarłymi. Ludzie, nosiciele śmierci, jak kamyki rzucone na wodę rysują koła rozchodzące się, wpadające na siebie... Ja też jestem takim człowiekiem. Jasne, że moja opowieść jest śmiertelna.

Chcę opowiedzieć o dalekim miejscu w Uzbekistanie, gdzie królował pułkownik K. na wysokim pagórku, na kurwiej górce, jak mówiono. Ta górka miała sprawiedliwą nazwę: nie bójcie się. Chcę też powiedzieć o dolinie wapiennej. Na dnie pełzła jadowita rzeczka, z której przynoszono wodę.
Przeszedłem tyfus i biegunkę, której nie dawano nazwy. Profilaktycznie. Wszyscy mieli biegunkę. Nawet najpiękniejsze dziewczęta. Sprawdzało się to mimo woli w latrynie. Zależnie od talentu erotycznego podcierały się kartkami z Lenina, kamieniami, albo w ogóle nie. Chwiałem się z osłabienia. Ale unikałem słońca, bo było gorsze niż dżuma. Wznosiło się jak jastrząb w miarę wzrastania lata. Pięło się coraz wyżej. Sępy krążyły nad miasteczkiem.
Wyrosła mi czarna duża broda. Zobaczyłem ją w zupie.
— Wyglądam jak beduin — powiedziałem do sanitariuszki. Była ze Lwowa. Tam beduin znaczy Żyd. Zmieszała się.
W tym czasie Emil, którym później opiekowałem się trochę, zgłosił się do lekarza. Robił krwią, więc odesłano go do szpitala. Tam czekał dwie godziny. Ewidencyjny od trupów, przy świetle księżyca, zapisał go i dał Andrzejowi skierowanie. Ewidencyjny od trupów poszedł spać, bo był pijany. A może nie był. Sanitariusz Andrzej zaprowadził go, świecąc lampą, do jednej z sal meczetu. Powiedział do kilku splątanych ciał:
— No, rozsunąć się.
Ktoś zawołał:
— Dokąd? Za ścianę.
— Stoi człowiek. Musi leżeć. Musi być miejsce. Kładź się pan. Oni się już rozsuną.
Emil, który miał wątpliwości:
— Ale tu nie ma chorych na tyfus, co?
Andrzej, który miał do czynienia z wieloma bredzącymi, mruknął:
— Naturalnie że nie.
Jedno ciało na podłodze ucieszyło się:
— Właśnie, że tak. Sam tyfus, idiota.
— Panie, ja mam sraczkę, żaden tyfus.
— Kładź się pan.
Popatrzył jeszcze raz na kartkę:
— Naturalnie że tyfus.
— Ja się nie kładę. Zarażę się.
— Kładź się pan.
Emil szturchnął Andrzeja i wybiegł na podwórze.
W tej chwili zobaczyłem kogoś biegnącego w koszuli sięgającej do pępka. Nie poznałem go. Za nim trzech sanitariuszy. Wszystko to pod niebem wygiętym jak szklany dzwon.

W ten sposób Emil został u nas. Niebo było rozpalone do białości. Kwiaty z ognia chwiały się na białej ziemi, popękanej, jak wargi w gorączce. Kał zaczynał się powoli gotować w cynowych nocnikach.
Emil spał. Czterdziestu dwu ludzi leżało na ziemi, tak że nie wszyscy mogli równocześnie leżeć na plecach.
Ich pot parował. Ich bulgotania, jęczenia, charczenia i chrapania. Ich ręce mieszały się. Oddechy też. Sanitariusz Andrzej nie podnosił nawet głowy, gdy ktoś wołał:
— Basen!
W półśnie myślał:
— Niech srają, niech utoną w gównie, niech zdechną, niech się to wszystko razem zapadnie.
I oni srali pod siebie a kał wysychał szybko: zjadały go muchy.
Emil spał. Siódmy dzień gorączki: 41° do 42°. Mówiłem z doktorem Wilczkiem. Ten powiedział:
— Panie, co pan sobie myśli? Egzantemy nie ma. Próba Weilla minus. Malaria minus. Bruceloza? Zresztą, jak się tu robi analizy. Dziś umarł dwudziesty szósty lekarz.
I odszedł z nowym podręcznikiem chorób tropikalnych. Na głowie Emila ktoś trzymał rękę. To dusiło — więc powiedział:
— Staszek, jak nie weźmiesz ręki...
Po kwadransie:
— Staszek, weź rękę.
Ja leżałem z drugiej strony. Powiedziałem: — Staszek nie żyje — i zdjąłem rękę. Zawołałem Andrzeja. Potrwało to trochę zanim go zabrali. Emil usnął. Bełkotał. Po chwili obudziłem go:
— Zupa!
— Mam ją gdzieś. Daj spać.
— Już szósty dzień nic nie jesz, zdechniesz.
— Zdechnę.
— Nie wolno ci.
Milczenie.
— Daj mi.
Karmiłem go. Zjadł pięć łyżek.
— Dosyć, zwymiotuję.
W południe przyszła Ewa. Była brązowa, wychudzona, upudrowana. Prawie że ładna, ubrana starannie. Był jej wdzięczny, że wygląda trochę podobnie do siebie.
Była jego dziewczyną. Ale to nie jest proste.
Ona uważała, że kocha Pawła, który był oficerem. Do niego wchodziło się przez okno, po drabinie. Leżał luźniej i umierał na gruźlicę. A spała z Jareckim, kwatermistrzem.
Żony sowieckie były wygodne dla żołnierzy. Starały się być koło nich. Jak który zachorował, to przynosiły mu, co mogły. Wpijały się w nich, żeby tylko nie umarli. Wtedy zazwyczaj przestawały być rodziną wojskową i cały wyjazd z Rosji nie był pewien. Ewa postanowiła wyjechać z Rosji.
— Przyniosłam ci wino. Czerwone.
— Czy mam dużą brodę? Skąd wzięłaś wino?
— Spałam z Jareckim.
Jej oczy były zupełnie puste.
— Muszę już iść.
— Do Pawła?
— Tak.
Poszła.

Kobiety potrzebują za wszelką, ale to za wszelką cenę, czułości. Zobaczyłem to dokładnie dopiero teraz. Zachowują się jak koty. Gdy nie są głaskane — opuszczają ogony. Miauczą potem. Wreszcie zaczynają się ocierać o stołek. Ten stołek ożywia się czasem. Mogłyby bez tego umrzeć. Dla Ewy był stołkiem Jarecki. Stołkiem, na którym stał cukier, wino i tłuszcz.
Poza tym spółkowały dla zapomnienia się. Nie „zapomnienia”. One usiłowały zgubić się. (Mężczyźni nie umieli tego). Nie należy ich surowo sądzić. One odgradzały się przez spółkowanie. I odradzały. To jest bardzo dziwne.
Więc Ewa poszła do Pawła. Gdy wchodziła na drabinkę, miała zagubioną, napiętą twarz. I przynosiła mu tu swoje siły, na to miejsce z pewnością straszne. Czy potrafiłaby to robić, gdyby spędzała inaczej noce?
Podciągnęła się i skupiła, jak do skoku. Jej „dzień dobry” było pogodne.
Wąskokościsty delikatny chłopiec. Trochę dziecinny, trochę bardzo stary. Biały. Nie golił się, bo nie miał czego. Ogromne fioletowe oczy. Nos wąski i chrapy drgające. Dziecko skazane od urodzenia. Uśmiechnął się. Więcej nie mógł.
Ona przyniosła mu siebie całą, nieuszkodzoną, nienapiętnowaną. Ofiarowała mu siebie z uśmiechem, jak na tacy. Z całą swobodą, z zaprzeczeniem rzeczywistości. Jakimś kobiecym sposobem oderwała się od tego, co otacza. Przyniosła mu siebie, świeżą jeszcze i pachnącą. Powiedziała „dzień dobry” i usiadła na kocu. Chłopiec i dziewczyna na wycieczce. Potrafiła być gdzie indziej, podczas gdy była z nim.
Wszystko leżało zmiażdżone słońcem. Szpital urządzony w meczecie, kolorowe kolumny rzeźbione w drzewie, mozaika oślepiająca, chorzy na tyfus, na biegunkę, a na dole sączące się powoli waadi.
Muchy pokrywały leżących — jak aksamitny dywan. Gdy ktoś ruszył nogą, podnosiły się z szumem maszyn, z szumem dziesięciu tysięcy trzmieli i opadały. One też spółkowały. Na łyżkach, w czasie jedzenia, w uszach, w oczodołach, wchodziły do ust. Były zwariowane, rozpustne i bezczelne. Królowały na ekskrementach. Doktor Wilczek mawiał, gdy siadały na kimś tak gęsto, że nie można było go poznać:
— Stawiają diagnozę lepiej od nas. Moribundus. Czują rozkład o dwa dni wcześniej.
Prorocy w turbanach, o białych brodach, jechali przez słońce jak widma.
Niewiarygodnie chudzi, chorzy na dezynterię, marzyli w groźne południe o cienistych latrynach, o spokoju, aby leżeć i spać w klozetach, aby nie trzeba było tam pełzać pięćdziesiąt razy dziennie, aby nie bolała kiszka stolcowa, aby spacerowały wokół nich duże, piękne skarabeusze, czarno-zielonkawe żuki gnojne, toczące przed sobą, jak lwy w cyrku, kule kału. I mieli jeszcze jedno pragnienie, straszne pragnienie: pragnienie wody, która była zakazana.
Potajemnie, gdy przynoszono ją z waadi, czołgali się do niej, w dzień i w nocy, obłąkani, przylepieni do wiader jak pijawki, pili czystą, brudną, pili trzy, cztery, pięć litrów. Nie zważali na żadne argumenty. Odciągano ich przemocą, bito, czepiali się kościstymi rękami, przenoszono wiadra, odnajdywali je. Na parę godzin przed śmiercią, na czworakach, z opuchłymi nogami, brzuchami, w strasznym pożądaniu marzyli o wodzie, pełzali do niej, śnili, aby była chłodna i przeźroczysta.

Mijało południe, w którym ludzie chodzili jak muchy w syropie. Wieczorem wynoszono trupy w niebieskich siennikach. Ewidencyjny od trupów opowiadał doktorowi Wilczkowi z przejęciem, jak pewna wdowa po kapitanie chciała jeszcze raz ujrzeć twarz nieboszczyka męża, a okazało się, że z siennika wygląda Żyd z siwą brodą.
Ale lekarz machnął ręką i poszedł do dyżurki. Był bardzo zmęczony, nie spał trzy noce.
Słońce zaczęło opadać, ukazała się wyschnięta sadzawka na środku podwórza. Ewidencyjny był zdenerwowany. Chciał iść do miasteczka, załatwić potrzeby seksualne, upić się winem. Czekał, aż chory, z którego zostały same oczy, umrze, aby zanotować stan dzisiejszy i kazać go zabrać. Po raz drugi wchodził do sali i pytał sanitariusza Andrzeja:
— Zwłoki gotowe?
Sanitariusz Andrzej spotykał wzrok tego, na którego czekano i odpowiadał:
— Nie.
Więc za piętnaście minut znów:
— Zwłoki gotowe, do ciężkiej cholery?
— Nie.
— Niech to szlag trafi. Idę.
I poszedł.
Na oddziale chorych na tyfus ktoś zaczął szczekać. Słońce zachodziło, niebo było połyskliwe, teatralny księżyc wisiał na niebie. Osły płakały z daleka.

Niektóre siostry, na ogół ładne, robiły się na wyjście. Niektóre mieszkały w meczecie. Myły się. Wszystkie robiły toilette intime. Nigdy nie wiadomo, co noc może przynieść. Szorowały się jak koty, z dziwnymi zapatrzeniami. Atak mycia, chwila nieobecności, wolne, nieprzytomne lizanie się, potem nagłe olśnienie. Długo się zastanawiały w bezruchu. Rozplatały papiloty. Ubierały się. Pokazywały sobie nawzajem w małych lusterkach sińce.
Robiły się na wszelki wypadek i robiły się na określony wypadek. Potem przepływały jak okręty ku wyjściu.

W tym czasie Ewa zapukała do dyżurki. Pukała, pukała, aż weszła. Doktora Wilczka trzeba było wyciągnąć ze snu jak z studni. Usiadł i był ledwo przytomny.
— Doktorze, doktorze.
Trochę przerażony, miał przykre sny.
— Czy on umrze?
— Kto, kto taki?
Jeszcze nie poznał Ewy. W końcu zorientował się, że chodzi o Pawła.
— On? On już umiera.
Postanowiła, że będzie umierał przy niej, żeby się nie bał, wtulony w nią. Będzie mu opowiadała bajki. Nie takie, że wyzdrowieje i jak to będzie. Tylko — jak małym dzieciom. Od trzech dni miał krwotok. Był prawie przeźroczysty. To się tak mówi, ale niewiarygodne, jak skóra może być przeźroczysta. Najpierw krwotok zaczął się gwałtownie przez usta, potem nauczył się połykać krew. Zawsze można się jeszcze czegoś nauczyć.
Opowiadała mu bajkę. O promyku księżyca, O dobrym siewcy, W jego sercu śpiewał skowronek. On nie mógł mówić, gdy pytała: — Opowiadać dalej? — kiwał dłonią, że tak. I jeszcze, jeszcze.
W końcu leżał na jej prawej ręce, lewą głaskała go, czuła jego oddech na policzku. Śmierdział trochę. Była bardzo spokojna. To wykraczało daleko poza granicę tego, co wzrusza.
Umierał w czasie nocy miękkiej jak wata, żuki o metalicznych, lśniących grzbietach toczyły bez przerwy kule kału, syte wszy poruszały się sennie, szakale odgrzebywały trupy i krzyczały, osły bardzo płakały. Emil bredził Céline’a: „Porzuci się wszędzie poronione płody szczęścia, żeby śmierdziały po kątach ziemi...”; oddając kał, bez przerwy umierało dwunastu ludzi, którzy miauczeli jak koty; ich głos nie był więcej głosem człowieka. Trzynastym był Paweł.
Jedną ręką ściskał dłoń Ewy, drugą skrobał poduszkę, jak ona w czasie orgazmu. O godzinie jedenastej zaczął drgać gwałtownie, pięć minut potem zaczął śpiewać. Był to śpiew przesycony dygotaniem, o nieokreślonej tonacji, podobny do krztuszenia się Arabów i do śpiewu szakali.
O pierwszej przyszedł doktor Wilczek.
— Chce pani, abyśmy mu wpakowali kamforę i glukozę? Mógłby tak śpiewać ze trzy dni.
Ewa odpowiedziała:
— Nie.
Myślała o świcie, w którym nie widziała dla niego już miejsca, i chciała, aby ta chwila nie skończyła się nigdy. Układała sobie swoje życie w skupieniu, uwadze, a jednocześnie wstawała w niej rozpacz. Chory, który leżał obok, podmacywał ją trochę i ona tego nie czuła; a może zresztą czuła.
O czwartej nad ranem oddech jego zahaczył się o coś, jego śpiew ustał, szczęka opadła. Zobaczyła błyszczące w księżycu zęby i uśmiech — grymas lubieżny, i on leżał już tam, leżał po drugiej stronie, wtulony w nią, prawie usta w usta.

[Instytut Literacki 1957]


PIOTRUŚ
(Apokryf)

Kto odda się cały jednej, wielkiej
czy małej, sprawie, w dodatku
beznadziejnej — ten musi umrzeć
w końcu za nią, albo też przez nią.
Maria Dąbrowska
Noce i dnie, tom V, Miłość

1

Było to w Palestynie, na Ziemi Świętej, gdzieś z wiosną 194...
Wtedy to właśnie byłem zmuszony okolicznościami i długami moralnymi wywiesić nad swoją głową wielki szyld w językach niemieckim, hebrajskim i angielskim: PIOTRUŚ WRAZ Z ODZIEŻĄ — DO SPRZEDANIA.

2

Targ wielki, nieustający jarmark, bazar właściwie, suk lub szuk. Rojna, długa ulica, gdzie chodziło się z trudnością, o przecznicach pachnących drobiem i mięsem. Przecznice te, pozornie podobne do włoskich uliczek, spadały ku morzu, wiecznie mruczącemu. Można tu było kupić po cenach znacznie zniżonych takie rzeczy jak grzebyki, kury, majtki jedwabne, pomarańcze, korale, nieskończoną ilość przedmiotów dużych i małych, nawalonych często kupą, przewyższającą człowieka.
Przekupnie, krzycząc, zachwalali swój towar. Arabowie wpadali w ekstazę, pluli, klęli, błyszcząc oczami, które wyłaziły z orbit. Byłem za każdym razem zdumiony ich wytrzymałością, zdumiony i przerażony. Przez dziesięć godzin bez przerwy:
— Czosnek dobry, czosnek nadzwyczajny, czosnek malinowy, honolulski, nieprawdopodobny.
A gdy chciało się odpocząć od gwaru, schodziło się w owe uliczki, pachnące drobiem, które zawsze, po takich czy innych zakrętach, spływały ku morzu.
Ale ja sobie na to pozwolić nie mogłem. Po prostu nie miałem możności. Musiałem jeszcze dziś, teraz, zaraz, już się sprzedać.
Na granicy Tel Awiwu i Jafy, gdzie kupowali Żydzi i Arabowie, gdzie był tłum największy, nikt mnie zobaczyć nie mógł, przypuszczam to dziś. Siedziałem tyłem do morza, z lewej Tel Awiw, z prawej wysoki, daleki minaret. Tam był już szuk całkiem arabski.
Jajka ułożone w piramidę. Twarze zakryte złotymi monetami. Srebro i złoto. Mężczyźni w fezach, turbanach, kucali, popijając herbatę. Beduin z dywanikiem na ziemi. Dużo naczyń glinianych, flaszeczek. Koło niego kobiety kucały, mówiły coś długo. A potem różnokolorowe proszki. Rozprowadzał je uroczyście i dawał pić. Lekarz, kosmetyczka, zamawiacz, sprzedawca lubczyków.
W ciemnych dziurach bram palili nargile. Bladoniebieskawy dym. Uliczki były węższe, czarniejsze, pełzające jak żmije. W ich cieniu można było zobaczyć piękne dywany, kupić owce, osiołki, kozy i wielbłądy. Słońce grzało już mocno, o co tutaj nie jest trudno. Pociłem się bardzo. Byłem prawie nagi. Pomacała mnie chuda pani i odeszła. Była już dziesiąta. Zrezygnowany.
Robiło się coraz to gęściej. Jarzyny, mięso już ledwo widoczne i tak podobne do ciemnych skór tutejszych ludzi, kolorowe chustki, spoceni rzeźnicy, całe tony słońca opadającego ciężko, kwiaty — to wszystko kręciło się w kółko, potem oddzielało, odpływało pomału, niknęło, równocześnie rodziło się na nowo, wyciągane z szuflad, z komór, z czeluści sklepów i składów. A spodem arabskiego targu nurkowali mali chłopcy, pięcioletni, niewidoczni w tłumie, roznosili małe filiżanki kawy, herbaty, wypływając w miejscach bezpiecznych. Śmierdziało falafelem. Trochę dalej arabskie lody, niezrównane, robione gołymi rękami i językiem. Można było zamówić w kształcie bramy lub kwiatu.

3

Podeszła do mnie starsza pani, czarno ubrana. Zbliżyła twarz do mojej, mokrej od potu. Poczułem smród jej ust, fetor nieznośny. Pochyliła się, ja siedziałem. Zobaczyłem brudny stanik, połowę piersi. Miała czarne rozbiegane oczy. Kucnęła. Zaczęła mnie gruntownie macać. Nie pominęła żadnej części ciała. Kazała wstać. Uczyniłem to niezgrabnie. „Aha” — mruknęła. Macała mnie dokładnie, niby kurę, czy ma jajka, czy jest tłusta. Bała się widać, bym nie był dostatecznie zdrów ani też zbyt chory, by umrzeć jej zaraz. Byłem widać w sam raz, bo powiedziała po niemiecku:
— Bo widzi pan, mój mąż po śmierci leżał w lodówce w szpitalu i kosztowało mnie to masę... Tu mięso rozkłada się szybko.

4

Nagle poruszenie, jakby pomruk. Ludzie zaczęli się tłoczyć. Groziło zawaleniem bud.
I wtem, jakby się rozwarło morze, mały osiołek z brodatym Arabem. Za osiołkiem brodate wielbłądy, kiwające się dostojnie, które poruszały się w ten sposób, jakby każda część ciała wykonywała dowolną funkcję. Objuczone po dachy domów.

5

— Och, jak mnie przycisnęli do muru — powiedziała moja pani. Oddycha ciężko.
— To było — mówi, nawiązując do poprzedniego — to było jeszcze podczas procesu. Tego o otrucie. A co pan robił wczoraj, przedwczoraj?
— Wczoraj? Wczoraj opuściłem dom, rodzaj sanatorium, rodzaj domu starców. Wczoraj to właśnie było. Wyszedłem na balkon, a tam płacze stara Żydówka.
— Dlaczego pani płacze? — pytam.
— Bo jestem stara i muszę umrzeć. Tak odpowiedziała.
I jeszcze powiedziała:
— Sama siebie nie mogę znieść, taka starucha, to mi każą jeszcze z kilkoma mieszkać.
A potem poszedłem do pokoju. Mieszkaliśmy we czwórkę. Na moim łóżku siedziała czterdziestoletnia Niemka i udowadniała przez długi czas, że z powodu choroby kręgów może tylko ustami, językiem. Potem wszedł do pokoju mężczyzna, któremu Arabowie ucięli wszystko, razem z prąciem, i który z tego powodu śmierdział stale moczem. Dostawał napadów szału i był poetą. I był tam...
— Dość.
Wydała mi się zakłopotana. Ale nie dałem za wygraną.
— I sprzątała tam młoda dziewczyna. Lalka z czekolady.
Wtem zrozumiałem, że za dużo pamiętam. Że popełniłem fatalny błąd. Ale ona rozstrzygnęła:
— Idę po tragarza. Aha, zauważyłam, że pan sepleni i jąka się.
Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle. Zaczerwieniłem się i powiedziałem:
— Ttttak, nie, proszę pani.
— Czy chodzi pan po schodach?
— Nnnnie, proszę, to znaczy od czasu mojego wypadku z tym, tak, nie.
Rozważała jeszcze jakieś „za” i „przeciw”. Oglądnęła mnie jeszcze raz, w całości, i powiedziała:
— Kupuję. Idę po sabala, tragarza, to znaczy.
Zaczepiła przechodnia, aby tragarzowi, który nie umiał po niemiecku i był z Jemenu, przetłumaczył coś w tym sensie:
— Zawieź go na ulicę Chapu-Chapu 8 do pani Cin. Tam ci zapłacę.
I poszła sobie.
Sabal pomógł mi przejść na swój wózek, dwukołowy. Potem przeniósł odzież, tablicy nie przeniósł. Wyjechaliśmy na ulicę Allenby.

6

Nie zwracano na nas uwagi. W tym czasie były takie przeprowadzki częste.
Pchał dzielnie swój wózek, wysuwając język, jak piszące dzieci. I kiwał swoją koźlą brodą. Trudno było utrzymać równowagę. Więc tylko wierzchołki domów. Położyłem się, nie widziałem więcej ulic. Wyczuwałem miejsca cieniste. Poza tym niebo, na które trudno było patrzeć.
Koło kina Mugrabi zatrzymał wózek. Cień jeszcze wilgotny. Usiadłem. Oglądałem ludzi, zwłaszcza dziewczęta. Ogółem nieładne, o nisko zwisających tyłkach.
Do Palestyny przyjeżdżały przed wojną idealistki. Idealizm nie sprzyja urodzie i długim nogom. Położyłem się przygnębiony na wózku. Miałem się przekonać później, że jest parę ładnych dziewcząt w tym mieście. Żarzą się wieczorami w ciemnych domach.

7

Sabal ruszył nagle. Jechaliśmy, nie spiesząc się, przez ulicę Ben-Yehuda, a ja myślałem o dziwnym wrażeniu, które towarzyszyło mi przez cały czas w domu starców. Czy tyczy to tylko tego domu? Czy nie widzę czegoś u przechodniów, na ulicy, tu także? Nawet u najładniejszych dziewcząt, jakie spotkałem dotychczas.
Chodzi mianowicie o dłubanie w nosie. Każdy wszędzie dłubał w nosie, widocznie czy też psychicznie. I każdy wyciągał smarki na wierzch, szukał w nich coś długo, szukał, szukał, w końcu zaczął zwijać w kulkę, niby chleb, bawić się nerwowo z niewidocznym, nienaturalnym uśmiechem, roztargnionym. I każdy też ruszał najbardziej intymne miejsca ręką czy też nogą. Naturalnie, nieczęsto fizycznie, ale jakąś trzecią nogą, której zarysy wyraźnie widziałem. Nie mówiąc o tym, jak musieli się interesować tymi miejscami, gdy leżeli sami w łóżkach. „Interesowali się” — to dużo i mało. Nerwowo grzebali tam, myśląc o czymś innym, czytając książkę, rozmawiając, we śnie.
— Taki już naród — myślałem — wybrany przez Boga też tym. Wielka neuroza, jedno wielkie skomplikowanie, które rozgałęzia się jak arteria i kończy się dłubaniem, oglądaniem. To zaraźliwe, pomyślałem, dłubiąc, grzebiąc, gdzie się dało.
Dłubiąc, skręciliśmy w jedną z przecznic. Zielono. Dużo miejsc niezabudowanych. Jakaś wieża, w której był okrągły pokój. Sklepik z jedzeniem, mydłem, pastą do butów, sznurowadłami.

8

— O, już tu.
Dużo dzieci. Z rolkami i bez. I dorośli.
Mieszkanie było na parterze. Wszyscy na ulicy. Pani Cin. Przeszedłem. Przy pomocy laski nieboszczyka męża.
Trzypokojowe mieszkanie. Jeden zajęty przez bezdzietne małżeństwo. Jego nie było widać, ona zdenerwowana. Syn pani Cin, dwudziestoletni chłopiec. Nazywała go „Edka”. Gdy zamknęliśmy wszyscy razem drzwi, poszedłem falującym korytarzem. Parę razy się potknąłem o wystający kafel, w końcu salon.
— Jego się da do tego małego pokoju — powiedział Edka.
— Nie, nie, przez pamięć ojca. Jeszcze by tam zdechł. Tu mięso się bardzo szybko psuje.
— No to gdzie?
— Ciebie i tak nie ma cały dzień w domu. Będziesz spał ze mną. Tyle mnie kosztowało. Więc on będzie w tym drugim. I tak nas łączy balkon... Ale nie pora o tym jeszcze mówić.
— Rób, jak chcesz.
Edka był wysoki blondyn, barczysty.
— Więc on będzie tam. Zwłaszcza że zadania, jakie będą na nim ciążyć... — namaszczony ton. — Zresztą polegaj na mnie.
Przez cały czas oglądałem jej czarne wąsy i wypadającą protezę. Edka obrócił się na pięcie i wyszedł.
— Teraz ja się przebiorę.
I włożyła suknię.
Była to suknia niesuknia, zabrudzona sosami, tłuszczem, kurzem osiadłym, potem, i znów tłuszcz i pot. Wyglądała jak uszyta z juchtu, garbowana korą dębową, a przez dziurę wyglądała czarniawa sutka.
— A teraz panu Piotrusiowi zrobimy coś na kolację.
Edka wrócił i zaczął czytać gazetę. Wydawało mi się cały czas, że udaje, że czyta, bo te znaki nic nie znaczą. Ale pani Cin przerwała:
— No to omówimy naszą sprawę. Pan ma wyglądać nieapetycznie. Zresztą wystarczy tak, jak pan wygląda. Rzecz decydująca. Mamy tu współlokatorów. On rzekomy inżynier — niech go szlag trafi, ona ma trypra, którego nabawiła się w wojsku. Ale mniejsza. Chodzi o to, by pan, panie Piotrusiu, blokował klozet. Od rana do wieczora. Jedzenie dam. Zamknę pana, by było pewniej. Rozumie pan. Ja bowiem nie mogę sama siedzieć, ponieważ chodzę na posiedzenia Badaczy Pisma Świętego. Dam panu Mayera. Pierwszy tom. Encyklopedia. Rozumie pan.
— Tttak, proszę pani.
— No, to dobrze, że pan rozumie. Żeby się panu nie nudziło. Mayera, pierwszy tom. Wieczorem będzie pan mógł wyjść. To jedyna droga. Blokowanie klozetu, gdy chce się, aby oni się wyprowadzili. Miałam nieostrożność wynająć bez mebli. Mój syn, Edka, jest ślusarzem i wychodzi wcześnie rano.
— Ale proszę... Czy oni nie będą chodzili gdzieś? Czy ja wiem.
— Raczej nie. Nie. Z każdą drobnostką tak latać. Zresztą oni mają nocnik. Szukałam okazji na szuku. Choć pan taką okazją znów nie jest.

9

Miałem stale wrażenie, może mylne, że oni tam, w tym pokoju z nocnikiem, podsłuchują, siedzą jak szczury, wąchają, ruszając czarnymi nosami, uważnie, cicho.
Nagle radio, w tym ich pokoju. Pani Cin podskoczyła. Zawołała:
— Edka, Eeeedka! Gdzie dzwonek?
Edka poruszył się ciężko. Zmęczony. Powiedział:
— Coooo?
— Oni grają, grają, grają.
— Niech grają.
— Edka, włącz dzwonek. Kontakt. Włącz.
— To mi będzie przeszkadzał.
— Włąąąącz — syknęła pani Cin.
Westchnął i wstał.
— Gdzie dzwonek?
— Przecież ty sam...!
— Skąd?
— Jakie znowu „skąd”.
— Ty sam. Włącz dzwonek.
— Przecież szukam.
Znalazł. Włączył do kontaktu elektryczny mechanizm dzwonkowy, bez dzwonka. To powodowało tam, u nich, w pokoju z nocnikiem, niezwykłe trzaski.
— Mają muzykę — uspokoiła się. Wyłączyli radio.
— To takie proste — powiedziała pani Cin nad terkotem — takie proste, włącza się tu, trzaska tam.
— To tyrczenie przeszkadza. Chcę czytać gazetę.
— Niech mają, niech mają. A nafty do jedzenia, jak mi się uda — powiedziała.
— Wyłącz dzwonek.
— Nie. Nie wyłączę.
— Ale ja mam dość. Chcę czytać gazetę.
— Zapominasz, że śmierdzą ci nogi. Jak kozioł śmierdzisz.
— Jak nie wyłączysz tego dzwonka...
— To co?
— To zbiję talerz.
— Spróbuj.
Brzęk. Talerz poszedł na podłogę.
— Edka, co ty robisz? Uspokój się.
— Właśnie, że nie. Ty stara.
— Uspokój się — krzyczała nad turkotem — bo jak nie...
— Właśnie, że nie. Ona tylko to rozumie. Rozbijać jej.
— Właśnie że nie.
— Odsuń się, ooodsuń.
Pani Cin zasłania jakiś kryształ. Ale Edka tam idzie, twarz mu się zmieniła. Mocują się.
— Eeedka.
— Ona tylko to rozumie, tylko.
Krzyczą oboje. Już wiem. Przychodzi się na to z trzech ulic. Okna otwarte. Dorośli i dzieci siadają na murkach. Wygodnie. Kobietom puchną pochwy. Ona wpada w szał.
— Odsuń się, odsuń.
— Właśnie nie. Właśnie.
— Ty cuchnąca...
— Policja, policja. On dusi.
Charczenie. Brzęk szkła. Ona pada na mnie. Histerycznie.
— Ratuj, przyjacielu, mój złoty.
Edka zdyszany:
— Jak nie przestaniesz krzyczeć... Milcz. Milcz!
Twarz robi się niebieska.
To się widać powtarza.
Mrowi się ulica. Nawet oni zerkają. Ci z nocnikiem. Nawet podnoszą dzieci, aby lepiej widziały. On zrywa się nagle, wybiega z domu. Rozchodzą się pomału. Tylko dzieci zostają. Słychać chrobot hulajnogi.
Ona:
— ...więc od jutra. Pan zaczyna, myślę.
— Tak, proszę pani.
— On jest dobry chłopak, ten Edka. Tylko nieco gwałtowny. Jak czasem rąbnie naszego inżyniera w pysk, to aż miło patrzeć. Tak bez powodu. Zresztą łagodny jak dziecko. Ale ja muszę wciąż uważać. Aby nie był za łagodny. Wtedy by ci, stamtąd, mieli używanie. A tak to ich trzyma za pysk. To zresztą z temperamentu. No, ja idę spać, a rano na plażę. I potem na posiedzenie Badaczy Pisma Świętego.
— Dobranoc pani.
— A jutro, no, no.
I poszła. Przedtem wskazała mi kanapę, na której miałem spać.

10

Fioletowa noc. Na peryferiach szakale. Ich żałosny śmiech. Kwitną przerażająco kwiaty pomarańczy. Zapach wychodzi o zmierzchu na ulicę jak głodny wilk i krąży niby krew tętnicami. Koty kwilą i wrzeszczą. Załatwiają tu swoje marcowe sprawy o wszystkich porach roku. Uginają blaszany dach na fabryczce, tuż obok. Pieją koguty. Nie wiem, jak Jezus mógł sobie z nimi poradzić. „Trzeci kur“ jest całkowicie dowolnym pojęciem. Pieją całą noc. Z daleka i z bliska.
Poza tym — kurwy. Na podwórzu, na stojąco. Czasem, na żądanie, kładą się. Potem otrzepują się z igliwia i liści.
Tej nocy są dwie. Jedna z nich jest głucha, młoda. Druga, widząc moją twarz w ciemnym oknie, zbliża się i odchodzi. Spokój aż do dwunastej.
Po dwunastej wybucha spór. Kurwiarz szybko zapina się i odchodzi. Zostają tylko one dwie. Ta niegłucha, druga, przezywa tę pierwszą głuchą. Życzy jej, aby siedem tysięcy nieboszczyków miało z nią stosunek. I to nie zwykły. A jak znajdzie się przypadkiem jakiś żywy, to jak tylko wprowadzi swój szanowny członek tu i tam, pod pachę lub w tył — ma natychmiast zwiędnąć, zmięknąć, przepadnąć, zginąć. W końcu dodaje:
— Tfu, taka kurwa, żeby przynajmniej rozumiała.
I odchodzi.
Ta pierwsza krztusi się i wyje, mówi „aba, aba, bababa, bababa“ i znów dochodzi do wycia. W końcu uspokaja się. Podchodzi do okna, robiąc znaczące ruchy pięścią, palcami. Ale ja z żalem kiwam przecząco głową, że nie mogę, że ani-ani, że w końcu tam, tak blisko, moja pani. Wśród śpiewu kogutów usypiam.

11

Następnego dnia budzi mnie dziki łomot. Podkute buty o kafle.
— Już szósta. Przygotowałam panu jedzenie. Ale zje pan tam.
W ten sposób rozpoczęły się bardzo dziwne dni w moim życiu. Mój żywot wychodkowy, ograniczony jak w celi. Klozet był mały. Kiedyś pomalowany na zielono. Ze śladami palców na ścianie. Z braku toaletowego. I w ogóle żadnego. Siedzę. Bolą plecy. Wstaję. Przeciągam się. Siadam. Encyklopedia Mayera. Nawet jej nie ruszyłem. Codziennie o 5.30 idę jeszcze senny, nieprzytomny do klozetu. Tu przecieram oczy. Słońce dopieka. Już rano. A w południe muszę się zasłaniać muszlą. Ponieważ nie mogę całego ciała zasłonić, muszę to robić na raty. I tak albo tyłek się opala, albo nogi, albo piersi i profil, albo plecy. Nauczyłem się wielu akrobatycznych pozycji. Nauczyłem się, jak wąż, zwijać u podnóża sedesu. Poczyniłem też wiele obserwacji.
Klozet był marki „Niagara”, a sedes marki „Lux”. Ex oriente lux. Istotnie.
O szóstej jest ogólne trzepanie. Z przeciwka wychodzą różowe pierzyny, co wygląda niby wyciśnięte flaki domów.
Nade mną jakaś rodzina z Polski. Mama, tata, sześcioletnia córka. Mówią po polsku. Tylko mała robi dziwaczne błędy. Mówi:
„Ta nauczycielka zrobi z nas człowieki” lub „Ja mówię z tatą, to zawsze mama musi wejść w słowo”, lub „Proszę, zrób się na pies”, lub „Żadną sobotę spędziłam dziś”.
Po wyjściu małej do szkoły mówi ojciec:
— Co, na miłość boską, wyrośnie z tej małej? Żeby nam dali choć umrzeć po polsku. Ale oni „rak iwrit”, tylko hebrajski. Popatrz, ja pamiętam nawet, jakie w Polsce były śledzie: był ulik, był matias, był pocztowy, był królewski, była szmalcówka, nie mówiąc o wędzonych. Jak jej powiesz „szmalcówka”, to co? Dla niej to będzie powietrze, nic, w ogóle. A rolmopsy?
— Może wrócimy — powiedział żeński głos. — Może wyjedziemy do Anglii, Australii, diabli wiedzą. A może się z tobą rozwiodę?
— Nie szalej, proszę, nie szalej. Możesz mieć kochanków oficerów polskich, angielskich, australijskich. Murzynów. Możesz robić anatomię porównawczą członków różnych narodów, to nawet ciekawe. Niepodobna nigdzie znaleźć, ale nie to... nie to.
— Ja do ciebie przyjechałam i widzę, noga wisi na ścianie. Brzydzę się tego, brzydzę. Może powiesisz na ścianie drewnianego. Cooo? Dlaczego nie odpowiadasz?
Po chwili:
— Ja wrócę do Polski, zabiorę dziecko.
— Nie zabierzesz dziecka.
— Pffi, dużo sobie z tego robię. Tam będą śluby cywilne. Bardziej mnie obchodzi, żeby dziecko rozróżniało jałowiec od kaktusa. I żeby znało słowa ozimina, krokiew, żuraw.
— Ty naumyślnie pleciesz „żuraw” i tam dalsze. Ja jestem miastowy. Nie ze wsi, jak ty. Dobrze, drewniana noga, niech sobie będzie, ale jak forsa też będzie? Nie szalej, nie szalej.
I tak dalej. Bez końca. Około pół do ósmej zaczęły się rozmowy sąsiadek przez okna i balkony.
— Mój Hans jeszcze nie miał stolca. Posłałam po lekarza.
— Tak, stękał całą noc.
— Wątroby nie mogłam dziś dostać.
— Pani jest słaba dziś, no rozumiem, skrobanka to nie jest zbyt przyjemne.
— Ta Lili spod trzeciego ma wcale ładnego kochanka. Taka zdzira, jak jej się wszystko udaje.
— Ja wiem, proszę pani, dlaczego jej się udaje. Przy sposobności.
— A, guten Tag, jak pani spała? Bo ja to miałam straszne sny. Że mnie ktoś gdzieś tak gniótł, przygniatał do ściany.
Naturalnie, spuszczanie bez przerwy wody. Już o dziesiątej spuszczanie stor.
Duże karaluchy, czarne błyskawice dnia. Niewiarygodna witalność. Szybkość. Odkryłem gniazdo pod rezerwuarem. Chciałem je zabić, ale nie umiałem. Wprowadzają w trans zabijania. Już z bliska widzisz, jak ruszają dużymi wąsami, jak chcesz nastąpić nogą, złapać rękami. Wszystko się w tobie gotuje. Tylko one wąsate, aerodynamiczne, z owłosionymi nogami, i błysk na plecach. Wiedzą, co się dzieje. I zawsze jakiś manewr, i do dziury. Wysuwają wąsy, triumfująco. Daremne by było wyrwać wąs. A zresztą to je diabeł.

Najdziwniejsze małe, poruszające się wolno kawałki ściany. Jak siedzieć w klozecie i swoje zrobić, to się tego nie zauważy. Dopiero po godzinach, dniach, to zdaje ci się. A jednak nie zdaje. I są. Małe, noszące ścianę na grzbiecie.
12

Po kilku dniach czy tygodniach zaczynają mnie obłazić wspomnienia niby wszy. Wspomnienia hotelu-burdelu, w którym mieszkałem, właśnie blisko, bardzo blisko szuku, w jednej z przecznic.
Był to stary dom o ciemnych schodach. W lecie chodziło się na dach, aby zaczerpnąć powietrza. Z dachu tego było widać Jafę — Piękną.
Splątane ulice, uliczki, które lubiłem, dla samego włóczenia się, dla oczu, dla skomplikowanych przejść, dla domów połączonych łukami, o podwórzach, gdzie nagle ukazywała się miękkość, pastelowe kafle, czasem sadzawka ze złotymi rybkami. To nie było miasto gotowe, nowe. Lecz miasto-drzewo, które pomału rośnie lub karłowacieje, z tysiącznymi przybudówkami, a na nich znów przybudówki lub przybudówka i w niej pokoik wielkości klozetu. Miasto, w którym czuło się korzenie i można było zejść aż do korzeni.
Na samym dole była Jafa wewnętrzna, starożytna. Schody ze złoceniami, poręczą z arabesek, czym dalej tym lżejsze, półschodki, mosty napowietrzne, kładki, a na dole piwnice, czarne dziury, gdzie pracowali złotnicy, snycerze, bakaliarze, sprzedawcy kawy, korzeni. A całkiem już na płasko siedzieli żebracy, przylepieni do ścian.
Jak się znało sekret obyczaju, to można było zobaczyć dziwy, małe dywany tkane srebrem, nieoczekiwane mozaiki, zapachy dziwne, opium, haszysz, który miał pięć stopni ekstazy, jak i pięć stopni luksusu: najwyższy był w wannie, wykładanej zielonymi kaflami, z niewolnicą.

13

Ale nie o Jafie chciałem tu pisać. Słońce piekło coraz to mocniej i wiłem się u stóp sedesu marki „Lux”, a ich dwoje, z podnajętego pokoju, pukało, waliło rozpaczliwie. Próbowali mnie zachęcić do wyjścia, obiecując kanapę i złote góry. We wszystkich językach mówili poprzez siebie, wychodzili, wchodzili, kłócili się ze sobą, trzaskali drzwiami, i znów klękali koło okutych drzwi klozetu, zaklinali na wszystkie świętości, nawet buddyjskie, abym wyszedł lub choćby którekolwiek wpuścił, a jak nie pomagały słowa, to znów, bez przestanku, walili młotkiem. Ale ja, choćbym i chciał wyjść, byłem zamknięty na dwa zamki „Yale”, a drzwi były jak od kasy pancernej.
W końcu wracała mieszkająca nade mną dziewczynka. Wracała zazwyczaj z dzikim wrzaskiem „Kusemak”. (Arabskie wyzwisko, nieprzyzwoite).
— Co to znaczy? — pytał głos kobiecy.
Wtedy dziewczynka zaśmiewała się i mówiła wśród śmiechu „już nie mogę... tak... tak boli brzuch”, krztusiła się, na klatkę schodową i zjeżdżała po poręczy na dół.
Odróżniałem kroki prawie wszystkich lokatorów: lekkie, ciężkie, z charakterystycznymi zgrzytnięciami, potknięciami, sprężyste kroki dziewcząt, po dwa stopnie, cięższe chłopców, cichy syk towarzyszący zjeżdżaniu po poręczy. Wiedziałem nie tylko, kto w naszym domu kuleje, ale kto ma ciasne buty, jak czuje się dziś itd. Niewiarygodnie dużo da się wiedzieć po każdym odgłosie ludzkim.

14

Przychodziła do domu pani Cin ze swoich długotrwałych i wyczerpujących, wycieńczających posiedzeń. Odmykała mnie. Ona to umiała omówić osoby mistrzowsko. I zwięźle.
Patrzyłem w kąt na warstwę kurzu grubości puszystego dywanu. I na stole kurz jak barchan. I domowa suknia, z wystającą sutką raz po raz niknącą w dziurze. Patrzyłem w nią zahipnotyzowany. Pod oknem pajęczyny i znów poruszająca się sutka przy mówieniu.
Przechodzi powoli przez podwórze mały, czarny kot. Zachodzące słońce, uwięzione w flakonie. Morze. Opuszczają się białe żagle.

15

Życie osiada na twarzy jak pył. Ludzie odpadli ode mnie. Tynk. Liście jesienią. Oplątany jestem snem, dzikim winem.
Opadają wyrazy szeptane w mroku. Ona z tym tak, potem owak, i jeszcze inaczej, wykręca się, czeka tego, owego, i potem on nagle.
— A naprzeciwko lekarz, widzi pan wywieszkę, tak, to to.
Jestem sam. „Ktokolwiek osiągnął świadomość współczesności, jest i tym samym — sam. Współczesny człowiek wszystkich czasów, który sięga po dalszy i wyższy stopień świadomości, oddala się od pierwotnego, czysto animalnego participation mystique”... — mówi Jung.
A Heidegger: „Strach jest tu. On tylko śpi. Jego oddech drga stale przez to, co istnieje”.
Idźmy dalej. Wszystko jest prowizoryczne. Szyld czasu TYMCZASEM. Jestem nieobecny tam, gdzie chciałbym być najbardziej. Epoka wiruje jak bąk, w jakimś dziwnym nie na serio. Jakaś niepewność, czy się jest. Stale. Naprawdę. Czy się wyryło gdziekolwiek znak? Świat dygocze jak w malarii. Opalowy zachód słońca.
Może istniejemy na zboczach życia. Jak upiory. Niezupełnie. Manekiny. W przebraniu przebrane. Wszystko dzieje się naumyślnie. Żółte mgły stojące nad bagniskami. Oczy przysypane piaskiem, popiołem. Zmarli odpływają nieustannie na grzbietach fal.
Opowiada o mężczyźnie, który mógł tylko, gdy mu groziła utrata życia. Dwa razy w tygodniu przychodziła do niego Ona. Rozbierała się. Potem dusiła go krawatem. Gdy już był siny, wreszcie mógł.
Domy nieruchome — śpiące zwierzęta. Palmy. Palmy. Ciemno. Krążę nad krajobrazami do powtórzenia, nad wspomnieniami, które nie wiadomo, czy były.
Chodziłem po bulwarach, nad morzem, gdzie są jaskrawe kawiarnie. Czasem schodziłem na plażę, gdzie odcinały się tylko białe fale, szybko, szybko biegnące, aby się zatracić. Szedłem wśród ludzi, ale zawsze wyskakiwałem niby korek, nie mogłem w nich wejść. Czasem też idę na plażę w momencie wrzenia: żylaki, czasem jakiś młody fragment, na pograniczu rzeczywistości. Potem znów flaki.
Coraz mniej jest rzeczy wartych spisania. Jestem zmęczony i chcę się zamknąć. Wcale nie umrzeć, ale uschnąć w książce. Samotność krzyczy nade mną jak dziki ptak, jak burza. Już dość. Wyję jak tresowany pies sąsiadów: cicho.
Słowa pisane są jak futerko białej myszki, jak kołysząca się mgła. Jest w nich siła nieoczekiwana, znaczenie oparu, który może przybrać kształt niezwykły, ciepło śpiącego zwierzęcia. Wielka magia lub nic. NIC. Między zamiarem, zdaniami, słowami przeczytanymi później, w innej chwili, daleko, czytelnikiem w obcym kraju jest niewiadoma reakcja, jak ciągłe wahanie. Słowa są jak ranne ptaki przelatujące morze.
Nietoperze, powleczone białym światłem, ocierając się, zostawiają ślady dotkniętych ciem. W górze, drzewa łączą się z chmurami i odpływają jak one.
Język, którym myślę, rozpada się i kruszy. Jest niby-mamrotaniem starych kobiet, co moczą biszkopty w mleku. Gwałtowna atrofia: kurczę się. Zostaje ze mnie tylko fasada, która mówi, śmieje się. I na wydmach piasku czesze wiatr suche krzewy.
I kapią, jak w klepsydrze, słowa pani Cin. Opowiada mi o mężczyźnie:
— Ciało kobiety nie mówi mi dużo. Tyłek, części płciowe, to gotowe, papierowe, nieżywe. Pod skórą. Tam to zapala się. Kał nie jest martwy. On jest początkiem wszystkiego. Jest ciepły i miękki. Z niego można jeszcze, jeszcze wszystko zrobić.
Są całe okresy, kiedy leży się na dnie. Wtedy ulgę sprawia słuchanie tykania zegarka, wąchanie wody kolońskiej, lizanie i całowanie poręczy krzeseł, mówienie obcym głosem:
— Piotruś, nie martw się tak bardzo.
Zawsze dziwiłem się ludziom siedzącym przed bramami domów. Dziś wiem, że chcą widzieć życie przebiegające. Jeden staruszek mówił do mnie z pogardą:
— Przed moimi oknami dużo więcej ludzi przechodzi niż tu.

16

Już nie ma pani Cin. Noc się robi coraz głębsza, coraz bardziej bezdenna. Wydłuża się jak granatowy kwiat, w którym są ukryte żółtojaskrawe pręciki. Noc jest jak studnia, w której przeglądam się, z wszystkimi awanturami, krzykami.
Wchodzi Edka. Nosi skarpetki, aby nie robić hałasu. Nie zauważyłem tego dotychczas.
Naprzeciwko mieszka sto dwadzieścia żołnierek. Podpatrujemy je. Edka dziś będzie podpatrywał tu. Zazwyczaj chodzi na dach, bo stamtąd lepiej widać.
Stoję oniemiały i nieprzytomny. Tak silny płynie tam prąd kobiecości.
To co jest pierwotnie kobiecego, nie wypływa w obecności mężczyzn. Przygotowania, które wykonują kobiety same. Lunatyczne spacery tam i z powrotem. Przenoszenie majtek z miejsca na miejsce. Kontemplacja pończoch w poszukiwaniu oczek. Kontemplacja lustra, która przechodzi w nirwanę. Hipnoza tej z lustra. Przybliżają się do lustra, oddalają. Ich ruchy powolne, prawie obrzędowe. Czesanie brwi, czesanie rzęs. Mały ruch w kierunku włosów. I znów bezwład. Gdy któraś coś powie, roztargnione: „Tak, tak” lub „nie, nie”. Jakby miały zemdleć. Powoli z namysłem nakładają majtki, najnowsze. Przeznaczone. Przymierzają staniki. Zmieniają je nerwowo. Nie ten. Ten.
Patrzą, jak wyglądają z tyłu, jak z przodu. Różne różnie kręcą tyłkami. Ćwiczą się. Jak będą w tańcu wyglądać. Próbują najrozmaitsze pozy wieczoru. Są zachwycone, rozczarowane, złe. Muszą bardzo uważać, jak będą wyglądały wtedy ich piersi, nogi, zęby, brzuch. Niektóre grają całe sceny przywitań, pożegnań, patrzenia spod rzęs, widzenia w szybie, nie oglądając się, chodzenia niby nic.
Potem półubrane stoją długo przed lustrem i robią tego wieczoru twarz. Oblizywanie się szminką. Odginanie rzęs. Niektóre atropinę. Poprawiają to, co, zdaje się, nie da się poprawić. Wyrywają sobie imaginowane włosy z brody. Tak jak fryzjer robi zbyteczne ruchy wokoło głowy klienta. Jeszcze czesanie brwi, niektóre czernią. Mają coś z chirurga przed operacją, kapłana przed złożeniem ofiary. Koncentracja lunatycznej uwagi dochodzi do szczytu. Rozmieszczają zapach perfum. Nagle zaczynają się śpieszyć. Zauważają, która godzina.

17

Kobiety są bardziej jakby naprawdę. Są orkanem realności, który niszczy wszystko, co nie jest biologią. Kobieta jest bardziej człowiekiem. Mężczyźni stanowią uboczny, jakby przypadkowy twór. Nie byli w planie. Zawładnęli nim. Człowiek to właściwie — kobieta. Mężczyźni krążą wokół niej, wybierając najdziwaczniejsze funkcje: logika, alfonsi, pieniądze, dalekobieżne łodzie podwodne, metafizyka, fizyka teoretyczna — i nigdy, i nigdzie nie znajdą zadowolenia. Kobiety wprost przeciwnie. Na plaży. Zadowolenie mężczyzn nie znajduje się w planie Ziemi. Stanowią oni przedłużony, wyrośnięty typ, przeznaczony na wymarcie. Przerośnięty. Chorobliwy. Zadowolenie kobiet — oooo! Nieopisane, tiulowe, firankowe, srebrzące się na niebiesko figi nylonowe.
Ale druga strona medalu — są i wyjątki. Kobieta zasługuje, by jej chwilowo zawierzyć, jedynie jako prostytutce i nic więcej. NIC. Kreska. Wiem, co mówię.
O, prostytutki. Wraz z mrokiem opadają na miasto i na nasze podwórze. Tamte dwie, i trzecia, młodziutka, której wyrwano kolczyki wraz z częścią ucha. (To było dawno, gdy miała dziesięć lat). Pracują w podwórzu, a na ulicy czekają mężczyźni, w milczeniu. Skupieni, nietowarzyscy. Wpatrują się uważnie w jedno miejsce, w wejście do podwórka, uważnie, nie spuszczając wzroku. Wyglądają jak psy. A może wilki. Krążą niespokojni, podchodzą, cofają się. Tu jest mało kobiet.
Chmury pasą się na ciemnym niebie. Ćma-olbrzym. Jakieś ptaki ocierają się. Koty chodzą bezszelestnie jak sarny. Podobnie ruszają głową. Ogon koci faluje jak morze. Niezależnie od kota. Ptaki nocne — białe.

18

Edka wlecze mnie do klozetu. Nieprzytomny. Na górze awantura. On bije ją protezą. Potem gwałtowne spuszczenie stor. Edka mówi, wychodząc:
— Dziś straszny chamsin.
Wiatr od pustyni, gorący. Nad morzem nieco łagodnieje. Różne ciepłe wiatry: samum, fen, sirocco, halny. Tu chamsin. Nie do zniesienia, już od rana: chiński, nieruchomy. Ze stali. Morze, jak misa rtęci, stojące pionowo. Na nim położone, bez wypukłości, statek i żagiel. Spełzły dzień. Nie odróżnia się nieba od zatoki, która jest jak szary talerz. Półnagie drzewa. Piasek w ustach.
Leżę nieruchomy. Zrozumiałem „wschodnią medytację”. Przyjeżdża się z planami. Każda godzina jest droga. I tu dzieje się rzecz nieoczekiwana. Czas rozkłada się. Pomału, pomału wsiąka się w to wszystko. Ostrze tępieje. Dewastacja umysłu przez światło. Półrocze i lata. Porusza się jak w bagnie. Opada się. Arabieje.
Przedmioty dotykają na odległość. Barwy. Skaczą ze wszystkich stron. Mam trudności z oddychaniem. Rzeczy składają się z błysku. Już o dziesiątej miasto wymarłe. Nie obchodzi mnie nic, z wyjątkiem kierunku oddechu. Wilgoć. Spuszczam raz po raz wodę. Najmniejszy chłód przynosi ulgę. Encyklopedia wygina się. Masło stopniało dawno, a mój chleb jest twardy jak skorupa.

19

Słyszę na schodach obce kroki. Lekkie. Kroki przekraczają wejściowe drzwi. Teraz otwierają jeden yale. Drugi. Drzwi. Przede mną jest dziewczynka piętnastoletnia. Może ma szesnaście. Mówi, spoglądając na mnie z obrzydzeniem:
— Ciocia prosiła, aby pana dziś wypuścić.
Patrzy na mnie jak na glistę, karakona. Jestem oszołomiony przejściem przez korytarz.
— Ciocia bała się, żeby pan nie zdechł.
Jest bardzo brzydka, ładnie zbudowana. Kirgiskie oczy. Murzyńskie wargi. Nos placek. Idzie ze mną do pokoju. Patrzy na mnie z wyżyn swojej młodości. Wargi mam spalone. Ona nie. Wchodzimy do pokoju. Patrzy na mnie jak na tarantulę. Ale bez strachu, z ciekawością. Znaczki, które znajduję w korytarzu, są zwinięte w kłębek. Nawet rodzinne pocztówki pani Cin. Ona ma białe gładkie włosy.
— Czy chce pan mi pozować? Ja maluję obrazy półabstrakcyjne, ale potrzebuję zawsze bodźca.
— Pani maluje?
— Tak, i będę niedługo w Paryżu. Przygotowuję się wielostronnie.
Dopiero teraz zauważam, że jest poplamiona farbami: nogi, sukienka, twarz.
— Potrzebuję bodźca, a pan jest bodźcem.
— Ale co ja zrobię z klozetem?
Z jej strony cichy śmiech. Wygięcie warg.
W tej chwili słyszę, jak ci z nocnikiem uszczęśliwieni pluskają się w muszli.
— Ale pani Cin kupiła mnie na szuku, zresztą nie umiem chodzić.
— Ja mieszkam w machlulu, to są te drewniane domki na stoku morza. Barak nr 38. Przyjdzie pan?
— Ale ja nie mogę. Pani ciocia...
— Już znam tę piosenkę. Gdy przyjdziesz, dostaniesz jabłko. I będziesz widział, jak maluję. Wystarczy.
Głos pytający zza drzwi:
— W którym kierunku pani idzie?
— W przeciwnym niż pani.
Ja:
— Jak się pani, ty, nazywasz?
— Batia. Batia-wariatka lub Batia-malarka, to wystarczy.
— Ja się boję...
— To się bój.
Wyszła. Kroki. Bardzo lekkie.

20

Ten dzień spędziłem w pokoju, oddychając jak ryba. Biblioteka skakała po pokoju. Kredens raz to się zbliżał niebezpiecznie, to się oddalał. Stękał przy tym. Drzwi otworzyły się i ukazał się kostium kąpielowy, brudne majtki, książka kucharska, wazonik z ziemią i inne rzeczy. Włożyłem ciemne okulary ze złamanym szkiełkiem. Oczy zsiwiałe od blasku. Napięcie. Słońce zasłonięte chmurą piaskową. Mimo to wdziera się, razi. Oddycha się tylko szlamem. Wilgoci klozetowej.
Już dość mam tych klimatów sub- i tropikalnych. Ludzie o białej krwi, ludzie zmęczeni, wyczerpani, którzy chcą przeżyć dzień, tylko dotrzeć. I na człowieka dość jest pięćdziesięciu stopni mrozu i pięćdziesięciu stopni ciepła. Całkowicie.
Dwa dni później chodziłem punktualnie do ubikacji. Chamsin zelżał. Ale gnębiła mnie myśl, jak się z tego wydostać i jak pójść do Batii. Nocami myślałem przy krzykach prostytutek. Nic z tego nie wyszło.
Miałem dziwny okres. Myślałem o czymś i uważałem, że to zrobiłem. Wyobrażenie zastępowało fakt. Stąd kłótnie z panią Cin. Przysięgałem, ale okazywało się, że moja przysięga jest fałszywa. Tak intensywnie myślałem.
Burza, bodaj ostatnia. Niebo jeszcze pobłyskujące. Szara chmura tkana błyskawicami niby srebrną nitką. Obudziłem się. A to mi się śniło, że się obudziłem. Tym samym sen wsuwa się, jak w futerał, w sen, i ja ciągle nie mogę się wychylić. I znów budziłem się, a to tylko śniło się, że się budzę. Więc tak jak w dwóch lustrach, śniło się i spałem. Aż krzepkie ramię Edki porywało mnie do klozetu.
W krzykach kurw, w przesadnym wyobrażeniu, w budzeniu się na niby. Postępująca stale tymczasowość.
Lecz chciałem pójść do Batii, co również było może fantazją. W każdym razie chciałem spróbować. Nie wiedziałem, co to machlul, ale wiedziałem, że to obok.
Było po burzy, która w Polsce następuje w powietrzu dusznym, tu zaś po gwałtownym ochłodzeniu. Toteż przeziębiłem się. Miałem katar i nie mogłem myśleć. Już wiem, dlaczego starożytni uważali katar za funkcję mózgu.
Więc po tygodniu zacząłem myśleć o Batii. Nawet śniłem o niej. Przyjemnie. Sen przyklejał się do powiek, kawałków klozetu i ulic. Zaczadzony we śnie. Gdy mnie Edka wlókł do klozetu, mówiłem imię Batii. Aż w końcu Edka, ten blond olbrzym, ulitował się.
— Wezmę cię, wezmę do tej Barii-wariatki. Ją każdy może mieć. Ona nie przywiązuje do tego większej wagi. Wezmę cię do niej i nakażę. Ja ją znam od dziecka. Myśmy razem przyjechali z Niemiec. Razem uczyliśmy się gasić pożar wywołany bombami. Uczyliśmy się tego w szkole. Każdy to musiał umieć. Ale cię uprzedzam, synku. Jej ojciec jest, no, wariatem. Mieszka w łazience. Pisze szirim, pieśni. Tak jak prorocy. W różnych językach. Po niemiecku, hebrajsku i jeszcze nie wiem po jakiemu. A najgorsze to jego poza. Długie włosy, gada do siebie, jest bardzo z siebie zadowolony, ona nie ma matki. Została stuknięta po nim. No dobrze. Dziś wieczór pójdziemy. Ona była w kibucu, ale potem uciekła. No. To ci wszystko powiedziałem.
Gdy odrobiłem swoje pensum, wziął mnie Edka pod ramię i poszliśmy. Pani Cin protestowała, ale Edka ją uspokoił, że niby stara kurwa itd. A pani Cin kończyła jakąś rozmowę: „...i ona była w ciąży i całkiem jej dziecko wyschło, podczas ostatniego chamsinu“. On prowadził mnie za rękę, a raczej ja opierałem się na nim.

21

Poza. Nie taka literacka ani artystyczna. Lecz fascynował mnie człowiek, który gra. Strasznie trudno dojść do prawdziwych źródeł życia, o ile w ogóle istnieją. Do człowieka, co już nie udaje. Trzeba przewrotności i inteligencji. Aby przedrzeć się przez ten cały splątany kłąb ról, którym się człowiek okrywa. Poczwarka. Nawet w chwili konania nie obnaży się całkiem. W pierwszym rzędzie przed sobą. Tysiące póz, tysiące ról, jedna nałożona na drugą, zazębiające się, sprzeczne. Wiem, jak trudno wyrzec się swojej roli, choćby nawet prowadziła do śmierci. Kokietuje się śmiercią do ostatniej chwili. I, w gruncie rzeczy, nie wierzy się w nią. Jakże trudno wyzbyć się swojej roli. Trudniej niż życia. Gdy pozbywamy się jednej, wpadamy automatycznie w drugą, równie nieprawdziwą jak pierwsza. I tak, szukając tego co istotne, jeżeli chcemy szukać, a mało kto ma ochotę, przewracamy się we wszystkich swoich stu tysiącach póz, aby wreszcie pod jedną odkryć pulsujące życie. Lecz zamiast życia, ku naszemu zdziwieniu, znajdujemy doskonale pulsującą rolę, na której siadamy okrakiem.
A gdy po wielu koziołkach ociera się o coś trochę prawdziwego, gdy widzi się, że nie ma się czego grać, że w ogóle ta możność zostaje odjęta, jest się przerażonym — sztywnieje. I wtedy fabrykuje się „śmierć“ ze strachu, przy której da się kręcić tyłkiem, wyczyniać przecież różne wygibasy. I znów się gra, choćby ta śmierć była prawdziwa, najprawdziwsza ze wszystkich śmierci, do ostatniego tchu. Bowiem dno jest straszliwsze od śmierci. Prawda istnienia jest nie do wytrzymania, cokolwiek o tym by się mówiło.
To nie tyczyło ojca Batii, który był zwykłym pozerem. Ale przerażającego niepokoju, życia na niby, tymczasowości, które tworzą magiczne koło. Ludzie, którzy się otarli przypadkiem o dno, szukają panicznie, na złamanie karku, czegoś naumyślnie.


22

Słońce zachodzi, widzę spływające domki, spływające po piaskowcu, na którym rośnie tylko pewien gatunek kaktusa. Kwitnie bardzo rzadko, przez jedną noc. Wygląda wtedy jak duża ćma o niesłychanych motywach.
Domki są zbudowane z drzewa, łatane najrozmaiciej, poprzerzynane ścieżkami, ze wspólnymi klozetami, z kwiatami na werandzie. Słońce plusnęło do wody, duże, czerwone, woda rozprysnęła się.
Zeszliśmy po schodach, na których musiałem bardzo uważać, aby się nie przewrócić lub aby się przewrócić właściwie.
Prosiłem Edkę, by zaprowadził mnie na plażę, gdzie małe fale lizały stopy. Było stąd widać Jafę-Piękną i widok był niepokojący. Poprzez zatokę, w oddali, w pobliżu, stała we mgle, którą tylko przebijał minaret. Mgła była różowa, delikatna.
Potem, opierając się o ramię Edki, poszliśmy, odpoczywając na każdym stopniu, w górę, aż odszukaliśmy barak trzydzieści osiem.
— Tu ją masz — powiedział Edka.
Weszliśmy do pokoju, który wydawał się znajomy. Ona nawet nie odwróciła głowy, gdy przywitaliśmy się. Było tu dużo płócien, kartonów, desek, szmat. Nie używa palety. Języka, gałganów, prosto z tuby. Dwie reprodukcyjki, na miejscu gdzie spotyka się zwykle obrazy świętych.
Klee. Jedna: miasto zrobione z koronki, na tle nieba głębokiego. Na mieście dziecinne chorągiewki i księżyc za pół grosza. Druga: pod wodą jakieś ptaki, o nasz raju-baju utracony.
— Przyprowadziłeś go nareszcie? Zostaw go i idź.
Mówi spokojnie, nieobecnie.
— Ty, nie wymądrzaj się — mówi Edka. — Kiedy mam przyjść po niego?
— Już idź, proszę, ja go sama.
Edka odchodzi. Zostaję z nią sam. Ona odwrócona tyłem nachyla się nad dużym arkuszem i maluje jakieś małe miejsce intensywnie żółto. Gdy skończyła malowanie dużego arkusza w małym miejscu żółto, poszła sobie przepłukać usta. Gdy przepłukuje usta, słyszę jakieś jęki z małego pokoiku, który był na pół łazienką. Tam siedział w natchnieniu jej ojciec, który wybrał ten fach: szirim. Gęste, teraz siwe włosy. Więc on jęczał i mówił do siebie, jeszcze jeden prorok, jak mówi France, i pisał dużymi literami na dużych arkuszach papieru. I słyszałem to później, gdy czytał mojemu fryzjerowi, co wcale nie jest ujmą. Na razie pisał i płakał jak kotka.
Batia weszła do pokoju i patrzyła na mnie. To było dziwne, bezosobowe spojrzenie. Uśmiechała się przy tym i miała ładne zęby. Ale nie uśmiechała się do mnie; był to uśmiech bezosobisty. Z tym spojrzeniem mógł ją mieć istotnie każdy, kto tego chciał. Patrzyła na mnie jak na przedmiot martwy.
— Co malowałaś teraz?
— Tel Awiw.
Podszedłem do ciemniejącego stołu i zobaczyłem wielką zatokę, idealnie niebieską, żółty grunt, a na nim ciemnożółte domy. Kolor niebieski morza i żółty, który przypominał ciepło greckich kolumn. Powiedziałem. Zainteresowało ją nagle. Zaczęła mnie szczegółowo wypytywać o greckie kolumny, budowle. W końcu zamilkła. Przesuwając językiem po wargach. Myślała zapewne o Morzu Jońskim lub o kolorze cielesnożółtym.
Wtem jej ojciec wybiegł z łazienki ze swoją już drukowaną broszurą.
— Czyta pan po hebrajsku?
Gdy odpowiedziałem przecząco, powiedział:
— Aha.
— Jego kupiła ciocia Cin, więc...
On pokiwał ze zrozumieniem głową, choć byłem pewien, że nic nie rozumie.
— Aha, aha, — zamruczał i poszedł.
Mewy spały na falach. Morze było leniwe i ospałe. Przeciągało się jak kot. W nocy zaczęło świecić przy najmniejszym ruchu rufy: robaczki świętojańskie morza.
Jej oczu nie widziałem więcej, były przedtem koloru morza i wraz z nim zmieniające się. Teraz widziałem tylko zarys jej sylwetki. Stała w ciemności nieruchomo. Miała na sobie greckie, płaskie pantofle, gładką spódnicę i bluzkę przerzuconą na wierzch tutejszym obyczajem. Miała też włosy proste, blond, do ramion. I miała piętnaście, może szesnaście lat.
— Ja mam wrażliwe piersi — powiedziała.
Pomału położyła się na tapczanie i ja położyłem się też. Nie wiedziałem, jak rozpiąć jej stanik. Zaśmiała się z zamkniętymi oczami i pokazała mi dwa małe guziki z boku. Miała sutki duże, ciemne, z różowymi wierzchołkami, otoczone, jak pierścieniami, warstwą błyszczącą. Sutki zareagowały, jak tylko dotknąłem. I nie pozwoliła szybko. Wolno, tak jak morze dziś, na którym spały mewy, wchodziła na stopnie pożądania, z opadnięciami głębokimi. Mruczała niby kot przeciągle: chrrrrr — dając tonacją swego głosu, niskiego głosu, znać, co mam robić.
Nagle jej ojciec z rozwianą brodą. Zerwałem się.
— Ach, ty głupcze — mówi Batia. — On i tak nic nie widzi. A gdy będziemy w sytuacji jednoznacznej, nie należy nigdy, ale pamiętaj nigdy, ruszać się gwałtownie: to zwraca bardziej uwagę. Należy wolno, miękko zmieniać pozycję. Niby przypadkowo.
— Kto cię takich mądrości nauczył?
— Ach, jedna starsza pani, która mnie przygotowuje pod względem seksualnym na Paryż. Zaprowadzę cię do niej, gdy nauczysz się chodzić.
Milczenie w półprzyciemnionym pokoju.
— Słuchaj, posłuchaj mnie dobrze.
— Słucham.
— Gdy zadzwoni trzykrotnie telefon...
Pani Cin miała telefon, pokryty kurzem, który nigdy jeszcze nie dzwonił.
— On działa, gdy się telefonuje. Lecz od was nie można telefonować. Uważaj: gdy zadzwoni trzykrotnie telefon, to znaczy, ja będę dzwoniła trzykrotnie, kładąc za każdym razem słuchawkę.
— Ale na miłość boską, ja siedzę cały dzień.
— Po pierwsze — to będzie zazwyczaj, gdy ty już nie siedzisz. Po drugie trzeba, abyś nie siedział.
— Jak to?
— Widzisz, to tajemnica. Ciocia Cin ma takie zboczenie, że miała psy. I tym psom kupowała obroże. Ma tych obroży bardzo dużo. Jak sobie pozwolisz nakładać obrożę, to ona się zgodzi, żebyś podchodził do telefonu. Spróbuj nauczyć się chodzić; potem zobaczymy.

23

Opierałem się na jej smukłym ramieniu. Ona to robiła dobrze. Poddawała się rytmicznie, gdy potrzebowałem jej pomocy — sztywniała. Była giętka, silna. I tak opierając się na jej ramieniu, którego nie można było jeszcze nazwać ramieniem kobiety, dotarliśmy do celu.
— Daję ci dziesięć piastrów — powiedziała Batia — które mi ktoś dał, nie pamiętam kto. Możesz sobie je wziąć. I ja czasem jestem u was. Serwus.
Podprowadziła mnie pod drzwi i zrobiła baj, baj ręką. Odeszła.
Ja trzymałem dziesięć piastrów w ręce i postanowiłem nie mówić o nich pani Cin. Postanowiłem też pozwolić sobie nakładać obroże po zmarłych psach.
Gdy wszedłem do mieszkania, przywitał mnie Edka:
— Dobrze, że już jesteś.
Pani Cin odrabiała swoją wieczorną zmianę w klozecie. Była już może dwunasta. Wyszła.
Edka już spał. Chrapał, rozłożywszy swoje szerokie ramiona. Ja czekałem na nią.
— Podobno miała pani ładne psy.
Ona ruszyła niespokojnie wąsami, włożyła protezę, która leżała na stole, do ust, i powiedziała:
— Batia ci mówiła, naturalnie. Naturalnie, że miałam. Widzisz — tu otworzyła szafę — tego Mrumrusia, Świętej Pamięci, przejechał samochód. Ten Czau to się otruł, biedny. Siadła koło mnie na kanapie.
— Przymierzymy — powiedziała pieszczotliwie.
Nałożyła mi obrożę widocznie dużego psa, obrożę z linką. Obroża miała nawet znaczki magistrackie.
— Przedłużam je, mimo że psów nie mam — powiedziała wstydliwie.
Gdy już zapięła obrożę, szepnęła, trzymając linkę w ręce:
— Chodź, pójdziemy na spacer.
Ja osunąłem się na trzy nogi, „zrobiłem się na pies”, jak mówiła dziewczynka z góry, i przeszedłem małą przestrzeń. Wtedy ona powiedziała cicho:
— Och.
Odwróciłem się i zobaczyłem jej sylwetkę w ciemnym pokoju. Skręciła się w orgazmie. Opadła na tapczan, który odbił jej regularne skurcze. Była podobna do żmii. Potem leżała jeszcze długo na tapczanie, a ja bałem się zdjąć obrożę. W końcu podniosła się, usiadła i powiedziała całkiem oficjalnym głosem:
— No, jutro do klozetu.
Wtedy to zawarłem z nią umowę w sprawie telefonu. I przyrzekła mi laskę nieboszczyka męża.

24

W klozecie było coraz to ciężej. Podczas chamsinów Edka wynosił mnie często nieprzytomnego. Czekałem niecierpliwie telefonu Batii i nie wiem, ile czasu mijało. Czekanie jest dla mnie czynnością nieznośną. Jestem cały skoncentrowany w czekaniu. Tak że gdy nawet nastąpi to, na co czekałem, przesuwa się znaczenie.
Podczas chamsinów owady chowały się. Ciemne błyskawice dnia, nawet pająki. Wieczorem latały tylko nietoperze. Były duże jak szczury. Wróble schodziły się na pewnym krzaku, aby omówić kurs prosa. Potem robiło się całkiem cicho, gdyby nie kwiki przelatujących gacków i miauczenie kotów.
Pewnego niespodziewanego dnia zadzwonił trzykrotnie telefon. Dopełzłem do niego, podniosłem słuchawkę. Batia.
— Masz jeszcze te dziesięć piastrów, które ci dałam?
— Mam.
— No to przyjdź na róg mnie wykupić. Jestem winna za kawę i nie mam ani grosza.
Ponieważ był to czas wolny, koło wieczora, poszedłem w kierunku szukanej kawiarenki. Chodziłem bardzo wolno. Wzdłuż domów, dla zaczerpnięcia oddechu. Wreszcie dowlokłem się, wraz z dziesięcioma piastrami, na róg i miałem tylko przejść na drugą stronę. Podeszła pewna pani i z miną litościwą ofiarowała się mnie przeprowadzić. Dała też milsa.
Obserwowałem wywieszki: Lombrozo-ortopeda, pani Noe Allembik — suknie, pani Groskopf robiła biustonosze, zaraz obok szewc Obrotny. Chodziłem, jak już powiedziałem, pod samymi murami, aby się podeprzeć. I jeszcze: aby nie być widzianym. I jeszcze: instynktownie unikałem słońca, którego i tak nie było. Lecz pani, która dała mi milsa, była wesoła i szła do kawiarenki. Na zewnątrz siedziała Batia w towarzystwie włochatego młodzieńca z wytatuowaną kotwicą na ramieniu. Podszedłem. Zobaczyła mnie. Tylko zobaczyła i gada dalej z wąsatym młodzieńcem. Usiadłem na murku. Siedziałem. Aż ona:
— Zapłać za nas.
Wyszła właścicielka kawiarenki, z jednym zębem na przodzie, tylko jednym, z płaską piersią. Powiedziała po polsku:
— Pan płaci siedem piastrów.
Zainkasowała siedem piastrów i odeszła. Batia z młodzieńcem wstali:
— Pójdziemy w stronę morza.
Młodzieniec zgodził się, a ja za nimi. W tej chwili dało się słyszeć wołanie:
Alte Sachen, alte Sachen, stare rzeczy kuuupuuuję.
Batia krzyknęła: Heej! Stój. Byłem ciekaw, co sprzeda. Ale ona zdjęła spódniczkę, pod którą miała spodenki, i zaczęła się targować z Alte Sachen. Ten oglądał spódniczkę i mówił, że niemodna, że stara i że. Ona odpowiadała szybko, swobodnie, tak że w końcu spódniczka znalazła się w worku. Po prostu zagadała go i zakorkowała. Miał minę zrezygnowaną i dał jej dziesięć piastrów. Batia powiedziała:
— Pójdziemy na plażę. Wcisnęła mi do ręki dziesięć piastrów:
— Ty płacisz za leżaki.
Ja myślałem o jej ciele, do którego nie miałem dostępu, i nie wiedziałem, jak tę sprawę poruszyć. Szedłem za nimi i widziałem skórę blondynki, która się dobrze opala. Nic nie może być ładniejszego. I zachód słońca. Oni szli wolno, rozmawiając po hebrajsku. Więc ja za nimi w pośpiechu. Widziałem jej mocne, zgrabne nogi, obute w greckie pantofle na niskim obcasie, z jednym paskiem między palcami. I potem schodziliśmy schodami na plażę, która o tej porze była pusta. Ona ustawiła trzy leżaki obok siebie i rozmawiała z ożywieniem z tamtym. Nosiła krótkie, białe spodenki, bluzkę w szerokie pasy bez rękawów. O Boże, miała długie nogi, ładne z lekkim meszkiem. A jej ojciec pisał w tej chwili szirim, psalmy, o Boże.
Tego dnia było jakieś święto. Miałem okazję słyszeć w klozecie modlitwy żydowskie. One nie proszą. Żądają. Mówią do Boga tylko słowami uniżenie. Poza tym mają coś z targu z Bogiem, który wybrał ten naród.
Na plaży. Słońce zapada się w morze i dziś nie rozpryskuje wody. Ciemność zaczyna wydobywać się z ziemi. W końcu otacza nas.
Kotwica żegna się. Umawia się, zdaje się, na jutro. Ja mówię do niej cicho:
— Chcę cię.
Ona śmieje się.
— Jak, braciszku, chcesz pomacać różne kształty, to pojedź autobusem. Tam jest taki ścisk, że nie wiadomo, czyja ręka, czyja noga. Możesz mieć najrozmaitsze biusty, brzuchy. Pojedź autobusem. Będziesz mógł swobodnie przejeżdżać się po tyłkach. Są teraz mało ubrane. Nie noszą staników ani majtek. Jaka okazja za siedem milsów. Mówię ci. Tam są rzeczy niebywałe. Nawet wsunąć możesz, jak będziesz sprytny. Ale ty nie jesteś sprytny. Niestety.
Nagle mówi:
— Chodź.
Prowadzi mnie do machlulu numer trzydzieści osiem, gdzie stęka jej ojciec.
— Nie przejmuj się nim.
Już wiedziałem, jak odpina się stanik. Ale ona go zdjęła sama. I spodenki też. Robiła to powoli, patrząc na mnie. Miałem wrażenie, że uczyła się czegoś. Kobiety zawsze się uczą. Nigdy nie przestają studiować.
Więc ona naga, ciało dziewczynkowate, trochę chłopięce. Całe opalone. Lśniąca plama. Stojąc, gdy ja leżę, mówi:
— Może się odzwyczaisz od swojej choroby?
— Jak to, odzwyczaisz?
— No, po prostu... nie będziesz chory.
— Ale ja...
— To jest brzydkie przyzwyczajenie i kto wie, czy ty tego nie symulujesz.
I znów jej ciemne sutki na połyskującym ciele. I okno otwarte z jeszcze różowymi chmurami. Tapczan był niski, bardzo niski. A koło niego skóry jagniąt. I Alte Sachen z daleka. Tuż obok — jej ojciec. Umiała się tak całkowicie oddać, że nie pozostało znaku. Jak z okrętu, który poszedł na dno. Przepływała nade mną niby fale, uderzając o mnie, pochylając się (jak fala biegnąca), prostując się (jak fala trafiająca o skałę), aż stoczyła się z zaciśniętymi wargami — drgając. I pozostała tak. Nie otwierając oczu. Tylko zwiesiła głowę i zwolniła zęby. Po dłuższej chwili spytała:
— Jak to się stało?
Potem obróciła się na wznak, ciągle świecąc złoto.
Pachniała niby zbudzone dziecko. I powoli rozbłyskiwały jej oczy, oczy świecące w mroku — jak kocie. Pomału przeciągała się. Włożyła spodenki i bluzkę.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to nie ona mi się oddała, a ja jej. Nie można było jej zdobyć. Zawsze przez jakiś upór dziecięcy wymykała się, gdy się myślało, że się ją ma. Po prostu była tam, gdzie jej nie szukano. Miała dar ulatniania się. To ona mnie posiadła przez to, że mówiła chrrr, zaciskała zęby, leżała bezbronna, i nic jej nie można było zrobić.

25

Wracałem, pracz zwijał swoje sieci: prał firanki i rozpinał je szeroko.
— Dobry wieczór, panie Sprung.
I on odpowiedział:
— Z Bogiem. Jak tam stara?
Miał na myśli panią Cin.
I mówiłem:
— Dzień dobry, Dawid.
Fryzjer. Miałem długą brodę i nie goliłem się.
W tej chwili wpadła na górę dziewczynka, skandując:
— Da-wid, Dawid, król Israeee-la. I tak w kółko.
Jak tylko wróciłem do domu, pojawiło się w moim pokoju drugie łóżko, a na nim typ długi i zielony. Nie zwracał na mnie uwagi. Była to widać jego profesja, którą wykonywał z dużą dozą automatyzmu. Miał małe wąsiki. Był już w pidżamie. Wtedy weszła pani Cin i powiedziała z dobrocią:
— Po co takie koszty? Niech pan powróci do ubikacji i koniec. A tak? Wie pan, ile mnie kosztuje wyszybajło: ale skutek gwarantowany. Podpisaliśmy umowę u adwokata. Gdybym nie musiała chodzić na Posiedzenie Pisma...
— A smycz? — powiedziałem nieśmiało.
— Smycz, to telefon i laska. A zresztą on się zgodzi na cztery nogi, nie na trzy. Choć jednego mopsika miałam, co kulał. Przekona się pan i będzie jeszcze mnie pan prosił.
A on miał już ustalony system: dwustuświecową żarówkę, kuchenny budzik nastawił na trzecią rano, zamknął okno, mimo że było duszno. Rozebrał się do naga i czytał powieść kryminalną.
Byłem nieprzytomny dwa dni. Trzeciego wyszybajło powiedział:
— Jak się nie poddasz, to przetrącę ci przypadkowo kark. Jesteś słaby i każdy pomyśli, że ci się to mogło zdarzyć. Gdzieś w korytarzu. A zresztą nie będzie się chciał wtrącać. A gdy się to nie uda, pomyślimy o jakichś środkach chemicznych. Gdyby się to nie udało, zrobimy z ciebie wariata i będziemy cię siłą wynosić do wychodka, że niby niebezpieczny dla otoczenia. To jest najlepsze.
I Edka wchodził do pokoju, od czasu do czasu, i mówił:
— No, poddaj się stary, to beznadziejne. Nawet lew tutejszego zoo mieszkał przez rok w klozecie. Mamy tylko niepotrzebne koszta. I w końcu na lekarza, żeby zrobić z ciebie wariata. Po co to wszystko? Ale ja byłem półprzytomny i nie mogłem odpowiadać. Wreszcie sprowadzili lekarza, doktora Siegberta z przeciwka, który wydał następujące świadectwo:

„Zaświadczam niniejszym, że Piotruś, zamieszkały przy Chapu-Chapu 8 u p. Cin, przez nią zakupiony na targu, cierpi na ostre ataki szału i w związku z tym musi być odosobniony i pozbawiony pokusy samobójczej. Chory cierpi ponadto na stany paranoidalne, w związku z czym zdaje mu się, że w jego pokoju przebywa tzw. wyszybajło, który w rzeczywistości jest kwalifikowanym sanitariuszem i może choremu oddać nieocenione usługi.
Dr Siegbert”


— Więc jak nasza sprawa? Co? — Powiedział zielonkawy wyszybajło.
Było to pod wieczór i paliła się dwustuświecowa żarówka. Miałem usta sklejone od żaru, więc wybełkotałem niewyraźnie:
— Nie.
Usnąłem. Gdy o pierwszej w nocy zadzwonił budzik, wzmocniony trzema talerzami, podskoczyłem i zacząłem wołać:
— Tylko w klozecie. Tylko. Jedna jest wolność i ona przebywa w klozecie. Niech żyje! Niech żyje! Ja chcę już, już...
Pani Cin wstała, oglądnęła mnie podejrzliwie i powiedziała:
— No, marsz w tej chwili i koniec z nim.
Zamknęły się za mną drzwi, zwinąłem się u stóp sedesu i natychmiast usnąłem.
Obudziłem się w ciężkim słońcu, które zwisało niby olbrzymi, świecący owoc. Nie było możliwości popełnienia samobójstwa. Chyba utopić się w muszli, co było bardzo trudne. Więc znów zwijanie się kunsztowne, z koniecznym opalaniem jednej części ciała, wędrówka od słońca, ucieczka, w spinanie się na ściany aż do rezerwuaru, spuszczanie wody, przemywanie nią rąk i skroni, dopóki byłem przytomny. A potem słońca, słońca gasnące, jakby rżnęli wielbłąda, ociekające juchą, od której mi się niedobrze robiło. Czasem dniem zeskakiwałem na dół i słońce wydawało się osiągalne, chciałem je zniszczyć, zamordować, żeby go nie było. Więc łapałem je rękami i dusiłem, lecz ono wymykało się zręcznie, parzyło ręce, przezierało rażąco, tak że musiałem zasłaniać oczy.
Gdy nareszcie późnym wieczorem pani Cin wypuszczała mnie, byłem jej, przeraźliwie dla samego siebie, wdzięczny. Poczołgałem się do pokoju, zacząłem lizać brzeg jej domowej sukni, lizałem i wydawał mi się smaczny. Kocioł rosołu można by z niej wygotować.
Edki nie było. Prawie nigdy nie paliła światła. Odemknęła szafę, wybrała obrożę, trochę ciasną, założyła mi, i zacząłem radośnie szczekać.
— Cii — powiedziała pani Cin. Włożyła kapelusz, woalkę, umalowała sobie usta, dopiero potem powiedziała:
— Na spacerek.
Ranem wdrapywałem się znów na ściany, gdy było słońce, przeraźliwe. Nauczyłem się głowę wkładać do muszli, do wody. Gdy ją potem wyjmowałem, wszystko się kręciło.
Na górze dziewczynka skandowała: Da-wid, Da-wid, me-lech Israel.
Pani Cin mówiła zwykle, wychodząc:
— Przyzwyczai się pan. Nie takich przyzwyczajałam.

26

Pewnego razu przystawiono drabinę do mojego klo i na drabinie Batia. Patrzyła, czy jeszcze żyję.
— Ach, zdechlaku ty, zdechlaku — powiedziała.
Weszła do klo, zarzuciła mnie na ramię, zeszła po drabinie.
— Śmierdzisz jak zaraza — powiedziała.
Ona pachniała solą morską.
Na ulicy stało małe auto. W nim nieznany mi gość. Schowała mnie do bagażnika i ruszyliśmy.
— Och, całkiem zapomniałam o tobie. Po prostu zapomniałam. Najpierw ten kotwica, potem Sigi, Hans, później jakiś australijski porucznik, zalałam się wtedy w pestkę i z nim przez dwa dni, a potem już nie wiem. Całkiem nie wiem. Dopiero przypomniało mi ciebie dziesięć piastrów. Gdyby nie to, to byś dalej gnił. Wzięłam dla ciebie swoją pidżamę. Na razie wystarczy. Stań na chwilkę! No, zatrzymaj się — powiedziała do kierowcy.
Włożyła mi pidżamę.
— Daj coś zjeść — powiedziała.
On, kierowca, wyjął konserwy i chleb. Ale gapił się na Batię.
— Dokąd my jedziemy?
— Do Hajfy. Do małej wioski arabskiej na Karmelu. Aha, czekaj, więc robiłam zdaje się coś więcej. Z jedną panią. Byłam wtedy podchmielona.
Batia otwarła konserwę mięsną, powiedziała do mnie:
— Masz, żryj.
— Kto to jest ten pan? — wskazałem na kierowcę.
— To jest pewien pan, nie wiem, zdaje się Lulu, który jest właścicielem tej dryndy. On mnie zabiera na Karmel.
— A mnie?
— Ciebie też, prosiłam go, abyśmy na chwilę się zatrzymali.
Pan zrobił:
— Hm, chrr.
— No bo nie? — zwróciła się do kierowcy.
— Ona mi powiedziała, że tylko coś powie pewnej pani.
— Cioci Cin, naturalnie. Ponieważ jej nie było w domu...
Pan był starszawy, miał widać wielką ochotę, gdyż podrapał się w ucho. Powiedział:
— Dwa dni urlopu, a potem znów mundur. Jedźmy do Hajfy.
Ja z pełną gębą konserwy:
— Naturalnie.
Więc ja na siedzeniu tylnym, Batia z Lulu na przodzie i jedziemy.

27

Jest koniec kwietnia. Tyle kwiatów i ziół, których nazw nie znam. Nie ma na chwilę podmuchu, który psychicznie wyjaławia, wysusza, tak że wiatr podnosi się na wydmach piasku. Jedziemy wzdłuż łanów ostów, które kwitną niebiesko i są wysokości człowieka, a przy drodze ciągle czerwone anemony, maki.
— Ty tego nie widzisz — mówi Batia — że jedne są zbudowane na kolorze fioletowym, w głębi jest fiolet, drugie na purpurze.
Wiatr bawi się liśćmi. Potem Dolina, z brzegu słoneczna, we wnętrzu głęboko, mokro, ciemnozielona, między tańczącymi pagórkami. Początek Karmelu, już widać wykłuwającą się, jak biały ząb, Hajfę. Skały, gdzie gnieżdżą się jastrzębie: rozpinają swoje wielkie skrzydła pod wiatr. Zieleń się pieni. Stanęliśmy na chwilę: żabie oczka, niezapominajki. Tylko większe niż w Polsce.
Rośliny są tu bardziej soczyste, włochate, wielkie, czasem karłowate; jak na przykład dęby, które rosną krzewami. A żołędzie mają ogromne. Potem domki, a na nich powoje.
Wykrzykuję:
— Te są czystoniebieskie jak niebo.
Batia kiwa głową.
— Ale tamte są neonowe, elektryczne, nie takie ładne.
I drzewa kwitną: na czerwono, niebiesko, żółto, olśniewająco biało. I czasem zboże, dynie, kartofle. I banany: mają liście niby łódki, którymi da się owinąć człowieka.
Powtarzam cicho:
— Niezapominajki, to są kwiaty z bajki. A jak będzie deszcz, to co zrobisz? — pytałem, patrząc ciągle na te same spodenki Batii.
— Wariat, przez siedem miesięcy będzie grzało. Bez przerwy.
Gdy przyjechaliśmy do Hajfy, okazało się, że nie możemy mieszkać w wiosce arabskiej lub sąsiedniej druzyjskiej, lecz musimy być, przynajmniej chwilowo, w dzielnicy portowej. Wtedy zdałem sobie sprawę ze stosunków Batii.


28

Batia zostawiała mnie na długie godziny w kawiarni i rozpinała w nowym miejscu sieci, jak pająk. Łączyła różne sobie środowiska, czasem wrogie. Znała dobrze ludzi i w jedną minutę była z nimi na „ty”. I mieli złudzenie, że jest tylko z nimi na „ty”. Jeśli było trzeba, właziła mężczyźnie do łóżka, normalne kobiety uwodziła z łatwością, a nawet zwierzęta były o nią zazdrosne. Chodziła do tak zwanych porządnych domów żydowskich, arabskich, do przemytników, melin, domów publicznych, gdzie omawiała sobie tylko znane sprawy. Wracała krętymi uliczkami dolnej Hajfy, ciągnąc jakiegoś gościa, który płacił.
Lulu zniknął. Siedziałem dniami i nocami w kawiarni, której właściciel mówił trochę po francusku. Ponieważ ja też trochę, więc mieliśmy wspólny język. Ja, ubrany w pidżamę Batii, wzbudzałem czasem litość: rzucano mi pitę, zostawiano porcję humusu, tchiny, nawet jeden Arab w szale zamówił dla mnie kebab. Dwa razy na dobę przychodziła Batia. Wówczas prosiłem o nargile, lecz po krótkim czasie wymiotowałem. Dym był lekki, pachnący, ale trafiający do głowy, żołądka. Byli też marynarze, od których Arabowie odcinali się zupełną obojętnością. Trafiali się Libańczycy, prowadzący karawanę, którzy biegle mówili po francusku. Taki spędzał w kawiarni dzień cały, jadł sznycel, lody, barana obracanego na rożnie i pił zielonkawą ciecz. Potem zamawiał młodego chłopca, z którym szedł na górę lub na podwórze. Kucharz miał dwóch pomocników, którzy właśnie służyli dwojakiemu celowi. Sam nazywał się Achubbet. Już teraz był półnagi, a potem całkiem. Przypominał palacza okrętowego. Olbrzymi, muskularny.
Pewnego razu przyszła żandarmeria angielska. Coś mówili, przynieśli kubeł z farbą, rozebrali gości i namalowali jądra na zielono. Potem nagich puścili na miasto, zabierając szaty. Tylko dzięki ubikacji ocalałem. Tak przesiedziałem w kawiarni siedem dni i siedem nocy.
Później przyszła Batia. Powiedziała:
— Chodź — i ja poszedłem.
Znowu jakiś mężczyzna w drelichu, szarpnięcie jeepa, i jedziemy na samą górę, na szczyt Karmelu.
— Tego Lulu to się pozbyłam — mówi Batia. — A teraz muszę się pozbyć tego Anglika. Stań — powiedziała.
— Jemu się chce pisiać, muszę go zaprowadzić.
Wyskoczyła z auta i zniknęliśmy w krzakach.
— Tu, jesteśmy na miejscu — pokazuje willę w ogrodzie. — Przyjechałam do jednego gościa i nie wiem, czy będzie w domu.

29

Dzwoni. Każe mi się przedtem schować za krzak. Otwiera służąca. Rozmawiają po hebrajsku. Potem Batia daje znak. Wkradam się.
— Gdzie się mam schować?
— Na razie nigdzie. On pojechał do Jerozolimy. Przenocujemy tu. Ona zaraz odchodzi. Poza tym zna mnie jak zły szeląg. Będziemy mieli całą willę. To też coś warte.
— A co będziemy jeść?
— Oooo, nie martw się. Pełny friżider. Tylko żeby ona odeszła.
Pomału ciemnieje. Światła Hajfy. Neonowe reklamy zza węgła kamieniołomów, w szczelinie góry. Port, światła. I, jak kaganki zapalone na morzu, światła rybaków.
— Policz je.
— Szesnaście.
— To dobry znak.
— Zaszyj mi pidżamę.
— Weźmiemy jego, świeżą. Tę to wyrzucimy.
— Zostaniesz dziś ze mną?
— Tak. Bo jego nie ma.
— To opowiem ci różne rzeczy.
— No to opowiadaj.
— Nie wiem, od czego zacząć.
— Od czego bądź.
— Byłem w Teheranie. I chodziłem do burdeli. Tam pracowały dziesięcioletnie dziewczynki.
— Jak to robiły?
— Całkiem dobrze. Wiesz, że nie miało się wcale wrażenia, że są uczone. A były uczone, lecz robiły to z natchnieniem.
— Co znaczy „z natchnieniem”?
— Że robiły to całkiem naturalnie, po łaźni, po prostu gdy leżałeś, właziły na ciebie i robiły różne rzeczy. I żebyś widziała minę takiej smarkuli.
— Wielkie rzeczy. Ja od dwunastu lat. A ruszałam się dużo wcześniej.
— Ale one nosiły specjalne suknie, były wymalowane. Tak jak tu dzieci na Purim. I dzieci na Purim przypominają mi tamto.
— W Jerozolimie osioł z kobietą. A żebyś wiedział, jak ona go drażni. Ona, kobieta, wisi na ośle, trzymając się jego głowy i obejmując kolanami.
— Gdzie to się odbywa?
— W jakimś podwórzu czworokątnym. I musi się płacić. Sami mężczyźni.
— A jak ty?
— Byłam przebrana za chłopca. W Paryżu tego nie ma. Nie ma na pewno. W południowej Francji jest dużo osłów. Ale tego nie ma.
— A jeszcze tam w Teheranie chodzili pięcioletni chłopcy z tacą na głowie. Na tacy pomarańcze, złote rybki w akwarium, kura gotowana, suszone owoce, jedno na drugim. Tam właśnie w burdelu.
Batia zaczęła się cicho śmiać.
— Nie śmiej się. Tak było. Chodzili. Mieli oczy czarne, duże oczy. Dziecinne. Poważne. Tych chłopców też używali starzy Arabowie.
Leżymy na obszernym łóżku. Patrzymy na neony odbite w lustrze.
— A coś jeszcze tam robił?
— „Interesiki“, jak nazywał je pan Bujanower. Przedstawiał się: Bujanower jestem, Leszno 32, dom własny. Więc mieszkałem tam w barakach, drewnianych barakach, podzielonych na rodziny zwisającymi kocami. Rysia spała koło mnie. Gdy budziłem się rano, wyciągałem przez koc rękę do Rysi i mówiłem: Dzień dobry. Była też mama Rysi. Gdy wyciągnąłem pewnego razu rękę, natrafiłem na mamę. Bała się. Rysia miała przecież szesnaście lat. Gdy Rysia widziała pana Bujanowera, krzyczała, dusząc się od śmiechu:
— Pan Bujanower idzie, pan Bujanower.
Pan Bujanower wchodził, kłaniał się, podchodził do mojej pryczy i mówił głosem przyciszonym:
— No, Piotruś, może by pan ruszył mózgiem, coś wymyślić dobrego, interesującego.
Odpowiadałem:
— Proszę się położyć. Nie mogę myśleć, jak pan stoi.
W Teheranie jest szuk-olbrzym. Zajmuje może trzecią część miasta. Jest kryty tak, że światło dzienne pada przez niewielkie otwory w kopulastych niszach. Są tam kawiarenki, restauracje, meczety, burdele, składy. Przez Teheran właśnie szła główna droga pomocy USA dla Sowietów. Na szuku w Teheranie można było kupić opony, części samochodów, tanki po zniżonej cenie, części armat. Było to miasto dla siebie. Mimo pracowitego zwiedzania szuku znam tylko trzy wyjścia. Tamtędy szły ogromne studebakery, o zmierzchu, krętą drogą górską, szoferzy gryźli gałązki bzu. Tam rozgrywały się partie wywiadów, które prawie zawsze wygrywali Sowieci. Mówiłem panu Bujanowerowi:
— Idź tam a tam i kup tekstylia, które będą tankami, i sprzedaj Achmudowi, który będzie już wiedział, co ma z nimi zrobić.
On robił interesik, sukinsyn. Pewnego dnia powiedział mi szeptem, że przy oddawaniu kału robi też spermą. Więc zaparł się. Krzyczał:
— Ja to chowam dla mojej żony i córeczki. Leszno 32! Oooo, ja nieszczęśliwy.
Nic to nie pomogło. Zaczęło go łapać na ulicy. W końcu dostał żółtaczki. Tymczasem w obozie namawiał mnie mój przyjaciel:
— Pojedź do Indii. Pojedziemy razem.
Hindusi z Pendżabu, z kobiecymi włosami, chodzili do latryny ze srebrnymi naczyniami: nie wolno było używać papieru. Hindusi z Pendżabu przyklejali się do masztu namiotu i mówili, obejmując go serdecznie: — French madame miał, Polish madame miał, English madame miał — i dalej, i dalej. Europejki były w ogóle ciekawe, jak oni to robią. Niektóre pociągały długie, kobiece włosy. Ale nie pojechałem do Indii, nie pojechałem do Afryki Środkowej. A to mogło być bardzo interesujące. Siedziałem na szuku cały dzień. Lubiłem jego szum.
— A co jeszcze? — pyta szeptem Batia. — Co jeszcze?
— W Bejrucie w samym środku miasta jest dzielnica czerwonych latarni. Tam siedzą w oknach prostytutki wyczekujące, w norach, gdzie są tylko drzwi, siedzą półnagie i tańczą w takt małego radia. Gdy wchodzisz, klękają, pytają, czy masz jakieś specjalne życzenie, potem zasuwają firanki, każą ci się położyć, mówią, że „nie trzeba być zbyt zmęczonym”, i rozpoczynają rozmowę. W czasie rozmowy, zresztą obojętnej, orientują się powoli, powoli. Nie możesz ukryć przed nimi twojego podniecenia. Zawsze, w ostatnim momencie, stop. Tak prawie w nieskończoność.
— Słuchaj, ja mam jechać do Paryża. Nie mam forsy. Ale myślę, że za pomocą tego, co już wiem, objadę cały świat. Będzie to kosztowało wiele energii, zręczności, pomysłów. Ale spróbuję.
— Czy się naprawdę chcesz uczyć malarstwa?
— Tak, tak myślę. I poszwendać się trochę. Nie siedzieć w jednym miejscu do obrzydliwości, aż się twarze, ulice skleją w jedno, jak pomyje. I nie widzisz nic więcej. Świat ostry, przenikliwy, który uderzy, kontrastowy. Nie taki świat jak tu, prowincja prowincji. Oddech morza, oddech innych krajów, wszystko różne, wszystko nowe.
Westchnęła.
— Wszystko inne — powiedziała. — Tego potrzebuję.
— Był pewien Kant z Królewca, który nie wyjeżdżał poza granice miasta. I miał wszystko to co ty, i jeszcze dużo więcej.
— Ale ja nie jestem Kantem. Nawet Miró nie będę. Nie wiem, czym będę. Na razie to chyba modelką i kochanką. Będę się dużo uczyć. Od ludzi, którzy mnie będą malować, od ludzi, którzy mnie będą kochać. Nie to co w kibucu.
— Co było w kibucu?
— Wyobraź sobie miasteczko liczące sto osób. Zwariować można. Każdy wie o każdym. I dziewczyna ma spać z trzema chłopcami. Wszystko na to samo kopyto. Ooo, uciekłam.
Jest rozmowa, która toczy się na powierzchni. Jest inna, która zapada się głębiej, jak w ciepły piasek. Jest taka, która już nie jest rozmową, w której nie wiadomo, kto do kogo mówi, kto komu odpowiada, i dno jest wspólne. W końcu znalazłeś.
Potem rozebrała się. Okazało się, że ma cienką linię między piersiami a brzuchem.
Było ciemniej, a przez to wydobywały się z mroku pewne szczegóły niedostrzegalne za dnia. Jak ludzie mają dołeczki w brodzie, tak Batia miała je na zewnętrznej stronie ud. W stawie biodrowym. Myszkę między piersiami. Oczy polerowane na niebiesko. Załamanie w punkcie przecięcia źrenicy. Oczy twarde. Małe rozgałęzienie niebieskich żyłek na lewym ramieniu. Blada, ze skłonnościami do migreny. Biała, zwłaszcza przed miesiączką.
Mówi:
— Kiedy będę miała pieniądze i będę trochę starsza, dam sobie zrobić wszystkie plastyczne operacje, jakie istnieją: naciągnąć skórę twarzy, podciąć piersi, zrobić wreszcie jakiś nos, i wiele innych, których nie znam.
Wzdycha.
Opowiadam o Persji. Jak tam czarowałem koty. W nocy przynosiły długie cienie i ocierały się o mnie. Zwoływałem je miauczeniem kotki, przeraźliwym krzykiem. Przypatrywała się liczna grupa ludzi. Wiesio też, który teraz jest lekarzem. Były ogromne i ciche. Miałem wówczas władzę nad kotami i dziećmi.
Ona patrzyła na mnie dużymi, szklistymi oczami, zielonymi, neonowoniebieskimi, w których falowało morze.
Wieczorem burza stoi na zachodzie. Światło otulone bordowym zamszem przecieka przez chmury na ciemny już las cyprysów. Nerwowe błyskawice skaczą z gór w dolinę. Czarny ptak wzniósł się i opadł.
Gruby Pers siedzi na miękkim dywanie, paląc nargile (trochę opium), zupełnie jak w bajkach, myślał, czy firma Abuwab, dziś Praha, przyśle na czas opony dla niego, tylko jedno auto, broń Allach więcej, później szofer firmy Praha odwiezie je za Teheran, na pewne ruiny Świątyni Czcicieli Ognia. Sprawę łapówki, rachunków, pokwitowań, załatwi Anglik. Chodzi tylko o to, aby uprzedzić tego drania, Hadża. Niebieski dym falował w nargili, popatrzył przez dym i szkło na służącego i zobaczył swoją podróż do Damaszku, na wielbłądach, dawną, nieistniejącą, powiedział: — Woda i lód. Położył się równo na dywanie, pół śpiąc, pół paląc, dyszał, marzył, obliczał ryzyko, kurczę, które trawił, miło mu ciążyło w żołądku, jego kochanek, goniec z kantoru, był wdzięczny i miał głowę na karku, i nagle ścisnęło go coś w przełyku. Była to sprawa młodzieńcza, jego pierwsza podróż do Damaszku, wielkoświatowa nierządnica, biała, blondynka, zostawiła mu jako gwarancję, że wróci, swoją córeczkę. Ile ma lat, tego nie mógł się doliczyć, choć był niezwykle wprawny w liczeniu. Powiedział do sługi „przyprowadź Auen i zamknij drzwi”, udając całkowitą obojętność. Był taki zajęty przez ten czas, przez długie lata i nie wie, iloma Bóg obdarzył go dziećmi, pamiętał tylko, że ma jedenaście żon, nie licząc nałożnic. Że kiedyś wierzył w gwarancję, to wydawało się śmieszne. Przyszła Auen, w końcu przyszła, po długich poszukiwaniach, trzymała w ręce kawał baraniny, ociekał tłuszczem. Miała niebieskie oczy, całkiem dzikie i obłąkane. Wytrącił jej kość z ręki, powiedział:
— Siądź koło mnie.
I dalej:
— Ty tu mieszkasz dawno?
Auen zaśmiała się.
— Dawno już — powiedziała.
— Wychowuje cię Pata (to była jego najstarsza żona) i ona chodzi z tobą po naszym ogrodzie, który jest duży i piękny.
— Strumień jest piękny i jak wchodzę na wysokie drzewo granatowe, to widzę meczet za naszym murem.
— Byłaś tam?
— Ależ nigdy nie opuszczałam ogrodu. Zresztą raz, jako pięcioletnia dziewczynka, byłam. Nosiliśmy ryby do basenu.
Przypełzła do kawałka kości, który on jej wytrącił. Złapał ją za nogi, przyciągnął, powiedział:
— Bądź cicho — i rozebrał ją.
Trzymała w ręce kurczowo kość.
— Teraz słuchaj mnie dokładnie.
I wyłożył jej, jak ma się ułożyć, co ma zrobić. Zainteresowało ją to. Potem powiedziała, żując kość:
— To nie było przykre.
Nagle rzuciła w niego mięsem i wstała. Wtedy on pociągnął ją za nogi, tak że upadła. Za szóstym razem krzyczała:
— To jest takie przyjemne, rób mi jeszcze, jeszcze.
Batia milczała; złożone starannie spodenki leżały na krześle.
W nocy oświetlone wzgórza, łagodnie wygięte zbocza, które kończą się nagle zrywami, zygzakami na niebie, z których spływa drgająca, kolorowa mgła.
— Suliman jest stary, ostatnie zęby wypadły. Skóra zwisa z kości policzkowych. Chodzi w grubej czapie na głowie i nosi winogrona na sprzedaż. Winogrona przynosi spod gór na równinę, lecz syn, ten najstarszy, sprzedaje mu je bardzo drogo. Jego oczy niedowidzą od czterdziestu lat, są czerwone, zwłaszcza w ostatnich czasach. Krwawią, gdy patrzy na słońce, które pryska. Suliman siada na środku pustyni, minarety miasta są jeszcze daleko w błyskach. Suliman kuca i jego nogi są miękkie, nie takie jak wtedy, gdy uciekał przez góry z Tyflisu, miasta, które ginie w świetle, gdzie urodził się jego pierworodny, co bardzo drogo sprzedaje mu winogrona. Zamyka oczy, które pieką, wystawia gołe dziąsła, suche dziąsła...
— Tego nie opowiadaj.
— Człowiek, chlupoczący worek, napchany flakami, miękki, wilgotny. Dużo dziur, z których się leje, kapie, które śmierdzą, wyłożonych śluzami, flegmami, galaretowatymi masami.
— Posłuchaj, mój ojciec jest stary i chory. Gdy się budzi, ma palce sklejone. W końcu wstaje z trudem, nie jest się w stanie ubrać, nie potrafi zapinać guzików, rozporek ma wiecznie otwarty. Przypuszczam, że świat zewnętrzny rysuje mu się jak przez gęstą mgłę, że świat wewnętrzny jest mglisty, zaspany, leniwy już, czy ja wiem, może całkiem nieruchomy. Mimo to ma odruchy, tak, tylko odruchy, do świata. Te odruchy są całkiem dostrzegalne, tymi odruchami pisze swoje szirim. Czołga się do klozetu. Drży cały. Ma szusy w bok, szusy w tył. I najgorsze, gdy krzyczy: — Więdną mi łydki! Więdną! — I on sam potężny więdnie mi, biada mi, o biada. Ale tego nie pisze w swoich szirim. Dostrzega tylko przez szpary w swoim zaspaniu. Tak, to jest mój ojciec. Ja nigdy...
Cisza.
— No opowiadaj.
— Jeśli przeszłość, która zwaliła się nade mną, spaliła wszystkie ziarna, przygniotła mnie, wydobędzie się przez to opowiadanie, to...
Cisza.
— Opowiadaj.
— Tam, na szuku, krzyczą, wołają, jakby błagali, układają pieśni o oliwkach, które są tłuste jak ogon barana, granaty czerwone jak słońca, cebula pachnąca i chrupka, winogrona przezroczyste, duże, „kupujcie ludzie, kupujcie ludzie wierzący w Boga Jedynego i Jego Proroka, oliwki tłuste jak ogon barani...”. W perskich górach jest pięknie, tak pięknie, że byłem prawie obłąkany i miałem tam zamiar zostać. Szczyty gór są różowe, niżej niebieskie i popielate. Droga wycięta w kamieniu, chytra, pnąca się jak wino po stokach, zanurza się w wąwóz zielony, granatowy, gdzie błyszczy szklany strumień. W ciemności, która schodzi zboczami, przesuwają się tak jak góry duże bryły podobne do ludzi i płazów. Czarny orzeł przeciął niebo. Potem droga wdraża się w góry, spływając między bazalty, między pluszowozielone zbocza. Pod skarpami wiszą domki, pasą się barany wielkości mszyc. Na stacjach Hindusi budują czworokątne twierdze z worków ze żwirem. Duża lokomotywa wypełza powoli z lampką na czole. Ciągnie za sobą działa, wyciągające paszcze, czołgi spętane siatkami. Znów droga nitkowata i zajazdy dziwnie spokojne, przez ich wnętrze przepływa strumień. Tam to się wcale nie jest.
Potem obóz Amerykanów. Gwar. Gazetka obozowa: „Nabożeństwo katolickie o zwykłej porze. Fryzjer przyjmuje 24 godziny na dobę. Zwycięstwo sowieckie pod X. Klozet drugiej klasy został otwarty koło kantyny głównej. Nabożeństwo żydowskie odprawi kapitan Rubin”.

30

— Jednego nauczyłam się w kibucu: obserwować ludzi i rośliny. Zwłaszcza rośliny. Powolne wzrastanie, w ich własnym rytmie, którego nie można przyspieszyć ani opóźnić. Każda roślina ma własne prawidła i wżywasz się w te prawidła, i stajesz się inny, może spokojniejszy, i patrzysz w niebo, czy chmury, czy słońce, i potem żyjesz ogrodem, wraz z nim wzrastasz i więdniesz, to bardzo dziwne, jak człowiek, który zmienił skórę, jak nieczłowiek, rano to oglądasz słoneczniki, lwie paszcze, kwiaty na drzewach, które się zamykają na noc, i potem, wraz ze słonecznikiem i słońcem, i kaktusy najdziwniejsze, i amarylis, w końcu się zmieniasz w ogród, tę gałązkę odchylasz, plewisz, żyjesz zupełnie innym życiem, nieprzeczuwalnym, tuż obok, wychodzisz jak zahipnotyzowany tamtym życiem, nie umiesz znaleźć równowagi, a gdy kwitnie śliwka lub wiśnia, to nawet nie odważasz się malować, zresztą na obrazie, by gówno wyszło, chyba deformując drzewo, całkiem z bliska pod niewielkim powiększeniem. Tam znajdziesz krajobrazy fantastyczne, niebywałe, i nie możesz nawet malować dosłownie, i to jest niezwykłe żyć życiem ogrodu.
Ja, na krawędzi nieistnienia i bytu, do którego sprowadzała mnie Batia wszystkim, co robiła. Na przykład teraz, nago ryła we friżiderze, zapychała się śliwkami, jadła mięso, ser, wszystko to naraz. Podszedłem do niej, przypatrywałem się jak osobliwemu zwierzęciu i spytałem:
— Ilu kochanków miałaś?
Jak zbudzona ze snu:
— Cooo?
— Nic.
Dalej jadła mannę kaszę, kurczę, kompot, wszystko naraz.
— Czy ty masz naprawdę zamiar zostać malarką?
Przestała jeść, wyprostowała się, powiedziała:
— Naturalnie.
Ale potem pochyliła głowę:
— Chcę się uczyć. Wracając do ogrodu: maluję gałęzie, naśladuję Chińczyków, maluję mrówki, maluję piasek nadbrzeżny, maluję wszystkim, co mam, nie tylko pędzlem, ale szminką, ciałem, piersiami, i uczę się. Najbardziej pociąga mnie struktura drzewa, z jego sękami, nieregularnościami. Zwłaszcza przekroje drzewa. Nie wiem, dlaczego drzewo. Struktura drzewa, jego powierzchnia chropowata, a może gładka... Przypominasz sobie Siddharthę Hessego? Tam się wchodzi na drzewo, aby zsunąć się w orgazmie.
Wróciła do pokoju, położyła się, wąskie stopy, brzuch z pępkiem ładnie zakończonym, szerokie ramiona, szersze niż biodra (mogła służyć jako staroegipski model), i oczy mieniące się ciągle, nawet w półmroku, oczy kirgiskie, i widać było, że jak dorośnie, będzie miała piękne plecy, i ja zawieszony między nieistnieniem a bytem, którego gwałtowną, nieświadomą zwolenniczką była Batia, z malutkim meszkiem, i wreszcie środek ciała, sam środek, okolony włosami barwy rudej.
Objęła mnie tej nocy nogami i obejmowała kilkakrotnie, całowałem jej wargi, te i tamte, i byłem zawieszony między trwaniem a całkowitą nicością. Urok nicości, jak elektrolux, wciąga. I Batię, którą też wciąga, że oddaję jej się tak całkowicie, jak ona na pozór mnie (że nie zostaje znaku).
— Ja też lubię stare koziki, kraje się nimi chleb, też brązowy, z namaszczeniem, uroczyście, powoli, w ogóle lubię stare używane przedmioty, tabakierki brzozowe, sekretarzyki, szafy, półki, komody, to czego używały ręce ludzkie przez długi czas, co jest już zużyte, to budzi wzruszenie. Metalu nie znoszę. Słoje na drzewie, ornamenty, chaty chłopskie, ty tego nie znasz, łodzie, balie, kijanki: to wszystko drzewo. Ludzki materiał — drzewo. Tymczasem metal, szkło — obcy, nietutejszy.
— Policz światła na wodzie.
— Osiemnaście.
— To dobry znak.
Obróciła się na bok, w pozycji prawie embrionalnej, przytuliła się do mnie, zamruczała:
— Przykryj.
Ona była przecież naga, z wyraźną pręgą pomiędzy piersiami, z włosami w nieładzie, z białymi włosami, które tworzyły koła, elipsy, zadyszana jeszcze, uspokajała się powoli, usypiała we mnie, z taką ufnością. Ona, która właściwie dopiero zaczynała, próbowała i nie wiadomo było, co z niej będzie, co wyskoczy. Mruknęła jeszcze, usypiając:
— Ja się niczego nie wstydzę. Może mi z tym będzie dobrze.
Budzi się nagle:
— Czy jest ten Kon, u którego mieszkamy?
— Nie, nie, śpij.
— Na razie nie mogę. Czy wiesz, do czego są podobne tyłki najlepiej zbudowanych kobiet?
— Nie. Absolutnie nie.
— Do tyłków perszeronów. Zauważ. Tylko do perszeronów. Prawda? Dlaczego tak jest?
— Śpij.
— Nie mogę. Napiłam się za dużo kawy i wzięłam nowidrynę.
— Dlaczego zażyłaś nowidrynę?
— Bo miałam spędzić noc, no, z jakimś.
— O zwierzętach w kibucu, wiesz, wszystkie wypróbowałam.
— Ile miałaś lat?
— Może czternaście. Lecz z ludźmi w kibucu jest nudno. Przychodzą z pola, są zmęczeni i zawsze tak samo. Zwłaszcza z chłopcami. Oni nie mają fantazji. Rano idą, kroczą wszyscy do swoich urzędów, z miną poważną, jakby coś naprawdę chcieli zrobić. I wszyscy na pozór stają się urzędnikami, sędziami, radcami, nawet sprzątaczami ulic.
— A impotenci?
— Nie ma impotentów. Każdemu da się zrobić jakąś przyjemność. Czy polizać, czy pocałować, czy dać się pomacać, to nie jest byle co. To bardzo często decyduje.
Ona zapala się.
— Bądź już spokojna. Jest trzecia.
— Dopiero trzecia?
— A co chcesz robić jutro?
— Jutro pojedziemy do Jerozolimy. Zobaczysz.
— Zobaczę. A pieniądze?
— Ty głupi. Za pieniądze ma się to, właśnie to.
— Wydaje mi się, że czasy prostytucji są czasami pokoju i ciszy. Kurwy i pokój — to ma przecież związek. Dobrze zorganizowane domy publiczne, to bardzo dużo.
Widocznie całkiem mnie nie słucha.
— O mnie się nie martw. Robię wszystko co możliwe. Nie masz pojęcia, jakie to dziwne z capem. Zupełnie jak z Jemenitą. Grecja, mówię ci.
Patrzyłem w ciemne niebo, na którym rozkwitały gwiazdy jak stokrotki. Słychać daleki szum morza, które wypluwa swoje wnętrzności.
Batia mówi:
— Lubię Liban. Narty. Góry wysokie. I ojczaszkowie w górach, mnisi, którzy robią dobre wina, likiery. Chciałbyś pojechać do Libanu?
— W jaki sposób?
— Już ściągnę którego z autem.
— Zostawisz mnie tam?
— Naturalnie. On ci wynajmie pokój z dziewczynkami. A my będziemy tańczyć. Ale to nie teraz. W zimie.
— Do zimy wyjedziesz?
— Prawdopodobnie.
— Więc?
— Gdybałam.
Przeciągnęła się. Wszystko w niej faluje: brzuch wygina się, rozpręża, plecy dzięki ruchom rąk, środek ciała wraz z brzuchem, oczy świecą, to zamierają chwilami, aby potem rozżarzyć się do koloru jasnozielonego, usta, zęby lśniące, jej nogi w stałym ruchu, tył twardy, biodra, przybierające coraz to bardziej kształt zadów perszeronów rasowych. Jest żywa, ciepła i na chwilę zapomina się. Jej towarzyskość i ascetyzm. Jej rozpinanie wielkich siatek i odchodzenie od już rozpiętych. Może jej młodość. Zaczynać, niczego nie kończyć. Od jednej nieskończonej rzeczy do drugiej. Jej małpia natura, jej nienasycenie. „Wszystko, tylko nie to” — co w danej chwili robi.
— Która godzina?
— Czwarta.
— Wiedziałam.
— Skąd?
— Zawsze przylatuje jeden komar ze swoim fletem i gra. Zawsze o czwartej.
— No, teraz jeszcze raz i śpimy.
Światła portu. Ogniki na morzu. Morze, które delikatnie chlupie o brzeg, niby cmokanie: Tkam, tkam-tkam, tkam, tkam-tkam.

31

— Zaczął mnie w końcu ugniatać mój klozet — powiedziałem.
— Jaki znowu klozet? — spytała Batia.
— Ten, który na mnie czeka.
— Na razie jedziemy do Jerozolimy. Ta Sarah podała mi adres.
— Ale co będzie ze mną?
Widziałem już listy gończe. W rodzaju: Zawiadamiamy wszystkie posterunki policji, że z mieszkania takiego a takiego uciekł, sposobem bliżej nieznanym, paranoik schizofreniczny, niebezpieczny dla otoczenia. Drżałem, bałem się, kurczyłem, wlazłem pod łóżko, tam zwinięty w kłębek, usnąłem.
Miałem sen. Że ja niby jestem muszlą klozetową i pani Cin chętnie na mnie siada. Siada, schodzi, mówi: — No, jak wyglądamy?
Przerażony obudziłem się. Wylazłem spod łóżka. Położyłem się na łóżku. Batia spała, oddychała równo. Spała nago. Jej twarz całkowicie odprężona. Jej usta rybio rozchylone. Włosy tworzą aureolę. Gdy zbliżyłem się, lekki zapach kobiety, śpiącej kobiety. Pomału, we śnie, wziąłem ją, z ustami rozchylonymi. Nie obudziła się. Sam usnąłem już bez snów.

32

Jerozolima. Miasto wykute w skale, poprzez które przepływają chmury piasku lub pary. Miasto, w którym rośnie (także) kwiat siedmiopiętrowy, pełny surowej zieloności. Ziemia opada tarasami, na których wiszą domy. Obłe okna zasłaniają widok na Terra Santa, na Wielką Jesziwę, na klasztory z air conditioning, na meczet Omara. Kamienność jest tuż w powietrzu, w budowlach okolonych sztachetami, z wejściami prawie zawsze bocznymi. (Jerozolima nie lubi się spoufalać). Blanki, gzymsy, wykusze, czasem mozaiki. I najdziwniejsze: stary Arab orze kawalątko ziemi pługiem drewnianym, w murach Dawida. Chamsin w Jerozolimie — Toledo w burzy El Greca. Przeraźliwie białe twarze młodzieńców i dzieci pejsatych. Wiatr.
Nieprzytomny. Sadza mnie pod leniwie chodzącym wentylatorem. Idzie na poszukiwanie gościa. Ja usypiam, budzę się, znów usypiam i znów budzę. To wszystko dzieje się w kawiarni „Vienna”. Już wieczór, jest pełnia.
Rabini różnych świętych gór uciekli tutaj właśnie, grób Chrystusa, Golgota. YMCA, w której jest basen kryty, wszystko to można zobaczyć za pięć groszy. I German Colony z dużymi drzewami i zapachem świerków, kobietę i osła, żołnierzy angielskich rozdających prospekty religijne (chór ładnie śpiewa), szczury kłapią zębami jak nieboszczycy, Batia wraca, ciągnąc gościa, jest coraz to bardziej pusto.
— Ty, mam dobre nowiny.
Niespodziewanie dla mnie samego:
— Dość mam tej szwendaniny. Ja chcę do mojego klozetu.
— Poczekaj. Będziesz miał ten swój ulubiony klozet i nawet trochę wolności, z którą nie będziesz wiedział, co robić.
Nigdy nie patrzę na jej gości, więc i nie patrzyłem tym razem.
— Posłuchaj. Ten pan pracuje u Wysokiego Komisarza...
— Co może Wielki Komisarz mieć wspólnego...
— Poczekaj. Wytłumacz mu. Wszystko po kolei.
— Więc proszę mnie posłuchać — powiedział pan, macając Batię pod stołem. — Jak panu wiadomo, rząd Jego Królewskiej Mości potrzebuje chwilowo dolarów.
Następowało coś, czego absolutnie nie słyszałem. Dochodziły do mnie tylko brzęczące „dlaczego... ponieważ... oraz... przy czym...” itd., i wniosek końcowy: „dlatego będziemy musieli wysłać panią Cin do...”.
— Więc twoja ciocia wyjeżdża?
— Jak widzisz.
— A co będzie...
— Zostaje Edka.
Wszystkie moje plany zawirowały nagle. Widzę tylko, jak Batia daje się typowi macać z lubością. Wpadam w pasję:
— Miłość przychodzi, miłość odchodzi.
— Jaka miłość?
— Niby wczoraj to.
— „To” nie ma nic wspólnego z uczuciem. Poza tym nie miłość przechodzi, tylko my.
Rozwarta szczelina. Nareszcie coś z niej. Zagadkowego.
— Ale czy pamiętasz, jak ja cię szorowałem wodą i mydłem? A potem ty mnie? Pamiętasz?
— Pamiętam. No to co?
Batia mówi zimno i uprzejmie:
— My, to znaczy ja i ten pan, odwieziemy cię na ulicę Chapu-Chapu 8. Oddaj mi moje dziesięć piastrów.


Część druga
1

Gdy kończyłem pracę u Edki, wychodziłem na ulicę. Najwyraźniej widziałem sytuację, w jakiej byłem, w oczach dzieci. One, zależnie od wieku, miały w oczach przerażenie, witały mnie pierwsze, w ogóle witały, o co tu jest trudno, przechodziły na drugą stronę jezdni, udawały, że mnie nie widzą. Słyszałem też komentarze ze strony małej mieszkającej nad nami:
— Mama, dlaczego ten Piotruś ma gumową rękę?
Wędrowałem powoli ulicami, siadając po parkach lub ławkach ulicznych. Szedłem ciągle pod murami. Czasem jakaś pani, widząc mnie z tyłu, dawała mi jałmużnę. A gdy popatrzyła z przodu, kilka razy mrugała oczami, potem w zdumieniu i pewnym popłochu odwracała głowę.
Czasem znajdowałem trochę pieniędzy w kapeluszu, po drzemce na ławce w parku.

2

To nie problemy finansowe wpływały na mój stan. Na przykład chciałem poleżeć po mojej pracy. Wtedy pokój dostawał torsji. Gięła mu się podłoga, która prawie dotykała powały, w miejscu gdzie leżałem, ściany poruszały się ruchem falistym. W końcu pokój wyrzygiwał mnie triumfalnie na ulicę. Jeszcze długo słyszałem jego olbrzymi kaszel, który był podobny do śmiechu hipopotama lub osła. Nie zachodziłem do Batii, bo bałem się. Chodząc ulicami wieczorem, zaglądałem do parterów domów. Był lipiec i koszula przyklejała się do ciała. Miasto dyszało ciężko. Otwarte okna i story. Wszystko dzieje się na ulicy. Kto mógł, wychodził na dach, by się przewietrzyć. Idealna pora do podpatrywania. Onanizowałem się czasem pod jakimś oknem lub skradałem się od strony podwórka, wybierając dogodny punkt, aby pozostać w cieniu.
W cieniu chciały być prostytutki, które miały reakcję odwrotną do fototropicznej. Dało się też zaobserwować częstsze niż u innych kobiet reakcje geotropiczne.
Czasem spotykałem pewną żebraczkę, już bardzo starą. Była niespokojna, puchły jej bardzo nogi. Siadywaliśmy razem na ławce. Mówiła:
— Widzisz, widzisz, jak psy gonią ci ludzie.
Dyszała ciężko.
— Jak psy. Milionerki z Ben-Yehuda. A co ty robisz? Ty śpisz w pokoju, prawda, kochaneczku. Prawda? Może pożyczysz mi w takim razie pięć piastrów? No. Dla ciebie to nic nie jest. Widzisz? Jak te psy.
Równocześnie czułem coraz to bardziej, w sobie i na zewnątrz, przepaść wietrzenia się, kruchości.
Czasem jeździłem autobusami, pragnąc przekonać się, przez macanie, że to wszystko jeszcze istnieje. Ale to mało pomagało.
W końcu postanowiłem udać się do doktora Siegberta. Tego, co wystawił świadectwo.

3

Tego wieczoru wszyscy mówili o trzęsieniu ziemi, które przespałem. Przyjęła mnie żona doktora. Ona też jest przejęta trzęsieniem ziemi.
— Mówię panu, budzę się w nocy i nie znajduję koło siebie pana doktora. Widzę małe światełko w ubikacji. Musi pan wiedzieć, że mamy dwie. Ja sobie myślę, czy mój Hans, czyli pan doktor, tak trzęsie domem? Myślę sobie, że to całkiem możliwe, bo on ma takie gwałtowne wypróżnienie. Czytam rano gazetę: trzęsienie ziemi. I co pan na to?
— Kiedy doktor przyjmuje?
— Od ósmej do drugiej w nocy. Będzie pan musiał trochę zaczekać.
Więc czekam.
Guten Tag, panie doktorze.
— Co tam?...
Byłem w dużym gabinecie i na końcu, za czerwonym stołem, siedział skulony, jak pająk, doktor.
— Chciałbym, by mnie pan zbadał, obejrzał.
— A to pan, panie, panie...
Obrócił się, tak że zobaczyłem jego grube szkła.
— Pan mi zapisał, no, że tak powiem... klozet.
— Aha, aha, w tym nie ma nic dziwnego. Ja sam, wie pan, w podobnych okolicznościach, jestem zmuszony.
Marmurowy i złoty kałamarz lśnił na stole. Grube, stare tomy rozsadzały bibliotekę. Zauważyłem tylko Technika wschodzenia metafizycznego, Próby dolnolotne a somatyczna kondycja. Wskazał mi ręką.
— Siadać proszę — i utonąłem w pluszowym fotelu. Po chwili podniosłem się i ujrzałem pluszową sofę. Cofnąłem się w przerażeniu.
— To nic nie szkodzi — powiedział doktor. — To odruch bezwarunkowy.
— Jak to pan rozumie?
— Że przeznaczeniem pana jest siedzieć w ubikacji, że wyrokiem Opatrzności...
— Jest pan, widzę, religijny.
— Nie, nie to. Tylko gdy się napatrzy na różne wypadki na ziemi i niebie, to się przejmuje coś z wiary w kismet. Przykład: kobieta, miła, zdrowa, nawet ładna, co dla mnie większego znaczenia nie posiada, przychodzi z rakiem. Mniejsza już czego. A ja jej mówię: „Proszę szanownej pani, nic pani nie pozostało na tym świecie jak lody śmietankowe i młodzieniec z temperamentem. Za pięć do ośmiu miesięcy jest pani trup”. A ona na to: „Co pan mówi, doktorze? Przecież ja mam męża i dwoje dzieci”. Jakby to cokolwiek miało wspólnego. Ja jej mówię: „... się, rybko, dopóki nie będzie za późno”. A ona się za dwa dni wiesza. Z taką piękną przyszłością. Co ludzie chcą, do cholery?
— A jak mój wypadek?
Tu doktor podrapał się w głowę.
— Pan jest wypadkiem skomplikowanym. Można pana oglądać w dwóch lub wielu lustrach. Pan nie jest przypadkiem o określonej diagnozie. Takie coś, jak przy literze „h”, o ile pan się zna na grafologii.
Jego niebieskie oczy, otoczone czerwonymi obwódkami.
— Ustalmy, że jest pan chrześcijaninem.
Zaprzeczyłem i żachnąłem się:
— Ależ skąd.
— Otóż właśnie. Każdy z nas chodzi do ubikacji. I pan sobie tam urządził prywatną golgotę. I panu niewygodnie jest w pluszowym fotelu.
Głos doktora potężniał. Istotnie poczułem się niewygodnie.
— Czy wpuszcza pan panią Cin przynajmniej do ubikacji?
— Tak, nie, ona ma klucz... Miałem kiedyś sen, wstydzę się opowiedzieć. Miałem tylko sen, że pani Cin weszła do ubikacji, włożyła mnie do muszli. Usiadła...
— Ależ to bardzo dobrze.
— Nie rozumiem. Dlaczego?
— Czy pani Cin zmuszała pana po powrocie do zajmowania poprzedniego stanowiska?
— Nie. Ale...
— Żadne „nie”. Ona wyjeżdża, ponieważ we śnie z panem przegrała. Oto skończone wszelkie smycze pani Cin. Przed panem otwierają się nieskończone możliwości.
— Jak to?
— Jaki pan jest niedomyślny. Ona przegrała z panem i to we śnie. We śnie. Rozumie pan?
— Przecież ona na mnie ciągle jeździ.
— Nie szkodzi, pan ma cierpieć. Och, biedny Piotruś. Za nas wszystkich. Zbawienne sny. Zbawienny klozet.
Doktor złapał marmurowy kałamarz i mówił:
— Gdy pan odczuwa seks przez ból... To jeszcze nic. Takich jest miliony. Gdy pan odczuwa ból przez seks... I gdzie pan nie odczuwa bólu? O, wielki Piotrusiu. Czyżby pan cierpiał za całe nieudane pokolenie? Nie wiem, na Boga Żywego, nie wiem...
— Batia...
— Rozumiem pańskie piętnastoletnie. Ale kobieta stara, wstrętna, doświadczona, posiada moc. Nie wiem.
— Panie doktorze, czy pan jest wierzący?
— Ale skąd. Ja w ogóle nie jestem niczym, poza takimi sprawami. I w tym dwuznaczność pańskiej sytuacji. Wyleczą pana może kurwy. Czasem wysyłam pacjentów do nich, aby sobie oglądnęli. Zszedł pan na dno. A nawet głębiej.
— Jak można?
— Po pierwsze, to zależy także od indywidualnych dyspozycji zjeżdżania w dół, po drugie, można głębiej (tu poprawił binokle), można, kochanie.
Tu wyczułem tajemnicę osobistą doktora. Czyżby on. Był jowialny, czerwony, wesolutki i nie mogłem uwierzyć. Ale byłem zbyt wzburzony.
— Tak, tak, ale proszę nie zapominać, że jest pan przynajmniej przypadkiem wieloznacznym. A czy miła jest ta Batia? — zagadnął doktor.
— Miła, tylko...
— Wiem, wiem. W takim razie jako terapię radziłbym prostytutki. I to raczej zbliżone do pani Cin. Nie muszą być zewnętrznie tak obskurne. Ale wewnętrznie bardziej. Czasem trzeba klin klinem. Jak pan pozna, co to jest prawdziwe świństwo...
— Byłem w Rosji.
— Jak pozna, co to jest prawdziwe świństwo, rozkład psychiczny, gdy pan będzie u takiej na górze lub na dole, to może, może.
Milczenie. Doktor mówił dalej:
— A więc, jest pan wieloznaczną diagnozą. I podgląda pan pewno też. I jeździ autobusami. To znaczy, że się pan zbliża. Infantylizm. Ekshibicjonizm. Masochizm. Tajemnica życia i śmierci. Ta pani, o której mówiłem na początku naszej rozmowy. Czy pan mógłby tak istnieć? Rozerwałoby pana ciśnienie, tak jak rozrywa ryby głębinowe. To śmieszne, jak ogół ludzi przyjmuje świat. Nawet nie wiedzą, że są w gruncie rzeczy całkowicie izolowani.
Lecz ponieważ pan jest przypadkiem wieloznacznym — Batia. Ona ma rozpęd młodości i może pana wydobyć z matni, pociągnąć za sobą.
— Batia wyjeżdża... Ona myśli, że jeszcze coś zwojuje na tym świecie. Ja czasem też myślę.
— To bardzo ważne, czy pan tak myśli.
— Myśli, nie myśli. Trudno jest na to odpowiedzieć. Czasem chciałbym.
— Uczep się pan jej, dopóki nie wyjeżdża. Lecz abstrahując od wypadku pana, niepokojący jest wzrost schizotymii, schizofrenii w ciągu ostatnich lat czterdziestu. Niepokojące są zmiany antropologiczne. Dawniej to tylko zespół cyklotymiczny, tak w klinice, jak i w życiu. Teraz, moda tak u kobiet, jak u mężczyzn: musisz być zgrabny, leptosomiczny. I straszliwa liczba schizofreników. To wszystko moda. Czy moda działa na budowę ciała? Każda smarkula jest wyższa i inna niż matka. Gdzie podziały się rubensowskie kształty? W literaturze, w malarstwie, w stylu życia? Gdzie to nas zaprowadzi?
To pytanie było skierowane do mnie. Jakby mnie oskarżał.
— A histeria? Po prostu wyszła z mody. Zostaje Todestrieb, śmierć. Śmierć nie wyszła z mody. Jeszcze się ją upiększa. I gdy pan pójdzie do jakiejś prostytutki, zobaczy pan, jak się to szybko załatwia. Człowiek, czterdzieści lat temu, mógł przyjść do burdelu, i pomaleńku. Szybkość jest w ogóle straszną rzeczą. Nie tylko w seksie. Tylko cyklotymia zna złoty środek. To schizotymicy nadają tempo. I potem zostają internowani. A czy zauważył pan taką drobnostkę jak skala głosu?
— Nie całkiem.
— Otóż dziś tylko jazzowy alt. Dawniej panowała era sopranu. Gdy dziewczyna śpiewała altem, mówiono, że nie ma głosu.
Doktor wyciągnął się wygodnie, kładąc nogi na stół. Chwila milczenia. Obserwuję. Typowy leptosomik, schizoid. I doktor dodał zduszonym szeptem:
— Przecież Bóg, sam Bóg jest schizofrenikiem.
Wizyta skończona. Wyprowadza mnie z gabinetu.
— A teraz ośmielam się polecić pewnego optyka na Allenby. On reguluje patrzenie, nie zawsze poprawnie.
— Mam wzrok całkiem dobry, doktorze.
— To nic nie szkodzi. Niech pan tam przy sposobności zajdzie. Do widzenia.

4

Na razie poszedłem do domu, namyślając się nad tym, co mówił mi doktor. Była pierwsza. Wchodzę cicho na schody i słyszę, że pokój, mimo że wchodziłem cicho, zaczyna złośliwie wymiotować. Schodzę na dół.
Na samym dole paliła się jeszcze mała lampka u sąsiada, chorego na raka. Był to miły, wykształcony, starszy człowiek. Pomyślałem sobie, że może u niego posiedzę, aż temu na górze przejdzie. Wchodzę. Mówię dobry wieczór. Ma żółtaczkę, która nie ustępuje. Skóra jest pokryta ranami. Tak się drapie. Jeszcze czuwa. Czyta książkę: Nietzschego. Łapię go na zdaniu: „Rozkazuję wam zgubić mnie, a odnaleźć siebie; i dopiero, gdy zapomnicie o mnie, wrócę do was”.
— Moja żona jeszcze nie wróciła. Jest u dzieci. Może tam zostanie na noc.
— A pan jak się ma?
Chwilę drapie się w milczeniu.
— Ech, tam, nie najlepiej.
— Co panu dolega?
— Jak się robi gorąco, to coraz to bardziej swędzi. Poza tym — chudnę.
Milczenie.
— Słuchaj pan, ja słyszałem, że rak może być żeński i męski.
— Ja o tym nie słyszałem.
— Nie bój się pan. Ja i tak udaję, wobec żony i synów, że nic nie wiem. Oni udają przede mną. W ten sposób jest im, i może i mnie, lżej.
Pomyślałem: Oto cywilna śmierć mieszczańskiego bohatera.
— Nie chcę zawstydzać synów, dlatego się nie wieszam. A mam jeszcze dość sił.
— Już późno, muszę iść. Dobranoc.
Chwilę namyślałem się na ciemnych schodach. Potem poszedłem cicho do mojego pokoju. Już się nie rzucał.
Dziewczynki z naprzeciwka dawno przestały się rozbierać, ubierać. Cienie kobiet ciemnotropiczne, geotropiczne. Mgły wstają z morza. Nad ranem zawsze jakieś kląskanie, które przechodzi w pisk.
Następnego dnia prosiłem Edkę o pożyczkę. Na jedną kurwę. Błagałem. A nuż mi pomoże? Dał.
Gdy skończyłem pracę, poszukałem bardzo uważnie jakiejś odpowiedniej. Nie za młodej. Gdy już było, ku mojemu zdziwieniu, po wszystkim, usłyszałem z niszy głos męski:
— Proszę pozwolić.
Za kotarą siedział typ pogarbiony, zurzędziały.
— Niech pan łaskawie spocznie.
Miał wielką księgę przed sobą.
— Imię? Nazwisko? Skąd pan wziął fundusze?
Wtem alfons-konfident. Składa jakiś raport.
— Proszę zaczekać — powiedział gość z wielką księgą.
Do alfonsa:
— Więc dochodu czystego ile? Aha. „Szantaż prosty”. Ile?
Sutener zanurzył swój nos w wielkie, starannie owłosione ucho. Mruczał. Urzędnik odwrócił kartę grubej księgi, na której widniało konto „żonaty człowiek”.
— Ile? I znów obróciła się karta wielkiej księgi i ukazało się konto „kiedyś zapłacił, gówniarzu?” I potem „och, przyszedł mój mąż”.
— Ile? Ile?
Nagle otworzyły się małe drzwi. Do wnęki pokoju weszła kobieta. Była ubrana ostentacyjnie ubogo:
— Czy jest niemowlę?
— Oba wypożyczone. — Gość z grubą księgą popatrzył na zegarek. — Możesz przyjść już za godzinę.
W tej chwili wymknąłem się przed kobietą. Konfident wypadł za mną, ale ja się przyczaiłem. Nie znalazł mnie.
Więc idę spokojnie i myślę. To nie pomogło. Siadam na ławce w małym parku przy Gordon. Księżyc krąży nad moją głową. Liście cicho stukają o siebie. Druga. Trzecia. Napięcie rośnie. Trzecia trzydzieści. Dławię się. Czwarta. Drżę. Pot cieknie. Szczękam zębami. Nareszcie sen.
Sen był wybuchem snów. Po przebudzeniu został jakiś perłowy osad, pobłyskiwanie, prześwietlanie.
Po pracy jadę na ulicę Allenby, aby skorzystać z rady doktora, danej mimochodem, tym bardziej ważnej. Jadę, koło mnie siedzi chałaciarz, rzecz w Tel Awiwie rzadka, i przypatruje się. Myślałem, że wyjmie milsa, ale on rzekł:
— Poszukuję kalikę.
— W jakim celu?
— Do produkcji wody sodowej. Bo wie pan, się ma kalikę... A czy pan jest urzędowy, uprawniony?
— Nie. Poza tym jestem kupiony.
Machnął ręką i wysiadł na najbliższym przystanku. Wysiadam i ja. Zapada mrok. Przechodzę koło jakichś słupów reklamowych. Kiosków. Na kioskach plakaty. Reklamy kinowe. Kobiety na afiszach mają zawsze wydrapane oczy, dziurawe piersi, międzykrocze, usta. Zaplątałem się w numerach. Chodzę i nie mogę znaleźć. A tu coraz bardziej mnie przypieka pewna potrzeba. Więc pukam do pierwszych drzwi:
— Puśćcie, dobrzy ludzie.

5

Drzwi otworzyły się i stanęła w nich pani. Starsza młoda pani powiedziała, gdy spytałem o klozet:
— Proszę, tam, niech się pan nie krępuje.
Powiedziała po polsku miłym głosem. Wiedziałem, że jest tu wiele rodzin polskich, dlatego nie zdziwiłem się. Poszedłem i wypróżniłem się. Potem, gdy miałem pociągnąć za rączkę od rezerwuaru, zobaczyłem, że rezerwuaru nie ma. W takim luksusowym domu — pomyślałem. I wtem zauważyłem, że cały klozet jest drewniany, że drzewo pachnie w słońcu. I zobaczyłem przez okrągłą dziurkę sztachety drewniane, jakieś drzewa owocowe, jabłoń i różowe kwiaty. Posypane delikatnie. Zobaczyłem słońce i trochę chmur. Pani już całkiem młoda, ale ubrana w suknię do kostek, o fiołkowych oczach, prowadziła pięcioletnią dziewczynkę. W koszulinie jednej. I rozmawiała z nią. Dziewczynka mówiła:
Ja kazu, kiń.
— Nie.
Trzymała w ręce prowokacyjnie duży muchomor.
A ja kazu, kiń.
Wtedy pani, uśmiechając się, rzuciła grzyb.
Mołodziec, szto posłuchała.
Z dali jacyś robotnicy. Nie — orzący pole. Pani zwróciła się do mnie:
— Ta mała jest urocza.
W dali: Onufry, Onufry.
— To córka naszej służącej, Jewdokii. A teraz pokażę panu z grubsza naszą posiadłość. Zacznijmy od Brzozowej Kępy. Potem jest las szpilkowy, sosnowy i po części mieszany. Tam jest droga do Szypowszczyzny. A tu obok drogi jest Polanka. Ale najważniejszy — to Piotropol. Ojciec zbudował groblę. Odgranicza bagna. A jak się idzie z Brzozowej Kępy przez las do Piotropola — wyskakuje krzyż. To taki drewniany, już zielony Chrystusek. Gdy las robi się rzadszy. Z Piotropola idzie się groblą, znów krzyż, do Zakątka. Musiałby pan tam właśnie skosztować owoców. Tam mieszka mój brat starszy, Ksawery. I z tego wszystkiego zapomniałam panu pokazać Stawek. O, tu, za tymi trzcinami, tam gdzie krążą kaczki. I siedzą cicho głuszce. Z Zakątka idzie droga, hen, aż do Baranówki. Z dali:
— Kuźma, pohodi.
Karbowy przyprowadza brodatego chłopa:
— Nie panoczku namilejszy, my tolko brali drwa do pieczki.
— A jak wam idzie? — spytała panienka.
— Chleb z lebiodą i korą brzozową pieczem.
— A gryby macie?
— Maleńko, najświetlejsza panienko.
— Oj, Artemuk, Artemuk, puśćcie go, karbowy.
A tu powietrze z pól ciągnie przezroczyste, chłodne. A powietrze z lasu ciągnie zielone, ciemnoiglaste. A karbowy ciągnie:
— Ten tu libacje urządza w krzakach z dwiema staruchami. A te staruchy się za kudły biorą, którą więcej chce. I tak, proszę panienki.
— Puśćcie go, karbowy.
— Jeszcze czorta napytaje — mruczał. — Bo oni, proszę panienki, z przeproszeniem gorzałę i. No, Artemuk. Poszoł.
Teraz panienka mówi:
— Ślicznie przepraszam, ale bracia na polowanie poszli, hen, za Burczaczkę, i ja kawalera nakarmię, bajkę opowiem straszną.
Uśmiechnęła się przy tym, zakręciwszy oczyma jak z miki. Warkocze aż do ziemi, słońce się prześliznęło na twarzy, zostawiło ją w cieniu, z którego patrzyły jedynie niebieskie oczy.
— Ja kawalera proszę.
I weszliśmy w ogród, w dom, pomalowany na biało, z białymi okiennicami, w spokój, gdzie tylko brzęczały muchy. Była boso. Weszła ze mną do domu, do salonu, gdzie była niedźwiedzia skóra, gdzie sowy stały wypatroszone, gdzie wielki zegar bił godzinę dwunastą.
— Wędliny tu domowe i bardzo dobre. Czy zje pan nerki wędzone pod pułapem? Czy głowiznę cielęcą? Czy coś z wieprza? Wszystko domowe.
— Wszystko mi jedno, proszę pani.
I pani robiła się to czerwona, to blada. Niepewny uśmiech. Pod powałą lep na muchy, pelargonie za oknem.
Wiosna. Kora drzew mokra i zielona. Błyszczała ciemno i zielono od mchów. Chmury, wielkie jak góry, dzieliły się na zielone, złote, bure, ciemne. Panienka:
— Dość. Maryna, dość.
Deski gładko heblowane, woskowane. I jakieś portrety na ścianach z dziwnie wykręconymi głowami. Między nimi pani o fiołkowych oczach.
— To moja matka.
A tu kot siedział u proboszczunia, cały czarny. Miał tylko wycięty biały krawacik i pantofle białe. Z daleka znów:
— Onufry...
W wazonie na stole czeremcha, jeszcze wilgotna. Stara szafa jesionowa. I orzechowa biblioteka. Ceratowa kanapa. Usiadła na kanapie, włożyła ciżemki.
— Bajkę straszną opowiem, Alima przygotuje jedzenie. Ja zresztą sama przypilnuję.
I poszła długim korytarzem w stronę kuchni. Z kuchni dało się słyszeć nagabywanie: — Nu wot chaziajuszka, ćwietoczok moj ślicznieńkij, anu prikiń, anu prisyp, choć troszku, choć żemku.
A paszoł won, świnia, k’czortu matieri — odezwały się cztery głosy żeńskie.
I chłop, śmiejąc się, pozwalał się bić przez dziewczyny. Miał na sobie odwieczne dwanaście kożuchów. Nie zdejmował ich w lecie ni w zimie: w lecie chroniły od gorąca. Wróciła panienka w szubie podbijanej kotami. Niosła potrawy, których nie opiszę.
— Tereniu, Tereniu — odezwał się delikatny, starczy głos.
— To dziadek mój — powiedziała.
Weszła do pokoju (ja za nią), który był prawie że ciemny. W fotelu starszy pan z pijawkami za uszami.
— Zdejm już te zwierzątka — powiedział.
Młoda pani wrzuciła do słoja pijawki.
— Z bagien przynoszą bracia — wyjaśniła. — Bydło tam pędzimy.
— Posłuchaj, Tereniu, tego dykcyonarza: czy to nie nasi krewniacy? Jucewicz (Ludwik Adam) napisał Przysłowia ludu litewskiego, Wilno 1843. Czy to przypadkiem nie nasz?...
— Nie sądzę, dziadku.
Wyszła. Z daleka od pól:

Oj kazali ludzie da ludzie
Polubiła Pietrusia
Ej ty sroczka biełaboczka
Oj skrypić mojo serce, jak koła bies mazi...

— Pani obiecała bajkę straszną.
— No, proszę usiąść, to opowiem.
Namyślała się chwilę.
— Był sobie dziad i baba. On miał córkę i ona też. Córka dziada wesoła była, pracowita, dobra. Córka baby leniwa i zła. Umyśliła ją zagubić, swoją pasierbicę, bo przez wszystkich więcej lubiana była. Zaczęła więc nastawać na dziada, by ten ją wywiózł z domu i zostawił w lesie. I tak dziad też zrobił. Wieczór się zbliża, ona poczęła wołać: — A chto u pali, a chto u lesie, prydź ko mnie hetu noczku naczawać. — Dziewczyna siedzi i czeka, a tu stuka niedźwiedź w sosnę: — A ja u poli, a ja w lesie... — Pyta, czy się może zbliżyć. Gdy otrzymał twierdzącą odpowiedź, mówi: — Dzienka dziawica pierestań maju łapu...
Wtem powóz zajechał przed dom. Pani panienka przestała opowiadać. Wstała i powiedziała:
— Musimy się już żegnać, bo...
I zaczerwieniła się. Ja krzyknąłem:

— Dlaczego? — i znalazłem się na ulicy Allenby.
6

Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mogę do tego świata dotrzeć. Ze zduszonym gardłem zawołałem do siebie:
— Z głębokości wołam do Ciebie.
Długo wzdłuż murów i bram. Już późno. Ale nie chciałem iść do domu i spać. Czekanie do rana.
Promenada nad morzem. Światła — występy, które można za darmo widzieć, siedząc z fasonem z daleka na balustradzie. Trzech Meksykańczyków, jeden Włoch, automaty do gry najrozmaitsze. Kukurydza. Falafel. Wilgotno. Zapach morza, słonych wodorostów, krewetek, ślimaków. Nieodłączne prostytutki, półprostytutki. Alfonsi rozwożą jeepami swoje dziewczęta, które potem kontrolują. Małe gromadki dziesięcioletnich chłopców. Zatrzymują się, potem idą, krzycząc głośno, dalej.
Gdzieś koło dwunastej sprzedawcy zwijają swoje kramy. Obejmują swoje funkcje stróże nocni, znany mi pomocnik pomocnika w pilnowaniu samochodów. Zamiatają ulice. Potem jeździ samochód-elektrolux. Pod lokale nocne zajeżdżają taksówki i pijani żołnierze z kurewkami.
Pora przełomu. Nic się nie dzieje, lecz wszystko delikatnie drga.
Pierwsze budzą się, jeszcze przed wschodem słońca, ptaki, które wydają odgłos: glup, glup, glup. Są dość duże i nie widać ich w czasie dnia. Małym autem rozwożą gazety, pieczywo. Uroczyście podnoszą się mgły znad morza. Dnieje. Przez puste ulice jadą rowerami śpiący ludzie. Pierwsze busy. Maniacy kąpią się w morzu.

7

Po pracy, w czasie której wyspałem się nieco, postanowiłem iść jednak do Batii. Machlul barak 38. Mam tremę. Trochę szczękam zębami. Przecież ją poznałem w kwietniu, kiedy zapach ciężki ciążył na wargach. Wszedłem. Spodenki. Koszula. Jakby mnie widziała wczoraj:
— Piotruś, pojutrze wyjeżdżam. Wyjeżdżam. Tak się cieszę. Już jestem spakowana. Niedużo tego, ale wyjeżdżam.
Byłem lekko ogłuszony. Nie, nie cierpiałem. W znieczuleniu prawie wesoły. Zdawało mi się, że powinienem się bać, ale nie umiałem. Czułem, że czegoś nie rozumiem. Jakbym był oślepiony w pewnym punkcie. Usiłowałem nadaremnie przypomnieć sobie to, co zapomniałem. Ale byłem pewien, że coś tam było jeszcze. I nagle zrozumiałem, że tego nigdy nie zobaczę. To nie było do patrzenia ani do rozumienia. To była część śmierci.
Ona nagle zbladła i krzyknęła na mnie:
— Idź już. Idź już.

8

Już wiedziałem. Czy warto ryzykować życie dla wielu lat konania? Znałem to już. „On nic nie słyszy, biedny. On nie rozumie, co się do niego mówi. On jest nieprzytomny” — mówiła Anka, Lotka. A ja wszystko słyszałem i rozumiałem doskonale. To będzie gorsze. Konanie, w milczeniu, przez lata. Zamurowany we własnym ciele (jak mniszki zamurowywano).
I wtedy wejdą zwierzęta do twojego pokoju i siądą na tobie spokojnie, jak na kamieniu i ziemi.

[Instytut Literacki 1960]


MIASTECZKO
Przypisane Łucji
Tekst ten ma pewne usprawiedliwienie w ciągu dalszym opowiadania. Dlatego chciałbym tu podać streszczenie całości:

Ola jest małą dziewczynką i mieszka w małym miasteczku. Nawiązuje się pewien kontakt między nią i starym chłopem Żemajtisem. Żemajtis musi iść do bobrów na zlecenie aptekarza i mała prosi, aby ją zabrał ze sobą. Teraz zaczyna się część, która powinna być połączeniem bardzo ścisłych obserwacji, struktur językowych (polsko-litewsko-białoruskich) — obyczajowych, geologicznych, przyrodniczych — z równoczesnym wspinaniem się Oli i Żemajtisa na Wielkie Drzewo. Czym wyżej, tym silniej elementy zwykłości podlegają transmutacji i, nie zdając sobie z tego sprawy, dziewczynka i stary chłop, wspinając się ku wierzchołkowi, zbliżają się do samej esencji życia, które jest aglutynacją tamtejszości — wody, bagien, drzew, języka mieszanego. Tak się ma przedstawiać całość.


Miasteczko leżało na skraju szosy. Tuż przed skrzyżowaniem dróg. Na skraju miasteczka było też jasne, zielone jezioro. Nazywali je Jasnoczką. Od głównej szosy uliczka i zaczynają się murowane domy, wreszcie rynek. Na skrzyżowaniu szos stał Chrystus. Murowany. Koło jeziora był nasz Chrystusik: z drzewa, skurczony, zielony, pod daszkiem, który się zapadał.
W willi mieszkała Ola. Jej matka była w miasteczku nauczycielką. Ojciec był i znikał, znikał i był, i znikał. Nigdy Oli nie zdarzyło się zauważyć, jak przychodzi. Brał ją na kolana, pakował cukierki do ust, dziwnie pachniał, przynosił szabelkę, czapkę konduktorską. Chciał, aby urodził się chłopak, aby mogli być na „ty”, kolegować się, być przyjaciółmi, w przyszłości chodzić na dziewczynki. Ola wytrzymywała burzę, którą sprowadzał każdorazowy pobyt ojca. Nic nie było na swoim miejscu, ojciec chodził pijany z kąta w kąt, służąca uciekała, matka zamykała się w sypialni. Ola była wystawiona na ojca. Nie cierpiała pocałunków, zarostu. Chciał, aby maszerowała z nim przez miasteczko, ale ona odmawiała. — Stój — mówił ojciec — usiądź — mówił ojciec. Drgała, szczękała zębami, nie chciała usiąść. Krążyła po pokoju. Zamykał drzwi. — Czego ty chcesz ode mnie? — mówiła czasem. Niekiedy przytulała się do niego. Zapach lawendy, alkoholu. Gonił ją po pokoju. Usiłowała wyskoczyć przez okno. I kazał siedzieć, podczas gdy ona nie miała czasu. Nie miała go nigdy.
Kończył się pobyt ojca. Wyskakiwała natychmiast z pokoju i biegła przed siebie. Zazwyczaj do pani, która miała trzydzieści kotów. Wlatywała do niej, rżąc i o odruchach konia — mogła dowolnie ruszać wszystkimi partiami skóry. Pani to była emigrantka z Rosji. Koty miały miejsca na bibliotece zmarłego męża: półki i każdy kot miał swoje miejsce. Czasem było słychać w nocy z rosyjska mówiącą panią: — Wańka, ty znowu napaskudził.
Za miasteczkiem było jezioro Czarne. Zawsze nieruchome i trzciny na brzegu. Za jeziorem moczary. Czaple i kanał. Gdy się jechało, nie było widać wody. Łódka przedzierała się przez sitowie. I gdy się w końcu osiągnęło jezioro, trzeba było się zatrzymać: było czarne, nieruchome. Tylko sen, grupa lilii wodnych na drugim brzegu. Przyciągało oczy jak niebo w nocy. Z rzadka ryby. Sumy. Puszczyki po drugiej stronie. Na środku mała wysepka, na której rosły widłaki i skrzyp. Łąka pokryta trawą, jasnozielona. Łąka świeża. Trawy były zwodnicze. A gdy Ola próbowała po nich chodzić, to najpierw robiły się jak z gumy. Potem zapadały się.
Czasem Ola stawała w kanale. Nieruchome mgły. Wodorosty, pomiędzy którymi kijanki. Lubiła leżeć nieruchomo i patrzeć, jak wodorosty falują. Poruszały się leniwie jak kobieta, która się przeciąga. Strzałka wodna, żabi skrzek, poruszały się ruchem wody, ruchem dobrze znanym i wdzięcznym, który znają fale.
Czasem Ola siedziała przy stole w domu i czytała: „...Z takich środków mechanicznych opiszemy przede wszystkim pesarium... Pesarium metalowe nie może być używane przez kobiety cierpiące na upławy. Wyjmować je trzeba przed periodem...”. Skąd wyjmować? Upławy były to mgliste, białawe postacie, które występują w bajkach. I opowiadała sobie rytmem Biblii:
— I upławy siadały na wszystkim, co żyje, i owijały to, i potem pożerały. I wtedy umrze mąż, który obcował z nią, tylko sam. Ale dzieweczce nic nie uczynisz i upławy znikną. A gdy nie znikną, uczynisz ołtarz.
Chodziła też do ogrodu, w którym olbrzymie pająki krzyżaki ustawiały niewody. Piotr łapał żywe muchy i rzucał w sieć. Krzyżak biegł do muchy i owijał ją śliną, i po tym zostawała tylko mumia muchy.
— Ola, Ola!
— Mamusiu, tylko na chwilę, tylko na chwilę.
Na dole, w ogrodzie, Piotr stał u furtki. Jeszcze dwoje dzieci za nim. Jedno obce, trzyma szczenięta.
— Co?
— Małe psy. Chcesz się bawić?
Podeszła do obcej dziewczynki. Wzięła jedno szczenię. Było ślepe, trzęsące się. Najpierw wywołało obrzydzenie. Potem nieznane wzruszenie. Zamruczała. Wszystkiego były trzy szczenięta, dwa białe w czarne łaty, jedno żółtawe. Przewróciła je na grzbiet: miało różowy brzuch.
— Idźmy nad Jasnoczkę.
— Dobrze. Jak się nazywasz? — zwróciła się do obcej.
— Marysia.
Marysia, która przyniosła psy, nie miała już żadnego. Patrzyła, co będą robić z jej szczeniętami. Wszyscy szli do pewnego lasku, w którym czuli się bezpiecznie. Tam rosły małe sosenki i był mech. Usiedli na ziemi. Piotr podniósł jedno szczenię.
— Zobaczymy, jak długo będzie piszczeć.
Trzymał je parę minut. Marysia odebrała dwa pieski. Zrobiła rodzaj uprzęży z trawy i kazała ciągnąć gałąź. Ale nie umiały, rozpełzały się na różne strony.
— Spróbujemy, czy pływają.
— Głupia.
— To co będziemy robić?
— Spróbujemy, czy one potrafią nie żyć.
— Co?
— Głupia. Zrobimy je nie żyć.
— W jaki sposób?
— Będziemy się bawić w pogrzeb.
Nie patrząc na siebie wzajemnie, robili trumny z gałązek.
— Tak się robi.
Przewiązał gałązki trawą.
— Ja będę ksiądz — powiedział.
Włożyli szczenięta do trumien. Szedł na przedzie, za nim dziewczynki. Nieśli trumny ze szczeniętami, na przodzie szedł ksiądz z krzyżem. Szczenięta piszczały. Czy można je zrobić nieżywe? Muchy to nie był przykład. Chodzi o to, aby były z mięsa. Szli pomału w głąb lasku.
— Tu.
Zatrzymali się. „Tu” było piaszczyste miejsce. Usiadł na ziemi, krzyżem wykopał pierwszy dołek. Jedno szczenię wylazło z trumny.
— Trzymaj je.
Wykopał trzy. Wstał i zaczął naśladować księdza. Trzy dziewczynki stały nieruchomo.
— Nooo! — powiedział.
W milczeniu zagrzebali pieski. Było widać lekkie wzniesienia. Ubijali piasek nogami.
— Nie ruszają się więcej.
— Nie.
— Ale nie umarły?
Jedna chciała iść na stronę. Ola powiedziała, że mama jej pozwoliła wyjść tylko na chwilę. Słońce już zachodziło. Biegła do domu.
— Gdzie byłaś tak długo?
— Bawiliśmy się.
Czuła, że jest wtajemniczona, jakby przeszli wspólnie przez ogień. Jakby byli razem na gwieździe. Co uważała za możliwe. Wierzyli, że wszystko jest możliwe, ale nie wiedzieli, co to jest śmierć. Poza tym jak wieprza rżnęli.
Małe rudziątko (nikt w rodzinie nie był rudy, nawet aptekarz; zachowała się legenda, że babka matki była ruda, ale to nie było pewne) straszyło okoliczne dzieci bajkami, w które nie wierzyła. O upławach, o topieniu. Dopiero po tym, jak opowiadała przez godzinę nieprawdopodobne brednie, zaczynała się sama bać. Brednie, od których dostawała gorączki. Więc upławy i pesarium zaczynały walkę. Pesarium miało kłodę z drzewa. Upławy były chytre. Upławy były z przodu i śmiały się, a inne upławy z tyłu dusiły. I używała całych wersetów z Biblii, a dzieci starsze od niej oblatywał strach. Bladły, nie słyszały, jak je wołano. Strach zaciskał się w niej samej też, tak że urywała w środku i mówiła: — I koniec. — Nie mogła złapać tchu. Zjeżona, rude włosy i piegi: mała, centkowana pantera.
Matka Oli była nauczycielką. Zrujnowany dworek z zaniedbanym obejściem. Parę ciemnych wilgotnych pokoi. Pianino, trochę reprodukcji. Parę książek czytanych ciągle, przez pokolenia; ojca pamiętała jeszcze, jego posesję, stary dom za miastem powiatowym, z dziko już rosnącymi jabłoniami, album z fotografiami. Obrazy materializowały się na chwilę i znikały: ona, czarnowłosa panna z przyszłym nieudanym mężem na jakimś balu, matka, której nie pamiętała, i miłość, która się nie udała. Ucieczka tutaj z resztkami majątku.
Była tu lubiana za bierną łagodność, urodę mimo utycia, pozostałość prowincjonalnej elegancji. Niektóre dziewczęta, uczennice, kochały się w niej. Niektóre próbowały się tak czesać jak ona i tym zwrócić jej uwagę. Lekceważyła to. Lubiły nosić jej teczkę do domu. Była sprawiedliwa, nie miała faworytów.
Nie miała dobrych znajomych — kobiet. Tylko mężczyźni. Nie brała ich nigdy na serio. Uważała ich za dziwaków, maniaków. Nie żyła z ojcem Oli, dla którego miała pogardę. Żyła natomiast obecnie z aptekarzem. To był szaleniec na swoją modłę, aptekarz wdowiec — tak przynajmniej mówił — chodził przed nią na kolanach dosłownie (na przykład: — Przyjdź tu na kolanach i przeproś), pełzał, w czym już znajdował przyjemność, ślinił się (czego bardzo nie lubiła), był obleśny (co lubiła). Podczas wakacji wyjeżdżali razem. Pozostawiał w aptece zastępcę niedołęgę i po powrocie musiał dużo pracy wkładać, aby naprawić, co tamten zaniedbał.
Szaleństwo aptekarza polegało na tym, aby mieć środki naturalne. W witrynie apteki stały dwie ogromne kule, jedna napełniona płynem czerwonym, druga zielonym. Gdy wchodziło się do apteki, dzwoniło i wynurzał się z cienia aptekarz. Wychodził z miejsca, nad którym wisiał ogromny szyld „Laboratorium”. Od znachorów i zamawiaczy skupował strój bobrowy (wydzielina okołomosznowa), który uchodził za znakomite lekarstwo na serce i choroby nerwowe. Poza tym niedojrzałe makówki, ziele jaskółcze (herba Chelidonii), nasiona kulbczycy (semen Strychni), ziele lobelii (herba Lobeliae) i inne. Kazał uważnie zbierać, o danej porze roku, w miesiącu, przy księżycu czy rannej rosie, a znachorzy i zamawiacze kiwali głowami i wiedzieli swoje. Robił mikstury, od których głowa się kręci, i miał dużo szczęścia, że nie było wypadków śmiertelnych. Naturalnie sprowadzał johimbinę. Preparował, mieszał, dodawał efektownych barwników i w dzień targowy było u niego pełno. Lekarz, którego wzywano z sąsiedniego miasteczka tylko do umierających, miał skromną praktykę. Za to on przyjmował w laboratorium, gdzie opowiadano mu świństwa, które chciano zrobić, które się udały, które się nie udały.
Miał z tego całą pociechę. Bawił się znakomicie. Był w środku każdej intrygi. Wiedział o wszystkim. To była jego skromna ambicja. Był uczynny. Ułatwiał poronienia przy pomocy sporyszu (Secale cornutum). Największy wpadunek miał z kantarydą z przyszczawek (Lytta vesicatoria). O mało nie umarł pewien chłop. Rozkoszował się swoimi możliwościami. Mógł mężczyznę doprowadzić do tego, że nie mógł, a kobietę, że bardzo chciała. Był bezkonkurencyjny. Trzeba się było mieć na baczności, gdy się szeptało tajne życzenie. Do niego należała książka ginekologiczna, którą czytała Ola.
Na środku rynku stała Matka Boska. Na niebiesko pomalowana. Wszędzie przeświecały gipsowo białe płaty, farba odpadała, była bowiem znużona zawiejami i deszczem. Koło niej szczypały trawę chude kozy. Kozy były własnością i właściwością Icka, który trzymał karczmę. Icek z karczmy miał tuż obok dwie morgi ziemi, które uprawiał. Miał ziemię piaszczystą. Sadził na niej kartofle i trochę jęczmienia. Orał swoim zdechłym konikiem. Kartofle się jakoś udawały. Jęczmień — mało. Icek chodził do chłopów, którzy, w dobrej wierze, dawali całkiem sprzeczne rady. I Icek mówił: — Dlaczego ten jęczmień się nie udawa... — Coś z kozy miał w ogóle i głos miał kozi.
Icek orał i modlił się, i uczył się. Gdyby nie jego żona, to cała karczma by zmarniała. Żona była w blond peruce, życzliwa, usłużna i poddana losowi. Nie mieli dzieci. Mąż jej jeździł z nią do wielu cadyków, ale nie pomogli.
Lubiła bardzo, gdy pełno było w karczmie. Wtedy czuła się ożywiona, wyrwana ze snu. Latała rozgorączkowana, oczy błyszczące, niebieskie. Do pomocy miała Józię. Zapisywała na kredę. Kupowała ryby za wódkę. Czuła się lubiana. Nawet pożądana przy swoich trzydziestu latach. Miała już dość awantur z żonami, które przychodziły ją sprać po pysku. Gdy była chora, z drugiej strony izby komenderowała Józką. Inaczej umarliby z głodu. Ale lubiła żyć na swój nieśmiały sposób i widziała życie, które wieczorem przepływało przez karczmę. Miała dwa pokoje dla noclegów. Więc tak: Sara i Icek.
Jarmark był tylko dwa razy do roku. Już o trzeciej rano wozy z odległych wsi. Stragany. Z piernikami, manufakturą, nasionami, masłem, pieczywem, glinianymi garnkami, zabawkami, naczyniem, wstążkami i koralami. Cygan podkuwał konie. Sprzedawano konie, bydło, drób. Były duże, poważne, gospodarskie interesy i małe zakupy — domowe, kobiece, dziecinne.
Dzieci były prawie zawsze na jarmarku, bez względu na pogodę. Magicy łykali ogień, stawali na rękach i chodzili. Potem pokazywali blaszkę, która umieszczona na języku pozwala wydawać piski. Z wypłowiałego cylindra wyciągali różne przedmioty, w końcu królik albo para gołębi. Cyganki: — Powróżyć, powróżyć. Katarynka i onanizująca się małpa: — Obezjan-pawian, sam siebie żena, na bok starzy, niech dzieci też popatrzają.
Małpa wyciągała przepowiednie: — Ciemnego blondyna się strzeż. Daleka podróż. Mała nieprzyjemność. List od nieznajomego. Nieszczęście, a potem złagodzenie.
Budy. Kobieta brodata bez tułowia. W ciemnicy czary-mary. Oberwaniec zamawia różę. Skutecznie.
Tak, tłum wielki, budy szewców, łowiący szczury przy pomocy sowy, skupujący skórki kocie, rejwach okropny. Wszelkie relikwie, kostka św. Genowefy, a leki pod masłem. Chłopi pili kwas u Żydówki, ale to już była inna Żydówka. Czosnek w spirytusie, cebula żółciopędna, igły cisu porażające serce. I dawna legenda o stroju bobrowym (Castoreum). Miłek (herba Adonis vernalis).
Kościółek św. Wita, drewniany. Mała kolejka spowiadających się. Z drugiej strony cerkiew. I ciężkie wzdychanie. W zimie drogi są zawiane, w jesieni i na wiosnę wsie są odcięte bagnami. korzysta się z lata, aby zrzucić trochę grzechów. I pozostawić trochę, aby gryzły. Tak ma się co robić w noce, w zimowe wieczory. Wtedy straszna nuda boruje bardziej niż grzech śmiertelny. Nie można spać dwanaście godzin. Nawet na piecu. Najwięcej ataków szału w zimie. To nie wystarczy, że rąbie się przeręble i ryby wyskakują na wierzch. Zawraca się głowę snami i strachami. Wynajduje się strachy spod ziemi.
Na jarmarku Ola miała pełne oczy. Była zatumaniona. Każdy jarmark opłacała bólem głowy. Szła wtedy do domu, kładła sobie gorącą flaszkę na głowę i potem wracała.
Szwendała się za Żemajtisem. Nie odstępowała go. Była zazdrosna o niego, choć jej wcale nie znał. Gdy mówił z jakimś chłopem, to nienawidziła chłopa. A jeszcze gorzej z chłopką. Miał małe zawiniątko, z którym wszedł do apteki: „Świeże pijawki”. Długo czekała przed tym napisem. W końcu wyszedł. Chodziła za nim. Zauważył, ale nic nie mówił.
Nagle obrócił się i zapytał, czego chce. A ona milczała. Zapytał znów, a ona milczała. W końcu poprosiła niepewnie, aby ją zabrał do bobrów. Kazał jej się spytać, czy mama pozwala. Poprosiła, aby sam zapytał mamę, bardzo prosiła, aż jej przyrzekł i musiał przyrzekać pięciokrotnie.
— Tylko trochę zabrać. Do lasu. Do bobrów.
Uśmiechnął się. Powiedział, że za dwa tygodnie pójdzie. Spytała, czy na pewno. Na pewno. Złożyła mu ukłon, jaki widziała na średniowiecznych obrazkach. Odkłonił się poważnie, zginając się wpół. Potem poszli w różne strony. Żemajtis był stary, siwa broda, w domu tkany białoszary płaszcz, przewiązany pasem z kutasikami. Nogi w łapciach. Spodnie białe, przypominające gacie. Jeszcze przez chwilę widoczny wśród namiotów i bud.
Brudna woda płynęła rynsztokiem, nawet na rynku. Poza tym śmierdziało uryną, zwłaszcza w dzień targowy, który wypadał w czwartek. W różne piątki Ola wychodziła niby tak i podpatrywała Żydów. Nie było ich dużo. Sklep Eichlera, kwas, Icek. Brakowało wielu do dziesięciu, aby można było się modlić. A przecież niekiedy modlili się. Kiwali się, mieli pretensję do Boga, krzyczeli, wyzywali nawet głośno. Napierali na Niego. Chcieli, już chcieli od Niego. Robili Mu wymówki. To nie było to co w kościele. Byli jakby z Bogiem bliżej w modlitwie. To, że kiwali się raz w jedną, raz w drugą stronę, nie było wcale z pokory. Były to gwałtowne ruchy, dawne, pradawne, jak u zwierząt. Ruchy namiętne. Krzyczeli na Boga ostrym głosem. Upominali się o coś, nawet — może — grozili Mu. Taki był ton modlitwy.
W kościele organy grały. To już stwarzało nastrój pokory. Potem chór chłopskich dzieci. I klęczki. Jedno da się stwierdzić, że w kościele było chłodno. I proboszcz, suchy, ostry, miał mowy bardzo wzruszające. A czasem ograniczał się do kilku zdań skierowanych w powietrze. Ale winny już się pilnował.
Ola bawiła się namiętnie. Tak jak robiła wszystko. Była dzika, chodziła po drzewach, jeździła łódką, rwała owoce, bawiła się w życie, a zwłaszcza bawiła się Marysią, która przyniosła psy. Marysia była potulna, więc denerwowała. Musiała udawać psa.
— Siedź. No, siedź.
I Marysia siadała na ziemi. Dostała kataru pęcherza. Musiała szczekać.
— Siedź, aż tu przyjdę.
I odbywała dalekie spacery. Sprawiało jej radość, że Marysia będzie na pewno siedzieć jak pies, aż ona wróci.
— Służ.
Gdy Marysia protestowała:
— Nie będziemy się z tobą bawić. Idź sobie.
Przy czym była pewna, że Marysia nie pójdzie.
— Jakbyś połknęła dżdżownicę, to się będziemy bawić.
Marysia połknęła.
— Skocz ze stodoły, to się będziemy bawić.
Marysia skoczyła.
— Przepłyń kawałek Jasnoczki.
Olę niepokoiły zakopane psy.
— Będziemy się bawić, że ja zakopię ciebie na noc. I zobaczymy.
Ale nie potrafiła wykopać tak dużej dziury, mimo piasku, więc wykopała mniejszą.
— Udawaj piesków. Za to zrobię z ciebie Pana Jezusa i Wszystkich Świętych. Pod topolą.
I zaczęła się teatralnie modlić:
— Panie Jezusku, zamień się w Marysię, bo ona udaje pieski.
Przepłynęło stado kaczek.
— No, w co się będziemy bawić.
— Nie denerwuj. Ja jestem mała dziewczynka.
Czasem Ola bawiła się sama sobą. Chciała wiedzieć, jak to jest być ślepym. Kazała się Marysi prowadzić. Czasem używała kija. Macała, co jest przed nią. Chciała wiedzieć, jak się jest kulawym. Przez cale dnie kulała. Matka niepokoiła się.
Umiała już czytać. Nauczyła się niespodzianie wszystkich świętych, rozkładu jazdy, taryfy pocztowej. Umiała na pamięć i bez trudu. Nie zdawała sobie z tego sprawy, aż matka ją przyłapała. Bez trudu. „Piątek — Zygmunta, sobota — Marii, niedziela — Floriana, poniedziałek — Ireny”. Tak wszystkich. Nawet pamiętała podwójnych, potrójnych.
Gdy wieczorem czytała książkę, zdawało jej się, że papier jest przezroczysty. Pod nim widziała różne rzeczy, poruszające się. Zwłaszcza widziała uporczywie człowieka w zawoju poprzez książkę. Nie mówiła o tym, boby się śmieli.
Widziała też zdarzenia w pokoju. Dziwne stworzenie siadało przed nią i opowiadało. Wiedziała, że ta rzecz się nie nadaje do powtórzenia. Miało skrzydła, było smutne, układało potworny łeb na ładnych białych rękach.
Opowiadało (było odziane w długą czerwoną suknię powleczoną kwiatami, a delikatne ręce o długich palcach ubierał pierścień; położyło prawą rękę na lewym ramieniu i wyprostowało się, pokazując zmarszczki na szyi):
— Bóg stworzył świat i ziemię. A w szóstym dniu stworzył człowieka, Ewę. Stworzył ją z prochu i tchnął w twarz jej dech żywota. I uczynił wszelkie zwierzęta, ziemskie i morskie, mówiąc człowiekowi: Panuj nad tym. A para wychodziła z ziemi, i wywiódł Bóg wszelkie drzewo wdzięczne na wejrzenie i smaczne ku jedzeniu. Wziął tedy człowieka i posadził go w ogrodzie Eden, aby go sprawował i strzegł. Ale Ewa nie była spokojnego ducha. Przebiegała była jedną krawędź Edenu na drugą. Rzekła do Boga: Źle mi jest i nie wiem, dlaczego. Ale Bóg milczał na wysokościach. Wtedy Zły w postaci węża ześliznął się z drzewa wiadomości złego i dobrego i szepnął: Masz tu żebro, niewiasto, i poproś Boga, aby ci uczynił towarzysza. I posłuchała niewiasta. Gdy się obudziła z twardego snu, ujrzała przy sobie męża. Ach — powiedziała. I obłapili się. A wygnał ich wtedy Bóg z ogrodu Eden.
Podniosło pysk i przeciągnęło się:
— Jadłem wszystkie owoce z tego drzewa. A gdy nie starczyło owoców, jadłem liście. A gdy nie starczyło liści, jadłem korę. A gdy nie starczyło kory, jadłem korzenie. Ola spytała:
— Nic prawie nie rozumiem. Dlaczego opowiadasz to właśnie mnie?
Odpowiedziało:
— A komu bym miał opowiadać, jak nie nieznajomym małym dzieciom, którym nikt nie uwierzy?
Ola poczuła się nagle strasznie samotna, za jeziorem Czarne, daleko, w lesie, gdzie się nagle zgubiła i nie mogła znaleźć drogi. W którą stronę biegła, ten sam bagnisty las, ciągle drzewa. Zobaczyła przestrzeń, okno między liśćmi, łąka porosła jasnozieloną świeżą trawą. Nie próbowała nawet przejść. Wiedziała: moczary, moczary.
Wyskoczyła z łóżka. W przyległym pokoju pali się lampa naftowa, tam była służąca Maryna. Maryna klęczy nad swoim kuferkiem zrobionym z drzewa, malowanym na czarno w kolorowe wzory. Kufer otwarty. Naklejanki. Dużo. Jakiś święty i na samym środku Matka Boska, ciemnoskóra. Zawiniątko. Bielizna świeża. Chusta, którą wkłada co niedziela. Lusterko.
— Co ty chcesz, smarkulo?
— Czy nie było tu nikogo?
— A co by miał być...
— I nic nie słyszałaś?
— A nic.
— Nie słyszałaś, żeby kto ze mną rozmawiał?
Wzruszyła ramionami. Nic nie odpowiedziała. Ola poszła.
Owo siedziało na komodzie:
— Była południca, która nie miała kogo obłapiać. Jej oczy zrobiły się strasznie duże, wygłodniałe...
Maryna śpiewa: Da worebieja żona śliczna nadobna była, hocki cwir, cwir, niebożę...
— I błąkała się po bagnach, lasach. Tam znalazła topielca i wskrzesiła na południowe lato. A nim kręciła, kręciła. Stawał się marniejszy topielec. Ciało z niego odpadało, zjadały go pomalutku, pomalutku gawrony. I południca miała z niego mało. Już mu oczy wylazły, już mu noga odpadła.
Maryna: „Śliczna nadobna była, dzień da wieczora piła...”.
— Wtedy orłem spadł na nią zły, pazurami chwycił i zamienił na rybią dziewczynę.
Mrugnęła oczami i owo zniknęło. Ola znów z łóżka do komody. Warstwa kurzu starta, gdzie owo siedziało, kurzu, który miała jutro zetrzeć Maryna.
I tej nocy kwietniowo-majowej Ola nie spała. Pod płotem śpi kałuża, nów się jej przygląda, pająk rozstawia sieci i zamarł, niewody srebrne w ogrodzie. Maryna nuci: „Oj kazali ludzie da ludzie...”. Nieruchome, zawieszone w trwaniu, sumy spały na dnie Czarnego, topielca obgryzają małe rybki, ozimina zaczyna kłosować w lepkiej ziemi, osika drży, trrr, trrr, chrabąszcze mrowią się już na liściach brzozy, długi cień aptekarza stoi i patrzy, czy nadchodzi Żemajtis. I czapla śpi na jednej nodze.

[„Kultura” 1964]
SARNI BRACISZEK

„Dzień i noc” nazywa się tom
moich szkiców sowieckich;
tym tekstem pragnę zmniejszyć
poczucie winy, że nie byłem
także z drugiej strony.

Było to tuż przed wojną, w Krakowie.

W Krakowie, po ulicach którego chodzili wówczas Tadeusz Peiper, profesor Taubenschlag, Joachim Metallmann.
Ulica Miodowa, rozbiegani Żydzi, Żydzi w sklepach, manufaktura, żelazo, sklepy z rybami, sklepiki spożywcze, Tempel, bóżnice, drewniane platformy z okuciami na kołach, Żydówki sprzedające groch, Żydówki w karakułach, tłok, bele towarów, domy mieszkalne z klozetami zawsze na zewnątrz, suteryny, jamy, podwórza wybijane nierówną kostką.
Na poddaszu domu mieszkało siedem dziewcząt-łani. Miały długie nogi, były piękne pięknością zwierząt. Najstarsza miała osiemnaście lat, najmłodsza dziesięć. Najstarszą zabieraliśmy na dalekie przechadzki, do Parku Jordana, na kopiec Kościuszki, do Tyńca. Średnią, dwunastoletnią, uczyłem grać na fortepianie. Przepraszam cię, duszo, jeśli istniejesz. Powinienem był przygotowywać ci czekoladę codziennie, ubierać cię jak królewnę, ale miałem za mało wyobraźni, żeby przewidzieć, jakiego losu doznasz.
Tymczasem w domu Ewy wrzeszczy Abek: „Ja się boję za kurę, ja się boję”. To matka Abka wsadzała go do ubikacji, w której trzymała też kury. Następnym stopniem kary było wywleczenie na strych, gdzie zamykała Abka w klatce z gęsiami. Stamtąd już słyszało się sam krzyk, w którym się odróżniało: „...za gęś... za gęś...”.
Jego matka była żoną kuśnierza, który w jednej izbie pracował, chował Abka, żył z żoną. Był to chudy mężczyzna z długą brodą, która nie pozwalała ocenić wieku. Na tym samym ganku siedziała pani Rosenzweig, która była prawostronnie sparaliżowana, „bo w klozecie za dużo gniotła”, wytężała się za bardzo. Jej mąż był złotnikiem, miał sklep na Stradomiu, i mieli już większe mieszkanie: mieli kuchnię. Jej istnienie zależało od matki Abka, pani Reich. Ona to bowiem pomagała gotować, ona rozumiała niewyraźny szept staruszki.
Pewnego razu Ewa powiedziała mi: „Czy chcesz coś interesującego zobaczyć, a raczej kogoś? Umówię się z nim na jutro”.
Ten drugi chłopczyk był jedynym bratem dziewcząt-saren, które były podobne do siebie, jakby odlane, na trochę różny sposób, z jednego doskonałego metalu. Miały wąskie, długie oczy, pływające w niebieskiej glicerynie, cerę brązową, śliczne szyje, proste nosy, czerwone wargi, trzymały się prosto z nieludzką gracją. On, jedyny męski potomek, miał lat pięć. Wstawał na poranną modlitwę, gdy był prawie świt, kiedy to służący z bóżnicy wołali, budząc mężczyzn: „Jidiloch, jidiloch, wstawajcie, wstawajcie”. Głos zanikający. Było to pomiędzy Nowym Rokiem a Sądnym Dniem. Budził ojca, który mocno spał.
Wiem o nim mało. Ale wiem, że jego powinien by malować Velázquez, bo on jest królewiczem wszystkich czasów. Gdy usiłuję go przypomnieć sobie, nie mogę. Jest zbyt nieokreślony, jakby podlegał prawu Heisenberga; o drgających konturach, przezroczysty, wąska ręka, szara jak u dwuletniego dziecka. Jego opowiadania o systemie kar w chederze: najpierw należało wejść pod stół, potem pod łóżko; fantastyczne plany — zamiana części fajki na cukierki.
Mówił mi też, że uczą się modlitw „Szma Izrael” — Słuchaj, Izraelu; „Mode ani” — Ja dziękuję; i różnych „Brachot” — błogosławieństw przy jedzeniu owoców z drzew, owoców z ziemi. Tą drogą doszliby w ciągu roku do Ksiąg Królów i Ksiąg Proroków.
On już odchodzi ode mnie. Zasnuwa się jak mgłą. Gdy jemu coś się stało, to nie mamy prawa istnieć, ani ja, ani Ty.

I działo się to na rogu ulicy Bożego Ciała, koło kościoła Bożego Ciała, niedaleko Skałki.

[Zapis 1981]
SPIS TREŚCI





 157
 189
 199
 257




przygotowanie do druku
Andrzej Peciak
redakcja
Magdalena Janik
projekt okładki i stron tytułowych
Krzysztof Rumowski
skład i redakcja techniczna
„Bez Erraty” Zbigniew Dyszczyk
Na okładce zdjęcie Autora ze zbiorów Instytutu Literackiego
© Agnieszka Maciejowska, Bronisław Sałuda, Mirosław Supruniuk 2015
druk
Petit Lublin

INSTITUT LITERACKI KULTURA

91 Avenue de Poissy, 78600 Le Mesnil-le-Roi

e-mail: kultura@il-kultura.fr, www.kulturaparyska.com
INSTYTUT KSIĄŻKI — DZIAŁ WYDAWNICTW

al. Niepodległości 213, 02-086 Warszawa

tel. 22 608 23 74, e-mail:czasopisma@instytutksiazki.pl, www.czasopisma-ik.pl


Przypisy

  1. Dzień i noc, Instytut Literacki 1957 oraz Piotruś, Instytut Literacki 1960.
  2. Opowiadania zebrane, Fundusz Inicjatyw Społecznych, Lublin 1988 oraz Śmierć i dziewczyna, Wydawnictwo FIS, Lublin 1991.
    Drugoobiegowy Fundusz Inicjatyw Społecznych działał w Lublinie w latach 1985-1990. Założyli go Paweł Bryłowski, Andrzej Peciak i Tomasz Pietrasiewicz.
  3. List Jerzego Giedroycia do Józefa Wittlina z 1960 roku (Archiwum Instytutu Literackiego).
  4. Odtrąceni — reportaż radiowy Alicji i Agnieszki Maciejowskich. Okazało się później, kiedy doktorantka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Lidia Koszkało, sięgnęła do uniwersyteckich archiwów, że uczęszczał na zajęcia ze wszystkich tych przedmiotów.
  5. Opublikowano ją w „Tekstach Drugich” w 2002 roku.
  6. List Leo Lipskiego do Michała Chmielowca z 1947 albo 1948 roku (Archiwum Emigracji).
  7. Jednoosobowe wydawnictwo założone w 1992 roku przez Bronisława Sałudę.
  8. Leo Lipski, Paryż ze złota, wybór, opracowanie i posłowie Hanna Gosk, Świat Literacki, Warszawa 2002.
  9. Wojskowa karta ewidencyjna, archiwum brytyjskiego Ministerstwa Obrony, Wydział Kadr, sekcja polska.
  10. Pierwszy zachowany list z korespondencji Lipskiego z Michałem Chmielowcem z 1946 roku (Archiwum Emigracji).
  11. List Leo Lipskiego do Michała Chmielowca z pierwszej połowy 1947 roku (Archiwum Emigracji).
  12. Listy Łucji Gliksman z 1960 roku.
  13. List Leo Lipskiego do Michała Chmielowca z 1946 roku (Archiwum Emigracji).
  14. Leo Lipski, Paryż ze złota.
  15. W 1958 roku Lipski wysłał Giedroyciowi sztukę Knajpa, napisaną wspólnie z koleżanką, Orą Raskin; Giedroyc uznał utwór za słaby i wtórny. List Jerzego Giedroycia do Leo Lipskiego z 7 listopada 1958 roku (Archiwum Instytutu Literackiego).
  16. „Wiadomości” — tygodnik kulturalno-literacko-polityczny wydawany w latach 1946-1981 w Londynie, założony i do roku 1966 redagowany przez Mieczysława Grydzewskiego (1894-1970), kontynuacja jego przedwojennych, ukazujących się w Warszawie „Wiadomości Literackich” (1924-1939) oraz wojennych „Wiadomości Polskich Politycznych i Literackich“ (1940-1944) wydawanych w Paryżu i Londynie.
  17. List Leo Lipskiego do Michała Chmielowca z 1953 roku (Archiwum Emigracji).
  18. List Leo Lipskiego do Jerzego Giedroycia z 2 stycznia 1959 roku (Archiwum Instytutu Literackiego).
  19. Brudnopis listu Leo Lipskiego do Konstantego Jeleńskiego z 1954 roku (Archiwum Emigracji).
  20. List Leo Lipskiego do Michała Chmielowca z 1952 roku (Archiwum Emigracji).
  21. Brudnopis listu Leo Lipskiego do Ireny Lewulis (Archiwum Emigracji).
  22. Bronisław Kamiński (1919-1996) — poeta i wydawca, po wojnie mieszkający we Francji i publikujący pod nazwiskiem Julien Durocher i Bruno Durocher, założyciel pisma „Caractères” (por. Jerzy Giedroyc, Witold Gombrowicz, Listy 1950-1969, Czytelnik, Warszawa 2006, s. 537-538).
  23. Brudnopis listu Leo Lipskiego do Ireny Lewulis (Archiwum Emigracji).
  24. List Jana Holcmana do Leo Lipskiego z 24 września 1950 roku, Nowy Jork (Archiwum Emigracji).
  25. List Konstantego Jeleńskiego do Leo Lipskiego z 10 stycznia 1954 roku (Archiwum Emigracji).
  26. Reportaż Odtrąceni.
  27. Archiwum Emigracji.
  28. Listy Łucji Gliksman do Leo Lipskiego z pierwszej połowy 1960 roku (Archiwum Emigracji).
  29. Różnicę w kolejnych wydaniach zauważyła wspomniana już doktorantka, Lidia Koszkało.
  30. List Leo Lipskiego do Michała Chmielowca z 22 stycznia 1954 roku (Archiwum Emigracji).
  31.   (niem.) Nowy Jork w trzecim roku wojennej fugi.
  32.   W wydaniu z 1998 roku: B-mol
  33. — Czy widziałeś go, malutki?
    — Tak, widziałem go raz... nawet tu, w górach.
    — On jest piękny, nieprawdaż?
    — Jest bardzo piękny.
    — Nie lubi kobiet. Wiesz o tym?
    — Wiem: rzadko sławni tancerze lubią kobiety. No i w samym tańcu jest coś kobiecego. Trudno mi to wyjaśnić po francusku. Rangopul także jest homoseksualistą. Czytałem jego miłosne listy, bardzo naiwne i bardzo ładne, skierowane do mojego... do jednego z moich przyjaciół.
  34. Chcę, żebyś był mój. Masz twarz młodego fauna, łagodne ruchy, skórę złotą od słońca...
  35. Nie.
  36. — Czy to dama o imieniu Krystyna sprowadziła cię na drogę perwersji?
    — Dlaczego używa pan słowa „perwersja”?
    — Jaka szkoda... Zdaje mi się, że jesteś bardzo oczytany, a mimo to nie wiesz, co w tobie tkwi, nie znasz swoich uczuć. Akurat teraz przechodzisz obok ogromnego świata, o którym nie wiesz nic, przechodzisz jak koń z klapkami na oczach.
  37. Dobranoc.
  38.   do słów Goethego, patrz artykuł na Wikipedii
  39. Człowiek jest niczym, dzieło — wszystkim.
  40. Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.
  41. Z księgi Bhagawadgita (przyp. autora).


 
Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.