Moja oficjalna żona/Rozdział XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Richard Henry Savage
Tytuł Moja oficjalna żona
Podtytuł Rozdział XIII
Wydawca Wydawnictwo Polskie <R. Wegner>
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. My Official Wife
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.

Dokoła nas powstało pewne zaniepokojenie z powodu zemdlenia pięknej Amerykanki, i liczne ramiona męskie wyciągnęły się, w zamiarze dopomożenia mi w wyniesieniu, żony z sali balowej.
Ale ja, siłą rozpaczy przeniknięty, wziąłem ją na ręce i nie zważając na natrętną troskli­wość Saszy, skierowałem się do bufetu, naprzeciw schodów głównych. Sasza szeptał ze łzami w oczach:
— Czyżby umarła? Boże wielki! Tyle uroku, siły i piękna nie widziano chyba jeszcze na sali balowej.
Załamywał ręce, ja zaś pamiętny zaleceń aptekarza, zawołałem o czarną kawę.
Podano mocną, gorącą, jak zawsze w tym kraju, rozwarłem białe ząbki, zaciśnięte kurczowo i wlewałem jej w usta napój, mimo że się broniła, i nie zważając na ciemne plamy, jakie pokryły lśniący jedwab sukni, koronki i gazę.
Nagle szepnął mi w ucho baron Friedrich:
— Drogi Lenox, czy żona pańska zachorzała poważnie?
— Nie, — odrzekłem — przydarza się jej to czasem, gdy tańczy zbyt wiele! — potem dodałem, rzuciwszy spojrzenie na powabną kibić: — Sznuruje się także za mocno.
— Ach! — zauważył. — Jako babcia nie powinna tak namiętnie tańczyć mazurki! Cóż za przedziwna świeżość w jej wieku! — potem dorzucił: — Na rozkaz cesarza, zjawi się tu zaraz lekarz dworski. Sam go sprowadzę! — i odszedł w tym chwalebnym zamiarze.
Żaden lekarz nie powinien był zobaczyć jej, gdyż wprawne oko rozpoznałoby natychmiast oszołomienie opjumowe. Mogło dojść do śledztwa, co się równało podejrzeniu i zagładzie.
Poprosiłem jednego z obecnych panów, by mi przyniósł płaszcz Heleny, drugi sprowadził powóz, poczem okrywszy starannie żonę, zniosłem ją po schodach, a odjeżdżając, rzuciłem Saszy grymas triumfu.
Radość ta nie trwała jednak długo, gdym bowiem schował w kieszeń jej rewolwer z sześciu, dla cara przeznaczonemi kulami, posłyszałem ciężkie, chrypliwe chrapanie snu opjumowego. Objąwszy silnie słodkie brzemię moje, jąłem całować i pieścić, prosząc czule, by dla miłości mojej wróciła do życia.
Wielki Boże! A jeśli dałem za dużo! Jeśli nie odzyska już przytomności! Równało się to także śledztwu, odkryciu i zatracie.
Uświadomiwszy to sobie, jąłem potrząsać uroczą pacjentkę, wiedząc, że ruch najdzikszy sta­nowi doskonały lek przeciw snowi opjumowemu. Ale spała dalej, dysząc ciężko, miast oddychać.
Za moment, szybkiem pociągnięciem scyzoryka rozciąłem jej stanik od góry do dołu oraz gorset, by ułatwić oddech. Potem biłem ją po cudnych ramionach i trząsłem, tak że zęby szczękały jak kastaniety. W ten sposób dotarliśmy do hotelu. Gdy bramę rozwarł zaspany portjer, wywlokłem zrozpaczony Helenę po schodach do mieszkania. Nie mogłem wzywać lekarza, gdyż musiałbym wyjaśnić, z jakiego powodu dałem żonie tak wielką dawkę opjum, podczas gdy tańczyła przed carem.
Pocichu otwarłem zatrzask drzwi i tu czekała mnie nowa niespodzianka.
Złożywszy Helenę na najbliższym fotelu, jąłem szukać po ciemnym salonie zapałki, ale nagle doleciał mnie szelest lekkich kroków. Ktoś usiłował się wymknąć, korzystając z ciemności.
W danych okolicznościach nie mogłem sobie pozwolić na robienie hałasu, musiałem jednak wiedzieć, czy mam do czynienia ze szpiegiem, czy złodziejem.
Dobywszy rewolwer Heleny, podszedłem do drzwi i złapawszy intruza za kołnierz, przy­łożyłem mu lufę do czoła. Potem doprowadziwszy do stołu, szepnąłem:
— Zaświeć natychmiast, albo wpakuję ci kulę w łeb.
Usłuchał, ja zaś cofnąłem się, zdziwiony niezmiernie, gdyż przede mną stała guwernantka, panna de Launay.
W chwilach wielkiego wzburzenia, bywam zawsze chłodny zupełnie. Podszedłszy do drzwi, zamknąłem, chowając klucz w kieszeń, poczem rzekłem:
— Żona moja zachorowała nagle ciężko, przemęczywszy się tańcem. Muszę jej przedewszystkiem dać lekarstwo.
Przyniósłszy spiesznie z mej sypialni flaszeczkę, odmierzyłem przepisaną dawkę beladonny. Zaraz niemal odniosło skutek i źrenice Heleny rozszerzyły się.
— Teraz — poleciłem Francuzce — musi pani pomóc mi orzeźwić ją i przywrócić obieg krwi. Prędko! Nieśmy ją do sypialni. Jeśli pani liczy na łaskę moją, proszę słuchać bez wahania!
Spokój niezwyczajny, jaki okazałem, uczynił wrażenie na pannie Eugenji, która jęła wykonywać zlecenie moje. Podczas gdy to czyniła, szepnąłem:
— Wśliznęłaś się pani tutaj jako złodziejka, włamywaczka!
— Nie! — zawołała z oburzeniem.
— Ach! — odparłem uśmiechnięty. — Jakże to pani udowodni, skoro zostałaś ujęta wśród ciemnej nocy, w mieszkaniu mojem?
Załamała ręce, miast odpowiedzi.
— Otóż powiem pani, kim jesteś... jesteś szpiegówką policji tajnej. Możesz pani śmiało odpowiadać, gdyż żona nie słyszy.
— Tak! — wyjękła Francuzka.
— Jesteś pani agentką policji tajnej, a mimo to odważyłaś się bez zezwolenia barona Friedricha przybyć tutaj. Jesteś tu pani w interesie własnym, nieprawdaż?
Mogłem występować z tak wielką pewnością siebie, wiedząc że nie cięży na nas podejrzenie.
— Tak! — szepnęła z rozpaczą. — Przybyłam, by znaleźć list jakiś, czy inny znak miłości dla niej od człowieka, którego kocham i który przysiągł mi wzajemność. Mogłabym w takim razie stanąć przed nim z dowodem oszustwa, z dowodem, że wbrew temu co mówi, zakochany jest w żonie pańskiej.
— Dobrze! — odparłem. — Porozumiemy się, widzę łatwo. Jako kochanka Saszy, chcesz pani, by się skończyły jego zaloty do mojej żony, ja zaś jako mąż chcę tego również. Pomóż mi pani tedy przyprowadzić ją do życia, byśmy mogli odjechać.
— Z jakiegoż powodu mam ratować rywalkę? — syknęła Francuzka. — Jeśli umrze, będę od niej tem bardziej bezpieczną, niż gdyby żyła.
— W razie nieposłuszeństwa, oddam panią policji jako złodziejkę i włamywaczkę! — odrzekłem węzłowato. — Tylko jako szpiegówkę wpuszczono panią do hotelu i mieszkania naszego, ale nie miałaś pani rozkazu ba­rona Friedricha i on ukarze panią za nadużycie jego nazwiska dla celów prywatnych.
Zastraszona pewnością moją, drgnęła, szepcąc:
— Uczynię wszystko co pan każesz.
— Trzeba utrzymywać tę damę w nieustannym ruchu. Proszę ją masować, bić, trząść, a nawet bardziej szorstkie chwyty nie wyjdą jej wcale na złe.
Zachęcona temi słowy Francuzka, rzuciła się na rywalkę i jęła obrabiać w sposób, któryby wzbudził podziw najsroższego masaża łaźni tureckiej.
Uderzenia padały gęsto i silnie, potrząsała zaś ofiarą z taką energją, że niebawem Helena zaczęła jęczeć i błagać, by ją zostawić w spokoju i pozwolić spać... odpoczywać. Przepiękny był widok tego masażu nienawiści. Rozpaczne bronienie się uroczej pacjentki, jedwab i w nieładzie koronki balowej sukni, zesuwającej się z jej ciała, a także zaciekłość i siła rywalki, która jej przywracała powoli życie i przytomność.
Tymczasem, wróciwszy do saloniku, zadzwoniłem, polecając przynieść natychmiast jak najsilniejszej kawy, na co nie czekałem długo, gdyż mimo wczesnej pory, służba już była przy robocie. W sypialni zauważyłem z zadowoleniem, że panna de Launay oddaje się zadaniu swemu z zapałem szaleńczym i doskonałym skutkiem.
Wlaliśmy chorej kawę w usta i to podziałało niezwłocznie. Oczy Heleny nabrały wyrazu, źrenice przybrały wygląd normalny, a jej straszne, pełne wyrzutu spojrzenie powiedziało mi, że wie co się stało.
Boże wielki! Zamierzała nawet mówić.
Szybko chwyciłem Francuzkę za barki i przesunąwszy przez salonik, zamknąłem ją w sypialni mojej, pewny już, że podsłuchiwać nie może.
Gdym wrócił, oczy Heleny miały ten sam wyraz. Podeszła chwiejnym krokiem i wyjąknęła:
— Nikczemniku! Zniweczyłeś nadzieję wolności kraju tego!
— Moja droga! — odrzekłem. — Nadzieja wolności tego kraju była jednocześnie pewnością śmierci własnej, ja zaś nie zamierzam popełnić samobójstwa.
— Czemże jest twe marne życie w porównaniu z wolnością dziewięćdziesięciu miljonów? — szepnęła, oczy jej rozelśniły śmiertelną błyskawicą i wykrzyknęła: — O jakże cię nienawidzę!
Zmusiłem ją do wypicia więcej jeszcze kawy i wzięcia beladonny, potem zaś wyszedłem, wiedząc, że przyszła do siebie i będzie milczała wobec innych, choćby miała obrzucać mnie wyrzutami.
Teraz otwarłem swą sypialnię, gdziem zastał guwernantkę w nastroju strachu i troski.
— Puść mnie pan! — wykrzyknęła. — Muszę koniecznie wracać do domu.
— Przedtem odpowiesz mi pani na kilka pytań — rzekłem — i zawrzemy małą ugodę.
— Nie, nie, nie mogę zwłóczyć ni chwili. Gdy Weleccy zauważą mą nieobecność, stracę miejsce, a to ściągnie niezadowolenie barona Friedricha, który mnie tam umieścił.
— W jakimże celu umieścił panią u Weleckich?
Zawahała się.
— Odpowiadaj pani! — krzyknąłem.
— Stało się to, o ile wiem, na życzenie księżny Palicyn, która chciała mieć dowód niewierności Saszy wobec narzeczonej. Śledziłam go i przy tej okazji pokochałam. Jest tak czarujący, tak nieodporny, że... — załamała ręce, ja zaś dorzuciłem z gniewem — że pani sama jesteś obecnie dowodem dla barona Friedricha.
— Nie zatrzymuj mnie pan już! Nie mogę zostać dłużej! — zawołała desperacko.
— Przedewszystkiem zawrzemy ze sobą mały układ! — oświadczyłem. — Godzę się puścić panią, nie oddając w ręce policji pod warunkiem, że mnie zawiadomisz niezwłocznie o każdym podejrzanym kroku Saszy, skiero­wanym przeciw czci żony mojej.
— Chętnie! — wykrzyknęła rozpacznie. — Zarówno ze względu na pana, jak i samą siebie!
Otwarłem drzwi, puściłem ją, zaś wróciwszy do Heleny, zastałem ją chorą jeszcze, trapioną nudnościami i brakiem oddechu, ale już rozsądną i pełną planów zemsty.
Uradowało mnie to, gdyż miałem teraz pewność, że siła opjum pokonana została przez masaż nienawiści zaciekłej Francuzki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Richard Henry Savage i tłumacza: Franciszek Mirandola.