Na Sobór Watykański/Ziarno gorczyczne

<<< Dane tekstu >>>
Autor A. B.
Tytuł Na Sobór Watykański
Wydawca nakładem autora
Data wyd. 1924
Druk Zakłady Graf. Tow. Wyd. „Kompas“ w Łodzi
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ZIARNO GORCZYCZNE.



Z najświętszych warg Zbawiciela padła raz prorocza przypowieść. Mówił o maleńkiem, niepozornem ziarenku gorczycy, które tak się rozrasta, że „ptacy niebiescy“ mieszkają licznie pod jego cieniem i wiją sobie gniazda.
Niepozornem było słowo nauki Chrystusowej. Niepozornem i małem ziarnem był Kościół w swych początkach, Ale dwadzieścia z kolei wieków i burz i słońca, jakie przeszły nad tem ziarnem gorczycy, sprawiły jego rozrost niebywały na globie. I dziś ptacy niebiescy — wszystko, co wzniosłego i niebiańskiego ma ziemia w duszach i narodach — garnie się, by zamieszkać pod cieniem jego konarów.
Nastąpił rozrost Kościoła katolickiego, niebywały w dziejach żadnej innej religji. I to nietylko rozrost liczebny pod względem ilości wyznawców, która dziś już stanowi niemal piątą część ludności całej kuli ziemskiej; nietylko rozrost wspaniały na terenie dogmatu, myśli Kościoła, przez pogłębienie w świadomości wiernych bożych prawd, przyniesionych przez Chrystusa, — tysiące szkół i uczonych i dzieł religijnych o tem świadczy; nietylko rozrost w postaci form kultu, bogactwa obrzędów, modłów, ubiorów liturgicznych i świątyń, któremi, rzekłbyś, dzień po dniu przystraja się ziemia, aby w całym blasku, majestacie i glorji móc się pochylić pod stopy tronu Przedwiecznego: „Venite adoremus!“
Nietylko taki rozrost. Bogactwo może być rozbieżne; rzesza im liczniejsza tem bardziej może być rozbita na krocie i krocie odłamów, które nic o sobie nie wiedzą, ani wiedzieć nic chcą; myśli i dążenia, powstające w łonie miljonów, mogą stać naprzeciw siebie, jak nieprzejednane wrogi, w walce na śmierć i życie; miljonowe komórki ludzkiego ciała mogą być gnijącym trupem. Nie takim jest Kościół katolicki. W nieprzeliczonych przejawach jego bujnego nad wyraz życia, nawewnątrz czy nazewnątrz, najwidoczniej uderza jednolity pion, idący i wiodący wszystkie przejawy ku niebu, jednolity prąd, któremu się podporządkowują i według którego krążą wszystkie soki, nurtujące w słojach i warstwach tego gorczycznego drzewa ziemi. Wielkość katolickiego Kościoła to nie tyle jego rozrost, różnorodność i przepych, ile jedność w różnorodności. Wspaniałą swą jednością, zorganizowaną i organizującą wszystkie serca, wszystkie dusze globu. Kościół dziś wielki, i większy z dniem każdym. Tem on imponuje swoim i obcym, tem porywa umysły, tem zniewala najoporniejsze, byle głębsze serca. Z opoki Piotrowego Rzymu, karnie a sprawnie, rzecby można, jeden duch porusza te miljony, którym niegdyś Apostoł narodów kazał być jednem Ciałem mistycznem Chrystusa, a Chrystus sam chciał w nich widzieć jedną owczarnię ludów pod jednym pasterzem.
To wielkość Kościoła zasadnicza: jednolitość hierarchicznego rządu z najwyższym wykładnikiem swym — w papiestwie. I zdawałoby się, że już nic nie braknie, ani braknąć nie może tak pojętej świetnie i tak doskonale zorganizowanej społeczności wiernych, że wznosi się ona nad narodami, jak owa „góra domu bożego“ w widzeniu proroka. Porywa źrenice i serca, a wszystkie narody z okrzykiem Izajaszowym na ustach pospieszą wnijść w jej podwoje: „Venite, ascendamus in montem Sion!“

Tymczasem raz po raz dzieje się wręcz przeciwnie.
Zamiast rzesz, któreby się garnęły do Kościoła na wyścigi, jak po wielkie, wspaniałe dobro swych dusz; zamiast zastępów, któreby doń szły, jak do drugiego Chrystusa, idącego przez dzieje, którego cień wielki a błogosławiony pada na oceany i lądy — i krzepi i leczy i koi — coraz widoczniej za dni naszych i coraz szerzej odstręczają się serca ludzkie od Kościoła.
Nie mam tu wcale na myśli ludzi, znanych w społeczeństwie pod nazwą ateuszów, nie wierzących w Boga. Rzecz bowiem jasna, że człowiek, dla którego Bóg, choćby tylko myślowo, nie istnieje, nie może się konsekwentnie pisać na żadną wogóle religję, a więc nie będzie się garnął i do katolicyzmu. Pomijam niechęci i pretensje pod adresem Kościoła ze strony tych, co religję traktują z punktu widzenia ekonomicznego i chcą, żeby Kościół sam siebie uważał litylko za czynnik, zabezpieczający dobrobyt ludom i odwracają się z tego właśnie powodu od Kościoła. Nie mówię też wprost o heretykach, chociaż są heretycy „starzy“ i „nowi“, rekrutujący się z wczorajszych wiernych — i tych uwzględnić muszę, pisząc o kościelnem „dzisiaj“. Ale to, wogóle biorąc, dziwny zaiste i zastanawiający objaw! Herezje o większym zakroju, czy liczebności powstawały zazwyczaj z łona Kościoła katolickiego w czasach, kiedy na jakiemkolwiek polu życia religijnego zaznaczał się w Kościele zastój, wstecznictwo lub zamęt i gdy potrzeba mu było — Soborów!
Weźmy na chwilę do rąk dzieje Kościoła.
Oto jeszcze nieokreślone „Credo“, nieskrystalizowane jasno dogmaty pierwszych, poapostolskich czasów. Padły one na subtelne, filozofujące umysły helleńskiego świata i wzbudziły całą plejadę napół pogańskich wielbicieli gnozy, arjan, manichejczyków, nestorjan... Zjawiły się herezje o zakroju nawskroś dogmatycznym.
Za myślą kroczy życie. Po jakiem takiem ustaleniu myślowego kierunku w dogmatach Kościoła, rzuciło się średniowiecze do tworzenía herezyj o charakterze silnie ascetycznym. Chciało już nie myśl, ale samo życie praktyczno-religijne człowieka ująć w jakieś nowe, bardziej czyste i prostolinijne „Chrystusowe, ewangeliczne“ formy, niż te, jakie widziało dokoła siebie w Kościele. Nazw herezyj nie przytaczam, bo jest ich legjon. Historyk da sobie z niemi radę.
Po względnem unormowaniu przez wielkie zakony terenu życia wewnętrznego, przyszła kolej na teren zewnętrzny, dyscyplinarny, hierarchiczny. I tu uderzyły pioruny w sterników i wodzów kościelnej nawy. Na wschodzie święcił ostatnie triumfy duch Focjusza, na zachodzie Luter i współcześni mu reformatorzy podnieśli żagiew buntu nad drugą połową Europy. Iskry padły aż za ocean, na brzegi „nowego świata“. Wystąpili przeciw piastunom władzy bożej wśród ludu, z ramienia Chrystusowego, lecz o charakterach jakże często — od Rzymu począwszy — wcale nie Chrystusowych.
A gdy Kościół, uporządkowawszy tereny nadprzyrodzone swego życia, nazajutrz po dniach Renesansu zastygł w swych formułach myślenia na terenie przyrodzonym, wówczas „écrasez l’infâme!“ — burza wieku oświecenia, — herezja rozumu — przypomniała mu obowiązek postępu, przynajmniej wyszkolenia, także na tem polu.
Dziś w swej całości i w szczegółach życie religijne — zwłaszcza po Soborze Watykańskim i rządach ostatnich papieży — ma zdawałoby się wszystkie warunki i czynniki, jakie dla jego rozkwitu i rozwoju są potrzebne... A oto — znów weszliśmy w okres powstawania herezyj w Starym i Nowym świecie. I rzecz charakterystyczna. Tło, z którego wyrastają herezje ostatnich lat, stanowi to, co stanowi dziś bezspornie największą chlubę Kościoła: hierarchja, prymat. Samodzielne kościoły narodowe, samodzielne badania źródeł objawienia bez cenzury hierarchji, sny i marzenia o jakiejś nowej epoce w chrystjanizmie, mającej stanowić nowszy jeszcze od Nowego — Trzeci Testament. — Ruiny Rzymu papieży, a na ruinach — epoka Ducha świętego, Kościół miłości.
Powstające, zwłaszcza w większej liczbie, herezje mają dla uważnego, bezstronnego obserwatora swoistą mowę. Nie każdy umie leczyć, ale ból odczuje każdy. W łonie Kościoła, złożonego z ułomnych ludzi i prowadzonego przez ułomnych ludzi, raz po raz wyniknąć mogą braki, bolesne braki. Gdy więc ból w żywym organizmie boli, a w sferach powołanych do zaradzenia brakom nie przystępują do dzieła, albo zwlekają — obyczajem przeciętnej biurokracji — wówczas bierze się do leczenia ran każdy „pierwszy lepszy“. A najczęściej zapaleńcy ideowi, ludzie duchowo niezrównoważeni, bo oni zawsze do wszystkiego są pierwsi. Nie zdają sobie z tego sprawy, czy umieją naprawiać, nie wiedzą nieraz dokładnie, co i w jakiej mierze naprawić potrzeba, ale rwą się do czynu, bo „coś zrobić się musi“. Zabierają się do naprawy stosunków i jak zwykle ludzie w gorączce więcej napsują, niż naprawią. Wiele zburzą, bo to łatwo, ale mało, albo nic nie postawią, bo nie każdy potrafi być dobrym architektem. Zapominają o tej wielkiej prawdzie życiowej, że jeden człowiek, choćby się genjuszem urodził, nie potrafi w kilku latach stworzyć równoważnika na miejsce tego, co zburzył, a co z wysiłkiem pokoleń budowały wieki. Rozbijali się i rozbijają po dziś dzień o ten szkopuł wszyscy radykalni reformatorzy, zrywający na całej linji z przeszłością, przekonani w swej butnej dziecinnadzie, że rozum i prawda i poczucie sprawiedliwości dopiero z nimi przyszły na świat.
„Każde ustanowienie odmiennej sekty było usiłowaniem zbliżyć się do Boga i do prawdziwego światła“ — pisze jedna z publikacyj badaczy Pisma św. Jeśli tak jest w rzeczywistości, wówczas zjawienie się herezji w społeczeństwie wiernych wskazywałoby na dwie rzeczy. Najpierw byłoby znakiem, że kwestjami religijnemi żywiej poczynają się interesować umysły i serca, że szukają światła i Boga, choćby na drogach błędu i zagmatwania. Powtóre mówiłoby wyraźnie, zwłaszcza przy większej ilości herezyj, że jakieś braki zakradły się do ciała Kościoła, do tej organizacji religijnej par excellence, w pełni słowa, że jakiś ból tam mocniej dolega i boli i że trzeba co żywo obmyślać stosowne do ran lekarstwa. Herezje i herezjarchowie mają jeszcze jedną zaletę: to śmiałość poczynań, nie liczącą się z nikim i z niczem, obok wad rozgorączkowania i krańcowości w stawianiu kwestyj. Oni bez ogródki wypisują publicznie na sztandarach i niosą przed oczyma wszystkich wyraźnie i jaskrawo to, co inni wypowiadają pocichu, nieśmiało, w zalęknieniu.
Jakoż istotnie, gdy wziąć na uwagę ostatni okres naszych czasów, to główne zarzuty, z jakiemi pod adresem Rzymu zwracają się i od Rzymu odwracają współczesne nam herezje, zawierają w sobie te same składniki, jakie się słyszy powszechnie z ust mniej śmiałych i radykalnych. Z ust katolików świeckich — i bliżej i dalej od ołtarza stojących — owszem nawet z ust duchowieństwa. Herezje nam współczesne silnie akcentują indywidualizm, czy to osobisty każdego człowieka, czy też zbiorowy narodów. Stąd — zjawisko nietylko w Polsce aktualne — powstają kościoły niezależne, narodowe. A w katolicyzmie „rzymskim“ co się akcentuje? Nie tak dawno jeden z autorów dobrej marki w Kościele, być może niechcący wskazał na źródło, z którego płyną urazy i pretensje do Kościoła we współczesnych duszach, „Szereguje się dziś Kościół — mówi on — jak pruski regiment i dzięki temu papiestwo urosło do takiej potęgi, że mu się dziś wszyscy kłaniamy i ludy i rządy,“ (Wieczory nad Lemanem)
Tak, tu bije główne źródło niezadowoleń. Szereguje się Kościół, jak pruski regiment. Na to najwięcej się skarżą, na to sarkają najmocniej groźne raz po raz głosy. Głosy, które pod adresem centralizującego wszystko Rzymu odzywają się już od lat dziesiątków. Nie próbuję nawet wypisywać tego, co wypowiedziała w tej sprawie za ostatnich lat sto „Polonia semper fidelis“. I to tem dziwniejsze i tem bardziej zastanawiające, że nie gawiedź uliczna, lecz usta inteligentne i często bardzo życzliwe Rzymowi, jak matce własnej, sarkały na ten rys „urzędowego“ Kościoła. Inteligencja przecież nawet przeciętna potrafi to zrozumieć i ocenić, że tylko w zdrowo pojętej centralizacji spoczywa wielkość i siła i że słowa o jednej owczarni całego globu i jednym pasterzu wszystkich były to słowa boskie. Widać naprawdę coś z brutalizmu i sztywności „pruskiego regimentu“ zakradło się w organizm życia Kościoła, skoro nietylko przywódcy herezyj współczesnych, ale i katolicy w łonie Kościoła, tamci jaskrawo aż do przesady, ci z zadumą i nieśmiało wciąż jednak utyskują na „bezduszny formalizm, biurokratyzm, formy bez treści“ i t. p. rzeczy, które istotnie iść zwykły jak cień za nadmiernym centralizmem.
To też nietylko wyraz krytyki, obojętności i lekceważenia, ale wprost wyraz pogardy nierzadko spotkać można pod adresem Rzymu, który (każdy to czuje) w swojem postępowaniu z narodami i duszami powinien być Chrystusowy i boski, za jaki się podaje, a jest w rzeczywistości — oby nie nazbyt często — taki, że aż „pruski“.
I stąd płynie, że sfery nauczającego Kościoła nie mają dziś dostępu w liczne bardzo dziedziny życia szerokiego, współczesnego życia. A stąd znów prostem następstwem idzie coraz szerszy w duszach i stosunkach zanik zasad wiary, których się oczywiście nie głosi tam, dokąd się nie ma wstępu. A stąd oddalenie coraz większe coraz szerszych mas od Kościoła i Boga, stąd puste świątynie albo też powierzchowna pobożność, stąd wyjałowiała moralność, stąd zdziczenie i zezwierzęcenie obyczajów, rozlewną i gwałtowną idące falą. Na miejsce bowiem wielkiego i świętego Boga, któremu się zamykają dusze, gdy uciekają przed sztywnym, zimnym, dla niektórych nawet strasznym i krwawym jego piastunem — Rzymem, wstępuje Beljal i wszystko, co on w swym orszaku prowadzi na zgubę dusz i ludów.
Ziarno gorczyczne rozrosło się i rozpięło koronę w niebie wszystkich ludów, Ale jakieś narośle chorobliwe, jakieś pasorzyty, jakieś próchniejące słoje i warstwy, jakieś omszenie konarów przeszkadza zachwycającemu oko jego rozkwitowi. Olbrzymi pień jest chory. Wprawdzie dusze głębsze widzą nurtujący pod zwierzchnią korą zdrój życia, mocny i zdrowy, i garną się doń. Lecz o ileż rojniej i radośniej i one garnąć się będą, a za nimi dusze i oczy przeciętne, widzące tylko po wierzchu, jeśli ręka mądrego ogrodnika, której poruczono straż drzewa, usunie pasorzyty i wilki, oczyści z mszyc i jemioł słoje i koronę gorczycznego drzewa wiary.
Niechaj się tylko ta ręka nie waha i nie drży! Niechaj działa, a bez zwłoki — w Duchu Bożym.
Tu adesto!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Maciątek.