Na granicy/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor M. Reichenbach
Tytuł Na granicy
Rozdział V.
Wydawca Władysław Dyniewicz
Data wyd. 1901
Druk Władysław Dyniewicz
Miejsce wyd. Chicago
Tłumacz D. G.
Tytuł orygin. An der Grenze
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

W pewnem oddaleniu od pałacu, stał murowany domek, kryty dachówką i otoczony niskim żywopłotem, poza którym rosło kilka karłowatych drzewek owocowych. Połowę tego domku zamieszkiwała rodzina wyrobników, a że cała ta zagroda należała do dworu, wyrobnicy przeto odrabiali czynsz za mieszkanie w różnych porach roku.
Druga połowa domu trochę była większa i o wiele schludniej od pierwszej, a nawet stosunkowo zamożniej wyglądała. Czysto umyte okna, ozdobione były białemi firankami, co uchodziło za prawdziwy zbytek; na jednem oknie, między dwoma wazonikami kwiatów, stała lampa, na drugiem zaś jaskrawo pomalowane figurki rozmaitych świętych; widok tych skarbów budził zawsze zazdrość ubogich wyrobników. Okna te należały do mieszkania starej Małgorzaty, która miała prawo zajmować domek aż do końca swego życia, pobierając przytem pewną ordynaryę i wcale niezłą pensyjkę; co wszystko, jakeśmy wyżej powiedzieli, stary Rudnicki zabezpieczył jej w swoim testamencie.
Po burzliwej nocy, w której Henryk odbył prawdziwe polowanie na przemytników, nastąpił chmurny, mglisty poranek; gęsty czarny dym z pobliskich hut i kopalni słał się leniwie po ziemi, szary półcień okrywał wszystkie przedmioty, a powietrze takie jakieś było przenikliwie mroźne, że aż leszczyna za domkiem Małgorzaty rosnąca, zdawała się drżeć od zimna.
Niemniej zimno być musiało i młodemu jakiemuś człowiekowi, który siedział skurczony za krzakami jałowcu, przy starym kamieniołomie. Dawno już zapewne w tej niewygodnej pozycyi zostawał, bo zmęczenie i niecierpliwość malowały się na jego twarzy, obejrzawszy się kilka razy wokoło, wstał wreszcie z trudnością i powoli powlókł się ku chacie Małgorzaty. Doszedłszy do żywopłotu, obejrzał się raz jeszcze, a potem korzystając z miejsca, gdzie niezbyt szczelnie gałązki łączyły się z sobą, przekroczył płot i podążył ku jednemu oknu, jakie na ogród wychodziło.
Zapukał raz i drugi zcicha do okiennicy, a gdy pukanie nie skutkowało, przyłożył usta do szpary i wydał krzyk podobny do głosu puszczyka; potem zaczekał chwilę nadsłuchując. Wołanie jego wywarło skutek: w mieszkaniu Małgorzaty dał się słyszeć szmer i powolne kroki. Młody człowiek oparł się o ścianę, spoglądając przed siebie ponuro; ciemne je go włosy spadały w nieładzie na wysokie, opalone słońcem i wichrem czoło. Rosły był i barczysty, ale wyglądał mizernie; ręce zaś i nogi miał arystokratycznie małe i zgrabne. W ubraniu jego, mimo zaniedbania, widoczne były ślady staranności.
Teraz w mieszkaniu Małgorzaty wyraźnie słychać było chód ciężki, po chwili ktoś zwolna i przezornie otworzył okiennicę, następnie okno; a w minutę potem nie było już nikogo przed domem, okno zaś zawarło się szczelnie napowrót.
Na środku izby stała Małgorzata w ciemno broazową chustkę owinięta, spoglądając z wyrazem trwogi na młodego mężczyznę; on jednak nie wiele zwracał na nią uwagi, tylko rzucił się na sofkę i wyciągnął powoli nogi na obok stojące krzesło.
— Święta Jadwigo! święta Anno! a zkądżeście się wzięli paniczu? — szepnęła. — Pewna byłam, że już wszystko skończone i to na dobre.
— Cieszyłaś się, że już mnie nie zobaczysz więcej — przerwał młody człowiek niecierpliwie — otóż nie, jestem tu znowu. W dodatku musisz mi wysmarować jaką maścią nogę, djabli wiedzą co mi się stało, ale boli okropnie.
Małgorzata przeżegnała się.
— Tylko bez djabłów paniczu, tylko bez djabłów; zaraz maść przyniosę, ale powiedzieć mi przynajmniej...
— Jabym sam chciał wiedzieć, jakie licho napędziło dziś na mnie tych przeklętych żołnierzy. Wszystko szło przewybornie, powiadam ci; moi ludzie spisali się zręcznie i żwawo, bydło przepławiłem szczęśliwie przez rzekę, straż rozstawiłem na całem wybrzeżu; ale musiał mię ktoś zdradzić. Nagle chmara żołnierzy obskoczyła nas dokoła.
Gdyby się było udało ten jeden raz tylko, byłbym sobie na całe życie panem, porzuciłbym tych hultai, z którymi się dotąd musiałem wdawać — wszystko byłoby inaczej. I tobie Małgorzato byłoby lepiej na starość, wynagrodziłbym ci sowicie wszystko, co dla mnie zrobiłaś.
Stara kobieta, skłonna do łez, jak wogóle wieśniacy, zaszlochała gorzko:
— Święta Jadwigo! tak dobry poczciwy panicz, i tak mu się nie powodzi! Tak, tak, bezbożnicy żyją sobie wspaniale i wesoło, a...
— Cicho stara — ona jest aniołem, chociaż do nich należy.
— Ona anioł! — zawołała z oburzeniem Małgorzata — piękny mi anioł! dumna i nieprzystępna jak nie wiem co.
— Ciszej, ciszej... mógłby nas kto podsłuchać; dla czegóż powiadasz, że ona dumna i nieprzystępna?
— A przyszła choć raz do starej Małgorzaty? Gdzie tam! jak mnie spotka, to się usuwa jak przed jadowitym gadem.
— Ona temu niewinna, musi słuchać.
— Nie bardzo tam ona dba o to, co on pozwala lub nie. Gdyby wiedział, że codzień w nocy...
— Cicho Małgorzato, nie rozprawiaj o rzeczach, których nie rozumiesz.
— Nie rozumiesz, niech i tak będzie; czy nie robię dla panicza wszystkiego, co tylko jest w mocy biednej starej kobiety?
Młody człowiek podał jej ręką.
— Tyś dla mnie dobra i poczciwa, moja Małgorzato; za wszystko co robisz dla mnie, będą ci wdzięczny całe życie, nie zapomną o tobie; ty jedna jesteś dla mnie prawdziwie życzliwą.
Małgorzata otarła oczy fartuchem, ale przy ostatnich jego słowach wstrząsnęła głową z niedowierzaniem.
— A ona?
— Ona... święta, ideał...
Przy tych słowach oczy jego zaszły łzami, a wybladła twarz zarumieniła się lekko. Nagle przerwał, jakby przypominając sobie do kogo mówi.
— Nie powinnaś o niej źle mówić, ani nawet myśleć, Małgorzato — rzekł z cicha.
Małgorzata ruszyła ramionami.
Panicz zanadto dobry; czyby się kto inny zgodził na to, żeby ją tylko jak złodziej po nocy odwiedzać? Powinna raz już te głupstwa zakończyć; albo albo...
— A cóż biedna ma zrobić? — Ale cóż myślisz o mojej nodze rzekł nagle, jakby chcąc przerwać szereg smutnych myśli. Małgorzata właśnie kończyła bandażowanie.
— Nie ma nic złego — odrzekła — ale będzie źle, jeśli panicz nie zechce siedzieć spokojnie.
Musicie paniczu pozostać u mnie parę dni, tu żywy duch wiedzieć o was nie będzie, a noga wygoi się prędko. Ale gdzieżeście się nabyli tej biedy?
— Albo ja wiem. Uciekając przed nimi, biegłem tuż ponad rzeką, pośliznąłem się i upadłem na kamienie. I dobrze stało się żem upadł, bo ten porucznik, co teraz w pałacu mieszka, był już o dwa kroki odemnie; a gdym tak nagle przepadł między krzakami, poleciał dalej jak opętany. Chciał strzelać do mnie; pędzi z rewolwerem w ręku, wołając: stój, bo strzelę!
Małgorzata przeżegnała się znowu.
— Kiedy się wreszcie dobrze oddalili, chciałem powstać i odrazu uczułem dotkliwy ból w nodze. No, a potem przywlokłem się do ciebie. Nie masz tam co gorącego Małgorzato? Febra mię trzęsie.
— Zaraz wam zrobię kawy, paniczu; jeszczem nawet sama nie jadła śniadania, bo też to dopiero dnieć zaczyna.
Pokaszlując i nogami powłócząc, zaczęła starowina krzątać się około śniadania; młody człowiek zaś, wyciągnąwszy się wygodniej na sofce, spoglądał w zamyśleniu to na swą chorą nogę, to na obrazy świętych, które w licznym szeregu od samej powały do połowy ściany wisiały.
Poważne i smutne rysy jego twarzy rozchmurzały się powoli, a w końcu nawet zaczął się uśmiechać do siebie.
— Niedaleko pada jabłko od jabłoni — mruknęła stara. — Taki był jego ojciec, taki sam i dziadek: śmiech z płaczom, gniew i wesołość, wszystko razem! Z cięźkiem westchnieniem pokiwała głową i na stole przy sofce postawiła szklankę gorącej kawy.
— Święty Boże! Co wam jest paniczu, co tak drżycie? — zawołała, wpatrując się w chorego troskliwie.
— Ba, przeziąbłem i koniec; już to od kilku dni czuję. Jużcić nie bardzo to zdrowo człowiekowi siedzieć kilka godzin na zimnie, w przemoczonej odzieży, Ale twoja kawa mię uleczy; o widzisz, już mi gorąco, zdaje mi się, że ogień mam w sobie.
— Ej, żebyście się tylko naprawdę nie rozchorowali, paniczu!
Młody człowiek spojrzał na nią badawczo.
— Powiedz mi też Małgorzato — rzekł — za co mię ty lubisz, kiedy wszystkich innych ludzi cierpieć nie możesz?
— A za cóżbym ja ludzi miała lubić? Z chłopami się nie wdaję, bom coś lepszego od nich, a panowie ze mną wdawać się nie chcą, bo znów oni lepsi odemnie. Ale wy paniczu, tak samo jak i ja, nie należycie ani do jednych ani do drugich i dla tego was kocham; a może też w lepszem szczęściu nie zapomnicie o starej Małgorzacie.
Milczał przez chwilę zamyślony, przymknąwszy oczy. Widocznie jednak plany, zamysły i najrozmaitsze życzenia wirowały w jego głowie, jak chmury po niebie w dzień marcowy.
Nagle, jakby do siebie, poszepnął:
— Bogiem a prawdą, i dla niej lepiejby było, gdybym już raz wyniósł się z tych stron. Byłaby szczęśliwszą.
— Albo to ona teraz nie szczęśliwa? Jej tam zawsze było i będzie dobrze na świecie.
— Zkądże wiesz o tem?
— Wiem; Regina, panna służąca w pałacu, przychodzi często do mnie i rozpowiada o nich rozmaite historye. Wprawdzie ja jej także cierpieć nie mogę, ale mi nudno samej siedzieć, wolę się rozerwać trochę. Od niej to właśnie dowiedziałam się, że radczyni z mężem oddawna już jest na bakier, a teraz biedaczka z kim innym się pociesza. Tak, tak, panie Bronisławie, z kimś innym się pociesza!
Nie zważając na ból i zwichniętą nogę, chory zeskoczył z sofki i porwał starą kobietę gwałtownie za rękę.
— Co mówisz! — zawołał — co mówisz! Gdyby to miało być prawdą — gdyby nawet i ona zwodziła....
— A cóżby w tem było dziwnego? Albo to ona nie ładna, nie młoda, ta wasza święta! — A on też ładny i młody.
— Jaki on! co za on? — krzyknął Bronisław — powiedz mi jak się nazywa?
— Ależ, Boże mój! Paniczu, uważajcie na swoją nogę, nie można się tak ruszać.
— Jak się nazywa ten twój — jak się nazywa?
— Chi, chi, a widzicie paniczu? Umyślnie to powiedziałam, bo ją panicz świętą nazywa; otóż to taka święta!
— Małgorzato! — zawołał Bronisław i chwyciwszy ją za ramiona, trząsł z całej siły, a twarz jego przybrała wyraz najwyższego oburzenia. — Małgorzato! jak się nazywa?
— Czy ja tam pamiętam — rzekła stara, wahając się między strachem a złośliwą chęcią szkodzenia. — Śniedziński, czy Śludkiewicz... Bóg go raczy wiedzieć! Ładny chłopiec, z jasnemi wąsikami — i basta.
Bronisław puścił ją.
— To ma być on — wyszepnął i upadł znękany na sofkę, po chwili jednak podniósł się żywo.
— Mów mi wszystko, co ci Regina opowiadała — rzekł tonem rozkazującym.
— Mój Boże, nie trwóżcie się znów tak bardzo paniczu; nic się jeszcze nie stało tak złego. Regina opowiadała tylko, że ten gość to wcale przystojny chłopak, że ciągle tylko czas przy pani radczyni spędza, że zawsze razem jeżdżą na spacer, razem sobie książki czytają. No, to wreszcie nicby dziwnego nie było, gdyby się młodzi pokochali. Wprawdzie panienka siedzi zawsze przy nich, ale czy się to na takie piętnastoletnie dziecko zważa!
— Cóż więcej, cóż więcej?
— Więcej? Chi, chi, a cóż panicz chce jeszcze więcej? Prawda, przedwczoraj ten piękny chłopiec wyleciał w nocy do ogrodu, i kręcił się po krytym chodniku, jakby czegoś szukał, może ducha spotkać się spodziewał. Chi, chi; jego własny służący to widział i Reginie powiedział w sekrecie.
— Przedwczoraj? Więc to był on; wdarł się nawet na górę; przez długi czas stał przy żelaznych drzwiach, jakby się dziwił, że zamknięte. Do pioruna! Gdybym był wiedział, że to on!
— Widzieliście go zatem paniczu?
— W nocy poznać nie mogłem.
— Ach, ach, taka święta, niewinna — drwiąco szepnęła stara.
— Milcz! Znieść nie mogę tonu, z jakim to mówisz. My się mylimy, mylimy się z pewnością...
I znowu zapadł w głęboką zadumę, kiedy niekiedy wzdychając ciężko.
— Ach, czemuż właśnie teraz rozbolała mnie ta noga przeklęta! Nie potrafię wdrapać się po filarze jak dawniej; poszedłbym do Kamilli, powiedziałaby mi prawdę. O ta noga!
Małgorzata tymczasem przyrządziła wygodne posłanie dla swego gościa.
— Ot, lepiej, byście się położyli paniczu — rzekła — ludzie się już zaczynają ruszać, zajrzałby kto do okna albo usłyszał wasz głos. Prześpijcie się trochę, pójdzie wam to na zdrowie.
— Masz słuszność Małgorzato — rzekł Bronisław, jakby ze snu się budząc. — W głowie pali mnie, niby ogniem, a dreszcze przebiegają po całem ciele; i takbym teraz nie mógł nic robić. Ale dziś wieczór, dziś wieczór...
W kilka minut potem młodzieniec spał już twardo, jakby żadnych gnębiących myśli nie miał w głowie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Valeska von Bethusy-Huc i tłumacza: anonimowy.