<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Nil desperandum
Pochodzenie Rok 1794
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1916
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.

Na wielce udeptanem polu przed pałacem Ujazdowskim właśnie zaraz z południa rozpoczęły się egzercyzye wojsk, czemu aura przeciwną nie była, gdyż pogoda sprzyjała stateczna, nieco wprawdzie mglista i deszczem grożąca, lecz ciepła i bez wiatru.
Regiment Działyńskiego stał w szyku bojowym, z rozwiniętym frontem we dwie linie i jakby skamieniały w sprężonem wyczekiwaniu. Młodsi oficyerowie wrośli przy swoich plutonach, kapitanowie na skrzydłach szeregów, majorowie na koniach przed batalionami, a na przedzie pułkownik Hauman na kruczym drygancie orlim wzrokiem oblatywał szeregi.
— Kolumna na przód! Krok podwójny! Marsz! — zagrzmiała komenda.
Warknęły tarabany, podając takt kroku, tambormajor wyrzucił w górę swoje berło, kapela huknęła brzękliwie, drgnął las bagnetów, regiment ruszył sprawnie jak jeden człowiek i, wziąwszy dyrekcyę na prost, walił frontem, rypiąc nogami, aż ziemia jęczała i podnosiły się tumany pyłów.
Płoty bagnetów kołysały się miarowo, polśniewając w kurzawie jadowitemi żądłami, błyszczały trójkątne miedziane blachy na kołpakach, a liliowe kurty, różowe obszlegi i białe hajdawery grały żywemi farbami.
Lud był dobrany wzrostem, prezencyą, sprawnością w rzemiośle wojennem i zahartowaniem w trudach obozowych. Gęby mieli zuchwałe, gęsto plejzerami poznaczone, ślepia srogie, wąsy jednako w górę wykręcone i moderunek jakby prosto z igły. Maszerowali żelaznym a czujnym chodem i tak równo, że linia frontu nie wygięła się ani na jedną piędź, zaś ponsowe wierzchy kołpaków dawały rozwiniętą, długą wstęgę. Niby piętrząca się coraz groźniej fala, walili przez plac na rzędy starych lip, rosnących nad drogą do Łazienek, tam, gdzie czekał na nich Działyński na siwym koniu wraz z adjutantem Lipnickim. Byli już o kilkanaście kroków, gdy Hauman, zawróciwszy w miejscu dryganiem, krzyknął donośnie:
— W miejscu! krok!
Stanęli, ni przestając rypać nogami, aby nie stracić taktu.
— Wybornie! Sto czterdzieści kroków na minutę! — chwalił szef radośnie.
— Kolumna w le-wo! Frontem! krok zwyczajny! Marsz!
Odmienili dyrekcyę sprawnie, jakby kartę odwrócił i, pomaszerowali.
Zaś Działyński z perspektywą przy oczach bacznie śledził ich obroty. Co pewien czas podporucznik Lipnicki śmigał na gniadej kobyle z rozkazami szefa, i Hauman, skończywszy jedne ewolucye, po krótkiem wytchnieniu, zaczynał drugie: zmykał i odmykał kolumnę; formował pełne lub puste czworoboki; wodził z furyą na bagnety; rozsypywał tyralierów; czynił zasadzki; następował skośnymi frontami, że z obłoków kurzawy co chwila leciały głosy komend, warczały bębny, huczały kapele i tętniały głuche, miarowe stąpania szeregów.
Działyński nie tracił z oczu ani jednego z obrotów, kochał bowiem ten regiment, znał każdego z osobna oficyera i gemeina, pokładając wielkie nadzieje w ich sprawności i męstwie. Właśnie już od powrotu z Grodna kazał im podwajać racye i z własnej szkatuły wypłacił zaległe od dawna lenungi, by ich sobie zjednać na każdą okoliczność. Bowiem lada dzień mógł ich powieść z placu popisów na prawdziwej wojny teatrum.
Wprawdzie niewielu było jeszcze w regimencie sprzysiężonych oficyerów, lecz ci z kapitanem Mycielskim na czele, tem żarliwiej przykładali się do nauki żołnierza i formowania w nich patryotycznego ducha. Owocność owych zabiegów już widniała w sprawności egzercyrunków i w postawie całego pułku. Więc, rozpierany cnotliwą i słuszną dumą, niestrudzenie śledził przeróżne ewolucye.
— Panie generale! — ozwał się za nim jakiś przytłumiony głos.
Odwrócił się zdziwiony. Przed nim stał mierny człeczyna w wyświechtanym kożuchu bez pokrycia i w baraniej czapie, z pod której świeciły siwe, głęboko zapadłe oczy i żółta, pomarszczona, jak upieczone jabłko, twarz. Miał pozór proszalnego dziada, bo i sakwy zwieszały mu się po bokach, i kostur miał jeża na końcu, a cała postać wzbudzała politowanie.
Działyński sięgnął do kieszeni, by mu rzucić groszaka, ale dziad, uczyniwszy znak sprzysiężonych, powiedział cicho:
— Z Krakowa wrócili. Igelström będzie jechał do Bagateli!
— Zaczekaj! Lipnicki! — skinął na pułkowego adjutanta i, szepnąwszy mu coś do ucha, zwrócił się znowu do dziada: — Czyście dziadku, z pod Kapucynów?
— Pod Krakowską bramą siaduję, do powinnych usług, panie generale.
— Znam was skądciś!
— Czasu bywszego sejmu, nieraz odbierałem sute jałmużny od pana generała i patryotów. — Jakoś szczególniej się uśmiechnął.
— Barani kożuszek! — przypomniał sobie wraz z różnemi okolicznościami. Bowiem pod tem przezwiskiem ukrywał się tak skutecznie, że, mimo usilnych dochodzeń, nie udało się odkryć tajemnicy jego nazwiska ni stanu. A wielce był głośny w warszawskiej socyecie, gdyż niejednej z ówczesnych matedor dawał się srodze we znaki zjadliwymi epigramatami, jakie był przy okoliczności wygłaszał z głupia frant, a które potem oblatywały salony, lub nawet krążyły w odpisach, podrzucane w kafenhauzach i pojazdach do najęcia. Że zaś i mowę miał zuchwałą nad miarę, prawdy nie ukrywał i nie oszczędzał nawet króla, więc jedni rozumieli go pomieszanym na umyśle, maniakiem, a drudzy widzieli w nim instrumentum stronnictwa patryotycznego, celem zohydzania przeciwników politycznych nasadzonego. Nie przeczył żadnym o sobie mniemaniom, nie przestając jednak smagać wszelakiego wielmożów łotrostwa, czem niemały wpływ wywierał na umysły pospólstwa i serca ich sobie zjednał.
— Znowu musimy spiskować dla dobra ojczyzny! — wyrzekł Działyński.
— Kiedy w takowych terminach, że to naszą powinnością.
— Zali marszałkowskie kundle już cię nie tropią?
— Poniechali, lecz aktualnie jeszcze nieprzespieczniej, boć Igelströmowi konfidenci podsłuchują nawet w konfesyonałach...
— Musisz mi o tem złożyć akuratną relacyę.
Ozwały się trąbki na odwrót i regiment, połamawszy się w plutony, odstępował do koszar.
— Już dzisia Igelström nie napasie głodnych oczu! — mruknął dziad.
Szef w milczeniu admirował wyborną postawię odchodzących wojsk; snadź podobnie rozumiał Barani kożuszek, bo, westchnąwszy głęboko, rzekł:
— Żeby to więcej tak ćwiczonych regimentów!
Działyński zapatrzony w perspektywę, nic mu nie odpowiedział.
— Bo u Mirowskich — ciągnął konfidencyonalnie — miasto egzercyrunków, po staremu tylko hulki do ostatniej koszulki.
— Nie powiadaj byle czego! — zawołał, zeskakując z konia.
— Mówię, co wiem dobrze — upierał się śmiało. — I w drugich regimentach nie lepiej. Exemplum gwardya piesza, więcej tam już bab i gamratek, niźli żołnierzyków! Już co niedziela wyprawiają takie chrzciny, aż się całe Fawory trzęsą!
— Żołnierskie przysłowie powiada: co strona to żona, co parafia dziecko. Nie znasz, widzę, smaku żołnierskiej swywoli — żartował, jak z równym.
— Byłem u nich wczoraj. Istny Pociejów w koszarach, tyle tam żydowinów, handlów i przeróżnej fabryki.
— Kalumnie ci jeno zostały w pustych torbach, nie oszczędzisz żadnej broni.
— O korpusie artyleryi koronnej rzeknę, co i o regimencie Działyńskim: podobni bohatyrom i prawi synowie ojczyzny! — wyrzekł górnie, aż szef się zaśmiał i, napisawszy ołówkiem jakąś konotatkę, podał mu ją.
— Wręczysz najrychlej do samych rąk imć Barssa.
— Mam powinność nie spuszczać z oczu Igelströma, ale tu gdzieś czeka na rozkazy Kuba. — Zagwizdał w szczególny sposób na glinianym kurasku i jakby z pod ziemi wyrosnął tęgi, srodze ospowaty chłopak o pucołowatej twarzy a wielce przebiegłych oczkach. Był to Kuba, fajfer z drugiego plutonu tyralierów, dziecko regimentu, urwisz jakich mało, zawsze gotowy do psich figlów i prawdziwy postrach krupnych bab i Żydów.
Przybrany był po cywilnemu, ale sprężył się w powinnej pozycyi.
— Cóżeś tam znowu zmalował? — rzekł surowo generał, któremu nieobce były najdrobniejsze zdarzenia w pułku. — Mów, jak to było, nie bój się.
— Pokornie melduję — zaczął, topiąc nieustannie oczy w generale — jako wczoraj, kiedy porucznik Sierpiński egzercyrował gemeinów przybyłych z pod Grodna, nalazł się na placu jakiś Żydek, niby to jabłkami handlujący, a pilnie przepytywał doboszów, skąd ci żołnierze i wielu ich. Zaraz pociągnąłem wiatru, co to za specyał, mrugnąłem na kamratów i zmaniliśmy go za koszary na prewetowe doły. Józiek z pierwszego plutonu fizylierów pieski spuścił i zatrąbił do ataku. To wszystko, jaśnie wielmożny panie generale.
— Łżesz! Żyda ledwie uratowano, już był prawie bez ducha.
— Pokornie melduję, że deska się pod nim załamała i dał nura, bo srodze brzuchaty, pływać nie umiał i ździebko się zatchnął od fetorów!
Działyński ledwie powstrzymał śmiech.
— A pan major Zeydlic dał mi w nagrodę za czuja po jadaczce.
— Na drugi raz za taką swywolę weźmiesz bizuny i wygonię cię precz z pułku.
Chłopakowi łzy błysnęły w oczach, ale otrzymawszy polecenie i w dodatku złotówkę, zaśmiał się, zatrąbił na dłoni pobudkę i poleciał, jak wicher.
Działyński, przesiadłszy się do karyolki, powiedział Lipnickiemu:
— Sprytna bestya, trzeba się zaopiekować tym wisusem.
— To oczko w głowie kapitana Mycielskiego i jego wiernik!
Działyński pojechał ku miastu, ale już przy Trzech Krzyżach wyminął wspaniałą landarę, zaprzężoną w sześć białych koni, otoczoną zbrojną eskortą. Rozpierał się Igelström z generałem Pistorem i jakieś wyfiokowane damy.
Szef obejrzał się niespokojnie, ale już tumany srogiej kurzawy wstały za niemi. Kuba zaś, wierny nakazowi pośpiechu, gnał Nowym światem, przemykając się niby zając między ciżbami ludzi i wozów, a nie czyniąc żadnej psoty nikomu, jako to było jego obyczajem. Nie skusili go Żydzi z tobołami na plecach i koszami, powracający na noc na przedmieścia, ni nawet rosyjski patrol, maszerujący przy warkocie bębna. Dopiero na Krakowskiem nie wytrzymał, dojrzawszy bowiem przed kościołem Obserwantów drzemiącego dziada, wyrwał mu z pod pach drewnianą kulę i skoczył w bok. Dziad podniósł lamentliwy wrzask, a wreszcie uderzył w tak gorące suplikacye, aż zaczęło się zbierać pospólstwo.
— Połazisz raczkiem, dobrodzieju, to ci kałduna ubędzie! — podkpiwał Kuba, podsuwając mu kije pod nos i uskakując z nimi, a podekscytowany śmiechami, wsparł się na nich i, przybierając dziadowską postać, zaśpiewał przez nos, a wielce lękliwie szewieckie godzinki:
— »Zawitaj, koniu łysy, z czerwoną kulbaką! I poczęstuj dziadka niezbędną tabaką«. — A gdy się podniosły rzęsiste aplauzy ultajstwa, kule dziadowi podrzucił i, zatrąbiwszy wściekłą pobudkę, pogalopował środkiem ulicy, udając skoki znarowionego konia. Ale cóż, kiedy ze straganów pod Świętym Krzyżem wiatr przyniósł tak lube zapachy prażonej kiszki, że przystanął nagle i, zrekognoskowawszy nosem nieprzyjacielską pozycyę, ostrożnie ruszył na wąsatą jejmość, wartującą przy smakowitych specyałach; lecz pojąwszy, jako frontowym atakiem niczego nie wskóra, czapę zdarł na bakier, ręce utopił w kieszeniach zielonych hajdawerów i, ukłoniwszy się dwornie, zaczął przez nos:
— Niesę nowinkę pani Marcinowej dobrodzice. A to król Zegmont wybiera się z wizytacyą do króla Sobieskiego! Spuchnie aśćka od zadziwu!
Przekupka ni drgnęła, macając jeno nieznacznie wpodle boku za kijaszkiem.
— Nieczuły babus, kocia ją mać! — zawyrokował wzgardliwie i, przybrawszy wielmożną minę, powiedział rozkazująco:
— Daj mi aspani Dorotki, tylko z grubszego końca. Płacę obrączkowym! — i rzucił na stół wytartego trojaka tak jakoś niezręcznie, że stoczył się jej pod nogi. — Nastąp się, godna osobo! — rzekł wyniośle i, schylając się po pieniądz, udał wraz takie jazgotliwe szczekanie, że baba wyskoczyła z miejsca, on zaś capnął kiszkę z brytwanny i tyle go widziały jej przerażone oczy.
Wypłynął dopiero pod kamienicą Barsa, wznoszącą się na Krakowskiem Przedmieściu, na wprost Pocztamtu. Snadź jakowyś festyn tam się odprawował, gdyż z okien pierwszego piętra roznosiły się głosy śpiewań i brzękliwe dźwięki fortepianu, a przed sień zajeżdżały co chwila jakieś postrojone, znaczne persony. Miejski hajduk w granatowej kapocie z czerwonymi obszlegami i w srogiej rogatywce, obłożonej czarnym barankiem, odgarniał halebardą cisnące się pospólstwo i przyciszał groźnie, kiedy nazbyt głośne i swywolne przekpiny zaczynały lecieć na wielmożów.
Kuba śmiele zmierzył do sieni, ale halebarda zagrodziła mu drogę i nie pomogły perswazye ni molestacye, a gdy jął żywiej nastawać, wziął nogą ciężko obutą i wyleciał na bruk. Zebrał się w mig i, przyskakując na rozsądną odległość, wybuchnął gwałtownie:
— Ty krowo municypalna! Ty świński pociotku! Ty robaczywa gomóło! krzyczał zajadle wśród śmiechów ultajstwa, mającego szczególniejszą awersyę do sług municypalnych, a wyczerpawszy litanię najdotkliwszych obelg i wyzwisk, przepadł gdzieś w tłumie.
Zjawił się jednak rychło z ogromnym kocurem na rękach i w licznej asyście rozjuszonych piesków, kota cisnął w sień i poszczuł, a nim się hajduk pomiarkował, już tam wybuchnęły wściekłe ujadania i szalone gonitwy, zaś Kuba, przesadziwszy próg, oparł się dopiero w antyszambrze oświetlonej rzęsiście.
Natychmiast zaprowadzono go do Barsa, siedzącego w ustronnej stancyi przed zwierciadłem i ostrzącego brzytwę.
Spełnił polecenie i, wyciągnięty jak struna, penetrował oczyma po stancyi.
— Gdzie przebywa pan generał?
— Melduję pokornie, iż z Jazdowa odjechał.
— A potrafisz golić, hę?
— Póki pan kapitan Mycielski nie kazał mi na fajfra, służyłem przy naszym cyruliku! Jak się przygodzi to krew puszczę i czopki wsadzić potrafię...
— Kiedyś taki majster, to rozrób mi mydło! — rozkazał, jeszcze raz czytając polecenie zwołania komitetu pod Sfinksy, na godzinę dziewiątą.
Spojrzał na zegar: dochodziła szósta i już niewiele czasu pozostawało na uwiadomienie sprzysiężonych. I wcale nie na rękę przychodziło mu to zebranie, powróciwszy bowiem z podróży przed paru godzinami, czuł się jak z krzyża zdjętym, a na dobitkę, wypadały mu dzisiaj urodziny i zarazem imieniny najstarszej córki, Franciszki, obchodzone zwykle z największą wystawnością. Właśnie już sproszeni goście zapełniali dalsze pokoje, że gwar rozmów i śmiechów przedzierał się aż do tej stancyi, wychodzącej na klasztor Karmelitów. Więc powinien był ukazać się na pokojach, a dla oddalenia podejrzeń musiał czemś upozorować swoje wyjście. Nie było jednak wyboru, polecenie brzmiało wyraźnie. Okrył się pudermantlem i podstawił policzek.
— Namydlaj! Cóż tam w koszarach, wszystko już w gotowości?
Chłopak drgnął, lecz przybrawszy głupowatą minę, odparł pokornie:
— Niby jakto, proszę wielmożnej osoby?
— Mów śmiało! — dał palcami znak wtajemniczonych.
Wtedy Kuba, namydlając jego policzki, jął szeptać z namaszczeniem.
— Pan kapitan Mycielski nakazał, że choćby pytał pułkownik, choćby nawet sam Król Jegomość, a jak sekretnego znaku nie zrobi, to trzymać jęzor za zębami powinnością. Mnieby i obcęgami nie wyrwał tego, co wiem.
— Dawno służysz?
— W regimencie jestem od dziecka, zaś fajfrem już na piąty rok.
— I prochu jeszcześ nie wąchał, co?... Skrob a uważnie.
— Ja? — skrzywił się z politowaniem. — Ja, proszę wielmożnej osoby, przeszedłem zeszłoroczną wojnę, plejzerowany byłem i sam pan kapitan wypomniał mnie przy befelu przed całym batalionem! — duma zadrgała w jego głosie. — Służbę znam, jak pacierz, a dojdę lat, to do frontu się podam.
— Nie wolałbyś pohasać na koniku, hę?
— I!... nie mam ja nabożeństwa do końskiego ogona — splunął wzgardliwie. — W kawaleryi dziedzice za oficyerów a pastuchy za pocztowych, to i prawego żołnierza nie znajdzie ze świecą! Widziałem jeich robotę — prawił tonem i sposobem starego wygi. — Pod Zieleńcami tak się nizko kłaniali jegrom, że w szarży jeno łby końskie widać było! Uderzyli też, jakby kto rzucił pierzyną. Paradować na odpustach, ognie dawać przy wiwatach, łuszczyć spichlerze a z komór wydobywać dziewuchy, to akuratnie potrafią.
Proszę wielmożnej osoby prawym policzkiem na lewo! — komenderował, goląc z balwierską sprawnością i nie przestając rozprawiać. — Wszystkie wojska naśmiewają się z tych kobylich pociotków, bo to i nosa zadziera wyżej końskiego ogona, ma się Bóg wie za co, a tyle znaczy w kampanii, co ta wystrojona kukła.
— Śpiesz się! Dobrze znasz Warszawę i kwatery panów z komitetu?
— Wedle rozkazu! Przeciem łońskiego roku roznosił poczty od »Przyjaciół złączonych«. A o kwaterach poniektórych panów nauczy mnie »Barani kożuszek« albo ślepy Marcin z pod Kapucynów.
— Rozumiesz ważne i pilne listy! Zaczekaj — szepnął i jak był w pudermantlu zasiadł do pisania wezwań.
Przerywali mu jednak co chwila; to służący względem różnych dyspozycyi, to córki wpadły z wymówkami, że się nie pokazuje na pokojach, to jakiś gruby jegomość wsunął się utajonemi w obiciach drzwiczkami, na sekretną rozmowę, a w końcu weszła sama pani domu i, dowiedziawszy się w czem sprawa, jęła gotowe już listy składać i pieczęcią opatrywać. Dama była w samem południu lat i urody; strojna przytem, wyniosła i w szeleszczące jedwabie ślicznie przybrana; twarzy była ściągłej i śniadej, oczu czarnych w migdał wyciętych, nosa foremnego, warg miernych i czerwonych, włosów kruczych, treflowych w gęste loki a obficie złotym pudrem obsypanych i opadających na głęboko odsłoniętą szyję i kark. Postać miała okrągłą, pełną lubych powabów, spojrzenie mądre i głos cale przyjemny. Córka aktualnego prezydenta Warszawy, Rafałowicza, szczęśliwie łączyła w sobie dostojność, wyższą naukę i ambicyę żony męża głośnego w mieście. Była też jego wierną towarzyszką i pomocnicą nawet w materyach politycznych, i wiele trzymającą o jego jeniuszu.
Barss, popisawszy wezwania, wręczył je wraz z dwuzłotówką Kubie i w ubocznej alkowie, przysłoniętej zieloną firanką, zaczął się ubierać.
— Przed dziewiątą muszę wyjść z domu — odezwał się do żony, wyzierającej oknem na ogrody Karmelitów, zasnute już modrawemi mgłami zmierzchów.
— Ojciec brał mnie już na spytki względem twojej podróży.
— Wyjść powinienem, musimy dać komitetowi relacye z decyzi Naczelnika.
— I zadekretować nową odwłokę — westchnęła z gniewnem zniecierpliwieniem.
— Generał stawił takie racye, że rozum musiał się na nie zgodzić.
— Działyński jest innego mniemania: onby nie odkładał insurekcyi...
— Wojsko ma ufność w Kościuszce i tylko jego chce mieć Naczelnikiem.
— Nie ujmuję jego talentom, oddaniu się sprawie i poczciwości, ale dla dokonania rewolucyi marzy mi się postać zgoła odmienna, jedna z podobnych, jakie zadziwiają świat we Francyi wzniosłością swoich czynów, nieublagalnością walki z tyranami, bohatyrstwem.
— Widziałem ich z blizka. Wierzaj mi, Kościuszko przenosi ich cnotą, modestyą, stałością duszy i miłością ojczyzny. To nie zaciekły fakcyonista, to człowiek, mąż i prawdziwy obywatel. Objawił mi się być świętym nowych czasów i nowego rodzaju ludzkiego. To wielkie serce Polski i sumienie!
— Cnoty obywatela mogą być złym przymiotem dla dyktatora.
— Tak naucza ks. Meier, ale nie zdaje mi się to być słusznem. U nas okoliczności inne, niźli we Francyi, więc dla dokonania rewolucyi musimy się imać odpowiednich naszemu narodowi sposobów i odmiennych ludzi stawić na czele.
— Ty wiesz lepiej — szepnęła tkliwie, wyczerpana miotającemi nią uczuciami. — Tylko chciałabym, aby się już rozpoczęło. Nie straszny mi azard życia, lecz oczekiwania nużą mnie śmiertelnie — zaskarżyła się, gdy stanął przy niej. — I obawy o ciebie — dodała ciszej.
Ogarnął ją czułem objęciem i całował po twarzy i oczach.
— Wiesz, jak kocham ciebie i dzieci, ale ojczyzna bierze pierwszeństwo i dla niej nawet was muszę poświęcić — wyrzekł z męską determinacyą.
— Uwielbiam twoją wzniosłość, uwielbiam! — szeptała łzawo i wargi jej zadrgały powstrzymywanym jękiem. — Nie przeciwię się temu, co masz sobie za świętą powinność, ale ta ofiara mojego serca i rezygnacya ze szczęścia jest gorszą śmierci. Chodźmy! Czekają na nas! — Heroicznym wysiłkiem rozpogodziła twarz, sercu nakazała milczenie i, postąpiwszy parę kroków, naraz rzuciła się w jego ramiona i rzewnie zapłakała.
Po chwili jednak, przezwyciężywszy niewieścią słabość i rozpacze, zaczęła szeptać:
— Ojciec mi zawierzył, jako Igelström formuje tajną policyę. Sievers przysłał mu dyspozycye i wskazówki. Mają wziąć pod dozór wojska i tych zdezarmowanych gemeinów i oficyerów, jacy coraz liczniej napływają do miasta. A z drugiej strony i marszałek Moszyński nakazał Rogozińskiemu wziąć pod szczególną obserwacyę wszystkie kafenhauzy i znaczniejszych obywatelów — obtarta łzy i, przygasiwszy swoje własne cierpienia, czujną myślą zmierzała te nowe niebezpieczeństwa dla sprawy.
— Trzeba wydobyć imiona szpiegów i choćby puginałem przerwać ich niecne procedery. Mógłby to sprawić Konopka...
— Tego wzbrania rozsądek, bo gdybyśmy szpiegunów usunęli, Igelström miałby potwierdzenie, że istnieje jakaś organizacya, i tropiłby nas jeszcze zacieklej, a tymczasem więcej się domyśla, niźli wie. Inaczej postąpić należy, skoro będą wiadome persony: potrzeba nad niemi ustanowić akuratny nadzór i, upowszechniając o nich wiadomość, udaremniać niecne zamysły. Ale chodźmy do naszych gości.
Galantuomnym gestem dał jej miejsce przed sobą i poszli na frontowe pokoje, już zapełnione głosami młodzieży i cale liczną kompanią.
Pokojów niewielkich było trzy, z oknami na Krakowskie-Przedmieście i urządzonych z gustem i znacznym ekspensem, a gdzie szczęśliwie żeniła się staroświecczyzna z aktualną modą i obyczajami. Nie brakowało tam sprzętów, zabiegliwością pokoleń zebranych, ni też takich, które zbytek wielmożów z odległych krain sprowadził, a lekkomyślność strwoniła. Nalazł więc w tych pokojach i stół szczególniejszej postaci, cudną italską mozajką wykładany; owalne zwierciadła w ramach porcelanowych kwiatów; takież zegary z czasów pierwszego Sasa; ciężkie sprzęty gdańskie, wschodnie makaty; serwantki pełne wdzięcznych berżerów i berżerek; kantorki kolbuszowskiej roboty, brzuchate i jakby drygające, i proste dębowe ławy i zydle. Ściany były obciągnięte malowanemi w kwiaty płótnami krakowskiej fabryki, to wypełzłymi adamaszkami, albo polami kanwy w poczerniałych ramach, cudnie aftowanej w kunsztowne ornamenty.
Tu i owdzie widniały kopersztychy angielskie, wystawiające sceny z życia Greków i Rzymian, lub mężów głośnych w narodzie. Od poczerniałych sufitów, ułożonych z rozet i kwadratów drewnianych, zwieszały się ciężkie, mosiężne pająki gdańskie.
W środkowym pokoju, służącym za bawialnię, największym, gdyż o dwóch oknach przysłoniętych firankami, zabawiała się młodzież w przeróżne gry stosowne do wieku. Rej w nich wiodła solenizantka Frania wraz z młodszą siostrą, Ludwiką. Obie nadzwyczajnie przypominały rysami matkę, obiecując wyrosnąć niezadługo na piękności. Przybrane też były z wyszukanym gustem: czarne włosy miały utrefione w loki kunsztownie rozstrzępione, błękitne staniczki z bawetami, krótkie spódniczki w złote paski na dnie modrawem, z pod których ukazywały się białe, długie kuloty bryzowane koronkami, białe pończoszki ze złotymi klinkami i atłasowe patynki malowane w niezapominajki. Obie były wielce foremne, smukłe, z muszkami na ślicznych twarzyczkach, osypane pudrem, wykrygowane i tak wdzięcznie ułożone, że dawały postać figurynek porcelanowych.
Ale mimo krygów i wyuczonych manier, wybuchały swobodnym śmiechem, zabawiając się w swojej kompanii, zebranej z kilkunastu panienek i wyrostków odpowiedniego wieku. Bawiono się w »Budujem mosty dla pana starosty«, »Chodzi lis koło drogi, nie ma ręki ani nogi« i w »Ślepą babkę«, że co chwila powstawały wrzawy, bieganiny i śmiechy. Jednak te młodociane krotochwile nie przekraczały miary, gdyż młodzież pochodziła ze znaczniejszych warszawskich domów, a nad zachowaniem przystojności czuwały matki, zabawiające się po kanapach cichymi dyskursami.
Barss przemknął się niepostrzeżenie przez bawialnię do ubocznego pokoju, gdzie siedział imć Rafałowicz i kilkanaście person różnych kondycyi i wieku. Pokój był mroczny, zastawiony szafami pełnemi książek, na wielkim środkowym stole, okrytym zielonem suknem, leżały najnowsze edycye pism, książek, broszur politycznych i zbiory mów z aktualnie odbywającego się sejmu w Grodnie. Właśnie był w tej materyi zabierał głos Rafałowicz, powstając cale niewybranemi słowy na sejmową opozycyę i traktując zelantów, jako zdeklarowanych zdrajców narodu.
Słuchali go w klopotliwem milczeniu, nawet Trębicki, autor wielu dzieł powszechnie znanych i jeden z filarów Kołłątajowskiej Kuźnicy, siedział z twarzą nieprzeniknioną, puszczając mimo uszu bolesne dla swego serca dowodzenia. Przezornie też milczał Sierakowski, pułkownik inżynierów, zaś Węgierski, członek magistratu i persona w mieście znaczna, przytakując jakby z aprobacyą, wyczekująco spoglądał po twarzach, ale nie kwapiono wyrywać się z protestacyami. Bowiem Rafałowicz był instrumentem Targowicy i miano go za cichego konfidenta Igelströma. Więc tylko jeden Konopka, bywszy pisarz mniejszej pieczęci przy Kołłątaju i jego oddany służka, człowiek młody, porywczy i zaciekły jakobin, ośmielał się niekiedy na jakieś słówko sprzeciwu.
Bars również zasiadł z rezygnacyą i słuchał cierpliwie, a był to człowiek oświecony, rozważny, opinii gorących lecz miarkowanych rozsądkiem, wzniosłego sposobu myślenia; przyjaciel ludzkości, w postanowieniach wytrwały i w cnocie niezachwiany. Jurysta miary niepośledniej, mógł, jak wielu, rosnąć w sławę i majętności, wybrał jednak służbę ojczyźnie i tylko dla niej żył i pracował. A chociaż na bywszym sejmie król nadał mu szlachectwo, stronnika w nim nie pozyskał, bo jak pracował nad ustanowieniem konstytucyi 3-go Maja, tak samo i po jej upadku nie przestawał ani na chwilę zabiegać o podźwignięcie Rzeczypospolitej. Zaś dla politycznych widoków z teściem żył w pozornej zgodzie i nigdy mu nie kontrował, więc i aktualnie nie przeciwiąc mu się w niczem, rozmowę chętnie powiódł na inne zgoła tory.
Wszyscy odetchnęli z niemałą ulgą i wnet potoczyła się swobodna gawęda, zaprawiona humorem i anegdotami o przygodach jego podróży.
Skorzystał z tego Konopka i przeniósłszy się do bawialni, pod piec, niby to admirował zabawiającą się młodzież, a w rzeczywistości patrzał na Barssową, siedzącą w kole dam. Pozostawał z nią w przyjacielskiej zażyłości, razem bowiem czytywali Russa, jednako płacząc nad nieszczęściami Heloizy i jednako wielbiąc jej stałość i wzniosłość, jednako też wierzyli w maximy rewolucyi francuskiej i razem upajali się marzeniami o przyszłem szczęściu ludzkości i panowaniu praw Natury. Aż przyszła miłość i Konopka pokochał ją najczulszem uwielbieniem i bezgraniczną tkliwością. Bezdomny po wyjeździe z kraju Kołłątaja, dziki, dumny, nieśmiały z ludźmi a szalony pijanemi marzeniami, nienawidzący wszelakiej przemocy, filantrop aż do zaparcia, dusza szlachetna, czysta i bohatyrska, umysł burzliwy a czułe serce, przylgnął do niej całą swoją namiętną naturą. Płomień, wiecznie szarpany miotami nienasyconych nigdy pragnień, oddał się w niewolę tej posągowej, zimnej duszy kobiecej. Kochał w niej wyśnioną kochankę; kochał w niej cnotę nieugiętą; kochał w niej rozum i kochał w niej ten wszystek jasny świat, ten cudny, ten, do którego ludzkość dźwigała się z mroków nędz i bólu, ten wytęskniony świat szczęścia.
Pani zaś dumna, wyniosła, o lotnej i niespokojnej imaginacyi, niepomiernych ambicyach a flegmatycznem usposobieniu, pozwalała się uwielbiać, darząc go niekiedy uściskiem dłoni lub czułej przyjaźni pocałunkiem braterstwa. I nawet była szczerze życzliwa, gdyż ten ognisty chłopak, uwielbiany już przez warszawskie pospólstwo, mógł w przyszłej insurekcyi odegrać wielką rolę i stać się pomocnym w jej ambitnych zamierzeniach, mających na względzie wywyższenie męża. Że zaś przytem był piękny, tkliwy, wierny i gotowy dla niej ważyć się na wszystko, więc chociaż dawała ze siebie obraz doskonałego chłodu i powściągliwości, ale już nieraz wzburzał ją zapamiętałością wybuchów i czarował zuchwalstwem wyznań; nieraz też jego głos przejmował niepokojącym dreszczem, dotknięcie rąk paliło, a lazurowe oczy i ponsowe wargi żebrały tak ogniście a zarazem tkliwie, że serce zamierało w lubym bezwładzie i jej królewska postać chyliła się, niby kłos niezżęty, w omdlewającej tęsknocie upojeń. Ale krótko to trwało, bo jej doskonałość cierpiała nad własną słabością i obrażona cnota nie szczędziła gorzkich napomnień, boć jej wzniosłym obrazem być chciała ku uwielbieniu powszechności. Bowiem piękna pani, chociaż wyznawała górne zasady filozofów, kochała ludzkość, marzyła o powszechnej równości, a prawa Natury miała za ewangelię, lubiła także stroje i zabawy, dobry stół i wysoką pozycyę, dworne maniery, przepych i panowanie, więc te dreszcze, zwiastuny burzy miłosnej, wolała mieć tylko za przyprawy w monotonnem pożyciu małżeńskiem.
Konopka patrzył na nią tak uporczywie, aż przysunęła się do niego.
— Idziesz waćpan do Działyńskiego?
— Nie należę do komitetu! Bóstwuś dzisiaj równa, Luizo! — zaszeptał gorąco.
— Więc pozostaniesz ze mną cały wieczór?
— Mógłżebym zostać nieczuły na głos przyjaźni!
— Mam ci wiele rzeczy do zakomunikowania.
Dwie błyskawice strzeliły z jego oczu z taką potęgą, że zrumieniła się pod niemi, a podnosząc chusteczkę do twarzy, szepnęła z czułym wyrzutem:
— Wszak nie cieszyłam się twoim widokiem cały, długi tydzień!
— Wiekiem zdawał mi się być, nieskończonością — odparł smutnie. — Jeździłem do Lublina względem utworzenia tam filii klopu »Przyjaciół Złączonych«.
— I zatrudniły cię tak długo piękne Lublinianki...
— Ty wiesz, pani, żem istność swoją ofiarował jedynemu tylko bóstwu i na wieki — wyrzekł, pochylając głowę. — Rozkażesz mi co, Luizo?
— Uwielbiam twoją dyspozycyę serca — szczerość zabrzmiała w jej głosie. — Proszę, zaśpiewaj jaką piosenkę. Tak cudnie oddajesz miłość i tęsknotę!
— Bo śpiewam czucia, trawiące moje serce...
— Ach, i mojej duszy wyrażasz głos utajony! — Melancholią błysnęły jej oczy.
Szczęście spromieniło go łunami, bo chociaż odeszła, nie przestała spoglądać na niego oczyma szczerego podziwu.
Służba zapaliła świece w pająkach, że bawialnię napełniło złotawe światło, w którem, niby kwiaty rozsypane, barwiły się cudnie stroje i piękne twarze. Ustały zabawy młodzieży, wszyscy bowiem skupili przed krótkiem fortepiano, stojącem pod oknem, do którego zasiadła Barssowa. Konopka wziął miejsce nieco z boku i wysokim, ślicznym głosem zaśpiewał piosenkę, śpiewaną w całej Polsce: »Już księżyc zaszedł, psy się uśpiły«. Rozśpiewała mu się dusza, nabrzmiała miłosną tęsknicą, i poniosła w upragnione raje, dawała skrzydła i tyle ognistej czułości, że łzy zaświeciły w oczach dam i raz po raz zrywały się rzęsiste aplauzy, gdyż śpiewał wybornie i był porywająco piękny: smukły jak trzcina, blady, z błękitami w oczach, z włosem w nieładzie, z twarzą jakby wniebowziętą, dawał ze siebie postać rozśpiewanego Adonisa. Jego głos przenikał duszę czułością nabrzmiałą łzawemi suplikacyami. Wszak śpiewał tylko dla niej; wszak tylko z jej spojrzeń i uśmiechów brał wdzięczne lubych obietnic zapłaty...
Nawet panowie, zabawiający się kartami w ubocznym pokoju, zjawili się, znęceni śpiewem, a Rafałowicz, wypinając brzuch, nie szczędził pochwały:
— I na teatrze nie słyszałem trafniej oddanego śpiewu!
— Rozumie się na tem, jak prosię na fijołkach! — mruknął Trębicki.
— Kawaler musi mieć wielkie szczęście w amorach — zauważył cicho Węgierski.
— Tacy robią fortuny na swojej urodzie — zaśmiał się Sierakowski.
— Jemu w głowie zgoła co innego! — upewniał Barss, spoglądając na zegarek.
Zaś damy wprost jadły Konopkę oczami, nie szczędząc mu omdlewających spojrzeń, wabnych przyśmiechów i wielbiących słówek, że, wobec takiego powodzenia, rad śpiewał piosenkę za piosenką, jakie tylko umiał, a tem żarliwiej, iż piękna pani, w jakiejś przerwie, uprowadziwszy go do jadalni pod pozorem ochłodzenia lemoniadą, obsypała tkliwymi komplementami, pozwalając mu nawet ust płomiennych i cale niebraterskich pieszczot i pocałunków.
Barss, korzystając z okoliczności odwróconej od siebie uwagi, wysunął się do swojej stancyi, i okryty długą, ciemną czują, wyszedł z domu.
Miasto jeszcze wrzało ruchem i, pomimo późnej godziny, dochodziła bowiem dziewiąta, na Krakowskiem było dosyć ludno, często turkotały przejeżdżające pojazdy lub cwałowali jezdni, poprzedzani pochodniami. W oknach spiętrzonych, wązkich domów mżyły światełka, kafenhauzy i szynki stały jeszcze otworem, a tu i owdzie siedzieli kupcy przed swoimi sklepami w lubej gawędzie ze sąsiady, zażywając wywczasów i ciepłego wieczora. Niemało też pospólstwa wałęsało się pod murami, łakomie zazierając do oświetlonych handlów. Wyfiokowane i srodze wypachnione gamratki promenowały się w asyście opiekunek, zaczepiając bezwstydnie bogaciej prezentujących się przechodniów. Zaś po głębokich, ciemnych sieniach odgrywały się wesołe i głośne dyskursa, kwiliły tęsknie piszczałki, to zawodziły swywolne piosneczki, przyjmowane rykami śmiechów. Gdzie znów, w oknach parterowych mieszkań, przy blaskach zielonych, szklanych kul, szewiecy wyciągali dratwę, lub piękne warsztatniczki siedziały pochylone nad szyciem, a wyczekujący gaszkowie, poobtulani w płaszcze, przytajali się w poblizkich sieniach i furtach.
Barss chciał przejść na Sułkowskie, dziedzińcem Pocztamtu, ale dojrzawszy tam pełno bryk i koni, a w bramie pod murzynami jakichś znajomych, oczekujących jakby na extrapocztę, cofnął się śpiesznie i poszedł Trębacką. Ulica, chociaż brukowana i obstawiona cała, była błotna, zaśmiecona i wielce hałaśliwa z racyi nazbyt wielu szynków, zawsze przepełnionych pijanem ultajstwem i żołnierzami. Nie miała też dobrej sławy, bowiem prawie w każdym domu znajdował się zamtuz i w dolnych oknach oświetlonych rzęsiście i wabnie przystrojonych firankami, a powywieranych na rozcież, siedziały rozmamane dziewczyny, nawołując przechodniów nieprzystojnemi słowy, zaś na pięterkach i facyatkach grzmiały przeróżne muzyki, wrzaski i pijackie tumulty. Nawet po sieniach, nierzadko miasto drzwi przysłoniętych tylko brudnym łachmanem, huczały głosy pijaństwa i rozpusty. Ale najgłośniejsza zabawa szła w domu Barankiewicza, gdzie z pięterka łumy biły aż na środek ulicy i dobywały się nieludzkie ryki, tupoty brzęki tłuczonego szkła, piski dziewczyn i wściekłe, pijackie pląsy pod brzękliwy wtór bałabajek.
Barss, wymijając ten dom, natknął się na Kubę, stojącego pod furtą.
— Co tutaj porabiasz?
Chłopak cuchnął anyżkiem, twarz miał rozpaloną i błędne, pijane oczy.
— Jegomość ks. Meier przykazał mi odszukać pana kapitana Kaczanowskiego i powiedzieć, żeby jeszcze dzisiaj stawił się na Stare Miasto pod 43, do drukarni, a tam poczekał na niego. Szukałem, gdziem tylko miarkował, byłem i u tych marmuzeli artyleryjskich na Nalewkach — wyżalał się płaczliwie.
— Rozniosłeś listy?
— Wedle rozkazu! U Barankiewicza hulają rosyjscy oficyerowie, może się z nimi zabawia. Wlazę spenetrować — ujął za kołatkę, wiszącą przy drzwiach.
— Zajrzyj do kafenhauzu Dziarkowskiego na Mostowej: tam go znajdziesz.
— Nie wpuszczą mnie bez hasła do sekretnej stancyi...
— Powiedz (niech cię kto nie podsłucha): »Marat«, to cię puszczą.
Kuba zaświstał przeraźliwie i już go nie było, zasię Barss, dosięgnąwszy Wierzbowskiej ulicy, skręcił na prawo i ruszył wzdłuż kolumnady domu PP. Kanoniczek, a potem przez Senatorską i Rymarską, puste już i prawne ciemne z racyi pozamykanych sklepów i rzadko wiszących latarń, wyszedł na Leszno. Na rogu, przed domem, gdzie kwaterował generał Chruszczow, stały zbrojne warty i paliły się wielkie latarnie, ale dalej panowały ciemności, jeno tu i owdzie drżące jakiemś skąpem światełkiem. Nizkie dworki pochowane w sadach, niegdzie piętrowa kamieniczka, psy naszczekujące z poza parkanów, okiennice pozawierane na głucho — dawały tej ulicy pozór małego miasteczka. Droga przytem była urwista, pełna wyrw, piasków i resztek niegdyś układanych bruków. Rzędy odwiecznych drzew przysłaniały niebo, czyniąc drogę jeszcze ciemniejszą i bardziej niepewną. Pałac Działyńskiego, biorący nazwę od dwóch potężnych Sfinksów, wyrobionych w kamieniu, a stojących przed bramą na wyniesionem podmurowaniu, nietrudny był do wyszukania, znacznie bowiem górował nad sąsiednimi dworkami, a przytem, jako przed kwaterą szefa regimentu i generała, stała zwykłe przed nim warta. Lecz dzisiaj zdał się być zamkniętym na głucho i jakby niezamieszkanym, we wszystkich oknach panowały ciemności, a przed bramą nie dojrzał ni jednego gemeina.
Barss próżno kołatał w żelazne blachy furty, umówionym sposobem, że, zdziwiony opieszałością odźwiernego, zaniepokojony nawet, wziął znowu za kołatkę, gdy naraz zamajaczyła przy nim jakaś postać, promień światła oblał mu twarz i zgasł. Cofnął się nieco strwożony.
— Dla przespieczności poniechano dzisiaj kołatki — objaśniał Barani kożuszek i, wpuściwszy go do bramy, rozpełzł się gdzieś pod Sfinksami.
Brama stała pusta i ciemna, tylko na skręcie schodów, prowadzących na piętro, roztlały stoczek dawał tyle światła, żeby jeno dojrzeć wielkie złocone drzwi. Bowiem za niemi, w ogromnej, mrocznej bibliotece, obstawionej po sufit szafami pełnemi książek, zebrał się był warszawski komitet wraz z delegatami prowincyi.
Sala była obszerna, pusta i prawie ciemna, gdyż palił się tylko jeden pięcioramienny świecznik, stojący na małym stoliku. Przy nim Działyński odczytywał po cichu list Kościuszki. K. Jelski, podkomorzy starodubowski, zaglądał mu przez ramię, a reszta sprzysiężonych stała opodal w posępnem milczeniu. W twarzach widniała denerwacya i zniecierpliwienie, lecz nikt nie zmącił ciszy.
Zgromadzenie było dość liczne i z różnych stron Rzeczypospolitej zebrane. W żółtawych blaskach świec zaledwie majaczyły skupione w oczekiwaniach twarze i oczy, wparte w Działyńskiego. Wziął przy nim miejsce brygadyer Madaliński wraz z generałem Zajączkiem, a dalej stali zwartym kręgiem: J. Jasiński, ks. Meier, Aloe, major Czyż, Grosmani »municypał« wileński, J. Pawlikowski w ramię z Maruszewskim, nieulękli trybunowie chłopskiej wolności; Kapostas, bankier, Zeydlitz, major; Fr. Orsetti i P. Potocki od województwa Lubelskiego; A. Walichnowski, co dopiero przybyły z instrukcyami od egzulantów z Drezna, wojewodzic St. Ledochowski, Zieliński, podkomorzy nurski, kapitan Mycielski, J. Dembowski, sekretarz Ignacego Potockiego i jego ucho i oko, pozostawione w kraju. Było jeszcze paru cywilnych i oficyerów różnej broni, że Barss, przyszedłszy na ostatku, stanął już w cieniu za drugimi. Działyński, odczytawszy list, powiódł ciężkiemi oczyma po twarzach i ostatni wiersz przeczytał głośno:
— »Przymuszony jestem wyjechać, ale stawię się, kiedy będzie gotowość«. — Porwał się z krzesła i list rzucił o ziemię.
— To moja wina! — zawołał w pasyi — sam zabiegałem, aby stanął na czele insurekcyi, a widzę, że i bez niego swoje byśmy zrobili. Wszystko w gotowości, a Kościuszko podnosić aktualnie insurekcyi nie znajduje odpowiedniem i wyjeżdża z kraju — jęknął zrozpaczony, załamując ręce.
Wzburzenie zaszemrało w ciżbie i podniosły się głosy żalów i gniewów.
— Zwłoka może być w skutku gorsza przegranej.
— I najsposobniejsza pora zmarnowana.
— Pocóż się oglądać za komendantem, kiedy wojska powiedzie rozpacz i nadzieja zwycięstwa!
— Zali słabość jednego człowieka ma przeciwić się woli powszechności?
— I czy słusznem oddawać ster dyktatorowi?
— Jeśli się zaraz wojny nie rozpocznie, wszystko gotowe runąć!
— Mamyż czekać, póki, wojska nie rozgromi redukcya i dezercya?
— I to w czasie, gdy żołnierze modlą się o rozkaz uderzenia na wrogów!
— Moja brygada gotowa choćby dzisiaj — ozwał się Madaliński.
— Trzy tysiące Kurpiów czeka z palcami na cynglach — dodał Zieliński.
— Ogół żołnierzy nie pojmuje słuszności odwłóczenia wybuchu, lecz przyczynę dopatrzy w naszej małoduszności, lub w czemś jeszcze gorszem.
— Jeszcze gotowi rzucić się na własną rękę.
— I miejski lud wzburzy się odłożeniem. Któż zaręczy, że zawód i rozpacz nie popchnie ich do czynów podobnych, jakie dały francuskie sankuloty! Wszak już mówią o zdrajcach i głośno wskazują winnych. Nie brak tam zdeterminowanych na wszystko. Mamyż dopuścić do tego, aby pospólstwo uprzedziło nas w powinnościach względem ojczyzny?
Leciały zdania nabrzmiałe gniewem, rozpaczą i wzburzeniem. Większość dawała głośny wyraz niezadowoleniu i protestacyom, zwłaszcza młodzi oficyerowie ani chcieli słuchać o zwłoce, gniew ich unosił, więc padały coraz żywsze słowa i coraz zapamiętałej powstawano na umiarkowańszych, którzy z Kapostasem, Jelskim i Działynskim na czele, skupiwszy się przy świecach, jęli: znowu czytać list Naczelnika i, rozważając każde jego słowo z osobna, chcieli wyrozumieć prawdziwy ich sens.
Jasiński, wziąwszy te ciche szepty moderantów za knowania względem poparcia życzeń Kościuszki, wystąpił z gorącem przemówieniem.
— To zaczynajmy, nie oglądając się na nic i nikogo — zawołał, zwracając się do malkontentów. — Na cóż mamy czekać? Czegóż się spodziewać? Nikt nam wrogów nie pobije! A pora do zaczynania jedyna, koniunktury sprzyjające, zapał powszechny i gotowość zupełna!
I w słowach zapału wystawiał przed oczy obraz poczynionych przygotowań, ducha wojsk płonących do zmierzenia się z wrogiem i nawet całą plantę teatrum, na którem miała rozwinąć się insurekcya.
— Komunikacyę z Krakowem mamy wolną i na drodze ani jednego żołnierza nieprzyjacielskiego — upewniał, wodząc palcem po mapie, rozłożonej na stole. — Za Pilicą trzynaście tysięcy naszego wojska pod generałem Wodzickim. Cóż znaczy sześćset ludzi Łykoszyna, załogujących w Krakowie! Dywizya małopolska ruszy przez nich prosto do Warszawy! Za nią powstaną południowe województwa, siądzie na koń pospolite ruszenie, ruszą się chłopskie kohorty, zbrojne w piki i kosy! W Wielkopolsce tylko garść Prusaków, wygniecie ich powstanie niby plugawe robactwo. Król pruski nie przyjdzie im z pomocą, gdyż cała jego potęga nad Renem i w Moguncyi, w oczekiwaniu odwetu Francyi, gotowej uderzyć lada dzień. Zaś w Warszawie sześć-siedm tysięcy Igelströmowych żołnierzów, naszych zbierze się tyleż. Zwycięstwo zatem pewne i rychłe! Lud pomoże, że i goniec klęski ujść nie powinien, a złączone wojska pójdą na Litwę i Ruś.
— Gniew ludu okaże moc swoją — wtrącił ponuro ks. Meier.
— Znaczne załogi zajmują: Wilno, Grodno i Kowno; stają też po ważniejszych traktach kozackie komendy, a tu i owadzie przytaja się jakaś rota jegierska lub szwadronik jazdy, lecz główne siły »aljanckie« są zebrane w województwach świeżo od Rzeczypospolitej oderwanych, umacniają panowanie Imperatorowej i strzegą naszych wojsk tam rozkwaterowanych. Tam więc musi się odprawić teatrum śmiertelnych zapasów. Bowiem cała ukraińska dywizya, dwadzieścia pięć tysięcy zrozpaczonego klęskami ojczyzny żołnierza, wyczekuje z dnia na dzień naszego znaku, by powstać i runąć na wroga! Do nich musimy się przedrzeć i, wyrwawszy ich z ciężkich terminów, nieprzyjaciół pobić, z kraju wyżenąć i dawne dziedzictwa Polsce przywrócić! Niechaj więc tylko padnie hasło zaczynania, a wszystkie ziemie powstaną jak jeden mąż i nieśmiertelne zwycięstwo poleci naszym śladem. Szczęśliwy skutek uwieńczy nasze zamysły, ale zaczynajmy natychmiast, bo każdy dzień zwłoki wrogów uzuchwala i wzmacnia, zaś odbiera wiarę cnotliwie czującym! Żołnierz jestem i stanę pod komendą każdego, który powiedzie do boju! Zaczynajmy jeno, zaczynajmy!
— A cóż na to powiedzą Sejmujące Stany i król? — padł jakiś głos.
— Poczciwi pójdą z nami, a resztę wyjmie się z pod prawa i postąpi z nią wedle słuszności — zdecydował ks. Meier.
— A jegomość król pruski? — rzekł Barss, wysuwając się do światła.
— Król pruski! — powtórzył Jasiński, odgarniając z twarzy pukle włosów. — Siostrzyca nasza Francya zatrudni go nad Renem tak długo, dopóki, ubezpieczywszy się od północy, nie zaniesieniem w jego pielesze ognia i miecza w odwecie jego zdrad. Najgroźniejszy to z tyranów i nieprzyjaciół ludzkości. Ale któż się oprze bohaterskiemu jeniuszowi narodu, walczącego o wolność! Wszak wyciągamy oręż nie dla uciskania cnotliwych i grabieży, lecz dla powszechnego szczęścia, dla ugruntowania w naszym narodzie świętych praw Natury, dla równości, wolności i braterstwa! — wołał spłomieniony uniesieniem i tak porywający wiarą w szczytne hasła rewolucyi, że jego adherenci wybuchnęli równym entuzyazmem. Zadzwoniły skrzydlate, cudne słowa. Rozgorzałe imaginacye już widziały zwycięstwo i serca poiły się dokonywaniem bohatyrskich czynów i chwałą. Łzy świeciły w niejednych oczach, twarze stawały się podobne rozpalonym pochodniom, a duszom, sprężonym w świętym porywie, zdało się wszystko łatwem i pewnem.
— Więc precz z moderantami, precz z kunktatorstwem i rachubami na jakieś odległe polityczne konjunktury! Tylko nie zwłóczyć więcej, siadać na koń, uderzać ławą i zwyciężać!
Przy Jasińskim opowiedział się Madaliński z powagą swojej szarży, wieku i znaczenia; Grosmani, ognisty głosiciel maxim francuskich; ks. Meier, prawdziwy »Jakobin«; major Zeydlitz, kapitan Mycielski, żołnierskie, czyste serce, oddane, ojczyźnie; Aloe, Francuz z rodu, lecz Polak z ducha; Maruszewski, nieubłagany wróg tyranów i wolność nad wszystko przekładający; podkomorzy nurski Zieliński, major Czyż, Pawlikowski, a wreszcie młodzi oficyerowie i cywilni. Właśnie był ich imieniem zabrał jeszcze raz głos Jasiński, żądając bezzwłocznego zaczynania insurekcyi.
Ale znalazł nieprzełamany opór w moderantach. Szczególniej Barss, odczytawszy głośno list Kościuszki, podtrzymywał nieustępliwie jego racye. Wspierał go w dowodzeniach Kapostas, popierał Walichnowski z Dębowskim. Nie przemogli jednak, bo na wszystkie słuszne racye odpowiedział Madaliński:
— Kto pobije, będzie miał racyę! Wnoszę przeciw odwlekaniu!
Czem bardziej jeszcze podekscytowana opozycya wybuchnęła prawdziwą burzą i na głowy moderantów posypały się kąśliwe słówka i niesprawiedliwe oskarżenia. Zwłaszcza ks. Meier już był sobie folgował, wykrzykując urągliwie na arystokratów, a Maruszewski rzucił zapalczywie.
— Rozumiałem — prawił rozżalony — mieć sprawę z prawdziwymi patryotami, a znajduję zakapturzonych wrogów i egoistów...
Porwał się na to Działyński, wyjaśniając w dłuższem przymówieniu, jako w pierwszej chwili po przeczytaniu listu Kościuszki również był przekonany o zgubności odkładania insurekcyi, lecz po dłuższej rozwadze przyznaje słuszność Naczelnikowi, a przeciwić się jego woli nie pozwala mu sumienie.
Po nim Jelski, mąż cnotliwy i wypróbowanego patryotyzmu, korzystając z chwilowej konsternacyi opozycyonistów, wyznał otwarcie, że nie znajdując jeszcze Litwy przygotowanej do wystąpienia, sam doradzał Kościuszce odłożenie wybuchu do wiosny. To samo upewniał o województwie Lubelskiem P. Potocki, A. Walichnowski o Krakowskiem, w którem Sołtyk niczego jeszcze nie dokonał. Nawet major Czyż dał podobną relacyę z Sendomirskiego. A w końcu zabrał głos Kapostas i rzekł, reasumując wywody:
— Z tych relacyi wychodzi: że wojsko wszędzie mniej więcej gotowe do powstania, ale zapasy niedostateczne, skarb pusty, chłopstwo obojętne, a szlachta apatyczna i nie skłonna do spełnienia powinności. Odłożyć więc trzeba.
— Właśnie zaczynać trzeba — zakrzyczał namiętnie ks. Meier — kto cnotliwy, pójdzie z nami, a na obojętnych i nieczułych jest topór.
— Jegomość radby do nas wprowadził francuskie praktyki!
— Byle się jeno okazały być skuteczne dla ukrócenia machinacyi zdrajców i zratowania ojczyzny — uderzył napastliwemi oczyma w Kapostasa.
— Trzeba się na coś zgodzić, bo czas ucieka — jęknął jakiś głos rozżalony. — Czyżby nam tylko pozostało super flumina Babilonis siąść i płakać!
— Miejmy chociaż zapewnioną pomoc Francyi — zwrócił się dość pojednawczo Barss do Jasińskiego — a możemy zaczynać. Wnoszę o przyśpieszenie układów...
Ale wniosek nie został dosłyszany, bo właśnie Zajączek, trzymający się przez cały czas na stronie, ukazał w świetle swoją żółtawą, kościstą twarz i przemówił do Działyńskiego w sposób górny, a cale nieoczekiwany:
— Więc kiedy powszechności wola rozpoczynać insurekcyę bezzwłocznie żąda, to rób dla ojczyzny wydźwignienia jak sądzisz najskuteczniej, a my za tobą pójdziemy. Szwajcarzy sławią Telia, Ameryka Washingtona, Polacy zaś wyswobodzenie swoje będą winni Działyńskiemu — skłonił przed nim głowę i dodał: — Pierwszy staję pod twoją komendę...
— I my! I my! Prowadź nas wodzu! — zakrzyczała garść zapaleńców.
Ale reszta oniemiała z konsternacyi, zaś moderanci, zaskoczeni takim obrotem sprawy, niespokojnie patrzyli w Działyńskiego, który, wzburzony niespodzianą propozycyą i, podejrzewając w niej jakowąś kabałę, chytrze uplanowaną, wymówił się od zaszczytów bardzo krótko i chłodno.
— Rozumiałem się być wyrazicielem życzeń ogółu — submitował się żywo Zajączek — a ciebie widzę najgodniejszym roli dyktatora, skoro Kościuszko opuszcza sprawę i niewiadomo dokąd wyjeżdża.
— Naczelnik z przewodnictwa narodu nie zrezygnował — wyrzekł rozdygotanym od gniewu głosem Pawlikowski — tylko na pewien czas oddalił się z kraju, pozostawiając instrukcye względem dalszych a pośpieszniejszych przygotowań. Wszak zapowiedział w liście powrót na chwilę, kiedy będzie zupełna gotowość wystąpienia.
— Snadż źle dosłyszałem czytanie — bąknął zmieszany Zajączek i, wziąwszy list Kościuszki od Jelskiego, jął go w skupieniu odczytywać.
Ale jego deklaracya nie przeszła bez śladu; skwapliwie pochwycili ją zapaleńcy, odpowiadała bowiem życzeniom natychmiastowego wystąpienia, i postanowili między sobą zażądać od Działyńskiego przyjęcia dyktatury.
Uprzedzony o tem przez Barssa, i aby przerwać wszelkie w tej materyi dyskursy i nieporozumienia, Działyński natychmiast zabrał głos.
— Wiadomo — zaczął cale stanowczym tonem — że dla uchronienia się nieszczęśliwych wypadków rewolucyi francuskiej, zgodziliśmy się, że insurekcya w Polsce powinna być pod dyktaturą jednego człowieka, któryby zyskał zaufanie powszechności. Cały naród wskazał do tego Kościuszkę! I Kościuszko naczelnictwo narodu przyjął! On więc jeden władny rozporządzać nami, jak uważa dla pomyślnego skutku sprawy, a naszą powinnością bezwzględne posłuszeństwo. To jeno uważałem przypomnieć wszystkim na zakończenie zebrania. Instrukcye względem dalszych czynności otrzyma jutro każdy z delegatów.
Nie podniósł się ani jeden głos protestacyi. Zaczęli się wkrótce rozchodzić. Ks. Meier, Jasiński, Maruszewski, Pawlikowski, Czyż i Grosmani pociągnęli na Stare Miasto, żeby jeszcze odbyć jakąś tajną naradę.
W mieszkaniu księdza, przy drukarni, czekał już na nich kapitan Kaczanowski, a Kuba chrapał w sieni, na tapczanie, aż się rozlegało.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.