O małem miasteczku/Konwikt św. Filipa Nerjusza

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł O Małem Miasteczku
Wydawca Jerzy Bandrowski
Data wyd. 1934
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
KONWIKT ŚW. FILIPA NERJUSZA
NA ŚW. GÓRZE POD GOSTYNIEM

Mało komu może wiadomo, że w klasztorze OO. Oratorjan w Gostyniu istnieje pierwszorzędny konwikt dla młodzieży gimnazjalnej pod kierownictwem doświadczonego i zamiłowanego w swym szlachetnym zawodzie O. Władysława Służałka, M. T., przełożonego Oratorjum. W konwikcie tym przebywa obecnie 40 młodzieży, przeważnie uczniów gimnazjum niższego, choć jest też około dziesiątka młodych ludzi z wyższych klas gimnazjalnych, abiturjentów. Młodzież ta, rekrutująca się przeważnie, choć bynajmniej nie wyłącznie, z gostyńskiego i powiatów sąsiednich, uczęszcza do znakomicie prowadzonego gimnazjum miejskiego w Gostyniu, uznanego niedawno przez wyższe władze szkolne za „ośrodek wychowawczy”, to znaczy za gimnazjum wzorowe, Konwikt Św. Filipa Nerjusza na Św. Górze pracuje z gimnazjum ręka w rękę. I nie można się temu dziwić, ponieważ obaj wybitni pedagogowie gostyńscy, dyrektor gimnazjum, ks. Olejniczak i kierownik konwiktu, ks. Służałek, należą do stanu duchownego, obaj równie ukochali swój zawód i oprócz przygotowania w najwyższych uczelniach w kraju i zagranicą posiadają doświadczenie długoletniej praktyki nauczycielskiej.
Ale skądże się wziął ten konwikt Św. Filipa na Św. Górze pod Gostyniem?
Jest to część historji Kongregacji OO. Oratorjan w Polsce.
Czytelnicy, którzy przypadkiem czytali mój list o św. Filipie Nerjuszu wiedzą, iż Święty ten poeta i genjalny twórca ideologji i programu Kongregacji OO. Oratorjan, zwalczał w czasie Odrodzenia materjalizm reakcji pogańskiej, przeciwstawiając mu odrodzenie w duchu Chrystusowym. Nie poprzestając tedy na gromadzeniu dokoła siebie co jaśniejszych i czystszych umysłów twórczych, w jakie współczesny Rzym obfitował, zajął się też wychowaniem młodzieży i roztoczeniem nad nią swej czułej i pełnej miłości opieki.
Wspomniałem już był swego czasu i o tem, że Święty ten zaopiekował się bawiącą w Rzymie na studjach młodzieżą polską, kilkunastu studentów polskich sam utrzymywał i starał się o stworzenie dla nich osobnego kollegjum, które kształciłoby ich do walki z szerzącą się wówczas w Rzplitej schizmą i herezją; usiłowania te były jednak bezowocne, ponieważ rząd polski nie znalazł potrzebnych na taki instytut kapitałów. Na gruncie rzymskim usiłowania św. Filipa roztoczenia opieki nad młodzieżą zostały uwieńczone rezultatami pomyślnemi. „Apostołowi Rzymu”, jak św. Filipa nazywano, udało się stworzyć Oratorjum, w którem wychowywano i nieletnią młodzież, A Święty ten bardzo kochał dzieci i taki był dla nich wyrozumiały, że nawet, gdy przed jego celą hałasowały, nie pozwalał ich odpędzać. — Mogą mi kołki ciosać na głowie — mawiał w takich razach — byle tylko nie grzeszyły. — Opieka nad młodzieżą i wychowanie jej stanowiłoby jeden z najważniejszych punktów jego programu.
OO. Oratorjanie świętogórscy w pierwszym okresie swego istnienia w Polsce tego punktu urzeczywistnić nie zdołali. Trzeba było przedewszystkiem przezwyciężyć trudności, jakie zawsze istnieją przy ugruntowywaniu tego rodzaju organizacji ideowej. Ludzie świeccy rzadko kiedy zdają sobie z tych trudności sprawę, a jest ich w takich wypadkach zwykle ogromnie wiele i nadzwyczaj skomplikowanch i wciąż powracających. Opisanie takiej walki o pozycję duchową byłoby rzeczą nader zajmującą i pouczającą. Ale cóż. Nasi pisarze nie zdają sobie z tego sprawy, nie widzą tych rzeczy i narzekają na bankructwo idei i brak tematów! Otóż OO. Oratorjanom trzeba było przedewszystkiem umocnić się samym na zdobytej pozycji, stworzyć prawdziwe duchowe, swoje życie w Oratorjum polskiem, wytworzyć swój sztab ideowy, tradycję, wypróbować własne siły, wykrystalizować własny program działania, przylegający do potrzeb, warunków i walk polskiego życia duchowego, a prócz tego załatwić też i do zupełnego porządku doprowadzić sprawy materjalne. Jeśli się weźmie pod uwagę, że w początkach swego istnienia OO. Oratorjanie nie mieli poprostu dachu nad głową, że trzeba było stworzyć wszystko, niemal własnemi rękami zbudować i że w takich razach zawsze „dziwnym zbiegiem okoliczności“ przeszkody wciąż nowe i nieprzewidziane, coraz to się gromadzą i piętrzą, łatwo będzie zrozumieć, iż wszystkiemu odrazu podołać nie mogli. A zaledwie stanęli na nogach, nadszedł smutny i przygnębiający okres niepewności, czasy upadku i rozbiorów Rzplitej, gdy dusze wrażliwsze i widzące lepiej pogrążone były w męce, a umysły w wątpliwościach, nieznajomości przyszłości, niemal w panice. Pod protestanckiemi rządami pruskiemi, które pozbawiły Kongregację fundacji, życie było bardzo ciężkie, przyszłość zgoła niepewna. W roku 1876 Kongregacja OO. Oratorjan została skasowana, kościół i budynek klasztorny zamknięty przez władze pruskie, księża zaś emigrowali do Małopolski, mianowicie do Tarnowa, gdzie się osiedlili. Jeszcze przed kasatą i wypędzeniem kongregacji, gdy się już tych klęsk spodziewano, powzięto na kapitule solenną uchwałę, że „o ile Pan Bóg i Matka Najświętsza pozwoli kiedyś powrócić Zgromadzeniu na Świętą Górę, to członkowie Oratorjum postarają się o pozwolenie u Stolicy Apostolskiej na uroczystą koronację cudownego obrazu Matki Boskiej gostyńskiej.
Gdy w r. 1919-ym, po zmartwychwstaniu Państwa Polskiego, OO.Oratorjanie wrócili do swego gniazda, ujrzeli i zrozumieli, że mimo, iż majątek ziemski Kongregacji jest wyniszczony i w niemałym nieładzie, duchowo są o wiele bogatsi, niż byli przed wygnaniem z swego domu. Teraz już, przy rozpoczynaniu nowego życia, było się na czem oprzeć, była mianowicie i tradycja i historja i droga wytknięta jasno i prosto i obraz cudowny i kościół i budynek klasztorny, krótko, warunki, umożliwiające dalszy rozwój i urzeczywistnienie dalszych punktów programu św. Filipa.
Łatwo to nie było, bo przedewszystkiem należało dopełnić ślubu i postarać się o koronację cudownego obrazu, następnie trzeba było doprowadzić wszystko do porządku i puścić machinę całą w ruch, co wymagało różnych remontów, przebudówek, adaptacyi itd. W dodatku czasy były wciąż jeszcze niespokojne, wojenne. Rzplita budziła się dopiero do życia. Ale mimo to, mimo wszystkich przeszkód właśnie w 1920-ym r. powstał konwikt. Na własne gimnazjum, jak to mogłoby nawet być w planie, nie było pieniędzy.
Na pomieszczenie konwiktu przebudowano wewnątrz całe jedno skrzydło zabudowań klasztornych. Kuto w metrowych murach, aby przedłużyć i rozszerzyć okna, przerabiano sale na mniejsze ubikacje, w których można byłoby rozmieścić sypialnie tak, aby uniknąć jednej wielkiej sypialni wspólnej w koszarowym stylu, dalej konieczna była łazienka, sala jadalna, gimnastyczna, muzyczna, wreszcie garderoba na płaszcze i czapki. To wszystko pomieszczono na dole, na pierwszem piętrze zaś urządzono bardzo piękną salę do korespondencyj, bibljotekę konwiktu (przeszło dwa tysiące tomów) a zarazem niby czytelnię, w której młodzież może spokojnie czytać, ewentualnie gromadzić się na pogawędkę; tuż obok znajduje się salka z pianinem. O parę kroków dalej niewielka, lecz piękna kaplica wspólna dla Ojców i dla młodzieży, gdzie codzień rano młodzież słucha przed szkołą Mszy św. Część kurytarza dalej, za kaplicą, należy już do klasztoru, i tam jest zawsze cicho i dostojnie, ale w całym kącie od kaplicy do sali korepetycyjnej na pierwszem piętrze i na dole prawie aż do furty, jest królestwo młodzieży prawie że niepodzielnie, gdzie poza nauką, odprawiają się różne jej „misterja”, obrzędy w rodzaju nauki gry na trąbach, puzonach, waltorniach, skrzydłówkach i klarnetach, próby generalne marszów i tym podobnych „szlagierów“, a także pieśni kościelnych. Bo trzeba wiedzieć, że od czasu do czasu w pewne uroczyste dni, odprawia się w kościele nabożeństwo, jak ja to nazywam, „trąbione“, podczas którego chłopięta lube wyczyniają na chórze niewinnie na trąbach różne muzyki nabożne, nieraz bardzo w skutkach dziwne, o czem szerzej poniżej. Tam też, w tym kącie, ściślej mówiąc, w skrzydle gmachu, odbywają się igraszki i zabawy, nie mające w charakterze swym wiele wspólnego z klasztornem „Silentium*. Ale wśród Ojców nie wywołuje to bynajmniej zgorszenia. Św. Filipa hasło „byle nie grzeszyli!“ utrzymuje się tu w całej pełni, a Ojciec Przełożony nie lubi mazgajów i niedołęgów. Popiera wśród dzieci i młodzieży ruch, życie, humor, gwar i oczywiście sporty. Na ich uprawianie przeznaczone jest leżące tuż przed klasztorem wielkie boisko, położone tak szczęśliwie, że słońce żadnej partji nigdy w oczy nie świeci. Tu grają chłopcy zawsze pod dozorem któregoś z Ojców, w piłkę nożną, w siatkówkę, palanta i kwadrante, a zaraz za klasztorem jest wymarzony „deptak“ konwiktowy, prościusienki gościniec, z którego rozlega się piękny widok na odległe lesiste wzgórza i na las sosnowy w pobliżu, ulubione miejsce schadzek w wolne popołudnia lub dni świąteczne. Niedaleko znajduje się też niewielki staw, w ciepłej porze miejsce kąpieli, w zimie ślizgawki. Łagodnie pagórkowata okolica sprzyja też ulubione mu przez młodzież saneczkowaniu, że zaś klasztor leży na górze, opodal od miasta, przeto i powietrze jest tu doskonałe.
Nie potrzebuję się szeroko rozwodzić nad korzyściami odseparowania młodzieży od wpływów miasta, nawet tak szanownego i czcigodnego jak Gostyń, rozwijającej się na świeżem powietrzu w warunkach zupełnie higjenicznych i w czystej atmosferze duchowej pod troskliwą opieką duchownych, którzy wszyscy mają przygotowanie i wykształcenie pedagogiczne.
Tryb życia dostosowany jest do szkoły. Chłopcy wstają wcześnie, przed śniadaniem słuchają w kaplicy Mszy św., poczem, po śniadaniu, na dany znak „przygotowują się do wymarszu”, to znaczy, zbierają swe książki i ubierają się do wyjścia. Na drugi dźwięk trąbki, tak przeraźliwej, by ona w razie potrzeby mogła dać się słyszeć w hałasie, jaki sprawia 40 głosów rozbawionej młodzieży, oddział szkolny ustawia się w dwójki i wymaszerowuje, defilując przed Ojcem Przełożonym, który zawsze osobiście sprawdza i dogląda, czy chłopcy są należycie ubrani i czy wszystko potrzebne mają z sobą. Do miasta, to znaczy, do gimnazjum, jest 20 minut drogi, nikt jednak na to oddalenie poważnie nie narzeka. Trzeba wiedzieć i rozumieć, iż taki marsz, prócz tego, że stanowi nieuniknioną a tak zdrową przechadzkę codzienną, daje możność obcowania z przyrodą, obserwowania jej w wszystkich jej przemianach zmiennych pór roku, zbliska, stale, co ma wielce zbawienny i pożyteczny wpływ na kształtowanie się duszy. Taka przechadzka przed szkołą sprawia, iż chłopak nie przychodzi do szkoły zaspany, lecz rozruszony już i rozbudzony, po szkole zaś daje doskonały wypoczynek płucom, znakomicie uspokaja nerwowo i korzystnie wpływa na szybsze krążenie krwi. Cokolwiekby już w tej szkole było, młody człowiek nie wraca z niej na obiad zdenerwowany i rozdrażniony, bo ma czas po drodze ochłonąć. A przyroda ma tyle wdzięków i taki urok, iż zawsze potrafi w młodej, niezepsutej duszy zbudzić jasny, czysty ton i powoli włożyć ją do skupienia.
Tak tedy wychowuje się w tym konwikcie Św. Filipa Nerjusza na Świętej Górze pod Gostyniem młodzież polska w atmosferze spokojnej, ciepłej, nie zmąconej wrzaskliwemi a jakże jarmarcznemi i szkodliwemi zarazem odgłosami gonitwy życia wielkomiejskiego, pod opieką światła i kierownic twem duchownych, którzy w wychowywaniu młodzieży widzą swe posłannictwo i jakoby służbę Bożą i szczęśliwi są, że danem im jest hodować duszyczki polskie w polskiej wierze i polskich tradycjach dla większej chwały Boga, broniąc ich od zepsucia i przedwczesnego zwarzenia.
Wszelkie zainteresowania młodzieży, czy to jest „szał” robienia zdjęć fotograficznych, czy zbiorów przyrodniczych czy inna jaka „namiętność” lub moda, znajdują zawsze zrozumienie i poparcie kierowników konwiktu. („Byle nie grzeszyli.“) Ale te „szały” zmieniają się dość często wśród młodzieży, podobnie jak wśród starszych, są mody. Jedno jest tylko zamiłowanie, które modzie nie ulega i traktowane jest przez młodzież stale z tą samą sympatją i, powiedzmy, zaparciem się siebie. Jest to miłość muzyki.
Mianowicie konwikt ma własną kapelę, ta zaś, oczywiście, posiada wyznaczoną sobie salę prób oraz różne mordercze instrumenty dęte. Na tych instrumentach poszczególni muzykanci uczą się danego „kawałka“, co już samo w sobie jest przeżyciem mocnem, bo czynią to oczywiście razem, każdy na swym instrumencie, póki wreszcie nie przyjdzie czas, w którym zasiadają koło siebie na dwuch ławach i starając się sobie w oczy nie patrzeć, żeby się nagle nie rozśmieszyć, zaczynają się „zgrywać”. To już jest przeżyciem bardzo mocnem. Harmonje i przejścia „kawałków“ nie są bynajmniej trudne, przeciwnie, przeważnie rozwiązują się łatwo, jak nowe sznurowadła lub stare krawatki, ale wargi, odwykłe podczas wakacyj od dmuchania, nie są zbyt posłuszne. Stąd powstają dysharmonje niespodziewane i nieoczekiwane, a niejednokrotnie rafinowanie złośliwe, dyssonanse gmatwają się w sposób, mogący w osłupienie wprowadzić najbieglejszego kontra punkcistę, w sali zaczyna się kotłować, za oknami oszołomione wróble latają jak pijane, ćwierkając rozpaczliwie, motyle padają na grzbiety i bezradnie przebierają nóżkami w powietrzu, osy tną jak opętane, konie na gościńcu stają dęba, ale to nic — męczennicy sztuki wytrwale robią swoje, choć się w nich nieraz dusze wzdrygają i przykucają z przerażenia a z czół ogorzałych pot rzęsisty strugami się leje. To wszystko jeszcze nic, jeśli próbuje się rzeczy tak znanych jak „Kiedy Zorze“ lub „Ty, której berła“, dopiero gdy „zespół” (o, marności słowa!) położy „na stół operacyjny“ jakiś nowy, mniej znany marsz z skomplikowanemi synkopowemi przyjemnościami, rozpętuje się tak straszliwe „pandemonjum“, że dusza w człowieku truchleje, głowa kołem się toczy, a biedne echo tych „słodkich dźwięków“, połamane i miotane wstrząsami, jak gdyby z elektrycznego krzesła w Sing-Sing uciekło, tłucze się po kurytarzach oszalałe, samo przed sobą panicznie uciekając. Ale to nic. Nasi bohaterowie potrafią w swej miłości muzyki znieść wszystko cierpliwie i bez drgnienia, z niewzruszonemi minami wojowników indyjskich, przywiązanych do pala męczarni. I spotyka ich za to nagroda, bo wreszcie marsza „nagrają“ tak, że kłębek postrzępionych motywów i podruzgotanych akordów wyjaśnia się, rozplątuje i zaczyna olśniewać blaskiem swego dźwiękowego przepychu i taką precyzją wykonania, iż nawet zwiedzając zakład wysoko postawione osoby nie mogą tej muzyki słuchać bez widocznego wzruszenia. Bywają też tak zwane przezemnie fałsze i dyssonanse mistyczne, na chórze czasem, podczas uroczystych nabożeństw, dysharmonje rzewne, komplikacje niespodziewanie żałośliwe i smętne w brzmieniu wielce, ale... Ale to już innym razem.
Rozwój tych wrodzonych skłonności i upodobań muzykalnych wspomaga też radjo, pierwsze w całej okolicy, narazie jednak, prawdopodobnie z powodu braku odpowiedniego deszczowego nastroju, młodzież konwiktowa radjem się nie zabawia. Jest też i „kino“ domowe z kilku zajmującemi filmami, a ponieważ obecnie zaprowadza się tak w kościele jak i w zabudowaniach klasztornych oświetlenie elektryczne, „kino” oczekuje niedaleki wspaniały rozwój i zupełnie nowe możliwości.
Łatwo zrozumiałem jest, że atmosfera miasta żyjącego między Św. Górą i konwiktem a poważnem i wzorowo prowadzonem gimnazjum, które równocześnie bywa też widownią koncertów i odczytów pierwszorzędnych sił poznańskich, musi być kulturalna i na wpływy duchowe wrażliwa. Cokolwiekby było, między Św. Górą a miastem krążą wciąż mali gońcy z sfery pracy umysłowej i ducha, młodociani i nieświadomi nawet swej roli gońcy lepszych czasów nowych, lepszej i jaśniejszej przyszłości.
Ma to niewątpliwie wielkie znaczenie.
Wogóle duch miasteczka, w tem znaczeniu, jak o tem pisałem w ostatnim liście „o małem miasteczku“, w znacznym stopniu zależny jest od tego, czy i jaka instytucja kulturalna społecznego znaczenia w niem pracuje. Jest to tajemnica piękności i młodości wielu małych miasteczek europejskiej a nawet wszechświatowej sławy w innych krajach.
Ale o tem, przy sposobności, kiedyindziej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.