<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Pan Kopciuszyński
Pochodzenie W czas wojny
Wydawca Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Data wyd. 1915
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II.
PAN KOPCIUSZYŃSKI.


Pan Kopciuszyński był kawalerem. Był średniego wzrostu, chudy, blady, z ryżemi rzadkiemi wąsami i ryżą rzadką bródką z hiszpańska. Włosy miał również rzadkie i ryże, posłusznie przymoczone od czoła ku ciemieniu. Oczy miał niebiesko wyblakłe, nieco zaczerwienione dookoła. Nos krótki, szyję długą, ramiona ostre, piersi wklęsłe, brzuch cokolwiek wydatny, nogi cieńkie i patykowate, stopy ucięte o bardzo wysokiem podbiciu. Uszy przeźroczyste, wachlarzowe, a wśród nich wyraz twarzy smętny i zastraszony. Chodził prędko i urywanie, bijąc obcasami o kamienie trotuarów.
Oprócz tego był pan Kopciuszyński technikiem. To jest słynął po różnych biurach technicznych jako bałwan. Przelewał się z biura do biura, jak niedobra kawa z filiżanki do filiżanki, wszędy uznawany jako bałwan. Odpowiednie były dochody pana Kopciuszyńskiego. Posiadał garniturek oliwkowy, „marynareczkę“, „kamizeleczkę“ i „spodzieńki“ popielate w paski i „surducik“ czarny ze spodzieńkami czarnemi od uroczystości i starań o „posady“. Ku temu cieńką laseczkę żółtą i parasol w szpary.
Posiadał także pan Kopciuszyński dwie siostry: głuchą Eugenię i przysparaliżowaną Tymonię. Jedna, która prowadziła „dom“, ryczała mu w uszy: cóż tam, ty ośle Hipolicie, masz pieniądze?! — a druga klekotała: zeby Hipolitlek był drobly, to jabym zejadla klebasy... ale Hipolitlek to siwinia...
Zatem pan Kopciuszyński „jadał“ śniadanie na mieście, na obiad dzióbał w domu, podwieczorku unikał „z zasady“, a na kolacyę dostawał szklankę herbaty, dwa kawałki cukru i kawałek chleba z powidłami.
Teatru „nie znosił“, tytoń mu „szkodził“, pasyami lubił, gdy mu woda chlapała przez podeszwy.
— Tomasik znowu awansował, słyszysz, ty ośle?! — ryczała siostra Eugenia.
— Zeby Hipolitlek był drobly, to jabym zejadla kliskli, ale Hipolitlek to pijes — szczebiotała siostra Tymonia.
— Panie Kopciuszyński, albo się pan daj wypchać, albo się pan powieś, albo pan idź do wszystkich dyabłów z pańską robotą! — proponował mu szef biura. Z za drzwi zaś dochodziła potem pana Kopciuszyńskiego gromkie:
A to bałwan!!
Pan Kopciuszyński obawiał się, że niedługo zabraknie biur technicznych w Krakowie.
Nie można też powiedzieć, aby głowę zadzierał w górę. Owszem, wyglądał, pokornie i zahukanie. Ludzi mijał szybkim kroczkiem, kolegom się usuwał, wpadał czasem do kinematografu na przednie miejsca i tam tonął w ciemności i w innym świecie.
Zgoła można rzec, że pan Kopciuszyński zwątpił w fortunę.
Owszem, możnaby prawdopodobnie twierdzić, że pan Kopciuszyński stracił do szczętu wiarę, jeśli kiedykolwiek miał jaką, w swoje szczęście i w siebie samego.
I w godzinach rozmysłu w kinematografie za 40 halerzy — wiadomo, że przy muzyce najlepiej się myśli — pan Kopciuszyński tracąc pokazywane obrazy z oczu, w chwilach skruchy przyznawał racyę szefom biur technicznych, że jest bałwan, siostrze Eugenii, że jest osioł, tylko nie czuł się ani siwinią, ani pijesem.
Cóż jestem temu winien, że jestem głupi, głupszy od innych — mówił do swojej duszy — cóż jestem temu winien?... Cóż jestem winien, że nie mam zdolności, nawet miernych, nawet najmierniejszych zdolności?... Ale przecie robię, co mogę, pracuję, ile mogę, jak umiem i oddaję wszystko moim siostrom, zatrzymując dla siebie tylko tyle, aby móc dla nich pracować...
Nie potrzeba dodawać, że pan Kopciuszyński był pośmiewiskiem, popychadłem, przedmiotem nieustannego lekceważenia, wzgardliwego traktowania swoich kolegów.
— Panie Kopciuszyński, jadeś pan dziś śniadanie, że się panu, panie dobrodzieju, tak ręka trzęsie przy rysunku? — pytał jeden.
— Panie Kopciuszyński, wi pon, psiakrew, co o panu powiedzioł wczoraj dyrektor?
Pan Kopciuszyński spuszczał jeszcze niżej, o ile to było możliwe, głowę nad rajzbret i źrenice w rajzbret.
— Wisz pon, psiakrew?
Pan Kopciuszyński milczał.
— Powiedzioł: żeby tego Kopciuszyńskiego wszy gryźli; jak jezdem, powiada, psiakrew, przy cyrklu, jeszczem takiego cymbała, za pozwoleniem pańskiem, panie Kopciuszyński, nie widzioł.
Cóż pon na to, co?
Pan Kopciuszyński milczał z wyzywającym uporem.
— Garbowali na psie skórę.
Nie zdołali wybić dziurę — rzucił obojętnie muzykalny pan Pieńdziołek, rodem z Prądnika, ciągnąc bezbłędną kreskę czerwonym atramentem.
— Że też to pana Kopciuszyńskiego nie znał nieboszczyk Bałucki, kiedy pisał „Dom otwarty“...
— Panie Kopciuszyński, nie jesteś pon tyż krewny, psiakrew, tygo farmaceuty z Mościsk?...
— Panie Kopciuszyński, gdzie pan pieniądze podziewasz? Nigdyś pan ani szklanki piwa nie postawił...
— Dajże pokój, żeby nie pon Kopciuszyński, toby się nom, panie dobrodzieju, w biurze przykrzyło siedzieć...
— Rzekł gołąbek do gołąba:
Widziałeś ty w polu głąba? — nucił pan Pieńdziołek, kreśląc cyrklem półkole bardzo dokładne.
Idąc do domu pan Kopciuszyński niósł głowę tak nizko, że omal bródką ryżą guzika drugiego u paltota nie sięgał.
— Bydlę! Tchórz! Niedołęga! Smród! Padlec! Krugomdurak! — szeptał sobie do taktu z ostremi uderzeniami obcasów o trotuar.
Gardził sobą tak, aż sobie paznogcie w dłonie wbijał. Porwać rajzbret, rzucić na tę bandę! Albo kałamarzem pierwszemu z brzegu łeb rozbić!...
Ale zastanowić się: cóż oni takiego robią? Pomiatają nim, bo naprzód: daje im do tego powód swoją tępotą, a powtóre: pozwala im na to... Jakaż więc do nich pretensya?...
Sam robiłby to samo, gdyby mógł?
Nie... Choć: kto wie?... Jak można sobie naprawdę wyobrazić, coby się robiło, gdyby się było tem, czy tem, jeżeli się tem, czy tamtem nigdy nie było? Wyobraźnia jest czcza.
Ale w każdym razie pan Kopciuszyński nienawidził biura, nienawidził kolegów, nienawidził swojej pracy — i pogardzał sam sobą więcej, niż wszyscy szefowie i wszyscy koledzy razem wzięci jego mieli w pogardzie. Pan Kopciuszyński miał jedną satysfakcyę: znał do gruntu swoją niewartość, miał bezwzględną, zupełną świadomość swojej nieudolności i niższości, swego upośledzonego przez naturę ja.
Jestem osioł, jestem bałwan, jestem dureń, jestem cymbał, jestem kiep — oto litania, którą sobie szeptał nieraz leżąc na „otomanie“ w nocy, gdy w sąsiednim pokoju toczył się dyalog:
— Ten przeklęty nieporajda Hipolit znowu nic niema! — ryczała panna Eugenia.
— Niema? A jabym tak zejadla glalaletry — klekotała panna Tymonia.
— Osioł obrzydły! Langerowa z przeciwka wzięła służącą...
— Pijes... Nie perlacuje...
— Pan Bóg nas skarał takim bratem!
— Siwinia tlakli berlat...
A że zazwyczaj jedno idzie za drugiem, pana Kopciuszyńskiego mieli w poniewierce sąsiedzi z piętra i z dołu, sąsiedni sklepikarze i rzemieślnicy, szukać musiał handlów, gdzieby nie witano go pogardliwym grymasem ust — o ile miał do handlów potrzebę, czuł lekceważenie naokoło, z dołu, z góry, z przodu, z tyłu, z boków, na wskroś i przez wskroś.
Naturalnie, że o żeniaczce nie mógł myśleć.
Gdy czasem siostra Eugenia wyszła, w niedzielę, a siostra Tymonia drzemała „w karle“ w drugim pokoju, pan Kopciuszyński, mając czas, stawał przed lustrem i podziwiał swą postać: swoje rzadkie włosy, wyblakłą twarz i wyblakłe oczy, wązkie ostre ramiona, wklęsłą pierś, wydatny brzuch, wachlarzowate przeźrocze uszy — i śmiech go brał i rozpacz i ból — oto kawaler — myślał — oto kaduk zamorski! Żenić się! Do romansu! Także...
Nieparlamentarne słowo wypadało z ust pana Kopciuszyńskiego.
I czuł się naznaczonym przez złą fortunę.
Ale nie był pan Kopciuszyński bez ambicyi. I czuł to wszystko, co wypełniało jego żywot, głęboko, a upokorzenie stało się jego drugą połową krwi, jak pierwszą było przeświadczenie, że nie jest zdolen nic uczynić, aby było inaczej. Koledzy pana Kopciuszyńskiego awansowali, dostawali posady etatowe, żenili się, stawali radcami, zdobywali szacunek i znaczenie u ludzi, zyskiwali powagę i mir — on był stale niedołęgą umysłowo­‑życiowym i stale czuł się i znał się niższym od innych paryą.
Ale wybuchła wojna.
Pan Kopciuszyński zadrżał.
Jakaś niejasna myśl, myśl szczególna, zaświtała mu w głowie.
Pan Kopciuszyński nie umiał jej nazwać i nie mógł jej pojąć dokładnie.
Było to coś takiego, o czem nie myślał dotąd, ale co czuł gdzieś w zakamarkach swego jestestwa...
Pan Kopciuszyński postanowił.
Nic nikomu nie mówiąc postanowił.
I pewnego poranku, w „surduciku“ i w czarnych „spodzieńkach“ zameldował się u szefa.
— Czego pan chce, panie Kopciuszyński? — zapytał szef zdumiony, pan Kopciuszyński bowiem nie miewał nigdy żadnych interesów.
— Proszę o zwolnienie, panie dyrektorze — wybąkał pan Kopciuszyński.
Szef zdumiał się, aż okulary na czoło podniósł.
— Zwolnienie? Pan? I tak pana przecież z łask — dlaczego? Czy pan może wygrał na loteryi klasowej?
— Nie. Ja do wojska, panie dyrektorze.
— Wołali pana, co? Przecie pan już ma ze czterdzieści pięć lat.
— Czterdzieści sześć, panie dyrektorze.
— To tem więcej. No więc co? Przecie pana nie wołali. Nikogo w tym wieku jeszcze nie wołali.
Ale choćby do stu lat brali, dość na pana spojrzeć, „Allgemeine Körperschwäche“.
— Ja na ochotnika, panie dyrektorze.
— Pan?
I pan dyrektor ze zdumienia wpadł w szalony śmiech.
— Panie radco Laksikiewicz! — zawołał. — Chodź no pan tu!
— Co jest? Co takiego? — zapytał z drugiego pokoju pan radca Laksikiewicz.
— Pudże pan! Widzisz pan: pan Kopciuszyński chce do wojska, na ochotnika!
— Do polskiego, proszę pana dyrektora — wtrącił pan Kopciuszyński.
— Do polskiego?!
Obaj z panem radcą Laksikiewiczem śmiali się rzeźko.
— I to jest pana postanowienie nieodwołalne?
— Nieodwołalne, proszę, pana dyrektora.
— Ha no to trudno. Dziury w niebie nie będzie.
— Ani w biurze — wtrącił pan radca Laksikiewicz.
— Zwolnienie? Czy urlop?
O cudowne słowo: zwolnienie!... Lecz po wojnie będzie pokój — i to prawda...
— To jest o urlop, proszę pana dyrektora — rzekł pan Kopciuszyński.
— Na długo?
— Do końca, proszę pana dyrektora.
— Czego? Świata?
— Nie; wojny, proszę pana dyrektora.
— Przecież pan możesz być zabity — wtrącił pan radca Laksikiewicz.
— Tak jest, proszę pana radcy — odpowiedział pan Kopciuszyński.
— A więc do końca albo wojny, albo pana cennego życia? — spytał pan dyrektor.
— Weź pan na wypadek jedno i drugie — rzekł pan radca Laksikiewicz.
— Dobrze, proszę pana dyrektora i pana radcy, proszę o urlop do końca wojny, albo do końca mojego życia — oświadczył pan Kopciuszyński.
— A to bałwan, co? — usłyszał pan Kopciuszyński za drzwiami dyrektorskiej kancelaryi.
— Pirramidalny! Osioł mniej...
Dalszy ciąg słów pana radcy Laksikiewicza zatłukł pan Kopciuszyński obcasami na kamiennym korytarzu.
Żegnać się z kolegami? Nie... Jednak — i pan Kopciuszyński wszedł do sali.
— Przychodzę panów pożegnać, rzekł, czując, że odzywa się mimowoli uroczyście.
— Abo co? Wylali pana?
— Idę do wojska.
Chwila milczenia i śmiech, śmiech homerycki.
— Pan?!
— Pon?!
— Pon?!
— Pan?!
— Za Krakowem w polu równo,
Płyną jabłka — — zanucił obojętnie­‑muzykalny pan Pieńdziołek...
— Geniu, Tymciu — mówił pan Kopciuszyński po herbacie w domu — ja jutro rano idę.
— Gdzie?! — wykrzyknęła zdumiona panna Eugenia.
— Do biurela — zaklekotała panna Tymonia.
— Nie, do wojska — odpowiedział pan Kopciuszyński. — Do polskiego... Macie tu siedmdziesiąt pięć koron... Ja wrócę... Będę wam posyłał...
Obie siostry ryknęły śmiechem.
— Hahaha! — ryczała panna Eugenia.
— Hihihi — skrzeczała panna Tymonia.
— Tyś tam potrzebny!
— Peotrznybnybebny!
— Taki mazgaj! Fujara! Taki...
— Tlakli zearaniec!...
Gdy pan Kopciuszyński usnął na „otomanie“, głowa jego pełna była złotego wiru słów pana dyrektora, pana radcy Laksikiewicza, kolegów i sióstr... Za Krakowem w polu równo... Tlakli zeara...
W wojsku od pierwszego momentu, gdy się ukazał, miał pan Kopciuszyński tę przyjemność, że rozweselał kolegów. Kopciuszkiewicz cholera, Kopciuszkiewicz fajtłapa, Kopciuszkowski, ty p... doło! Psiakrew sobacza, panie Kapciuchiński! — huczało koło pana Kopciuszyńskiego wśród wybuchów śmiechu, lub mimowoli wesołego gniewu.
Po kilku tygodniach, ba, po kilku dniach, godzinach nieledwie, poznał pan Kopciuszyński, że i tu nie jest nikomu równy, że i tu jest niższy od innych.
— Podnieśże pan łeb, cholero jedna! Wyprostuj się pan, gały przed siebie, do kroćset fur beczek dyabłów! Nie wąchaj pan guzików, kleparskie nasienie! — okrzykiwano go dookolusieńka. — Po coś pan tu wlazł?! A to wstyd prawdziwy! Zabieraj pan swoją osobę razem z gnatami! Alboś pan jest raz żołnierz, albo —
Tu następowały rzeczy, którychby kto inny nie zniósł i zastrzelił się, ale pan Kopciuszyński znosił i egzystował.
Miał mundur, karabin, strzelali — zresztą się nic nie zmieniło.
Mundur nie zrównał pana Kopciuszyńskiego z innymi. I gdy leżał z karabinem przy oku na wydatnym nieco brzuchu, czując, że nogi ma zbyt cienkie, aby były trafione, szrapnele brzęczały nad nim: Garbowali na psie skórę... a kule karabinowe dzwoniły: tlakli zearaniec...
I czuł się pan Kopciuszyński rzeczywiście nieszczęśliwy — bo jeżeli tu, gdzie wszyscy leżeli równo na brzuchach[1], on jeszcze potrafił być niżej od innych, to już nic dlań w życiu nie pozostawało...
Ale swoją drogą cóż za różnica między kolegami nowymi a dawnymi! Gdy raz na patroli obskoczyło pana Kopciuszyńskiego pięciu Moskali i do niewoli go brali, usłyszał on nagle z krzaków: Łapaj! Pan Kapciuszkiewicz ucieka! — a w mig potem dwie kolby runęły koło jego głowy, w jeszcze jeden mig on był wolny, trzech Moskali nieżywych na ziemi, dwaj zmykali w gęstwinę, a na ziemi leżał kapral, jeden z największych na pana Kopciuszyńskiego cholerników, i stękał: Psiakrew! Żeby też za taką kapcygę w jelita dostać... Żeby pana jedenaście Miechowianek razem kolanami ścisło!... A zdróweś pan?
I zdarzyło się, że pan Kopciuszyński stał na dalekim posterunku, w zaroślach. Coś się stało niespodzianego. Nagle huknęły strzały, zawrzało w tyle opodal, snadź ruszył ze stanowiska nagle oddział pana Kopciuszyńskiego, on zaś pozostał w zaroślach sam, z tym dodatkiem, że mu przestrzelono piersi.
Ukląkł więc pan Kopciuszyński naprzód na jedno kolano, potem na drugie, oparł się na ziemi jedną ręką, potem drugą, następnie usiadł, a ostatecznie się położył.
Krew cieknie po mundurze, coraz więcej i więcej, a pan Kopciuszyński leży i myśli.
Przyjdą sanitaryusze — myśli — i wezmą mnie na nosze...
I w tej chwili przychodzi mu na myśl, że powiedzą: a cóż to za bałwan tu leży? co za osioł? co za „siwinia“?
Wszak nawet kiedy go Moskalom wydzierał ten kapral cholernik, to jeszcze walczył zań i ranę zań odebrał jako za „kapcygę“...
Pan Kopciuszyński nie wiedział wprawdzie, co oznacza definitywnie: kapcyga — ale domyślał się, że znaczy to mniej więcej tyle, co fujara, rura, fajtłapa i tym podobne.
Leży pan Kopciuszyński i czeka sanitaryuszy, nadsłuchuje czy nie idą i czy mu nie urągają, ale nic — cicho, nikt nie przychodzi.
Poczyna się panu Kopciuszyńskiemu robić słabo, coraz słabiej. Krew cieknie i cieknie sobie, a z nią, czuje pan Kopciuszyński, wycieka życie z ciała.
— Zdaje się, że już po mnie — myśli. — Musieli się cofnąć...
Snadź jest zupełnie sam w tych zaroślach.
Owszem — nie sam. Czuje pan Kopciuszyński cień, co się ku niemu przybliża...
Cień — śmierć...
Coraz bliżej, coraz bliżej, powoli, podchodzi ona ku niemu — albowiem nikt jej nie stanął na drodze, nikt nie przeciął jej drogi.
Ano — takie było przeznaczenie.
I życie pana Kopciuszyńskiego poczyna mu przepływać przed oczy.
Ciągną szeregiem: osioł, bałwan, ciemięga, pijes, siwinia, aż do zagadkowej nieco kapcygi — ciągną dziesiątek lat po dziesiątku, rok po roku, dzień po dniu, godzina po godzinie, niesłychana, ogromna procesya.
Otaczają dokładnym orszakiem pana Kopciuszyńskiego.
Niewidzi on z poza nich słońca, nieba, Bożego świata — a wszystkie gaje naokoło zdają się kiwać gałęziami: niższyś był! niższyś był! od innych!...
Taka to jest moja litania śmiertelna — myśli pan Kopciuszyński. I przyznaje, że tak być powinno. Nie zasłużył na nic innego. Był tępy, głupi, niższy...
Aż śmierć naszła tuż, do samego serca.
A wtedy jakaś jasna, świetna myśl przelśniła mózg pana Kopciuszyńskiego: wszakże nie może nikt inaczej umierać, kto umiera za Ojczyznę na polu bitwy... Otrzymuje cios w Jej służbie, pada i, jeśli ma umrzeć, umiera. To więc on, pan Kopciuszyński, czyni tak, jak inni. Poszedł za Ojczyznę walczyć, teraz wie, co czuł, i w tej walce ginie. Dusza jego wychodzi tak samo z ciała, jak wychodzi umierających dla Ojczyzny bojowników innych — jest równy wszystkim, którzy marli dla Niej...
Dumnie odetchnął — pierwszy i ostatni raz. Jeszcze jeden błysk myśli — jest równy wszystkim, którzy umarli za Polskę....





  1. Pan Kopciuszyński widocznie wojował zaraz w początkach wojny 1914 roku.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.