<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Pluton i Persefona
Podtytuł Baśń fantastyczna na tle mitologicznem
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1919
Druk Drukiem Piotra Laskauera
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Bogdan Nowakowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT IV.
Sąd bogów.


(Wewnętrzny dziedziniec na Olimpie. W oddali wspaniałe zarośla i gąszcze gajów cyprysów, eukaliptów, cytryn i pomarańcz w kwieciu. Pinje, palmy, bogata, przepyszna roślinność. Z prawej strony w głębi pałac marmurowy biały, lekki, zdobny w kolumny i kapitele. Z lewej strony, też w głębi, galerja biała, marmurowa, grecka, na smukłych słupach wsparta. Na środku półkoliste schody marmurowe, łączące pałac z galerją. Schody u szczytu zakończone wazką płaszczyzną z poręczą marmurową, owitą czerwienią róż. Schody biegnące kolisto ku środkowi rozszerzają się, poręcz się wznosi i na środku tworzy podwyższenie tronu Zeusa, tonącego w bujnej grupie palm, cyprysów, pinji i td. Na środku owego dziedzińca, mozaiką wyłożonego w meandry i cudne desenie, rodzaj czworokątnej sadzawki, z klombem przepięknych kwiatów w środku i pióropuszem wodotrysku. Dokoła sadzawki kwitną lila irysy, lilje białe i lotos. Przy galeryi i przy schodach grupy róż, caprifoljum i różowych, białych i blado-lila powojów. Niebo ciemno-błękitne, powódź srebrnego światła księżycowego zalewa wszystko. Tarczę księżyca widać na niebie. Olimp tonie w mistycznej srebrnej jaśni. Na poręczy schodów z prawej strony siedzi niedbale Fojbos-Apollo, w białej szacie lekko zarzuconej. Dokoła niego błękitnawa zorza blasków. Rozmarzony jest, smutny, tęskny. Głowę ma zwieszoną, w ręku trzyma opuszczoną lirę swą złotą. Na schodach siedzą wyżej i niżej Muzy. Tuż przy Apollu siedzi Euterpe, Muza muzyki, z podwójną fujarką w ręku. Erato, muza pieśni miłosnych, w wieńcu na głowie, z lirą wielostrunną na kolanach. Terpsychora, Muza tańca, krócej ubrana, trzyma w ręku bębenek z dzwonkami. Polyhymnia, Muza śpiewu i wymowy, w wieńcu wawrzynu na głowie, w długiej zasłonie. Inne Muzy: Klio, Melpomene, Talja, Kalliope, Urania, siedzą dalej, każda ze swemi godłami, wszystkie w długich, białych lekkich szatach).
SCENA I.
APOLLO i DZIEWIĘĆ MUZ.
(Dźwięczą ostatnie tony liry i cichych flecików Muz Erato i Euterpe. Narzędzia muzyczne opadają im z rąk).
APOLLO (smętnie).

Dzięki wam, nadobne muzy, za hymn wasz i wasze pieśni!
ERATO.
Czy duszę twą ukoiły, boże słońca?
APOLLO (tęsknie).
Serce w bólu uciszyły pieśni wasze, lecz smutek mój niezgłębiony, żal mną miota, gorycz, cierpienie i męka. Byłbym już niepocieszony, gdyby nie nadzieja, iż smutek mój rychło w szczęście się zamieni.
EUTERPE.
Może zagram ci, o panie, na fujarce mej wesołej, jakąś nutę, która nie zna smutku, żalu, która bawi... uspakaja...
APOLLO.
Nie, zaniechaj Muzo, proszę. Sztucznych nie lubię nastrojów, a i srebrnolica Selene woli rzewność niźli wrzawę tonów.
TERPSYCHORA.
Więc i tańca nie chcesz, Febie?
APOLLO (żywo).
Nie, ach, nigdy! (po chwili) Patrzcie, jak Selene świeci... (zamyśla się) Gdzież jest ona... ta najsłodsza...
POLYHYMNIA (do Uranji).
O niej marzy, za nią tęskni!...
URANJA.
Nic go chyba nie ukoi...
MELPOMENE.
Zbytnio ma zranione serce nasz bóg słońca i promieni. Strata cudnej Persefony to tragiczne są dlań przejścia.
KLIO (zamyślona).
Och, i ważny to wypadek, niebywały na Olimpie. Śmiały, czyn to wielki, zdobyć się nań mógł jeno mężny Pluton. Lecz co sąd bogów rzeknie na to, jaki wyrok da? Wnet tu areopag cały ma się zebrać.
KALIOPE.
Wyrok byłby bardzo srogi, lecz to wszak z Hadesem sprawa. Ach, pieśń o tem powstać musi, heroiczna epopea, piękna, szczytna i wspaniała, jak wspaniałym jest sam czyn.
ERATO (smutnie).
Najpiękniejsza epopea nie pocieszy boga słońca. Dusza jego nie zapomni okropnego ciosu. Chyba Kora tu powróci i nadzieje jego spełni, jeśli nie... Och!...
TALJA (lekko).
Wtedy pozostanie czas. Czas złagodzi jego smutek, boleść minie i wesele wróci. Czas to żart jest i komedja. Czas przemienia łzy w uśmiechy, czas po smutkach mężnie depce. Czas to kameleon przecie — po tragedji wnet uciecha. Och!... czas to wesoły satyr, nie lubi płaczu, woli śmiech, zabawę, żart!
APOLLO (ocknięty z zadumy).
O czem tak gwarzycie, Muzy?... Patrz, Uranjo, gwiazdy gasną.
URANJA.
Wnet różanopalca Eos pochód ranny swój rozpocznie, już Selene blednie nieco. Rychło wóz Heljosa złoty i rumaki jego białe na nieboskłon rączo wjadą.
APOLLO (w zamyśleniu).
Gwiazdy gasną... jako wszelkie sny, nadzieje i marzenia...
POLYHYMNIA.
Sądzisz, Panie, iż to gaśnie?... Ach, to tylko się przyćmiewa!... Co jest silne, silnem będzie, a marzenia, choć są często złudą, mitem, lecz są trwałe, bo zbyt piękne i konieczne są dla ducha. Zaś nadzieja, ta wszak nigdy zgasnąć nie powinna, panie!
TERPSYCHORA.
Bez nadziei cóżby było? Świat by runął bez tej mocy i wesele wszelkie znikło. Bo nadzieja tem dla ducha, czem dla ciała skoczny pląs.

(Przez czas ich rozmowy, wstaje różowa jutrzenka. Światło morelowo mgliste, nasiąkają niem z lekka białe marmury. Apollo po ostatnich słowach Terpsychory powstaje, przechadza się wolno po płaszczyźnie schodów i nagle wznosi oba ramiona w górę. Woła z zapałem, z ogniem, żywiołowo).

APOLLO.
Wstań, Heljosie!... Niech już złoty wóz wyruszy!... Światła pragnę, światła pragnę zdroju! Kaskady blasków promieni!... Hej!... światła chcę!... Niechaj tęsknot znój nadzieją się rozjaśni. Chcę w słońcu wierzyć w złudę! Ja chcę baśni snów, byle trwać w tych marzeń cudzie!...

(Złoty blask słońca zalewa wszystko, sypią się bogate, rzęsiste, promienne snopy światła. Apollo stoi z rękoma wzniesionemi w górę. Muzy powstały i odwrócone do Apolla, dłonie mając podniesione na wysokość twarzy, patrzą z zachwytem w boga słońca).
SCENA II.
APOLLO, MUZY, HERMES.
(Pojawia się Hermes, w zwykłym stroju, w kapeluszu ze skrzydłami, kaduceusz trzyma w ręku wzniesiony).

HERMES.

Witaj, Febie złotopióry!... Hymn do słońca wznosisz!... Oto od blasków iskrzy się dokoła... Niech się sypią światła rzęsiste promienie... Orszak bogów już nadchodzi, sąd się tu odbędzie!... Oto oni!... (wznosi dłoń w górę). Grajcie formingi! (niewidzialne formingi zaczynają grać).
SCENA III.
(Wchodzi orszak bogów, od strony galerji. Pierwsi: Zeus i Hera. On tak samo, jak w drugim akcie, z piorunem i berłem w ręku, majestatyczny, postawny, surowy, w płaszczu na ramionach. Hera, postać piękna, włosy czarne, faliste, poważna, królewska, w szacie białej, błękitnawej, fałdującej się jak u posągu. Na głowie korona złota z pod niej opada i całą postać otula zasłona przezrocza, biała w złote gwiazdy, rodzaj płaszcza. Biała powłóczysta szata przepasana w stanie. W ręku trzyma złotą laskę, długą, z berłem, w drugiej dłoni płaską czarę złotą. Spojrzenie dumne, surowe, poważne.
Druga para: Posejdon, postać wyniosła, niemłody, z dużą brodą trefioną po grecku. Twarz posępna, o mądrym i groźnym wyrazie. Owinięty w ciemną chlamidę, koloru wzburzonego morza, w ręku trzyma trójząb. Obok niego bogini ziemi Demeter, tak samo jak w akcie II-im, tylko w płaszczu koloru słomy w złote snopy zboża. Nagłowie wieniec pszeniczny. W ręku laseczka złota z pękiem kłosów. Postępuje znękana, smutna, zbolała.
Za tą parą idzie Pallas Atene, bogini mądrości. Postać wysoka, szczupła, lecz silna, rycerska. Twarz piękna raczej męzka, bez niewieściego wdzięku, mądre czoło, oczy wielkie, rozumne, usta dość wązkie i surowo spojone. Pochmurna surowość i mądra zaduma na twarzy. Strój składa się z szaty fałdzistej, srebrzystego koloru, obszytej złotym meandrem. Szatę obciska na piersiach pancerz ze srebrnej łuski. Na głowie szyszak srebrny z dużym potrójnym grzebieniem zagiętym na przód. Srebrna metalowa siatka opada z pod szyszaka na niezbyt długie, ciemne włosy zupełnie gładkie, proste, nie faliste. Ramiona nagie, na prawem żelazny naramiennik. Sandały srebrne. W ręku tarcza Egida, suto rzeźbiona w chmury i pioruny oraz włócznia cienka, długa.
Obok Ateny postępuje bogini Hestja, wysmukła, wiotka, skromna i piękna niewiasta, o szlachetnym, pogodnym wyrazie bladej twarzy. Owita w białą lnianą prostą szatę, w zawoju na głowie, z zasłoną białą, która ją całą opływa i zarzucona jest z przodu na lewe ramię. W ręku trzyma laskę z kości słoniowej, w drugiej lampkę oliwną.
Czwarta para Ares i Afrodyta. Ares młody, silny, postawny, bez zarostu, ubrany po rycersku w pancerz okrywający całą postać, z pod którego wysuwa się krótka, fałdzista suknia bojowa ze złotolitej tkaniny, na głowie ma hełm złoty z grzebieniem, w ręku włócznię i tarczę złotą. Na nogach sandały wysoko sznurowane.
Afrodyta młoda, niezwykłą urodą jaśniejąca, smukła zgrabna, wyzywająca nieco i zalotna. Włosy złoto-rudawe, lekko faliste, ślicznie i bogato na głowie ułożone. Na sobie ma lekką, przezroczą, biado-lila szatę jak z gazy, tylko na lewem ramieniu spiętą, na drugie ramię wdzięcznie zarzuconą. Na nogach purpurowe sandałki. W dłoni trzyma złote jabłko, w drugiej gałąź mirtu.
Piąta para to Dyonizos i bogini Artemis. Dyonizos, piękny młodzian, pełny i biały z rumieńcem na licach, bez zarostu. Włosy jasne, w bujnych puklach spadają na krągłe barki. Na głowie wieniec z bluszczu i czerwonego winogradu. Odziany jest w sarnią skórę, płową. Na nogach ma płytkie sandały. W ręku trzyma tyrs, czyli laskę wysoką, zakończoną szyszką. Wyraz twarzy wesoły, zmysłowy.
Artemis, jak w akcie drugim, w krótkiej, myśliwskiej zielonej szacie, ściśnięta pasem w stanie, na plecach sajdak pełen strzał, w ręku łuk, za pasem nóż myśliwski. Włosy ciemno-kasztanowate, gładko w tył sczesane. Nad czołem półksiężyc. Za nimi postępuje Hefajstos jak zwykle ubrany, z żartobliwym wyrazem twarzy.
Przy nim bogini młodości, Hebe, wiotka, śliczna, młodziutka dziewica, w lekkiej powiewnej szacie białej, z leciuchnym odblaskiem różu. Cała opleciona wieńcami z róż, na włosach ciemnych, puszczonych luźno, wieniec z róż. W ręku trzyma czarę i dzban złoty z nektarem. Za nimi postępuje Eros, smukły, młodzieńczy, śliczny, średniego wzrostu, złotowłosy, z twarzą dziewicy, w zarzuconej na ramiona lekkiej szacie, koloru jasnego błękitu. Strojny jest w olbrzymie skrzydła białe z odblaskiem błękitnym, sute, szumiące. Trzyma w ręku łuk złoty i kołczan purpurowy ze srebrnemi strzałami. Przy Erosie postępuje Hymen, bożek małżeństwa, młodzian dorodny, z czarnemi lokami, w sukni koloru złota. W ręku trzyma zapaloną pochodnię. Przy wejściu pierwszej pary bogów pojawiają się śliczne małe duchy górskie i łąkowe w postaciach jaskółek, gołębi, kanarków, łątek wodnych i motyli. Wbiegają i świergocąc rozstawiają dokoła nad schodami złote zydle i ławy, całe zaś schody i dziedziniec zarzucają kwieciem, głównie róż i irysów.
Gdy bogowie wchodzą, Apollo stoi z prawej strony na wzniesieniu nieco niżej od niego, ku pałacowi stoją Muzy, niżej, na pierwszych stopniach schodów stoi Hermes. Apollo i Hermes, przed Zeusem i Herą pochylają głowy w głębokim ukłonie. Muzy przyklękają na jedno kolano i pochylają głowy. Apollo skinieniem ręki oddala je, więc odchodzą wolno. Zeus i Hera oddają ukłon Apollinowi i Hermesowi i dumni, majestatyczni, wstępują na schody, podchodzą do tronu i siadają. W tej chwili zlatuje orzeł przepyszny i siada u nóg Zeusa z prawej strony; obok Hery pojawia się paw barwisty. Bogowie siadają parami, jedna para na prawo, druga na lewo, po kolei. Hefajstos przyłącza się do Hermesa i z nim staje obok bogini Hebe. Apollo nieco odosobniony).
ZEUS (mówi z godnością i powagą, przez którą zawiść przebija).

Zgromadzenie nasze roztrząsać tu będzie sprawę poważną, sprawę, która poruszyła cały Olimp wielki, sprawę niebywałą na Olimpu górze. Skupiajcie przeto bogowie umysły, roztropnie rzecz całą pod uwagę weźcie, by słuszny wyrok każdy z was potwierdził. Ukarać winnego i spokój przywrócić, to zadanie nasze.

(Hermes i Hefajstos uśmiechają się trochę drwiąco).

ZEUS.
Winnym jest Pluton, Tartaru władca, podziemi pan.
DEMETER (wzburzona).
Córkę moją porwał i uniósł w podziemia, bez woli mojej i bez mojej wiedzy. O! Ma niewinna, piękna Persefona w otchłaniach Tartaru! To zbrodnia okrutna!
ZEUS.
Zanim wydam wyrok, proszę was, niech każdy o czynie tym zdanie swe wyjawi. Mój wyrok niezmienny, lecz pogląd was wszystkich poznać chcę, bogowie. Mów Demetro, proszę, twój głos jest tu pierwszym.
DEMETER.
Żądam zwrotu córki natychmiastowego, żądam, by Pluton oddał mi ją zaraz, i poniósł karę za czyn tak potworny, by mnie i Persefonę przeprosił i wszelkie zapały swe ku niej umorzył.

(Hefajstos czyni ruch gniewu i niecierpliwości. Hermes śmieje się szyderczo).

HERA (dumnie).
Zapominasz Demetro, że Pluton bóg wielki i groźby twoje dosięgnąć nie mogą srogiego piekieł władykę. Mówisz, jakgdyby winnym był bohater z ziemskiego padołu, którego karać, upokorzyć można. Pluton zbyt groźny, potężny, by żądania twoje spełnić się mogły. Pluton wyrokom twoim nie podda się nigdy.

(Zeus niechętnie patrzy na Herę).

ZEUS (niecierpliwie).
Jednak zawinił. Mówcie, bogowie, co sądzicie o tem.
DEMETER (gniewnie).
Nikt złagodzić nie zdoła potwornego czynu, żadnego tłomaczenia niema. Pluton odpowiada, bo zbrodnię popełnił, zbrodnię karygodną.
POSEJDON.
Za silnie nazywasz czyn jego, Demetro! Dla ciebie to zbrodnia, dla niego konieczność, potrzeba serca i ducha. Postąpił gwałtownie, sam to przyznaję, lecz nikt mu chyba szlachetności nie ujmie. Jest silny i mężny, niezłomną ma wolę, szaloną energję, ogień nosi w sobie. Czyn jego nie zdziwił mnie wcale, to zwykły objaw charakteru jego.
ZEUS (przerywa, niechętnie).
Jakież twe zdanie o sprawie, Posejdonie?...
POSEJDON (poważnie).
Sprawę rozstrzygnąć może tylko Persefona. Gwałtem za gwałt płacić rzecz to niemożliwa. W bramy Tartaru bez okrutnej wojny nikt wniknąć nie zdoła, wojna zaś taka wielce niebezpieczna. Rozdrażniać Plutona ja nie radzę wcale.
DEMETER (gniewnie).
Więc mam córkę poświęcić i w jaskini jego zostawić jak lwu na pożarcie?
POSEJDON.
Słusznie, Demetro, Plutona lwem zowiesz, jeno lew ten srogi nie na pożarcie uniósł córę twoją, lecz by przy boku swoim ją posadzić, miłością uwieńczyć, królową uczynić.
ZEUS (drwiąco).
Widzę, Posejdonie, że piekieł władca wielkiego w tobie przyjaciela znalazł. Czynu jego nie karcisz, zamiary jego tajne odgadujesz zda się.
POSEJDON.
Znam go jeno dobrze, cenię i wysokie mam o nim mniemanie. Zadzierać nie radzę z taką jak on siłą, nawet tobie, wielki możnowładco.
PALLAS ATENE (z namysłem).
Pozwólcie, iż ja głos tu swój dołączę. Zaznaczam najpierw, iż dla Aidesa cześć i uznanie mam zawsze głębokie. W nim się zamyka nietylko potęga siły i władzy, lecz potęga ducha... Porwał Persefonę, bo mu tak kazała mocarna wola, jaką nosi w sobie. Żar serca, duszy, namiętności żywioł — to go uniosło. Spełnił, czego pragnął, niczyjej, nawet woli ukochanej nie pytając.
ZEUS (drwiąco).
Skądże pewność twoja, mądrooka Pallas, że on ją ukochał?...
PALLAS ATENE.
Czynem takim wszakże jeno miłość silna pokierować mogła. Kto zaś zna Plutona, ten zrozumie łatwo, że nie żądza zmysłów tu przyczyną główną. Kocha Persefonę, nic jej przeto więcej nie grozi w Tartarze, nad to, iż piekieł zostanie królową, Erebu i Elizjum panią. Skoro więc Kora kocha Aidesa, sprawa skończona. W niej zagadka cała i rozsądzić ona powinna tu jeno.
ZEUS (kpiąco).
Zaprawdę, wyrok wielce łagodny dla brutalnego czynu Orkusa śmiałego.
PALLAS ATENE.
Takie moje zdanie. Czyn nie jest brutalny zuchwały tylko, lecz to go nie szpeci. Winy Plutona nie uznaję, dzielność jeno wielką, ta zaś porwać mogła Persefonę. Znam Korę; wiem, że męstwo i czyn tak heroiczny zjednać ją mógł dla niego. Ona tutaj postanowić musi, bez niej każdy wyrok zwalonym być może, a Pluton drwi sobie z wyroku, jaki tu zapadnie.
ZEUS (y).
Więc i Atene zwolenniczką jego! Mów ty Hestjo, proszę!
HESTJA (skromnie, poważnie).
Sądzę, że jeżeli Pluton kocha Korę miłością duchową, skoro to uczucie czyste jest i godne, groźnego nic niema.
ZEUS (z gniewem).
Miłością duchową!!... Posadzi więc ją pewnie na ołtarzu złotym, skrzydła przypnie białe, jako u Erosa i sam będąc bogiem, bóstwem swojem ją uczyni, przed którem tylko pokłony bić będzie i palić kadzidła. Wątpię, by Persefonie wystarczyć to mogło i nie chcę posądzać Plutona o niedołęstwo takie.
HERA (złośliwie).
Mierzysz go, Zeusie, swoją własną miarą. Zapał zmysłowy posiada on również i bardzo bujny, lecz nie na tej sile miłość swą buduje. Duch większą ma władzę, niźli chuć zmysłowa w uczuciach jego.
ZEUS (szyderczo).
I ty go znasz, Hero!...
HERA (dumnie).
Znam go i cenię! Wierzę w duchów zespół, na tym podkładzie miłość prawdziwa wyrasta trwale i najpiękniej kwitnie.
ZEUS (gwałtownie do Apolla się zwracając).
Apollinie, słońca boże, mów ty teraz, proszę, o Plutona czynie.
APOLLO (z godnością i smutkiem).
Czyn jest gwałtowny, może nawet dziki, lecz pyszny i wspaniały. Pluton kocha cudną Persefonę! Wierzę iż duchem ukochać ją zdołał, a miłość taką ona wzbudzić może i taka miłość głęboka jedynie, szczytna i wzniosła. Lecz czy Persefona Plutona miłuje, czy powolna będzie uczuciom jego, czy jej Tartar nie przerazi, jej... dziewicy słońca i błękitów.
ZEUS (niechętnie).
Więc jaka jest twoja rada, Febie Apollinie?...
APOLLO.
Spytać Persefony, jak ona postanowi, tak zostać powinno. Ona samej siebie sędzią.
DEMETER (gniewnie).
Śmiało twierdzić mogę, iż do mnie powrócić zechce. Kora-Persefona, na wieczne czasy przekląwszy Plutona. Ja zaręczam za nią!
HEFAJSTOS (dość głośno).
Ryzykowne nieco zaręczanie takie.

(Wszyscy spojrzeli w jego stronę, lecz Zeus przerywa).
ZEUS (z hamowanym gniewem).

Afrodyto i Aresie, na was kolej. Mówcie, proszę!
AFRODYTA (z wdziękiem przeginając się w stronę Zeusa).
Potępiam czyn Plutona, zbyt śmiały, bezczelny! Skrzywdził matkę Demetrę i ciebie obraził, potężny Zeusie. Nic go istotnie tłomaczyć nie może. Czyn bezwzględnie dziki i nawet bezwstydny! Wiem, że Persefona odrzuci ze wstrętem zmysłowe jego zapały i na Olimp wróci. Jestem jej pewna!

(Pallas Atene patrzy uważnie i surowo na Afrodytę z lekką drwiną, toż samo Hera. Hestja robi ruch rozpaczy. Apollo wdzięcznie na Afrodytę spojrzał. Hefajstos śmieje się z sarkazmem. Zeus rozpromienia się wyraźnie).

HEFAJSTOS (głośno, z szyderstwem).
Czyn Plutona dziki, bezwzględny, bezwstydny... dlatego tylko, że Korę porwał, nie zaś Afrodytę, wtedy byłby wielkim. O ile by zaś żądze zmysłów go uniosły, miałby korzyść większą, bo by ze wstrętem odrzuconym nie był. He!... hel... he!...

(Bogowie uśmiechają się powściągliwie. Afrodyta szyderczo, ostro, patrzy na Hefajstosa).

ARES (energicznie).
Pluton jest winien, puścić tego płazem nie można przecie. Jeśli Persefony sam oddać nie zechce, wydać mu wojnę. Za zwycięztwo ręczę!
HERA (surowo).
Za wiele wojna taka klęsk by przynieść mogła. Wynik nie pewny, a olbrzymie straty.
POSEJDON.
Wprost nieobliczalne! Pluton rozgniewany, dla Olimpu nawet niebezpiecznym byłby.
HEFAJSTOS (poważnie).
Jeśli sama Kora opuścić go nie zechce, wy jej nie wydrzecie, by największą siłą.
ZEUS (dumnie).
Nawet mojej, Hefajstosie, urągasz wszechwładzy?
HEFAJSTOS (dobitnie).
Nawet twojej!... Plutona w gniewie widywałem nieraz i wiem co może.
AFRODYTA.
Zapędzasz się nieco, ognioplujco, i jesteś zbyt stronnym. Pluton rozkazom Zeusa uledz musi i ulegnie pewno.
HEFAJSTOS (szyderczo).
Tak samo ulegnie, jako już pokornie posłów jego przyjął.
ZEUS (ostro).
Tem pogorszył sprawę, to zuchwalstwo wielkie! Dyonizosie i Artemis, co mówicie na to?..
DYONIZOS.
Pluton winien! Czyniąc krzywdę Demetrze, krzywdzi ziemię całą, naraża jej płody, hojność jej niweczy. Persefonę oddać musi, bo to życie ziemi, to jej złote ziarno. Demeter bez Kory zgnębiona i smutna, opustoszy ziemię. To klęska ogólna!
ZEUS (poważnie).
Słuszne twoje zdanie, Dyonizosie mądry! Rozum przez cię mówi.
HEFAJSTOS (żartobliwie).
No... i nieco strachu, aby w kadziach jego nie zabrakło wina, cóżby wtedy czynił on... Sylen... bachantki...
DYONIZOS (wesoło do Hefajstosa).
Żal mi i wina, to wyznaję szczerze, lecz żal i całej ziemi. Dlaczego zresztą winne grono złote, jakiem Persefona śmiało zwać się może, trwać ma w Hadesu otchłaniach, miast Olimpu górę słodyczą swą darzyć.
HEFAJSTOS.
Skoro Hades woli, skoro tamte ukochała cele...
APOLLO (wzruszony).
Ukochała?... A wszak tego nikt nie zbadał dotąd, to jest rzecz wątpliwa.
HEFAJSTOS (wyzywająco).
Dlaczego?...
APOLLO.
Ona kocha słońce, promienie, kocha kwiaty, gaje...
HERA.
Nic to nie przeszkadza, by ją Hades porwał. Kora jest niepewna, ja trzymam z Hefajstem.
HEFAJSTOS (na boku, wesoło).
Przecież matuleńkę zjednać potrafiłem. He!... he!.. he!..
ARTEMIS.
Moje zdanie krótkie. Wojnę prowadzić z Plutonem, jest to rzecz daremna. Persefony odebrać nikt z nas tu nie zdoła, chyba ona zechce. Pluton samym zmysłom nie hołdował nigdy, tak samo i Kora. Wierzyć tedy mogę w ich duchowy zespół. Skoro już porozumienie między nimi zaszło, skoro ona... jego... sprawa rozwiązana.
ZEUS (złośliwie).
Dziwne to zaiste, że tak wszyscy znacie Plutona z Tartaru, choć on ze swych podziemi nieczęsto objawia groźną swą potęgę.
PALLAS ATENE.
Niekoniecznie widzieć, można przeczuć wiele. Plutona się z czynów jego poznaje, Zeusie.
HEFAJSTOS.
Jak my znamy Tartaru tajniki, tak Hades wie dobrze, co się dzieje w przejasnym Olimpie, gdzie tyle jest blasków, taka jaśń niby. W państwie Plutona, w jego mrokach cieni, duch raczej panuje niźli brudne żądze.

(Zeus zmieszał się nieco).

ZEUS (do Hermesa).
Hermesie, ty mówisz!
HERMES (wykrętnie).
Trudno coś orzec, zawikłana sprawa! Walki z Plutonem nie można doradzać, lecz i Persefonę stracić to krzywda bolesna. Zatem, o bogowie, rada moja taka. Niech stanie przed wami Persefona sama, lub z Plutonem razem, niech ona da świadectwo prawdzie uczuć swoich i zdanie wyjawi.
APOLLO.
Hermes dobrze mówi, to najlepsza rada. Postąp tak, Zeusie, wszystkie głosy za tem. Wszak prawda, bogowie, zgadzacie się na to?...
ZEUS.
Dobrze, lecz jeszcze wy, Hymenie, Erosie i wdzięczna Hebe, głosy swoje rzućcie.
EROS (powstając).
Zależy tu wszystko od miary ich uczuć. Jeśli jest tam miłość silna, obopólna, więc jest pragnień ogrom, szał, zapał, tęsknota... niezwalczone siły... One wygrać muszą! Trzeba się przekonać jakie są w nich moce i wtedy sądzić.
HYMEN (powstając).
Rozstrzygnąć tu może okoliczność jedna. Jeżeli Persefona w państwie Aidesa skosztowała owocu otchłani, granatu, jest już poślubioną Plutonowi żoną. Praw nikt nie ma do niej, w Hadesie zostać musi już nieodwołalnie. O ile nie, wrócić może zawsze.
DEMETER (gwałtownie).
Wrócić musi! Zastrzeżenia twoje nic nie znaczą dla mnie, Hymenie cnotliwy. Jadła czy nie jadła granaty Tartaru, miejsce jej na Olimpie i tu mieć ją muszę.
HEBE (wdzięcznie).
Szkoda młodości i cudnej urody słodkiej Persefony, by w Hadesie była. Lecz gdy ona zechce na Olimp powrócić, czyż Pluton ją wstrzyma? Wstrzymać jej nie może!
POSEJDON (pobłażliwie).
Znać, żeś młoda, Hebe!
HEBE.
Uznaję również młodość zapalną Plutona. Tylko młodość krewka czynu tak dzielnego dokonać mogła. Ale młodość swobodę lubi, młodość samodzielna więzów nie znosi i więzy rozrywa.
PALLAS ATENE.
Młodość jest stanowczą a Pluton też młody, oporu nie znosi. Zdobyty swój ideał zachowa dla siebie. Połamie wszystkie przeszkody, a ją zatrzyma.
DEMETER.
Nie znasz Pallado, Persefony mojej, wolę swą posiada, energję i siłę.
PALLAS ATENE.
Tem trudniejsza walka, jeśli ją srogi Pluton przykuć do się zdołał.
DEMETER.
Nigdy w to nie uwierzę!
ZEUS (do Hermesa).
Podążaj, Hermesie w otchłań Tartaru i przyprowadź do nas piękną Persefonę.

(Hermes składa ukłon i wybiega. Zeus zamyśla się, podparty na dłoni. Hera rozmawia z Demetrą. Posejdon, Afrodyta, Artemis, Dyonizos, Ares i inni bogowie, prócz Apolla, powstają i schodzą na posadzkę dziedzińca, koło wodotrysku i rozmawiają z sobą grupami).
SCENA IV.
WSZYSCY PRÓCZ HERMESA.

DYONIZOS (zbliża się do Afrodyty).
Zawsze pieścisz, o przepiękna, złote swoje godło (wskazuje jabłko). Dar Parysa lubisz widzę, jest on twoją chlubą.
AFRODYTA (zalotnie).
Chlubą?... Nie potrzebna mi przechwała. To tylko świadectwo mojego pierwszeństwa, noszę je chętnie, by podrażnić nieco dwie współzawodniczki o urody berło.
POSEJDON (który się zbliżył).
Mały to dowód niewieściej próżności.
AFRODYTA (zalotnie).
Tobie to, władco mórz, schlebiać powinno, gdyż jam rodem z państwa twego. (do Dyonizosa) Śmiejesz się, Winodajny?...
DYONIZOS.
Myślę właśnie, że morze wyrzuciło, co najpiękniejszego miało z dziwów swych i cudów, bo zazdrosna Amfitryta o Posejdona swego, nie chciała cię przechowywać, najcudniejsza! Wszystko tam przy tobie gasło; muszle, perły i korale krasę swoją utraciły. (Ciszej) Amfitryta była wściekła.
HEFAJSTOS (zbliżył się).
Więc wydawszy tobie wojnę, bogu wojny cię wydała! He!.. he!.. he!..
AFRODYTA (złośliwie).
Najpierw ukarawszy tobą, nagrodę dla mnie obmyśliła.
HEFAJSTOS.
W mężnych barach Aresa. Ehe!... Ja tam o to żalu nie mam! Spokój własny cenię wielce!

(Afrodyta obrażona odchodzi i przyłącza się do Aresa i Erosa. Hymen cicho, poważnie rozmawia z Hestją. Hebe żywo i zręcznie roznosi i podaje bogom złote czary, które napełnia nektarem, ze swego dzbana. Pomagają jej w tem małe duchy łąkowe. Bogowie piją. Apollo siedzi zamyślony, smutny. Do Hefajstosa zbliża się Artemis. Posejdon z Ateną rozmawia).
HEFAJSTOS (wskazując Apolla).

Słoneczny braciszek zmartwiony zda się nieco... he... he!..
ARTEMIS (lekko).
Łatwo zgadnąć powód troski. Ha!.. sam sobie winien!..
HEFAJSTOS.
Miałże gonić za Plutonem, walkę z nim zaczynać?...
ARTEMIS.
Wszak mógł go uprzedzić. Persefony się nie błaga o miłosne szały, ją się bierze siłą woli.
HEFAJSTOS.
Jak próbował Zeus. Hahaha! Udało mu się świetnie...
ARTEMIS.
Zeus był cyniczny. Zmysłowa lubieżność to również nie dla niej.

(Zbliża się wolno do nich Apollo).

ARTEMIS.
Zazdrość unosi Zeusa, lecz broń to nie jest przeciw tamtym siłom i może przeciw woli samej Persefony.
APOLLO (marzycielsko).
Woli jej nikt nie zbadał jeszcze...
ARTEMIS.
Ja ją odgaduję, zda się nie omylnie...
APOLLO.
Och!... zaniechaj, siostro!
ARTEMIS.
Wolisz nie z mojej ręki truciznę tę wypić?... Trwajże w złudzie, promienisty!

(Odchodzi. Zbliżają się: Atene, Ares, Dyonizos).

DYONIZOS.
Pan — opowiadał mi, że porwanie straszne było. On i nimfy podrętwieli. Cjana w źródło zamieniona posochem Plutona.
HEFAJSTOS.
Już ją Kora-Persefona do życia wróciła z wolą Aidesa.
PALLAS ATENE.
Wpływy swe zaczyna?... To dla Demetry i Zeusa znaki niepomyślne.
DYONIZOS.
Lecz dla Hery znak radosny. Ona radaby się pozbyć pięknej Persefony, dla powodów... zrozumiałych.
HEFAJSTOS.
He!... he!... he!... bo już orzeł, ani chmura, ani deszczyk złoty, ni wąż, ni... rogate bydle, do bram Tartatu nie wniknie, nie wejdzie, nie wpełznie... Ot, schowanko dobre... he!... he!...
ARES.
Cicho, gromowładny słyszy!
HEFAJSTOS.
Wszak nie zwalą mnie z Olimpu raz wtóry, bym i drugą wybił nogę. Hera ze mną trzyma, to nabytek wielki.
ARES.
Zeus dziwnie zamyślony, nektaru nie pije... Coś obmyśla, jątrzy w sobie, może wojnę Plutonowi wydać chce! Cóżby to za walki były! A!... na Tytany i Centaury, niebezpieczne to zapasy!
HEFAJSTOS (zjadliwie).
Hej, Aresie, dawaj nura, póki jeszcze czas! Zniewieściałeś przy mej żonie... bo to... te... tam... morskie piany... he!... he!... nie zaostrzą włóczni twej. Stępią... stępią... każdą broń. Zniedołężniejesz, koleżko miły mój! Ehe...
ARES (surowo).
Ostrzyć broni mej nie będziesz, zbrojokujco. Gdy Plutona zaś pokonam i odbiję Persefonę, wtedy z tobą walkę stoczę, za obelgę twą bezczelną.
HEFAJSTOS (kpiąco).
Dopiero wtedy... he!... he!... mogę przeto spać spokojnie, bom bezpieczny, jako dziecię w łonie matki.
ARES (z okrzykiem).
Hefajstosie!... (pochyla włócznię).
PALLAS ATENE (wstrzymując go ręką).
Stój, niebaczny!... wszak na wielkim sądzie jesteś.
HEFAJSTOS (pobłażliwie).
Niech poigra chłopyś sobie!... He!... he!...
PALLAS ATENE.
Odejdź w spokoju, Aresie!
HEFAJSTOS.
Do bogini swojej lubej na słodkie pieszczoty! He!... he!...

(Ares żachnął się, lecz Atene go odprowadza, więc odchodzi).

PALLAS ATENE (po chwili namysłu).
Czy kto Korę uwolni od Tartaru niebezpieczeństw, które groźne dla niej nie są, czy też sama się wyzwoli, czeka ją coś gorszego na Olimpu górze, bo już to jej nie ominie, Zeus ją posiądzie, nazbyt ku niej płonie. I Demeter nie ocali córy swej.
HEFAJSTOS (z emfazą).
Tedy mówię, o Atene, że spokojną bądź!... A!... na wszystkie łby Kerbera, to z Plutonem sprawa jest!
APOLLO.
Ja ocalę ją od wszelkiej żądzy brzydkiej i zamachu. Chcę poślubić cudną Korę. Gdy błękitów będzie panią, słońca, muzyki, poezji i śpiewu, nietykalną już się stanie.
HEFAJSTOS (na boku).
He!... he!... he!...
APOLLO.
Gdy nadejdzie tu z Hadesu, wnet zamiary swe wyjawię i was wszystkich, o bogowie, świadkami wyznań mych uczynię.
HEFAJSTOS (z udaną powagą).
Będziemy winszowali złotokędziornemu, a jakże!... Ot, wspaniała chwila! Muzy będą grać i śpiewać, Heljos palić, Zeus grzmieć... Chmury... słońce... pioruny... Złota lutnia się rozdźwięczy... Evohe!.. A nieszczęsny, biedny Pluton do Tartaru schowa się, jako ruda mysz do nory... Ach, jak żal mi go, biedaka... Tak go zgnębią... Nieboraczek!...
DYONIZOS (z zapałem).
I weselne będą gody! Evohe! Winnice moje nie wystarczą na tak niebywałe uczty. Sylen mój utonie w winie i bachantek orszak cały!
HEFAJSTOS (szydząc).
Eh! i ty, Dyonizosie pękniesz w winie, mówię ci! To niezwykłe będą gody: młody pan, bez panny młodej!...
PALLAS ATENE (uśmiecha się tajemniczo).
Hefajstosie, tęgo kpisz!...

Ot i Hermes biegnie ku nam.
SCENA V.
WSZYSCY BOGOWIE, DUCHY ŁĄKOWE i HERMES.

HERMES (wpadając).
Kłosonośna kwiecia pani, Kora-Persefona z orszakiem swym się zbliża.
PALLAS ATENE (wznosi rękę w górę).
Enigma wkracza tu!...
ZEUS (w podnieceniu, ocknął się).
Bogowie... zajmujcie miejsca swe!

(Wszyscy idą na swoje miejsca z pewną gorączkową ciekawością i podnieceniem. Siadają jak przedtem. Demetra zrywa się, lecz opanowawszy się, siada ponownie.
Wchodzi orszak Persefony: kilku Demonów w mglisto fioletowych szatach, ze skrzydłami błoniastemi, jak u nietoperzy, kilka karłów, duchy skalne, też same, co w akcie III-im, cykając i brzęcząc lekko. Za niemi ukazuje się Persefona w szacie białej. Włosy upięte w grecki węzeł, nad czołem złota korona, z pod której opada długa, aż do ziemi i szeroka jak płaszcz zasłona, niby mgła ponsowa przezrocza. Na nogach ponsowe sandałki. W ręku trzyma biały narcyz. Za nią postępuje Nemezys z wagami i Hekate Tryformis z pochodnią, poczem Minos, Eak i Radamantos, na końcu Tanatos ze spuszczoną, zgasłą pochodnią. Gdy weszli, Persefona składa ukłon przed areopagiem bogów, orszak jej również, lecz dużo głębszy, poczem Persefona staje z prawej strony, orszak w bok po za nią, karły, demony i duchy ustawiają się naprzeciw niej, po drugiej stronie, skupieni w grupę. Duchy podbiegają i złoty zydel stawiają przed Persefoną, ona jednak nie siada. Nagle żywym ruchem podbiega do Demetry, ta wstaje i schodzi ku niej z otwartemi ramionami).
SCENA VI.
WSZYSCY BOGOWIE, PERSEFONA, MINOS, EAK, RADAMANTOS, TANATOS, NEMEZYS, HEKATE, DEMONY, KARŁY, DUCHY SKALNE, DUCHY ŁĄKOWE.

DEMETER.
Córko moja miła!
PERSEFONA.
Matko!...

(Krótka chwila uścisku. Bogowie milczą, Zeus groźny, poważny, lecz pochłaniający wzrokiem Persefonę).

ZEUS.
Witaj złotokłosa, piękna Persefono. Matce twej i nam wszystkim miło witać cię znowu na Olimpu górze. Wracasz do nas, jak promień złoty. (do Demetry) Siądź Demetro, proszę.
(Demeter siada na swojem miejscu).
PERSEFONA (do bogów dość wyniośle, ale wdzięcznie).
Witajcie, bogowie!
CHÓR BOGÓW.
Witaj, kwiecista!
APOLLO.
Witaj, przejasna królowo błękitów! Trwaj nam i promieniuj!...
PERSEFONA (do Zeusa).
Wzywałeś mnie, Zeusie — jestem oto. Mów czego żądasz!
ZEUS (poważnie, dobitnie).
Wyzwolić chciałem ciebie z otchłani Tartaru, z Plutona niewoli.
PERSEFONA (dumnie).
Z niewoli?...
ZEUS.
Tyś królewna Olimpu, tutaj miejsce twoje! Sąd nasz rozważył sprawę porwania ciebie, piękna, przez srogiego Plutona.

(Gdy Zeus zaczyna mówić, pojawia się za Persefoną Pluton z odkrytą głową, tak samo ubrany w brunatny ciemny płaszcz. Hełm swój, inny niż zwykle, czyniący go niewidzialnym i posoch trzyma w ręku. Słucha uważnie, poczem gdy Zeus mówi ostatnie słowa, Pluton hełm nakłada i otacza się odrazu jakby mgłą szaro-czerwoną. Już niewidzialny przez nikogo w tej mistycznej mgle staje obok Persefony. Ona tylko spostrzegła go i zadrżała lekko).
SCENA VII.
WSZYSCY BOGOWIE. WSZYSCY Z ORSZAKU PERSEFONY I PLUTONA.

PLUTON (niewidzialny przez nikogo).
Zaufałem ci, Kori...
PERSEFONA (poważnie).
Ufaj zawsze!
PLUTON.
Jam przy tobie.
ZEUS (kończy).
Gwałtowny czyn Plutona skarcony być musi. Ty już doń nie wrócisz, taka nasza wola.
PERSEFONA (dumnie).
Więc wyrok wydany?... Bez mej obecności?... Słucham wyroku, chcę go znać dokładnie.
ZEUS (wyniośle).
Na Olimpie już zostaniesz, nie powrócisz do Plutona, — to mój wyrok, rozkaz mój. Orszak piekieł wróci sam w otchłanie, wolę moją zaniesie zuchwałemu Plutonowi.

(W tej chwili Pluton zdejmuje swój hełm czyniący go niewidzialnym, natychmiast mgła opada, wszyscy spostrzegają go obok Persefony. Wrażenie ogromne i nieoczekiwane. Okrzyk wybiega z ust bogów. Zeus powstaje nagle wzburzony i znowu siada, kilku bogów to samo. Apollinowi wypada z ręki lutnia z brzękiem. Paw Hery wydaje krzyk dziki.
Długa chwila ciszy. Pluton mierzy wzrokiem Zeusa. Demeter przerażona, ramiona wznosi w górę).

PLUTON (stanowczo i groźnie).
Zwalisz wyrok twój, Zeusie! Persefona moją jest i Hadesu panią! Zostanie u mnie!
DEMETER (z krzykiem).
Och nieszczęsna Kora moja! Ratuj ją, Olimpu władco! Och!... och!...
ZEUS (ponuro).
Czy ostatnie to jest słowo twoje, Aidesie?...
PLUTON (z siłą).
Niezłomne!!
ZEUS (z gniewem).
Nie możesz więzić Kory wbrew jej woli. Persefona krępowana nawet przez cię być nie może. Niezależną jest boginią i wielką.

(Do Persefony).

Wyznaj, złotokłosa, wolę swą i swój wyrok.

(Dumnie spoziera na Plutona).
(Wszyscy pochyleni naprzód patrzą uważnie na Persefonę, Apollo szczególnie. Hefajstos minę ma drwiącą, Hermes zabawną. Pluton stoi na posochu wsparty, dumny, sztywny).

PERSEFONA (z siłą i dobitnie).

Chcę zostać w Tartarze, przy boku Plutona.
(Ogromne wzruszenie. Okrzyk ogólny poruszenia).

DEMETER (z tragicznym okrzykiem).
Persefono!... Persefono!... Przeklętam na wieki!...
APOLLO (załamuje ręce).
Stracona!... O niebiosa!...
ZEUS (powstaje).
Persefono, czy to wola twoja własna?...
PERSEFONA (z mocą).
Wola ducha mego, serca i umysłu! Żoną Plutona pragnę być, w jego państwie, nierozłącznie z nim. To postanowienie moje stałe, silne, jedyne. Tak być musi i tak będzie! Tak musiało być!...
APOLLO (z rozpaczą).
Zgasł nadziei złoty brzask...
DEMETER (z krzykiem wybiega na środek dziedzińca).
Nie zgadzam się na to za nic!.. Nie! Ja nie oddam Persefony, ona moja, ona koniecznością dla mnie, ja nie znaczę bez niej nic!... Moją jest i nie dam jej w Hadesu cienie; ona w słońcu musi żyć, ze mną, ze mną, tylko ze mną!... O potworny Aidesie, bądź przeklęty za mą krzywdę, za to, żeś ją porwał mnie. Och!... Zeusie!... ratuj ją, nie daj Orkusowi, pomścij mój ból, rozpacz moją!...
PALLAS ATENE (powstając).
Uspokój się, Demetro. Nie chcesz chyba córki nieszczęśliwą widzieć. Skoro ona sama z Plutonem chce zostać, skoro to jej wola, jej pragnienie... Czyż zabronisz szczęścia jej?...

(Zeus zdumiony, zły, zgnębiony, siedzi bezradnie; Hera zwycięsko się uśmiecha, Afrodyta złośliwie).

DEMETER (woła wzburzona).
Kora nie jest dla Hadesu, Kora tu zostanie!...
PERSEFONA (łagodnie).
Ból twój ja rozumiem, matko, ale nie psuj szczęścia mego tą rozpaczą swoją. Przy Plutonie trwać już chcę, bo znalazłam w nim to wszystko, co tęsknotą moją było, za czem duch mój gonił stale. On spełnieniem marzeń mych. Z nim w Tartarze wspólne cele, ideały nasze mamy. Z nim zostanę i dla niego. Żadna mnie nie wstrzyma siła, nawet twe żądanie, matko droga! (Do Zeusa) Słyszałeś, chmuronośny, wyrok mój i wolę?!...
DEMETER (wznosi ramiona w górę).
Jeśli Korę Pluton weźmie, zginę sama, wszystko zginie. Ludzkość zgnębię, ziemię zmrożę, przyrodę całą unicestwię. Świat pod mocą mej rozpaczy w bryłę lodu się zamieni. Zboża, wina, drzewa, kwiecie, wszystko zniszczę, wymarnuję, nie zostanie nic! Ruina, klęska, zaguba! Jakem jest Demetrą zbożodajną, chleborodną, winonośną, stanie się tak, jako mówię tu. Zanik ziemi, płodów jej zagłada! To nie groźba jeno czcza, to mój wyrok... Sądźcie teraz! Nie złagodzi mnie nic!... Nic!...
ZEUS (z triumfem).
Słyszysz, Persefono, wyrok matki ziemi? Zgubę światu przynieść chcesz, dla własnego samolubstwa ludzkość całą, ziemię, płody na zatratę oddasz ty? Rozważ, wszak to jest kres jej bytu... matki twojej...

(Persefona zwiesza głowę).

PLUTON (surowo).
Samolubstwo zarzucacie Korze... a Demeter w zemście swojej nie dowodzi samolubstwa stokroć większego?
PERSEFONA (do Demetry).
Matko droga, wszak ty moją dla siebie miłość znasz, ja cię kocham, o najdroższa, ty zrozumieć mnie chciej. Szczęścia tak pragnęłam zawsze — oto objawiło się. Szczęście swoje odnalazłam, wierzę w nie i w niem chcę trwać. Szczęście moje dziś już tylko przy Plutona boku będzie. Nie broń ty mi tego matko, nie rozdzieraj serca mego bólem swoim tak tragicznym. Wszak widywać ciebie będę, Pluton nie zabroni mi. Matko, błagam cię, dobrą bądź.
DEMETER (z wściekłością).
Nie pozwalam, nie pozwolę, byś z Plutonem w Tartar szła!... Ze mną będziesz, nie dla niego i nie z nim...
PALLAS ATENE (powstając).
Zaprawdę o, Demetro! Kosztem szczęścia córki szczęścia chcesz swojego, by je uzyskać, okrutną się stajesz.
DEMETER (gwałtownie).
Jak chcecie nazwijcie, nie ustąpię! Nic nie zmienię z tego, com wyrzekła! Ziemię zniszczę, ludzkość stracę! Olimp i Tartar zostanie.
HEFAJSTOS (do siebie).
Szczęście, że tonie podlega jej dziwactwom.
PALLAS ATENE
Ja tu przeto radę dam, posłuchajcie i osądźcie. Wszak zezwalasz, gromowładny?
ZEUS.
Mów Atene.
PALLAS ATENE.
Najpierw pytań parę. (Do Plutona). Cieniowładco niewidzialny, czy w postanowieniu swojem trwasz?...
PLUTON (stanowczo).
Nic na zmianę woli mej nie wpłynie. Persefony się nie zrzeknę, ze mną do Tartaru wróci.
PALLAS ATENE.
A ty, Koro?
PERSEFONA.
Z nim i przy nim jest mój byt.
PALLAS ATENE.
Wobec tego jedna tylko rada, by pogodzić obie strony i od klęski świat ocalić. Niechaj Kora z Plutonem powraca do państwa jego i pół roku z nim przebywa, a zaś drugą roku połowę na Olimpie u Demetry. Pół roku w Tartarze i pół na Olimpie. Dobro ziemi tego żąda, ziemne płody, Kosmos cały. Niechcąc zagłady jego, taki podział czynię. Czy zgadzacie się, Plutonie i ty, Persefono?
PLUTON (gwałtownie).
Ja odmawiam ci Pallado, na twój sąd nie zgadzam się!

(Persefona opada na karło i twarz chowa w dłoniach).

PALLAS ATENE.
A ty, Koro?...
PERSEFONA (z rozpaczą).
Ach... tak mi matki mojej żal... sama nie wiem... walka we mnie wre, rozterki mam pełną duszę... tyle męki w sercu, żalu i wahania... Matce cierpień przyczyniam i sama tak cierpię, tak się męczę!...

(Pluton patrzy na nią groźnie, pochyla się lekko ku niej. Ona wznosi na niego oczy).

PLUTON (serdecznie).
Koro, ty walczysz, ty się wahasz, droga?... postanowić czas!...
PERSEFONA (patrzy na niego błagalnie).
Matki mi żal, ona tak mnie kocha, ona tak rozpacza... Plutonie! Przy tobie chcę trwać, a smutek matki szczęście mi mąci...
PLUTON (z wybuchem).
Do niej nie wrócisz!
PERSEFONA (z siłą).
Nie!... Lecz ty mnie odczuj... zrozumiej...
PLUTON (nagle).
Rozumiem cię, lecz to poświęcenie dla mnie wielkie... ciężkie.
PERSEFONA (powstając).
Plutonie! To poświęcenie dla mej matki i... dla ogólnego dobra. Wierz, że i dla mnie nie jest to ustępstwo łatwe.
PLUTON (żywo).
Tylko dla ciebie, dla spokoju twego, zdolny jestem to uczynić.

(Długą chwilę łamie się z sobą, walczy, widząc niepokój Persefony).

PLUTON (do Pallas Ateny).
A więc tak, Pallado! Wyrok twój przyjmuję.
PERSEFONA.
Na to, co Pluton postanowił, masz i moją zgodę, mądrooka.
PALLAS ATENE (do Zeusa).
Czy potwierdzisz to, Zeusie?
DEMETER (uparcie).
Tylko ze mną, u mnie, Persefona musi trwać, ani chwili u Plutona!
POSEJDON (poważnie).

Pallady wyrok mądry jest. (Do Zeusa z oburzeniem). Milczysz, gromowładny?...
(Zeus waha się gniewny).

PLUTON (z wybuchem, stanowczo).
Dosyć sporów! Zabieram Korę! Za pół roku tu powróci, wraz z orszakiem moim. Pójdź jedyna!...
ZEUS (rozpoznaje położenie bez wyjścia wznosi dłoń z powagą i mówi donośnie).
Idźcie razem!...
PLUTON (szyderczo).
Żegnajcie!

(W słupie ognistego blasku i jakby dymu, giną oboje. Pluton trzyma Persefonę wpół, ona do niego przytulona. Orszak Persefony z ukłonem rozchodzi się. Wszyscy zdumieni. Zeus powstaje wzburzony, poruszenie wielkie. Apollo złamany, zbolały, siada ciężko na poręczy marmurowej. Hefajstos śmieje się zjadliwie razem z Hermesem. Hera szepce coś z Ateną. Demeter ogłuszona, półprzytomna, nagle rzuca się naprzód z okrzykiem szału).
SCENA VIII.
WSZYSCY BOGOWIE OLIMPU. DUCHY ŁĄKOWE. TANATOS.

DEMETER (ze wzniesionemi ramionami).
Persefono! Persefono!

(Dopada do miejsca, gdzie znikł Pluton z Korą i spotyka się wprost z Tanatosem. Przerażona odskakuje).
DEMETER.

Ach!... Okrutny!... Tanatos potworny!...
TANATOS (ponuro).
Jam z orszaku cieniowładców, wracam do Tartaru! (Znika).
DEMETER (z okrzykiem).
Koro! Koro! Koro moja, gdzie odeszłaś? Gdzieś ty? Ehe! Ehe!

(Kilku bogów podchodzi do niej, lecz Demeter wpada w szał. Wyciąga wysoko ramiona, a wołanie jej w dziki krzyk przechodzi).

DEMETER (oszalała).
Przeklinam półrocze, gdy Kora w Hadesie!... Hej ziemio, wstrzymaj soki, przestań rodzić płody!... Zboża, drzewa, kwiaty, oliwki, winnice, schnijcie, gińcie, zanikajcie!... Ehe!... Bez Kory giń przyrodo! Hej, zaklinam cię, ziemio, bóstwem swojem, zniszcz rośliny. Jam tworów boginią — gińcie twory ziemi... Hej, zaklinam, marznij, ziemio!... Stratuj przyrody piękno! Giń!... Giń!... Niechaj nic się nie ostoi; róża, narcyz, ni fijołek, żaden owoc, żaden liść!... Hej, ziemio, ja ci każę, marnuj wszystko, susz i zrzucaj... schnijcie liście, trawy, zioła...

(W miarę jej zaklęć na drzewa i rośliny zaczyna padać dziwny odblask złoto-rudy, kwiaty tracą barwę, schną i łamią się. Liście wszystkie schną, barwa zgniło-ruda szarzeje i wicher się zrywa; niebo się zaciemnia, liście zaczynają spadać z drzew i lecą, lecą... Bogowie zdumieni, wzruszając ramionami, rozchodzą się wolno. Zostaje tylko Apollo, w tej mętni rudej, ginącej natury. Siedzi smutny, przy nim lutnia. Artemis łuk naciąga, zarzuca na ramię i odchodzi. Hefajstos z Hermesem patrzą zdumieni. Afrodyte ucieka z przerażeniem i dreszczem zimna. Zeus ginie w słupie mgły, Hera z nim razem, Hebe zakrywa ręką oczy i ucieka. Posejdon, Ares odchodzą obojętnie; Dyonizos znękany, z załamanymi rękami. Hestja cicha otula się cała w szatę. Do Apolla zbliżają się Eros i Hymen, stają przy nim. Demeter zaklina wciąż).

DEMETER (woła z jękiem słabnącym).
Śpij, przyrodo, odpoczywaj, starzej się, żółknij... schnij!... Hej!... Niech wszystko zamrze, zblednie... Tętna ziemi, stójcie, milczcie!... Stań, przyrodo, stań i śpij!... Lody... śniegi... wzywam was! Niech ruczaje, rzeki, zdroje, pokryją lodowe kry! Syp, śnieżyco!... Śniegu wzywam!... Zaklinam... zaklinam... zaklinam!...

(Liście opadają już całą falą, kwiaty opadły, wodotrysk stanął zaklęty. Cyprysy, palmy, wszystko suche, zgniłe, rude, Niebo mgliste, mętne, szare. Zaczyna prószyć śnieg, coraz gęściej... gęściej... Demeter po ostatnim okrzyku: Zaklinam” pada na ziemię i głowę na marmurowem otoczeniu wodotrysku opiera. Śnieg już sypie, biały, gęsty, robi się chłodno, mgły opadają. Na marmurowej poręczy siedzi wciąż Apollo, zadumany, przy nim skrzydlaty Eros, głęboko zamyślony i Hymen, osłaniający zasłoną swoją pochodnię. Na nich tylko pada jasny brzask, jakby słoneczny).
SCENA IX.
APOLLO, EROS, HYMEN.

EROS (głos mistyczny).
Wszystko zamarło, wszystko zanikło... jeno my trwamy!...
HYMEN (głos mistyczny).
Jeno my!...
APOLLO (jak echo).
Jeno my!...

(Śnieg sypie... sypie... sypie... Demeter leży omdlała).
KONIEC.
Rogale 29/VIII 1918 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.