Podróż do Bieguna Północnego/Część I/Rozdział XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Les Anglais au Pôle Nord
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Indeks stron

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY.

Wyspa Beechey.

Dnia 25-go czerwca, Forward przepływał około przylądka Dundas, leżącego na północno-zachodnim krańcu lądu księcia Wallii. Coraz liczniej napływające lody, utrudniały żeglugę. Morze zwęża się w tem miejscu, a wyspy Crozier, Joung, Day, Lowther, Garret ciągnące się rzędem jak forty przed przystanią, zatrzymują krę i nagromadzają tym sposobem, większe jej ilości w ciaśninie. Od 25-go do 30-go czerwca bryg taką zaledwie przebył przestrzeń, na jaką w innych okolicznościach potrzebowałby najwyżej jednej doby; zatrzymywał się, wracał i czekał przyjaznej pory, aby nie ominąć wyspy Beechey; a tymczasem zapasy węgla coraz się umniejszały, bo zaledwie na wypoczynkach nieczęstych można było niekiedy ogień umniejszyć, a inaczej wciąż wypadało być w pogotowiu prawie o każdej porze dnia i nocy.
Hatteras tak dobrze jak i Shandon znał stan swych zapasów; lecz pewny że znajdzie paliwo na wyspie Beechey, nie chciał przez oszczędzanie węgla tracić ani minuty drogiego czasu. I tak już podróż bardzo się opóźniła, przez mimowolny zwrot na południe; a chociaż kapitan dość był przezornym opuszczając Anglię już w kwietniu, to jednak do tej pory nie posunął się ani trochę dalej, od wszystkich innych wypraw poprzedzających.
Dnia 30-go opłynięto przylądek Walker na północno-wschodnim krańcu lądu księcia Walii; jest to najdalszy punkt, jaki widzieli Kennedy i Bellot w dniu 3-im maja 1852 roku. Już w roku 1851, kapitanowi Ommaney z wyprawy Austin’a udało się tam zaopatrzyć swój oddział w żywność.
Ten dość wysoki przylądek odznacza się kolorem ciemno-czerwonym; podczas pogody, z tego punktu wzrok sięga aż na kanał Wellington’a. Wieczorem bryg znajdował się na zatoce Mac-Léon oddzielającej przylądek Bellota od przylądka Walker. Przylądek Bellota otrzymał swą nazwę od młodego oficera francuzkiego, którego wyprawa angielska uczciła potrójnem hurra!
W miejscu tem, całe wybrzeże składa się z piaskowca żółtawego, bardzo chropowatego; piętrzą się na niem wspaniale ogromne lodowiska, napędzane tu przez wiatry północne.
Wkrótce Forward łamiąc słabe lody, przez ciaśninę Barrow utorować sobie potrafił drogę do wyspy Beechey.
Hatteras postanowił trzymać się linii prostej, aby wypadkiem nie ominąć wyspy pożądanej; dla tego też przez dni następne pozostawał wciąż prawie na stanowisku, osobiście dozorując żeglugi. W ciągu całej podróży przez ciaśninę, dał dowody zręczności, zimnej krwi, odwagi, a nawet prawdziwego geniuszu żeglarskiego. Dodać do tego potrzeba, że okoliczności wcale mu nie sprzyjały, bo o tej porze, powinien był znaleźć morze całkiem już z lodów oczyszczone. Lecz nakoniec, nie szczędząc pary, osady swej, ani siebie samego, doszedł do celu zamierzonego.
Dnia 3 lipca, o jedenastej przed południem, sternik zasygnałował ukazanie się ziemi w stronie północnej; po ścisłej obserwacyi, Hatteras upewnił się, że to była wyspa Beechey, punkt, do którego zwykli dążyć wszyscy niemal żeglarze puszczający się na te morza. Franklin odbył tu pierwsze swoje zimowisko, zanim odważył się wypłynąć na ciaśninę Wellingtona. Przy wyspie Beechey, Creswell porucznik kapitana Mac-Clure’a, przebywszy czterysta siedmdziesiąt mil po lodach, połączył się z Fenixem i powrócił do Anglii. Ostatnim okrętem jaki przed Forwardem zawijał do tej wyspy, był Fox. Mac-Clintock zaopatrzył się tu w żywność 11-go sierpnia 1855 roku i ponaprawiał mieszkania i magazyny; dwa lata zaledwie upłynęło od tej epoki, a Hatteras znał dokładnie wszystkie te szczegóły.
Serce Johnsona silniej bić poczęło na widok tej wyspy; majtkiem będąc zwiedził ją poraz pierwszy, na pokładzie Fenixa. Hatteras nieomieszkał korzystać z rad jego i doświadczenia; pogoda była pyszna; termometr wskazywał +14° stustop.
— Cóż Johnsonie, zapytał kapitan, czy poznajesz te miejsca?
— Tak kapitanie! to jest rzeczywiście wyspa Beechey! Tylko potrzeba się nam zwrócić trochę na północ, bo tam wybrzeże jest przystępniejsze.
— Ależ mieszkania i magazyny? rzekł Hatteras.
— To zobaczymy dopiero wstąpiwszy na ląd; stoją one poza temi pagórkami, które tam oto widać.
— I złożyliście tam znaczne zapasy?
— O! bardzo znaczne, kapitanie. Admiralicya wysłała nas tu w roku 1853 pod dowództwem kapitana Inglefield na steamerze Fenix, przy którym szedł statek transportowy Breadalbane, wyładowany różnemi zapasami, wystarczającemi na zaopatrzenie w żywność choćby całej wyprawy.
— Lecz Fox znacznie już umniejszył te zapasy w 1855 r. rzekł Hatteras.
— Bądź spokojny kapitanie, odpowiedział Johnson, wystarczy jeszcze i dla ciebie; panujący tu chłód wybornie konserwuje wszystko i z pewnością zastaniemy wszystkie przedmioty w stanie takiej świeżości, jak były w dniu kiedyśmy je tu składali.
— O żywność mi nie chodzi, rzekł Hatteras, mam jej na lat kilka, ale węgla mi bardzo potrzeba.
— I o to możesz. być spokojnym kapitanie, bośmy go tu złożyli przeszło tysiąc tonnów (25,000 centnarów).
— Przybijajmy tedy, rzekł kapitan, obserwując wybrzeże z lunetą w ręku.
— Widzisz pan ten cypl? zapytał Johnson; skoro go opłyniemy, będziemy już w możności przybicia do brzegu. Tak, z tego to właśnie miejsca wypłynęliśmy z powrotem do Anglii, z porucznikiem Creswell i dwunastoma choremi ludźmi z osady Investigator’a. Lecz chociaż udało się nam odwieźć do ojczyzny porucznika będącego pod dowództwem kapitana Mac-Clur’a, jednak francuzki oficer Bellot, towarzyszący nam, nie ujrzał więcej swego kraju. Smutneto wspomnienie! Ale sądzę kapitanie, że tu możemy przybić do brzegu.
— Dobrze! powiedział Hatteras.
I wydał zaraz stosowne rozkazy. Forward znajdował się w małej przystani, zabezpieczonej od natury przeciw wiatrom północnym, wschodnim i południowym.
— Panie Wall, rzekł Hatteras, każ przygotować szalupę i wyszlij ją z sześcioma ludźmi, dla przewiezienia węgla na pokład naszego statku.
— Dobrze kapitanie, odpowiedział Wall.
— Ja z doktorem i Johnsonem, na pirogu przejadę na wyspę. Panie Shandon, może i pan zechcesz nam towarzyszyć?
— Jestem na rozkazy pańskie, kapitanie.
Wkrótce potem doktór zaopatrzony w przyrządy przydatne myśliwemu i uczonemu, zajął miejsce w łodzi z czterema wzmiankowanemi osobami. W dziesięć minut potem przybili do płaskiego a skalistego brzegu.
— Prowadź nas Johnsonie, rzekł Hatteras; czy przypominasz sobie położenie miejscowe?
— Oh! doskonale kapitanie; lecz widzę tu pomnik, którego nie spodziewałem się tu znaleźć.
— O! to ja znowu wiem co to jest, zawołał doktór; zbliżmy się tylko, a kamień ten sam nam powie co porabia w tem miejscu.
Gdy się wszyscy czterej zbliżyli, doktór odkrywszy głowę mówił:
— Jestto, moi przyjaciele, pomnik wzniesiony na cześć Franklina i jego towarzyszów.
Lady Franklin w 1855 r. za pośrednictwem doktora Kane przesłała na wyspę Beechey dużą tablicę z czarnego marmuru, a drugą taką samą w r. 1858 powierzyła kapitanowi Mac-Clintock, gdy tenże odpływał na morze północne. Marynarz ten sumiennie wywiązał się z włożonego nań obowiązku, i umieścił tablicę nieopodal od grobowca, jaki dla Bellota poprzednio już wzniósł sir John Barrow.
Tablica ta miała na sobie napis następujący:

PAMIĘCI

FRANKLINA,
CROZIER’A FITZJAMES’A
I WSZYSTKICH ICH WALECZNYCH WSPÓŁBRACI,
Oficerów i wiernych towarzyszów,
którzy cierpieli i zginęli, dla nauki i chwały
swej ojczyzny.

Kamień ten położony jest nieopodal od miejsca,
w którem przepędzili pierwsze swe zimowisko
na morzach północnych, i z którego odpłynęli by
pokonać trudności lub umrzeć.

Niechaj on będzie świadectwem pamięci ich rodaków
i przyjaciół ceniących poświęcenie,
i żalu powściąganego tylko wiarą tej, która w do-
wódzcy tej wyprawy utraciła najlepszego i naj-
ukochańszego małżonka.




Tak, On ich zawiódł do ostatniego portu,
w którym wszyscy spoczęli.

1855.

Kamień ten, umieszczony na samotnem wybrzeżu tych dalekich krain, boleśnie przemawiał do serca; doktorowi łzy stanęły w oczach. Na miejscu tem, gdzie niegdyś Franklin i jego towarzysze stali pełni siły, odwagi i nadziei, dziś jako cała pamiątka, pozostał kawałek marmuru — i pomimo tak smutnego ostrzeżenia, Forward wstępował w ślady Erebusa i Terrora.

Hatteras pierwszy oderwał się od żałosnego tego widoku i szybko wchodzić począł na wyniosły pagórek, zupełnie prawie ze śniegu obnażony.
— Kapitanie, rzekł idący za nim Johnson, ztamtąd ujrzymy składy.
U samego szczytu pagórka połączył się z niemi doktór i Shandon.
Lecz wbrew zapowiedzi Johnsona, przed okiem ich rozciągała się pusta, rozległa płaszczyzna, na której nie można było dojrzeć najmniejszego śladu jakichkolwiek budynków.
— To rzecz szczególna, zawołał retman.
— Gdzież są te magazyny? żywo zapytał Hatteras.
— Nie wiem... nie widzę.... jąkał Johnson.
— Możeś zmylił drogę? rzekł doktór.
— Zdaje mi się jednak, mówił Johnson z zastanowieniem, że w tem miejscu...
— Nareszcie, wołał niecierpliwy Hatteras, którędyż iść mamy?
— Zejdźmy na dół, rzekł znowu retman, bo może być, że mylę się co do miejsca; przez siedm lat mogłem zapomnieć położenia...
— Zwłaszcza też, dodał doktór, gdy okolica jest tak niezmiennie jednostajną.
— A jednak.... mruczał Johnson.
Shandon nie zwracał żadnej uwagi. Po kilku minutach drogi, Johnson się zatrzymał,
— Nie! zawołał, nie mylę się!
— Jakto, spytał Hatteras, oglądając się dokoła.
— Widzicie panowie tę wyniosłość, rzekł Johnson, wskazując palcem na punkt, gdzie wyraźnie rysowały się trzy małe pagórki.
— Cóż wnosisz z tego, zapytał doktór.
— To są groby trzech marynarzy z osady Franklina! jestem tego pewnym! nie omyliłem się! O sto kroków od tego miejsca powinny być budynki, a jeśli ich niema... to chyba dla tego... że...
Nie śmiał dokończyć. Hatteras poskoczył kilka kroków naprzód, miotany rozpaczliwym niepokojem. Tam powinny były znajdować się owe magazyny upragnione, z zapasami na które on liczył tak wiele. Lecz widać, że rabunek i zniszczenie zniweczyło to co ręka ucywilizowanego człowieka z przezornością złożyła na pożytek marynarzy, którzy wyczerpnęli swe zapasy. Kto się dopuścił tych niecnych nadużyć? Czy zwierzęta tego kraju: wilki, lisy i niedźwiedzie? — Nie, bo te byłyby zniszczyły samą tylko żywność, a tu nie zostało ani kawałka namiotu, ani polana drzewa, ani odłamka żelaza, lub innego jakiego kruszcu, a co najgorsza i najstraszniejsza dla osady Forwarda.... ani kawałka węgla!
Widocznie, Eskimosi w częstych pozostający stosunkach z okrętami europejskiemi, dowiedzieli się o wartości tych przedmiotów, których u siebie nie mają wcale. Od czasu pobytu Foxa, powracali oni często do tych obfitych składów i rabowali niszcząc wszelki ślad istnienia w tem miejscu budynków; w tej chwili, ziemię pokrywał tylko śnieg na pół stopniały.
Hatteras stał jak unicestwiony, doktór potrząsał głową. Shandon milczał wciąż, lecz baczny dostrzegacz mógłby dopatrzeć złośliwy uśmiech na ustach jego.
W tej chwili właśnie przybyli ludzie wysłani przez Wall’a. Zrozumieli wszystko. Shandon zbliżył się do kapitana i rzekł:
— Panie Hatteras! sądzę, że rozpaczać jest rzeczą bezużyteczną; na szczęście jesteśmy niedaleko od ciaśniny Barrowa, która nas doprowadzi do morza Baffińskiego.
— Panie Shandon, odpowiedział Hatteras, na szczęście jesteśmy niedaleko od ciaśniny Wellingtona, a ta nas poprowadzi na północ.
— A jakże będziemy płynąć kapitanie?
— Pod żaglami mości panie! Mamy węgla jeszcze na dwa miesiące i tego aż nadto będzie na zimowisko.
— Pozwolisz mi pan jednak powiedzieć.... rzekł Shandon.
— Pozwolę panu wrócić na pokład wraz ze mną, odpowiedział Hatteras.
To powiedziawszy, odwrócił się od swego porucznika, powrócił na okręt i zamknął się w swej kajucie.
Przez dwa dni wiatr był przeciwny; kapitan nie pokazał się na pomoście. Doktór korzystając z tego przymusowego wypoczynku, zwiedzał wyspę Beechey: zajął się zebraniem niektórych roślin, jakie przy wysokiej względnie temperaturze, rosły tu i owdzie na skałach ze śniegu ogołoconych: kilka gatunków wrzosu i mchów (lichen), pewien rodzaj jaskru żółtego; jakąś roślinkę do szczawiu podobną, tylko z nieco szerszemi listkami i dość ładny okaz rośliny zwanej łomikamień (saxifrage).
Fauna tych stron bogatszą była od flory: doktór widział liczne i długie stada gęsi i żórawi dążących na północ, kuropatwy, kaczki erdredonowe (eider-duck) ciemno-niebieskawe, czaple, nurki z ciałem bardzo długiem, znaczną liczbę ptarmitów (gatunek jarząbka) wybornego smaku i mnóstwo innego ptastwa. Clawbonny zabił także kilka zajęcy szarych, zanim te jeszcze przywdziały swe białe futerko zimowe, i lisa niebieskiego. Niedźwiedzie, widocznie nauczone już obawiać się człowieka, nie dały się zbliżyć do siebie, również jak foki, pierzchające za najmniejszym szelestem, zapewne z tego samego powodu. W przystani znaleźć było można pewien gatunek muszli, bardzo smacznych w jedzeniu; w ogóle jednak jako konchyliolog, bardzo mało znalazł przedmiotów na uwagę zasługujących.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.