Podróż do Bieguna Północnego/Część I/Rozdział XXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Les Anglais au Pôle Nord
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Indeks stron

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY.

Ostatni kawałek węgla.

Niedźwiedzi ani podobna było napotkać; w ciągu 4, 5 i 6-go listopada zabito kilka fok — później wiatr zmienił kierunek, termometr podniósł się znacznie, ale za to zamiecie śniegowe ponowiły się z gwałtownością nadzwyczajną. Ani sposób było wyjść z okrętu, a trzeba było bardzo czuwać, żeby się ochronić od wilgoci. W końcu tygodnia, w kondensatorach zebrała się dość znaczna ilość lodu.
Pogoda odmieniła się dopiero 15-go listopada, a termometr pod wpływem pewnych warunków atmosferycznyoh, spadł na trzydzieści jeden stopni poniżej zera. Dotąd była to najniższa temperatura. Mróz taki byłby znośnym przy cichem powietrzu, ale panował właśnie wiatr, który zdawał się być złożonym z nożów przecinających powietrze.
Doktorowi bardzo się przykrzyło to więzienie, bo wiatr umocnił śnieg i można było puścić się na jaką wycieczkę.
Podczas tak silnych mrozów ludziom trudniej jest oddychać, a przeto i pracować, tak że każdy zaledwie jednę czwartą część zwykłej roboty wykonać może. Wszystkie przyrządy żelazne stają się bezużytecznemi, bo za dotknięciem ich ręką, uczuwa się ból jakby z oparzenia, a nawet płaty skóry przylegają do przedmiotu pochwyconego nieoględnie.
Osada zamknięta na okręcie zniewoloną była używać przechadzki tylko na pomoście osłoniętym, gdzie też i wolno było palić tytuń, czego w sali wspólnej zabroniono. Tam zaś, jak tylko zmniejszono ogień choćby cokolwiek, zaraz ściany, okna, gwoździe, sztaby i t. p. pokrywały się warstwą lodu.
Oddech ludzki gęstniał natychmiast w powietrzu i spadał zaraz w postaci śniegu. W odległości kilku zaledwie stóp od pieców, zimno było trudne do wytrzymania; dlatego też wszyscy cisnęli się chętnie do ognia.
Jednakże doktór Clawbonny radził przyzwyczajać się do tej temperatury która dość jeszcze długo przeciągnąć się mogła; zalecał narażanie mięśni na dotkliwe szczypanie mrozu, a sam z siebie dawał pierwszy przykład; lecz większa część ludzi przez lenistwo wrodzone i ociężałość, wolała zostać w cieple i zasypiała przy zgubnym jak na teraz ogniu. Tymczasem, zdaniem doktora, żadne nie groziło niebezpieczeństwo tym, którzy z ciepłej izby wychodzą odrazu na mróz choćby najtęższy; bo takie gwałtowne przejście, mogłoby zaszkodzić tylko ludziom pozostającym w ciągłej wilgoci. Twierdzenia swoje doktór popierał licznemi przykładami, pomimo to, słowa jego pozostały głosem wołającego na puszczy.
Zdawało się, że na Hatteras’a temperatura żadnego nie wywiera wpływu. Przechadzał się on w milczeniu, nie prędzej i nie wolniej jak zwykle. Czyżby mróz nawet nie potrafił zwalczyć energicznej jego konstytucyi? Posiadałże w sobie wysoki stopień owego ciepła naturalnego, którego szukał w swych ludziach? Czyż wielka myśl, jakiej się poświęcił, takimby dla niego miała być puklerzem, że zasłonić go mogła od wszelkich wpływów zewnętrznych? Osada z niemałem zadziwieniem widziała go, jak znosił cierpliwie mróz trzydziestostopniowy, schodził z pomostu na kilka godzin, a gdy wracał, nie było po nim widać wpływu mrozu na niego.
— Dziwny to człowiek, mówił doktór do Johnsona; pojąć go nie umiem. Jakby nosił w sobie piec gorejący; jestto jedna z najpotężniejszych natur, jakie w życiu mojem studyowałem.
— I co dziwniejsza, odpowiedział Johnson, że na takie zimno nie chodzi ubrany cieplej jak w czerwcu.
— To rzecz najmniejsza, powiedział doktór, bo i na cóż przyda się ciepłe odzienie temu, kto nie ma ciepła w sobie samym. Byłobyto to samo, co chcieć ogrzać kawał lodu, przez obwinięcie go w szmatę wełnianą. Hatteras tego nie potrzebuje; człowiek ten inaczej jest zbudowanym i nie dziwiłbym się wcale, gdyby przy nim było tak ciepło, jak przy węglu rozżarzonym.
Johnson rewidując co rano otwór w lodzie, spostrzegł, że grubość jego przeszła już stóp dziesięć.
Prawie co noc doktór mógł obserwować wspaniałe zorze północne; od godziny czwartej do ósmej w wieczór, niebo lekko zabarwiało się od strony północy: następnie nabarwiona ta przestrzeń przybierała kształt foremny opaski blado-żółtawej, której krańce zdawały się być wygięte w łuk ponad lodową płaszczyzną. Zwolna ta smuga światła wznosiła się ku niebu w kierunku południka magnetycznego i tam wyglądała jakby poprzepasywana wstęgami czarnemi; wytryski materyi świetlanej wydłużały się wówczas, to zmniejszając, to znowu zwiększając swój blask zwyczajny; meteor przybywszy do swego zenitu, najczęściej składał się z wielu łuków, kąpiących się w różowej, żółtej, lub zielonej fali światła. Widok to był olśniewający, nieporównany. Potem wszystkie te jasne łuki skupiały się w jeden punkt i tworzyły wieńce o niebiańskiej barw obfitości. Nakoniec świetna zorza bladła stopniowo, natężone promienie rozlewały się w światełko coraz bledsze, coraz mniej wyraźne, aż nareszcie cudne zjawisko osłabłe, gasło i rozpłynęło się powoli w ciemnych obłokach południa. Niedalej jak w odległości ośmiu stopni od bieguna, można nabrać dokładnego wyobrażenia o czarodziejskiej piękności tego widoku. Zorza północna widziana w klimacie umiarkowanym, nie daje żadnego pojęcia o tym cudzie natury, który Opatrzność zachowała dla samych tylko stref podbiegunowych.
Podczas gdy księżyc przyświecał, liczne jego odbicia zjawiały się w atmosferze i blask jego podnosiły. To znowu koła księżycowe otaczały tę gwiazdę nocy, jaśniejącą wówczas zestrzelonem światłem w pośród okręgu świetlanego.
Dnia 26-go listopada morze przybrało silnie, i woda przeciskała się z gwałtownością przez otwór służący za studnię; podnoszący się żywioł wzruszył grubą warstwę lodu, a głuche i częste trzeszczenie, oznajmiało tę walkę podmorską; na szczęście okręt nie wyszedł ze swego lodowego łożyska, tylko łańcuchy jego rozbujane, brzęczały. Hatteras przewidując ten wypadek, kazał je był umocnić.
Następne dni były jeszcze zimniejsze; gęsta mgła zaległa atmosferę; wiatr miótł tumanami śniegu, a trudno było rozpoznać czy one z góry spadają czy też przybywają z rozległych płaszczyzn lodowych.
Osada okrętu zajmowała się różnemi czynnościami, głównie przygotowaniem tłuszczu i tranu z fok zabitych; tłuszcz ten zamienił się w bryły tak zmarznięte, że trzeba je było siekierą rozrąbywać, a każdy kawałek oddzielnie był twardym jak marmur. Takim sposobem zebrano ilość tranu mogącą wypełnić dziesięć baryłek; tu, obejść się było można bez wszelkich naczyń, które zresztą i tak popękałyby niezawodnie przy zmianie objętości płynu, zmieniającej się pod wpływem temperatury.
Dnia 28-go termometr spadł jeszcze niżej, bo do trzydziestu sześciu stopni pod zero; węgla już nie było więcej jak na dni dziesięć i każdy z przerażeniem widział niedaleką chwilę, w której miało zabraknąć tego paliwa.
Hatteras przez oszczędność nie kazał opalać pieców w tylnej części okrętu, i z doktorem i Shandonem przeniósł się do wspólnej sali. Tym sposobem zbliżył się bardziej do swych ludzi, patrzących nań chmurnem i niechętnem okiem. Słyszał ich narzekania, wymysły a nawet i groźby, a nie mógł ich ukarać: zdawał się być głuchym na wszystkie rozmowy; nie upominał się nawet o miejsce najbliższe przy ogniu. W oddalonym kącie, siedział milczący z rękami na piersi skrzyżowanemi.
Wbrew zaleceniom doktora, Pen i jego towarzysze jak najmniej używali ruchu; całe dnie przepędzali bezczynnie przy piecu, albo leżeli w hamakach, dobrze kołdrami okryci. Dlatego też zdrowie ich wkrótce się pogorszyło; nie zdołali oprzeć się zgubnemu wpływowi klimatu, i szkorbut ukazał się na pokładzie Forwarda.
Doktór jednakże od dość dawna co rano rozdawał wszystkim sok cytrynowy i pastylki wapienne; wszakże środki te tak dzielne zazwyczaj, tu nie wiele działały i choroba wkrótce przybrała najzjadliwszy charakter.
Cóż za okropny widok tych nieszczęśliwych, z nerwami i muskułami od bólu pokurczonemi! Nogi im puchły nadzwyczajnie i okrywały się dużemi niebieskawo-czarnemi plamami; dziąsła ich były napuchnięte i krwią zaszłe; wargi nabrzmiałe tak, że mówić wcale nie mogli i zaledwie niezrozumiałe tylko wydawali tony. Krew zakażona i zmieniona co do swego składu, nie niosła już życia do kończyn ciała.
Clifton pierwszy uległ tej strasznej słabości, nie długo za nim Gripper, Brunton i Strong, którzy nie mogli się podnieść ze swoich hamaków. Inni niedotknięci jeszcze chorobą, zmuszeni byli patrzeć na cierpienia swych towarzyszy, bo oprócz sali wspólnej, osada nie miała innego schronienia, a i ta wkrótce na szpital zupełny zamienioną została — bo z ośmnastu ludzi składających osadę Forwarda, trzynastu w przeciągu kilku dni dostało szkorbutu. Pen zdrów był jeszcze, silna jego natura chroniła go od choroby. Shandon uczuwał pierwsze jej symptomata, rozwinąć się w nim jednak nie zdołała, a ciągły ruch powrócił mu zdrowie w zupełności.
Doktór z największem poświęceniem pielęgnował swych chorych; serce mu się ściskało na widok cierpień którym zaradzić nie był wstanie.
Starał się rozbudzić jakąś raźność w zrozpaczonej osadzie; jego wyrazy, pocieszania, uwagi filozoficzne, pomysły szczęśliwe, urozmaicały jednostajność długich dni cierpienia. Czytywał głośno, a zadziwiająca jego pamięć dostarczała mu zajmujących opowiadań — i słuchali go radzi, ci co zdrowi jeszcze otaczali piec wieńcem. Jęki chorych, ich skargi i krzyki rozpaczy, zmuszały doktora do zawieszenia opowiadania; wówczas pilnie, z poświęceniem oddawał się obowiązkom swego powołania.
Był przytem zdrów i nie chudł; tusza jego okrągła najlepszem była jego odzieniem. Cieszył się z tego bardzo, że ubrany jest jak foka lub wieloryb, którym gruba warstwa tłuszczu pozwala znosić zimno stref północnych z łatwością.
W Hatterasie żadna, ani fizyczna, ani moralna nie zaszła zmiana; zdawało się nawet że cierpienia ludzi jego załogi nic go nie obchodzą. Może umyślnie na twarzy nie okazywał żadnego wzruszenia, bo baczny spostrzegacz, pod tą kamienną na pozór skorupą, mógł dojrzeć serce człowieka czułego na niedolę bliźnich. Doktór badał go, studyował, a nie mógł dojść do określenia tej wyjątkowej organizacyi, tego nadzwyczajnego temperamentu.
Termometr spadł jeszcze niżej; zimno było tak wielkie, że musiano zaniechać przechadzki na pomoście okrętu; tylko psy od Eskimosów nabyte, łaziły jeszcze po nim skowycząc żałośnie.
Jeden z ludzi pilnował wciąż pieca i podsycał w nim ogień, bo nie można było dopuścić aby w nim wygasł choć na chwilę. Jak tylko płomień się zmniejszał, natychmiast mróz wciskał się do sali, lód osiadał na ścianach, a wilgoć w postaci śniegu padała na nieszczęśliwych mieszkańców brygu.
Wśród takich cierpień niedających się opisać, nadszedł dzień 8-go grudnia. Z rana, doktór jak zwykle poszedł spojrzeć na termometr wiszący na zewnątrz, i znalazł merkuryusz w bańce zupełnie zamarznięty.
Czterdzieści cztery stopnie mrozu! rzekł sam do siebie z przerażeniem.
I tego właśnie dnia, wrzucono do pieca ostatni kawałek węgla, z zapasu znajdującego się na okręcie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.