>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Ptaszek i dzieci
Podtytuł Powiastka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 160
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wyd. 1938
Druk „SIŁA“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA



E. KOROTYŃSKA
PTASZEK i DZIECI
POWIASTKA


WYDAWNICTWO KSIĘGARNI POPULARNEJ
w WARSZAWIE
Printed in Poland
Druk. „SIŁA“ Warszawa





Zosia była bardzo miłosierna i litościwa, zarówno dla ludzi, jak i zwierząt. Nadewszystko kochała swych rodziców i była ich pociechą i chlubą.
Razu pewnego siedziała przy oknie, spoglądając na zamarznięte szyby i straszliwą zamieć poza domem. Zima tego roku rozpoczęła się bardzo wcześnie i od razu stała się groźną.
Szalały wichry, sypał śnieg bez przerwy, zasypując drogi i dachy domków wiejskich. Okropna zadymka nie pozwalała podróżnym, zaskoczonym w drodze, jechać dalej. Siedzieli w powozach lub bryczkach okryci futrami, lub derkami i oczekiwali na koniec śnieżnej zawiei.
Ludzie bali się tej okropnej niepogody, cóż więc mówić o małych przerażonych zwierzątkach, do których śnieg wdzierał się przemocą, zasypując ich nory lub dziuple w drzewach.
Jedna z wiewiórek znalazła się w drodze, gdy rozpoczęła się zawieja.
Gniazdo w drzewie, gdzie przechowywała swe zapasy, było bardzo oddalone, przy tym śnieżyca zasypywała jej oczy, lodowaciła drętwiejące łapki, przeszkadzała odnalezieniu drzewa, w którym mieszkała wraz z maleńkimi.
Biegła, przeskakując z gałęzi na gałąź, aż mróz zaparł jej oddech i martwa padła na mchy śniegiem pokryte.
Takich małych nieszczęsnych zwierzątek, zmarzniętych w drodze do domu, było dużo.

A cóż można było myśleć o małych bezsilnych ptaszkach, narażonych na zasypanie śniegiem lub zmarznięcie?
Delikatne ciałka wrażliwe były na zimno, małe gardziołka mogły z mrozu zastygnąć, serduszka zaprzestać bicia...
Taka mała okruszyna, czyż oprzeć się była w stanie wichrom i zawiei, śnieżycy i mroźnym podmuchom?
Na wysokiej sośnie uwiła sobie gniazdko ptaszyna. W lecie była wraz z maleńkimi na dębie, na zimę przeniosła się na sosnę, gdzie igły na gałęziach ukrywały jej małe mieszkanko. Małe wyrosły i odleciały.
Wiedziała, iż dobrzy są ludzie, zwłaszcza ta maleńka jasnowłosa dzieweczka z włoskami, jak złoto, oczkami z błękitu i rączkami, sypiącymi ptakom okruchy. Ale jednak bała się ptaszynka ludzi i ukrywała się przed ich oczami, gdyż widziała złych chłopców, włażących nieraz na drzewa i zabierających pisklęta.
Od paru dni nasz ptaszek prawie nie wychodził z gniazdka. Zjadał zapasy, czekając, aż uśmierzy się zawieja i wicher.
Wtedy zeszedłby z drzewa i poszukał rzucanych przez dobrą dziewczynkę okruszków.
Ale nie ustawała zadymka. Bardziej jeszcze się wzmogła i zagrażała zniszczeniu wszystkiego, co napotkała na swej drodze.
W domu leśniczego, ojca Zosieńki, siedziano przed kominkiem, ogrzewając zziębnięte ręce.
Właśnie leśniczy wrócił z obchodu lasu, czuwając nad jego całością. Nie raz bowiem zakradali się do gęstwy leśnej i wyrąbywali młode brzózki i sosenki, krzywdząc w ten sposób właściciela lasu. Leśniczy odpowiadał za wszystko i pomimo zawiei czuwać musiał nad pańskim dobrem.
I teraz osypany śniegiem, drżący z zimna ogrzewał zlodowaciałe ręce, opowiadając o niebywałej wichurze i zadymce.
Naraz rozległ się głośny stuk w okno, na który drgnął leśniczy, a dzieci spojrzały zdziwione w zamarzniętą szybę okna.
— Kogo to Pan Bóg nam w taką porę sprowadza? — odezwał się leśniczy? A może to wicher uderzył gałęzią suchą, przyniesioną ze stojącego blisko domu drzewa?
To mówiąc uniósł się z krzesła i podszedł do okna.
Dzieci, a było ich troje: Zosia, Julek i Czesio, podbiegły też ku miejscu, skąd rozległo się pukanie, i twarzyczkami przylgnęły ku szybie.
Jeśliby ktoś patrzał za oknem, widziałby trzy różowe koniuszczki nosów i usteczek.
Z ciekawością wypatrywały dzieci kogoś, kto w tę straszną porę kołatał do nich o schronienie.
Ale nie ujrzano za oknem nikogo.
— Co to znaczy? — dziwił się leśniczy — najwyraźniej słyszałem głośne pukanie... Czyżby przywidzenie?
— Ależ, to nie było przywidzenie! — zaprzeczyła żona leśnika — słyszeliśmy najwyraźniej, iż ktoś głośno zapukał. Może go zmroziło i upadł?
W tejże chwili ktoś stuknął tak głośno, że wszyscy zrozumieli, iż nie było to złudzeniem, lecz rzeczywistością.
Zosia pierwsza podbiegła ku oknu i spostrzegła ptaszynę, bijącą skrzydłami o ramę. Rozpaczliwe trzepotanie robiło wrażenie dobijania się o przytułek.
— Ojczulku! — wołały wzruszone niedolą ptaszka dzieci — otwórz okno, niech wejdzie! On zmarznie, ojczulku, ratuj biedną ptaszynę!
— Ależ naturalnie, że trzeba wpuścić! — odparł leśniczy. — Biedactwo, albo należy do tych, które opóźniły się z odlotem do ciepłych krajów, albo też wicher strącił gniazdko i nie ma się dokąd ukryć przed zawieją. Nie wyżyje bez ludzkiej pomocy, zginie z zimna i głodu. Trzeba ratować. Odsuńcie się od okna, żeby śmielej do nas wleciała...
To mówiąc otworzył okno, aby przepuścić ptaszka.
Zaledwie zdążył to uczynić, gdy gość skrzydlaty wleciał pędem do ciepłej izby i usiadł na przepierzeniu, rozdzielającym mieszkanie na dwie części.
Jakżeż żałosny widok przedstawiało maleństwo!
Cała mokra od śniegu, zziębnięta i drżąca w swym letnim ubraniu, z serduszkiem bijącym z trwogi, zadyszana i zlodowaciała.
Biedna ptaszyna tak była umęczona i przemoknięta, iż nie uczuwała nawet obawy przed ludźmi, od których w normalnych warunkach uciekałaby jak najdalej.
Ostrymi pazurkami uczepiła się belki u sufitu i ciężko dysząc siedziała nieruchoma. Tylko czarne oczki ptaszęcia obracały się żywo na obie strony izby, rozglądając się z zaciekawieniem wokoło.
W pewnej chwili oczki te zamknęły się do snu, co wywołało przestrach u, obserwujących ptaszka, dzieci. Sądziły, iż żyć przestaje.
Ale ptaszek zdrzemnął się tylko na chwilę. Oczki biegać znowu po mieszkaniu poczęły, dając dowód życia, a wtedy dzieci nasypały okruszków na deskę okienną i postawiły miseczkę z wodą dla ptaszęcia.
Długo jednak czekały, zanim ptaszyna sfrunęła z belki i dziobać poczęła okruszyny.
Od tej pory radość zapanowała wśród dzieci.
Jedno przed drugim starało się dogodzić ptaszkowi.
Nie żałowano niczego, aby miał dobrze. Ujmowano sobie cukru od herbaty, aby osłodzić mu życie.
Mieszkał wciąż na belce i pomimo otwierania nieraz lufcika, nie kwapił się na wylot z ciepłego mieszkania na mróz i zawieje.
Minęła zima, dzieci były szczęśliwe z posiadania miłego i wesołego ptaszka, który, tym głośniej szczebiotał, im większe były hałasy i śpiewy w domku leśniczego.
Zimno było jeszcze, śnieg leżał w rowach, szron rankiem pokrywał ziemię, ale czuć było zbliżające się ciepło wiosenne, a i podmuchy wiatrów stawały się łagodniejsze, gdy ptaszek stawał się coraz bardziej niespokojnym i coraz częściej siedzącym nie na belce u sufitu, lecz na ramie okienka. Czuł już wiosnę.
Przykro było dzieciom rozstawać się z ulubieńcem. Zosia nawet, chociaż najstarsza, ocierała łezki ukradkiem, iż rozstać się będą musieli z ukochaną ptaszyną, ale zwolnić swego gościa musieli.
To było ich obowiązkiem. Ptak bowiem stworzony jest do swobody, i krzywdą byłoby więzić w pokoju wyrywającego się ku wolności ptaszka.
Jak tylko więc słońce poczęło rzucać na świat cieplejsze promienie, z mchu wydostawać się pierwiosnki, dzieci, choć z westchnieniem, otworzyły okienko, usuwając się od niego, aby pozwolić swobodnie wyfrunąć swemu gościowi.
Ptaszek rozejrzał się po izbie, jakby żegnając się ze wszystkim, po czym, spojrzawszy na dzieci, zaszczebiotał pożegnalnie i wyfrunął za okno ku śpiewającym ptakom.
Dzieci leśnika patrzały z zapartym oddechem na oddalającego się ptaszka, w głębi serduszek pragnąc, aby powrócił.
Lecz najmilsza dla każdego swoboda.
Ptak z okna wskoczył na najbliższe drzewo. Rozglądał się, nie dowierzając swemu szczęściu, wreszcie widząc, iż naprawdę jest wolny, leciał dalej i dalej, aż znikł z oczu patrzących za nim dzieci.
— I odleciał... — szeptały drżące ze wzruszenia usteczka dziecięce. — Opuścił nas, a myśmy go tak kochali...
I trzy łezki perliste spłynęły z oczu trojga dzieci.
Bo, czyż mogło być inaczej? Razem się mieszkało, bawiło, śpiewało, pod jednym dachem się żyło, jakżeż można było nie zapłakać z żalu i smutku?
Latem, chodząc po lesie, dzieci rozglądały się wokoło, mając nadzieję, iż ujrzą gdzie swego miłego gościa. Zawód je jednak spotykał, bo i w jaki sposób mogłyby zauważyć wśród tysiąca ptaków maleńką ptaszynkę, która nie różniła się niczym niezwykłym od innych śpiewaków?... To było niepodobieństwem.
Lato minęło szybko, tak jak i wszystko dobre prędko, jak jedna chwila, przemija.
Wiać poczęły wichry jesienne, padać deszcz, zimna czuć się dawały, zwłaszcza rankiem, we znaki.
W lesie było wprawdzie zielono, drzewa bowiem iglaste i w zimie nawet nie tracą swej barwy, ale nie słychać już było śpiewu rozgłośnego ptactwa — dużo odleciało w ciepłe kraje, została tylko mała garstka przebywających u nas przez rok cały ptasząt. Cisza zapanowała wokoło i wyczuwać się dawała mroczna zima, gdy pewnego razu dzieci leśnika, stojąc przy oknie, zauważyły jakiegoś ptaszka, spoglądającego ku ich izdebce.
Poznały swego ulubieńca, krzyczeć poczęły z radości i klaskać w ręce.
— Jest! jest! powrócił! — wołały uszczęśliwione. — Nasz ukochany ptaszek!
A on, jakby w odpowiedzi na tę radość dziecięcą, zaszczebiotał rozgłośnie.
— Patrzcie! — zawołał Julek — ptaszyna chce nam coś powiedzieć...
Tak było w rzeczywistości. I jeśliby dzieci rozumiały ptasią mowę, usłyszałyby, co następuje:
— Cywit! cywit! Jestem u was znowu, dobrze nam było razem i wesoło, więc powracam... Cywit, cywit!
I wleciała ptaszyna przez otwarte okno do izby leśnika, na przezimowanie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.