Resurrecturi/Część II/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resurrecturi
Wydawca Wydawnictwo M. Arct
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Panna Cecylja, powróciwszy do pałacu, zamilczała zrazu wszystko przed braćmi i zamknęła się u siebie. Była zmuszona uciec się do marszałka, wiedziała, że jej prośbie zadość uczyni, ale zaciągnąć względem niego obowiązki, było to dla niej nad wyraz wszelki ciężkiem i wstrętnem. Przez te sześć lat nowicjatu na wielkim świecie zbyt wiele spotykała wejrzeń męskich, skierowanych ku sobie, ażeby się na ich znaczeniu omylić mogła. Czytała w oczach marszałka płoche sobą zajęcie, chętkę zawiązania jakichś serdecznych stosunków, których początki byłoby wygodnie osłaniało pokrewieństwo, a końca ani on sam nawet nie widział jasno. Stary bałamut marzył, że mu to uprzyjemni życie i nie rozpatrywał się w następstwach. Dlatego panna Cecylja chciała być — o ile możności — niezależną od niego, aby mu praw nie dawać żadnych do zbyt poufnych stosunków, do wymagań wzajemnych.
Musiała wszakże pisać, prosić i może nawet być mu winną ratunek. Łzy się jej potoczyły z oczu. Była to może pierwsza ciężka nad wyraz ofiara dziewczęcia dla spokoju rodziny. Marszałek, ze swą demonstracyjną czułością, gadatliwością, egoizmem i pychą, obudzał w niej prawdziwy wstręt, którego zwyciężyć nie mogła.
Ale on jeden członkiem był rodziny, on jeden miał znaczenie i mógł coś dla nich zrobić. Rada nierada, siadła list pisać. Julka, który nadszedł, odprawiła pod jakimś pozorem i drżącą ręką nakreśliła kilka słów, malujących położenie.
Wśród pisania dopiero przyszło jej na myśl, że marszałek w tej sprawie był bardzo wątpliwym obrońcą, że właśnie dla zmuszenia Cecylji, aby dom jego przyjęła, dopuścić mógł sprzedaży Zawiechowa. Zgadzało się to z jego planami, a Cecylja naówczas zupełnieby z braćmi zależała od łaski jego.
Krew rzuciła się jej do głowy... ale list trzeba było dokończyć i wysłać. Powiedziała sobie, obliczając, co miała, iż w ostatnim razie z braćmi wyniesie się do miasta. Sumka, jaką posiadała, starczyła na pierwsze niezbędne potrzeby. To jej trochę dodało odwagi. Nie liczyła może narazie, że i los starej sługi zabezpieczyć było potrzeba, i ponieść koszta podróży i sprowadzonego ogrodnika, którego tylko co nie było widać, opłacić.
Na myśl jej to wszystko nie przyszło. Poszła, jak codzień, na górę do braci, przed którymi ukrywała katastrofę, usiłując nie zmieniać nic w trybie życia codziennego, czytaniu i rozmowie.
Szmul, rozstawszy się z Cecylją w sieniach swojego domu, zaledwie miał czas zajrzeć do sklepu, położonego na dole, gdy dzwonek dał się słyszeć i powóz końmi pocztowemi zaprzężony zatoczył się przed austerję. Gospodarz, wyjrzawszy, poznał w słudze i panu, żądających pomieszkania, owego nieznajomego, który niegdyś zajechał tu na nocleg i nazajutrz nazad wyruszył. Podrażniony losem Horyszków, gniewny na cały świat, stary nierad był wcale, gdy go natychmiast kamerdyner zaprosił do pana hrabiego.
Szmul poszedł kwaśny. Los tych biednych wnuków starościny na sercu mu leżał, a do rozmowy ochoty wcale nie miał. Od pierwszych słów, gdy się przybyły zaczął dopytywać, czy nie słyszał o majątku jakim na sprzedaż, Szmul, powiódłszy ręką po czole, odparł grzecznie:
— Jaśnie pan mi przebaczy, ale ja dziś chodzę przybity; ja anibym dobrze odpowiedzieć nie mógł.
— Cóż to waćpanu jest?
Szmul westchnął.
— Choć Żyd jestem, panie grafie, ale serce mam, a tu mi się trafiło takie nieszczęście cudze, że ja na nie poradzić nie mogę, a ludzi mi strasznie żal.
Zagadnięty usilnie, Szmul opowiedział ze szczegółami historję Horyszków, której przybyły zdawał się słuchać z nadzwyczajnem zajęciem; owszem, podchwytywał nawet i badał, jakby go to obchodziło serdecznie. Przyszło do zagrożenia wywłaszczeniem, do pretensji miasta i do zamiarów Sławczyńskiego. Hrabia oburzył się niezmiernie.
— Ale czyż niema nikogo, coby chciał i mógł ich ratować?
— Jest jeden marszałek, ich krewny, — rzekł Żyd — ale, prawdę powiedziawszy, choć człowiek dobry i uczciwy, mało mu ufam, bo zbyt wiele gada i obiecuje.
Rozmowa przedłużyła się nad wszelkie spodziewanie.
— Panie gospodarzu, — odezwał się hrabia — gdybyś mi waćpan chciał pomóc, to poratowalibyśmy tę rodzinę. Szczerze powiedziawszy, jam szlachcic, może nawet zdaleka z nimi spokrewniony; czuję się w obowiązku, skoro mnie tu los tak przywiódł w porę, uczynić coś dla nich. Ale zrozumiejmy się: nie chcę, żeby żywa dusza o tem wiedziała.
Żyd stał, mocno zdziwiony.
— Idź waćpan do burmistrza i oświadcz mu od siebie, że dajesz o połowę więcej, niż ten pan... jak on się tam nazywa? W potrzebie daj dwa razy tyle, co on, ja na to dostarczę funduszu.
Szmul nie mógł się wydziwić temu zrządzeniu Opatrzności, przychodzącej w pomoc Horyszkom, w osobie zupełnie obcego człowieka. Pobiegł do burmistrza, niosąc mu deklarację na piśmie.
Tymczasem Machczeńko biegał ze swojej strony, aby interes powstrzymać. Burmistrz, tak oskoczony, zląkł się trochę. Stary Żyd wziął na siebie sprowadzenie sekretarza do pana hrabiego. Machczeńko przyszedł późno, niepostrzeżony. Siedział sam na sam z hrabią z dobre pół godziny i wymknął się, nie wstępując nawet do restauracji.
Trzeciego dnia potem Szmul został nabywcą pretensyj, za sumę dwa razy większą, niżeli dawał Sławczyński i tegoż dnia prywatnie prawa swoje przelał na hrabiego. Przez cały ten czas podróżny ów, tak miłosierny, ani się pokazywał w miasteczku. Dowiedziano się tylko, że przybył z zamiarem kupienia klucza bobrynieckiego, dóbr znacznych, tuż pod Zawiechowem położonych, które rodzina jakaś podupadła sprzedawała. Była to właśnie ta majętność, o którą hrabia Sulejowski zapytywał listem marszałka.
Wezwany przez Cecylję, marszałek odpisał natychmiast, oświadczając się ze wszelką gotowością ku pomocy, ale zarazem w liście tym ubolewał, że urzędowa czynność na parę dni go przykuwa do powiatowej stolicy, dodając, że gdy tylko będzie mógł — pośpieszy. Czuć w tem było niezupełnie odpowiednie serdecznym listu oświadczeniom postępowanie. Zwłoka mogła być zabójczą.
Po tych kilku dniach marszałek, przybywszy pocztą, nie zajechał do pałacu, ale do Szmula, którego natychmiast wezwał, ażeby się dowiedzieć, jak rzeczy stoją. Nim Szmul się mógł odezwać nawet, pan Bolesław począł gorąco boleć nad losem rodziny.
— A, nie uwierzysz, kochany panie Szmul, co ja przez te dni wycierpiałem, nie mogąc przybyć natychmiast. Ale człowiek jest niewolnikiem obowiązku. Ja tych moich kuzynków tak kocham, wiesz, jak bałwochwalczo byłem przywiązany do tej czcigodnej starościny. Ja dla nich gotów jestem do wszelkich ofiar... ale, między nami mówiąc — tu zniżył głos — prawdziwa to Opatrzność, że ich stąd wypędzają. Oniby tu zgnili. Pannę Cecylję ja biorę do siebie; niech u mnie rządzi, panuje... będę pierwszym jej sługą. Julka zaprzęgnę do kancelarji, Henryka gdzieś umieszczę na dzierżawie. Opieka ma dosyć majątków do administrowania, a ja dam kaucję. Owszem, niech sobie tę ruderę zabiorą.
Szmul słuchał cierpliwie.
— Zdaje się, panie marszałku, — odezwał się — że jej może i nie zabiorą.
— Nie? Sądzisz, że nie? — zimno odezwał się marszałek, trochę zmieszany.
Szmul spowiadać mu się nie chciał.
— Niech jaśnie pan od siebie uspokoi pannę Cecylję; mnie się zdaje, że się da temu jakoś przeszkodzić.
W twarzy marszałka widać było, że może niezupełnie był rad temu wypadkowi, lecz przyjął to naturalnie jako rzecz uspokajającą i, swoich planów już nie powtarzając, zamilkł. Chciał tylko dobyć ze Szmula, kto i jak poratował zagrożoną rodzinę, ale Żyd pobałamucił i zbył go ogólnikami.
We dworze w Zawiechowie, chociaż Szmul dodawał otuchy, nic jeszcze z pewnością nie wiedziano. Marszałek, korzystając ze zbiegu okoliczności, zużytkował to dla siebie.
Zajechał przed pałac i z tym samym pośpiechem i egzaltacją, jak dawniej do starościny, wpadł do Cesi.
— Kochana kuzynko, — zawołał, zjawiając się w progu — oto jestem na rozkazy. Rzuciłem wszystko i z bijącem sercem pędziłem tu do was. O! mnie tu tyle drogich ciągnie wspomnień, tak święte obowiązki! Spłakałem się, zobaczywszy Zawiechów i przypomniawszy sobie drogą naszą zmarłą.
Cesia, płoniąc się, słuchała go.
Siadł wreszcie, pot z czoła ocierając.
— Najprzód na wstępie — pośpieszył dodać — przynoszę wiadomość, bo już byłem w mieście i działałem, że mimo wszystko co groziło, niebezpieczeństwo przecie jest usunięte. Napadłem zaraz na urzędników, użyłem mojego wpływu i proszę mi wierzyć, nie dopuścimy do tego.
Piękną bardzo, trochę niemęską ręką uderzył się po szerokiej piersi z wielką gracją i uśmiechnął do Cecylji, która szeptała podziękowania, kłopocąc się już długiem wdzięczności, jaki zaciągnęła względem niego.
Ponieważ dano znać o przybyciu kuzyna, Henryk o kulach i Julek zeszli na powitanie. Z drugiej strony pośpieszyła Piotruska, która, równie jak starościna, miała słabość do marszałka, aby go pozdrowić ze łzami.
Marszałek się rozczulał.
Podobnie jak piękną rękę, starał się okazać swe piękne serce, wylane dla rodziny, gotowe do ofiar, wzruszone niegodziwem postępowaniem nieprzyjaciół.
Rozmowa przeciągnęła się do wieczora późnego. Pan Bolesław, uspokoiwszy piękną kuzynkę, zabawiwszy ich opowiadaniami swych urzędowych czynów i trosk, pojechał na noc do Szmula.
Tu już mu mieszkanie przygotowano obok hrabiego. Pan Sulejowski dowiedział się zaraz o przybyciu marszałka, do którego w sprawie dóbr bobrynieckich pisał. O pokrewieństwie jego z Horyszkami był już uwiadomiony i wieczorem, gdy pan Bolesław wrócił do mieszkania, znalazł w niem bilet wizytowy hrabiego Sulejowskiego. Z listu był mu tylko znajomym, ale teraz, na widok karty jego, przyszło mu na myśl, że w ich domu ostatnie lata spędziła panna Cecylja i że to był ten człowiek, którego obwiniano o zakochanie się w jego kuzynce, a ją o rozprzężenie małżeństwa.
Przykre wrażenie na marszałku zrobił przyjazd w te strony obwinionego, którego z tego powodu posądzać istotnie było można o jakieś zamiary względem panny Cecylji. Marszałek, który za każdem zbliżeniem się do niej więcej się rozmarzał, doznał nader niemiłego uczucia.
Jeszcze się, tak rozmyślając, wpatrywał w bilet leżący na stoliku, gdy mu kamerdyner oznajmił, że hrabia chce mieć przyjemność zaprezentowania mu się. Pan Bolesław niezmiernie tytuły szanował i zbliżanie się do większego świata, spoufalanie z nim było jedną z jego słabości. Wyszedł więc naprzeciw gościa i dwaj panowie, prawie równie wyelegantowani, wyświeżeni, z tą różnicą, że hrabia mniej był mowny i wymowny, stanęli naprzeciw siebie.
Hrabia Sulejowski nie domyślał się wcale uczuć, jakie panna Cecylja obudzała w marszałku; wiedział tylko o bliskiem pokrewieństwie i chciał jak najuprzejmiej zbliżyć się do rodziny.
Z wielkim wdziękiem i wyszukaną grzecznością oświadczył, że czuje się w obowiązku przeprosić marszałka, iż nieznajomy utrudzać go śmiał listem, ale okoliczności tego wymagały... i t. p.
Marszałek pośpieszył skłamać, iż na list natychmiast ze szczegółami odpisał.
Listu tego, naturalnie, nie odebrał hrabia, musiał gdzieś zaginąć. I zaczęto na tę nieregularność poczt naszych utyskiwać.
— Co się tyczy klucza bobrynieckiego, — dodał marszałek, dobywając jak najwykwintniejsze cygaro i ofiarowując je gościowi — było to dla mnie zadaniem nader drażliwem powiedzieć coś na korzyść lub niekorzyść majętności, która ma i swoje „ale“ i swoje „za“; lecz wogóle piękny to majątek, choć zrujnowany, jak u nas wszystkie, wymagający nakładów znacznych.
Hrabia słuchał ciekawie.
— Czy pan hrabia zawsze trwa w zamiarze nabycia?
— Jestem z pewnych względów zmuszony szukać kupna majątku — odparł hrabia. — Mam kapitał, który chciałbym umieścić w ziemi. Majątek, w którym dotąd mieszkaliśmy, dla osobistych moich okoliczności, stał mi się niemiły; majątki w Królestwie drogie.
Marszałek zmilczał. Kwaśno mu było.
— Oglądał go pan na miejscu?
Hrabia westchnął.
— Już nabycie spełnione... punkta podpisane.
— A! — zawołał marszałek zimno — więc pozostaje tylko powinszować i cieszyć się tak godnym obywatelem, który nam przybywa.
Hrabia skłonił się lekko.
Rozmowa wszczęła się chłodna, o rzeczach obojętnych. Ludzie ci byli może nadto do siebie z pewnych stron podobni, ażeby mogli zbyt sympatyzować ze sobą. Hrabia miał więcej uczucia i szlachetności, więcej serca... ale zewnętrzną stroną obaj godzili się, tonem, wychowaniem, obejściem.
Sulejowski nie zapytywał wcale o rodzinę marszałka, on zaś wahał się coś o niej wtrącić, ciągle się sam siebie pytając, czy ma o Cecylji wspomnieć lub nie. Nareszcie zdało mu się, że zanadto bliskim był jej krewnym, by mógł nie wiedzieć, w jakim domu ostatnie lata spędziła, a milczenie o tem mogło ściągnąć posądzenie, iż się czegoś domyślał.
— Pan hrabia mi daruje, — wtrącił pod koniec rozmowy — gdy go spytam, czy daleka moja krewna, panna Cecylja Horyszkówna, u którego z krewnych pańskich była guwernantką?
Hrabia z wielką przytomnością umysłu, jakby się spodziewał zapytania, nie zarumieniwszy się i nie dając znaku, jak dalece go to obchodziło, odparł powoli i dobitnie:
— Panna Cecylja bawiła w naszym domu. Nadzwyczaj nam przykro było obojgu, a szczególniej żonie mojej, że stan zdrowia i potrzeba wypoczynku zmusiły pannę Cecylję do porzucenia nas. Dla mnie, gdyby była dłużej chciała mojemi córeczkami się opiekować, byłoby to wielką rękojmią ich wychowania, którem się, niestety, niepokoję wielce, będąc zmuszony rozstać się z żoną i przy niej córki zostawić.
Powiedział to spokojnie, naturalnie, a marszałek, wyznaniem tem nieco zmieszany, zamilkł na chwilę.
— Wchodzę w nader przykre położenie hrabiego — rzekł nareszcie.
— Wspomniałem o tem, — dodał Sulejowski — bo rozwód nasz całemu światu jest wiadomy i powody jego nikogo nie krzywdzą. Kazano nam się pobrać i musieliśmy żyć ze sobą. Związek to był czysto konwencjonalny; lecz i żona moja, i ja uczuliśmy, że mamy prawo od życia zażądać czegoś więcej, nad takie chłodne, choć na szacunku oparte stosunki.
Zwierzenia te nie wymagały odpowiedzi i pan Bolesław zmilczał, westchnąwszy tylko.
— Ja tu właśnie w interesie rodzeństwa panny Cecylji przybyłem, — odezwał się, pomilczawszy. — Ona i jej bracia zagrożeni byli wywłaszczeniem z ostatniego kąta. Szczęśliwy jestem, że jeszcze w porę przybywszy, mogłem temu uciskowi zapobiec i im usłużyć.
Marszałek, wcale nie spodziewający się tego, by w siedzącym naprzeciw siebie człowieku, obcym i niedawno przybyłym, znalazł sprawcę oswobodzenia, pochwalił się niem niezręcznie i dał odrazu hrabiemu miarę swojego charakteru.
Usłyszawszy te wyrazy, hrabia się wyprostował; uśmiech niepostrzeżony przesunął mu się mimowolnie po ustach. Potem minę nastroił poważną, chłodną, oczyma trochę zdziwionemi popatrzył na antagonistę, wstał zwolna z krzesła i z tą samą grzecznością wyszukaną, ale nierównie ceremonjalniejszą, nie chcąc już rozmowy przeciągać, pożegnał go i wyszedł.
Przechodząc sienią, hrabia smutnie się uśmiechał sam do siebie.
Marszałek pozostał zamyślony. Pomimo chłodu i umiarkowania w rozmowie, gdy szło o pannę Cecylję, czuł w tym człowieku rywala i, chociaż położenie dawało mu wiele nad nim przewagi, sam przed sobą przyznawał, że z nim się mierzyć nie mógł.
Zamiast jednak ostudzić jego fantazję dla pięknej kuzynki, rozżarzyło ją to owszem. Marszałek czuł, że dla niej gotów był w istocie nietylko do ofiar, lecz do zapomnienia się zupełnego, które mu się rzadko trafiało, gdyż był wogóle człowiekiem, mimo swych uniesień, nader praktycznym.
Nadzwyczaj łatwy do zajęcia się lada twarzyczką, bałamut, jakich mało, nie przebierający w rozmaitego rodzaju wdziękach i różnych sfer owocach — od skromnej wieśniaczki do podżyłej modnisi salonowej — pan Bolesław nigdy nie posuwał się na skrzydłach uczucia tak daleko, by mu to w ekonomice życia zawadzać mogło. Spostrzegłszy, że następstwa serjo ze stosunku wynikały, cofał się nader zręcznie i z wielką łatwością przeszczepiał sentyment, który się zawsze odrazu na nowym gruncie przyjmował. Tym razem zajęcie się piękną siostrzenicą zaczynało go już także niepokoić, bo zbytecznie nim owładło.
— A to istota o ile czarowna wdziękiem, o tyle zimna i sztywna. Najmniejszego nigdy uniesienia, żadnego znaku uczucia. Powaga, chłód... gdy w oczach płomienie, gdy w ustach coś tak uroczego, gdy dźwięk głosu, jak muzyka chórów anielskich. Wyobrazić sobie — marzył dalej — tę śliczną Cecylkę, spartą u mnie na ganku, wśród ciszy wieczora, o wschodzącym księżycu... ja przy niej, dłoń w dłoni! Wiosenne przypominają się dzieje... odkwitłbym przy niej na nowo. Ale ręki dotknąć się nie daje; w oczy jej patrzę, to ze wzrokiem umyka; mówię dwuznacznie, rozumieć nie chce. Szanuje mnie jak istotnego wujaszka, gdy ja klękam przed nią.
Nie zrozpaczył jednak marszałek, który w siebie dosyć wierzył; zdawało mu się, że gdyby tylko zbliżył się do niej, gdyby żyli w jednym domu, widywali się codzień, płomień, który piersi jego rozżarzał, musiałby się udzielić i Cecylji. Do tego więc należało zmierzać, aby obmierzić jej pobyt w Zawiechowie i skłonić ją do przyjęcia gościny u niego. Pan Bolesław sądził, że powoli dojdzie do tego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.