Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Lenistwo/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


LENISTWO[1]
I.

Jeżeli jaki malarz zechce przedstawić w najpowabniejszym wyrazie leniwą słodycz włoskiego farniente, to podamy mu tutaj szkic podobnego obrazu.
Florencja de Luceval, będąc zamężna od sześciu miesięcy, nie ma jeszcze lat siedemnastu; biała i rumiana, z jasnemi włosami, ta młoda kobieta jest nieco tłusta, ale jej dobra tusza tak cudnie rozdzielona jest na całe ciało, że jej dodaje wdzięku.
Pozycja Florencji, okrytej pudermantlem z białego muślinu, jest pod pewnym względem niedbałą i opuszczoną; leży w połowie na miękkim fotelu z wygiętą poręczą, na której niedbale spoczywa jej piękna głowa; złożyła na krzyż swoje małe nóżki, obute w prześliczne pantofelki i oparła je na grubej poduszce, gdy tymczasem jej długie i zgrabne paluszki oskubują piękną różę.
Młoda kobieta, siedząc przy otwartem oknie, wychodzącem na ogród, z przymkniętemi w połowie dużemi oczyma, wodzi błędnym wzrokiem po migającem się świetle i cieniach złotych promieni słońca igrających w błękitnawej ciemności gęstej cienistej alei.
W chwili kiedy ta nieuleczalna próżniaczka oddawała się urokowi swej zwyczajnej gnuśności, następująca scena odbywała się w przyległym pokoju:
Pan Aleksander de Luceval wszedł dopiero do sypialnego pokoju swej żony; był to dwudziesto-pięcio-letni mężczyzna, brunet, wysmukły, nerwowy; czynność, gwałtownośc charakteru przebijała się w najmniejszem jego poruszeniu; należał on do liczby tych ludzi, którzy czując potrzebę nieustannego ruchu, mają, jak się mówi, ogień w żyłach swoich, i nie mogą jednej chwili pozostać na miejscu, chwytając skwapliwie za najmniejszy powód, żeby tylko działać; zdawało się, że on jednocześnie na dziesięciu znajdował się miejscach i że jego przeznaczeniem było rozwiązać dwa zadania: wiecznego ruchu i wszędybytu.
Była druga godzina po południu, a pan de Luceval wstawszy o świcie (sypiał najwyżej cztery lub pięć godzin), zwiedził już połowę Paryża pieszo lub konno. Wszedłszy do sypialni swej żony, pan Luceval znalazł w niej jednę z jej służących.
— I cóż! rzekł — czy pani już wróciła? czy ubrana? czy już gotowa?
— Pani margrabina wcale nie wychodziła — odpowiedziała panna służąca Liza.
— Jakto? pani nie wychodziła o jedenastej?
— Nie, panie, gdyż wstała dopiero o pół do pierwszej.
— No proszę, więc i tym razem, znowu nic z tego nie będzie! — rzekł pan de Luceval, tupnąwszy nogą z niecierpliwości; poczem dodał — ale przynajmniej pani jest ubrana?
— O, nie, panie!... Pani jeszcze jest w negliżu... nawet nic mi pani nie mówiła czy miała wyjść dzisiaj.
— Gdzież ona jest? — zawołał pan de Luceval.
— W małym salonie.
W chwilę potem, pan de Luceval z łoskotem wszedł do ubieralni, gdzie jego bezczynna żona leżała niedbale w swoim fotelu; było jej w nim tak dobrze, tak dobrze... że nie miała odwagi odwrócić głowę, żeby zobaczyć kto wszedł do pokoju.
— Doprawdy, Florencjo — rzekł pan de Luceval — tego już znieść niepodobna...
— Cóż takiego... mój przyjacielu? — zapytała żona omdlewającym głosem, nie ruszywszy się wcale i mając oczy ciągle wlepione w ogród...
— Pytasz mnie, co takiego? że mieliśmy przecież wyjść razem o godzinie drugiej?
— Dzisiaj jest zbyt gorąco.
— Słuchaj, Florencjo, ty żartujesz!
— Bynajmniej.
— Ależ zakupy, które mamy zrobić, są niezbędne; trzeba, żeby wyprawa mojej siostrzenicy już raz przecież była uzupełniona i byłaby nią już od tygodnia, gdyby nie twoja trudna do uwierzenia ociężałość.
— Ty masz bardzo dobry gust, mój przyjacielu, zajmij się sam temi sprawunkami; musiałabym biegać od sklepu do sklepu, wsiadać, wysiadać; na samą myśl o tem trwoga mnie przejmuje.
— Wierzaj mi, pani... to wstyd!
— Nie przeczę temu.
— Masz zaledwie lat siedemnaście... w tym wieku takie lenistwo... to rzecz potworna.
— Rozkoszna... chciałeś powiedzieć... Słuchaj... przed chwilą jeszcze....zanim przyszedłeś do mnie, jakiegoż zadowolenia doznawałam... patrząc... tam... i nic prawie nie widząc... słuchając szmeru tej kaskady... i nie zadając sobie nawet pracy, ażeby coś myśleć.
— I ty śmiesz przyznawać się do tego?
— Dlaczegóźby nie?
— Nie, nie, zdaje mi się, że niepodobieństwem było by znaleźć drugą istotę, której gnuśność dorównywała by twojej gnuśności.
— A jednak, ileż to razy mówiłeś mi o twoim kuzynie Michale, który, według ciebie, w niczem nie ustępuje mojemu lenistwu. Może dlatego nie przyszedł cię jeszcze odwiedzić od czasu naszego wesela...
— O! zapewne! oboje warci jesteście siebie, lecz nie wiem, czy twoja opieszałość nie przewyższa jeszcze jego lenistwa. Ale, wierząj mi, Florencjo, skończymy już te żarty, ubieraj się i jedzmy, zaklinam cię.
— Ja znowu, z mojej strony, drogi Aleksandrze, zaklinam cię, zajmij się sam temi sprawunkami, a za to przyrzekam ci, że wieczorem pojadę z tobą na spacer w otwartej karecie do lasku Bulońskiego. Z nadejściem nocy będę mogła włożyć tylko mantylę i kapelusz.
— Co znowu! przecież to dzień przyjęć pani de Saint-Prix; ona dwa razy była u ciebie, a ty wcaleś jej jeszcze nie odwiedziła. Uczynisz mi więc tę przyjemność, że wieczorem pojedziemy do niej.
— Ubierać się, ah! to jest okropnie nudne.
— Moja pani, nie idzie tu o to, co jest nudne lub zabawne, lecz o spełnienie obowiązków towarzyskich. Pojedziemy do pani Saint-Prix.
— Towarzystwo obejdzie się beze mnie jak i ja bez niego... Nie lubię świata... i nie pojadę do pani de Saint-Prix.
— Pojedziesz...
— Nie... a kiedy mówię nie... to nie...
— Do pioruna!
— Słuchaj, mój przyjacielu, mówiłam ci już nieraz... że poszłam za mąż dlatego, żeby wyjść z klasztoru... żeby wstawać codziennie o tej godzinie, kiedy mi się będzie podobało... żeby już nie brać żadnych lekcyj... żeby używać rozkoszy nie zajmowania się niczem, słowem, żeby być panią samej siebie.
— Ależ ty mówisz i rozumujesz jak dziecko, jak zepsute dziecko...
— Niechaj i tak będzie.
— Ah! prawda, opiekun twój uprzedził mnie... Czemuż mu nie wierzyłem? Lecz ja daleki byłem od myśli, żeby mógł na świecie istnieć charakter podobny do twojego. Myślałem sobie wtedy, w szesnastoletniej panience, ta ociężałość, to lenistwo, nie jest niczem innem, jak znudzeniem, jak zniechęceniem, które sprowadza jednostajne życie klasztorne. Świat przyjemności, obowiązki towarzyskie, starania domowe, podróże pokonają tę ospałość, i...
— A jednak to prawda! — rzekła pani de Luceval, przerywając swemu mężowi z pewnym wyrzutem — pod pozorem, że miałeś jeszcze zwiedzić trzy części świata, w tydzień po moim zamięściu proponowałeś mi jakieś podróże.
— Lecz, moja pani, te podróże...
— Ah! mój panie, na samo wspomnienie o tem dreszcz mnie przejmuje! Podróż, wielki Boże!... podróż!... jest rzecz najprzykrzejsza, najbardziej utrudzająca w święcie! Te noce spędzane w powozie, lub w najokropniejszych oberżach; te przejażdżki, te wycieczki bez końca, dla zobaczenia mniemanych piękności okolicy, lub miejscowych osobliwości. Wierzaj mi, jużem cię tyle razy błagała, żebyś mi nie wspominał o podróżach, ja się brzydzę niemi!
— Ah! pani, pani! gdybym ja to mógł był przewidzieć!
— Rozumiem, nie byłabym miała szczęścia być panią de Luceval...
— Powiedz pani raczej, że nie byłbym miał nieszczęścia być twoim mężem.
— Po sześciu miesiącach małżeństwa... to bardzo przyjemnie.
— Ej, do pioruna. Doprowadzasz mnie do ostateczności, niema na ziemi istoty nieszczęśliwszej ode mnie, i nareszcie muszę wybuchnąć...
— Dobrze, wybuchaj pan, ale spokojnie, bo ja nienawidzę wszelkiego hałasu.
— Otóż powiem ci... spokojnie... że powinnością kobiet jest zajmować się domem, i że pani bynajmniej nim się nie zajmuje; gdyby nie ja, nie wiem doprawdy jakby się tutaj działo.
— Należy to do twojego marszałka, a zresztą, sam jesteś czynny za dwoje, musisz więc tej czynność na coś używać.
— Powiem pani jeszcze... jak najspokojniej, że ja marzyłem sobie życie rozkoszne, zamierzałem, ożeniwszy się, zwiedzić najciekawsze kraje, i mówiłem sobie: Zamiast sam podróżować, będę miał piękną, zachwycającą towarzyszkę; znoje, przypadki, niebezpieczeństwa nawet podzielać będziemy z odwagą i wesołością.
— O! mój Boże! — rzekła Florencja, wznosząc swoje piękne oczy ku niebu — i on śmie przyznawać się do tego!
— Jakie to szczęście, myślałem sobie — odpowiedział pan de Luceval, uniesiony goryczą — jakie to szczęście przebiegać w ten sposób kraje najbardziej zajmujące, Egipt...
— Egipt!...
— Turcję.
— O! mój Boże... Turcję!...
— A nawet, gdybyś była kobietą, o jakiej na moje nieszczęście marzyłem, zapuścić się aż w góry Kaukazu.
— Kaukazu! — zawołała Florencja zrywając się już zupełnie z krzesła, gdyż dotąd za każdą nazwą geograficzną, wymówioną przez swego męża, podnosiła się tylko stopniowo. — Czy to być może! — dodała, składając swoje piękne dłonie z trwogą i mieliśmy pojechać aż na Kaukaz.
— Do djabła! moja pani, wszakże lady Stanhope, księżna Placencja, i tyle innych kobiet nie ulękło się podobnych podróży.
— Na Kaukaz! oto co mnie czekało, więc knułeś pan potajemnie, kiedy ja z calem zaufaniem oddawałam ci niewinnie moją rękę w kaplicy Wniebowzięcia. Ah! teraz dopiero widzę twój okrutny egoizm. — I przerażona Florencja upadła na krzesło, powtarzając — na Kaukaz!...
— O! wiem o tem dobrze — odpowiedział pan de Luceval z goryczą — nie należysz do liczby kobiet, zdolnych uczynić najmniejsze ustępstwo dla najmniejszego życzenia swoich mężów.
— Najmniejsze ustępstwo! Ależ, mój panie, to chyba gotów jeszcze jesteś zaproponować podróż dla odkrycia nieznanych krain w Timbuktu, albo na morzu lodowatem!
— Moja pani, odważna żona jednego znakomitego malarza, pani Biard, towarzyszyła swemu mężowi pod biegun północny. Tak jest — dodał pan de Luceval tonem wyrzutu — rozumie mnie pani, pod biegun północny?
— Aż nadto dobrze rozumiem, mości panie... ale wiesz... ty jesteś maj złośliwszym... lub też najszaleńszym z ludzi.
— Mościa pani!
— Ah! mój Boże, któż pana zatrzymuje? skoro masz upodobanie, manję podróżowania, skoro spoczynek sprawia ci zawrót głowy; podróżuj, jedź na Kaukaz, jedź pod biegun północny, jedź, czemprędzej; oboje na tem zyskamy, ja nie będę cię zasmucała moją potworną, opieszałością, a pan nie będzie drażnił moich nerwów tą ustawiczną ruchliwością, która ci nie pozwala ani jednej chwili pozostać na miejscu, lub też innych spokojnie na niem pozostawić. Po dwadzieścia razy na dzień przychodzisz pan do mnie dla samej tylko przyjemności wchodzenia i wychodzenia; albo też, czemu niepodobna prawie uwierzyć, przychodzi panu na myśl wpaść do mnie o piątej zrana, ażebym konno wyjechała na spacer, lub żebym się udała do szkoły pływania. Przecież zachęcałeś mnie już nawet do gimnastyki! No proszę, dla mnie gimnastyka! Zapewne pan jeden tylko może mieć podobne myśli! Dlatego też powtarzam panu, że jego dziwaczne propozycje, jego wieczne chodzenie, ten hałas, ten ustawiczny ruch, ta bezustanna czynność, którą jesteś opętany, nudzą mnie tak samo, jak pana moje lenistwo; zatem nie myśl pan wcale, jakobyś sam tylko miał powody do narzekania, i ponieważ doszliśmy nareszcie do powiedzenia sobie całej prawdy, oznajmiam panu z mojej strony, że podobne życie jest dla mnie nieznośne, i jeżeli dłużej tak potrwa, ja nie będę mogła wytrzymać.
— Cóż pani przez to rozumie?
— Rozumiem przez to, mój panie, że bylibyśmy oboje bardzo głupi, zadając sobie dłużej taki przymus, i zawadzając sobie wzajemnie; pan ma swoje upodobania, ja mam moje; pan ma swój majątek, ja mam mój: żyjmy jak nam się będzie podobało, i na miłość boską, żyjmy tylko spokojnie.
— Doprawdy, uwielbiam panią. Jakto! więc pani myśli, że ja się ożeniłem dlatego, żeby nie żyć według mojej woli?
— O! mój Boże! Żyj pan sobie, jak ci się podoba; ale pozwól i mnie żyć jak mi się podoba.
— Mnie się podoba, mościa pani, żyć z tobą, dlatego, zdaje mi się ożeniłem się z tobą, i pani powinna przyjąć mój rodzaj życia. Tak jest, pani, mam prawo domagać się tego, i będę miał siłę prawo to wykorzystać.
— Panie de Luceval, to, co pan mówi jest niepospolicie śmieszne.
— Ah, ah! — zawołał mąż z szyderskim uśmiechem — tak pani sądzi?
— Śmieszne do najwyższego stopnia.
— Więc i kodeks cywilny jest także śmieszny do najwyższego stopnia?
— Nie znając go nawet, nie odpowiem, że nie, skoro go pan cytuje z powodu tej sprzeczki.
— Dowiedz się pani tedy, że kodeks cywilny zastrzega wyraźnie, że żona powinna, musi, zniewoloną jest iść za mężem.
— Na Kaukaz?
— Wszędzie, gdzie mu się będzie podobało, byle tylko nie groziło jej niebezpieczeństwo.
— Słuchaj pan, zagroź mi odrazu biegunem północnym, i niechaj się to już raz skończy.
— Nie będę pani wcale groził; ale proszę pamiętać o jednej rzeczy, że czas pobłażania już minął, i dlatego, kiedy mi wypadnie ruszyć w podróż, a chwila ta jest może bliższa, niżeli się pani spodziewa, uprzedzę panią na tydzień naprzód, ażebyś miała czas porobić potrzebne przygotowania, i, chętnie czy niechętnie, gdy konie pocztowe staną u powozu, będziesz musiała pojechać.
Pani de Luceval uśmiechnęła się ironicznie.
— A jeżeli nie, wtedy udaje się do komisarza, który krzyknie na żonę: w imię prawa, ruszaj za mężem.
— Tak jest, śmiej się pani, w imię prawa! czujesz to przecież, że są pewne rękojmie, dla rzeczy tak poważnej, tak świętej, jaką jest małżeństwo. Zresztą, upodobania, szczęście, spokój uczciwego człowieka nie mogą zależeć od kaprysu zepsutego dziecka.
— Kaprysu! to rzecz ciekawa. Ja nienawidzę podróży, najmniejsze utrudzenie jest dla mnie nieznośne, a ponieważ panu podoba się iść za tradycjami Żyda tułacza, miałabym być zniewoloną gonić za panem?
— Tak mościa pani, i dowiodę ci, że...
— Panie de Luceval, ja nie cierpię sprzeczek, bo to prawdziwa praca, i to jedna z najnudniejszych. Ale teraz krótko mówiąc, oznajmiam, że towarzyszyć panu nie będę gdybyś miał jechać tylko do Saint-Cloud; zobaczy pan czy postanowienia mego dotrzymam.
I Florencja utonęła znowu w swoim fotelu, założyła swoje drobne nóżki jednę na drugą, opuściła ręce na poręcze krzesła, przechyliła w tył głowę i przymknęła w połowie oczy, jak gdyby chciała wypocząć po ciężkich trudach.
— Nie, moja pani — zawołał de Luceval — tak nie będzie, nie zniosę tego pogardliwego milczenia.
Pomimo wszystkich usiłowań, mąż Florencji nie wymógł już na niej ani jednego słowa. Zwątpiwszy nareszcie, ażeby mógł przerwać to uporczywe milczenie, wyszedł z największym gniewem z pokoju.
Pan de Luceval był zupełnie szczery w swoich zamiarach. Zapamiętały turysta, nie przypuszczał wcale, ażeby jego żona nie miała, podobnie jak on, upodobania w podróżach, albo, że przynajmniej nie zechce tak postępować jak gdyby je lubiła. Tem więcej był utwierdzony w tem przekonaniu, że, zaślubiając Florencję, wmówił w siebie, że szesnastoletnia panienka, sierota, świeżo wychodząca z klasztoru, będzie zachwycona podróżami, któremi chciał jej po ślubie prawdziwą zrobić niespodziankę.
Rzeczy tak się miały: notarjusz pana de Luceval wspomniał mu o pięknej szesnastoletniej sierocie, mającej przeszło miljon posagu, umieszczonej u swego opiekuna, znanego powszechnie bankiera, i pobierającej 80 tysięcy rocznego dochodu. Pan de Luceval podziękował swemu notarjuszowi i Opatrzności, zobaczył panienkę, znalazł ją bardzo piękną, zakochał się w niej, i w imaginacji wystawił cały pałac przyszłości swojej na ruchomym piasku szesnastoletniego serca; potem ożenił się, a zbudzony ze swoich marzeń, zdziwił się nadzwyczajnie zawodom i w prostocie swojej myślał, że prawo, naleganie, groźby, przemoc zdołają ugiąć wolę kobiety, która zasłoni się względem niego biernym oporem.




Zaledwie Luceval opuścił Florencję, weszła natychmiast do jej pokoju Liza, i rzekła zmieszana do swej pani.
— Ah! mój Boże!
— Cóż takiego?
— Jakaś dama, nazwiskiem pani d‘Infreville jest na dole... w dorożce...
— Walentyna! — zawołała skwapliwie margrabina z wyrazem zdziwienia i radości — wieki jej nie widziałam, proś ją do mnie.
— O! pani, to być nie może!
— Jakto?
— Dama ta kazała mnie przez odźwiernego prosić do siebie; uwiadomiono mnie o tem, zeszłam na dół; wtedy dama ta, nadzwyczajnie blada, rzekła do mnie: „Chciej panna poprosić panię de Luceval, aby raczyła zejść na dół, pragnę pomówić z nią w sprawie bardzo ważnej; powiesz jej panna moje nazwisko, pani d‘Infreville, Walentyna d’Infreville...“
Zaledwie panna Liza wymówiła te słowa, kamerdyner, zapukawszy uprzednio, wszedł do salonu, mówiąc:
— Czy pani margrabina przyjmie panią d‘Infreville?
— Cóż to znaczy? — zapytała Florencja, zdziwiona bardzo tą nagłą zmianą postanowienia swej przyjaciółki — więc pani d’Infreville jest tutaj?
— Tak, pani.
— Proś więc, ażeby weszła — odpowiedziała pani de Luceval, podnosząc się z krzesła, ażeby wyjść na spotkanie swej przyjaciółki, którą serdecznie uściskała, gdy pozostały same w pokoju.

Przypisy

  1.   Dodano przez Wikiźródła.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.