Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom IV/Skąpstwo/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


II.
.

Marieta, opuściwszy plac Niewinnych, dostała się w ciemną, ponurą ulicę, zwaną ulicą Pretres-Saint-Germain-l’Auxerrois i wstąpiła do ostatniego domu znajdującego się na tejże ulicy. Przeszedłszy ciemny ganek, weszła na zapadłe schody, które również nie były oświetlone.
Na pierwszem piętrze mieszkała odźwierna; dziewczyna weszła do niej i zapytała:
— Czy pani Justin była łaskawa zajrzeć do mojej matki chrzestnej?
— Tak, panienko, zaniosłam jej mleko, lecz jest w bardzo złem usposobieniu, przyjęła mnie bardzo niegrzecznie. Gdyby mi nie chodziło o panienkę, oddałabym ja jej pięknem za nadobne.
— Ach, pani, trzeba mieć litość dla niej, ona jest tak bardzo cierpiąca.
— Tak, tak, panna Marieta zawsze ją uniewinnia, chociaż jest jej kozłem ofiarnym. Świadczy to tylko o szlachetnem usposobieniu panienki, ale bądź co bądź, matka chrzestna panienki jest uparta jak kozioł. Biedne dziecko, już tu na ziemi przechodzisz czyściec, a gdyby raj nie miał istnieć, byłabyś pokrzywdzoną.
— Do widzenia, pani Justin, śpieszę do matki.
— Niechże panienka chwileczkę zaczeka, mam dla niej list.
— List? — zawołała Marieta, rumieniąc się — list z prowincji?
— Tak jest, panienko, stemplowany w Dreux i kosztuje sześć sous. Oto jest, a w rogu napisano: „bardzo pilno“.
Marieta odebrała skwapliwie list i schowała go za gors, a wyjąwszy woreczek oddała ostatnie 10 sous, które się w nim znajdowały i śpiesznie udała się do swego mieszkania, szczęśliwa, że odebrała list od Ludwika i równocześnie w obawie z powodu napisu „bardzo pilno“, wreszcie przygnębiona, że będzie musiała kilka godzin czekać, zanim dowie się o treści listu.
Tak pogrążona w myślach zaszła na piąte piętro, z biciem serca otworzyła drzwi do ubogiej izdebki, którą zamieszkiwała wraz z matką chrzestną. Ta ostatnia leżała na jedynem łóżku. Cienki materac, rozłożony podczas nocy na ziemi, służył Mariecie do spoczynku. Stół, stara komoda, dwa krzesła, nieco sprzętów kuchennych, które wisiały nad kominkiem, oto całe umeblowanie tej izdebki, w której panowała wzorowa czystość, a maleńkie z widokiem na nieschludne podwórze okienko, mało co światła do izby wpuszczało. Pani Lacombe, tak bowiem nazywała się chora, była słusznej postawy, liczyła około pięćdziesięciu lat, a tak przestraszająco chuda i takiej bladości, iż możnaby ją mieć za umarłą, gdyby nie oczy błyszczące i ironiczny uśmiech na twarzy, wywołane życiem, które było jednem pasmem nędzy, cierpień i niewygody. Pani Lacombe była widocznie bardzo cierpiąca i mocno rozdrażniana. Usiłowała się obrócić, aby zobaczyć swą córkę chrzestną, lecz daremnie i zawołała groźnie:
— Skąd ty przychodzisz?
— Matko... ja...
— Ulicznico! umyślnie mnie tu samą zostawiasz, abym prędzej skończyła, nieprawda?
— Przecież ja ledwie na godzinę z domu się oddaliłam.
— I spodziewałaś się, że ja w tym czasie ze złości umrę, co?
— O mój Boże, mój Boże! — lamentowało biedne dziewczę.
— Tak, ty mnie nie oszukasz, ja ci już jestem ciężarem. Dzień, w którym zagwożdżą moją trumnę, będzie dla ciebie dniem wesela, ale też i dla mnie, gdyż wtenczas już nie będę cierpiała.
Marieta otarła łzy, które jej wycisnęły słowa matki chrzestnej, zbliżyła się do niej i rzekła serdecznie:
— Twoja noc ostatnia była tak przykra, iż miałam nadzieję, że dzień będzie znośniejszy i że się podczas mojej nieobecności przedrzemiesz, kochana matko.
— Czy cierpię, czy zdechnę, tobie to wszystko jedno, największą twoją przyjemnością jest chodzić po ulicach miasta.
— Wyszłam dzisiaj zrana, bo wymagała tego konieczna potrzeba, zanim jednak wyszłam, prosiłam panią Justin, żeby...
— Prędzej śmierć wolałabym zobaczyć, jak to stworzenie, dlatego też mi ją tak często nasyłasz.
Marieta uśmiechnęła się gorzko, lecz, nie odpowiadając na te wybuchy złego humoru chorej, rzekła spokojnie.
— Mam matce rękę obwiązać?
— Nie, godzina ku temu już przeszła.
— Bardzo żałuję, że się spóźniłam, ale niech mateczka pozwoli teraz zawiązać.
— Zostaw mnie w spokoju.
— Ale, kochana matko, rana się pogorszy.
— Do tego ty tylko dążysz.
— Ależ, matko chrzestna!
— Nie zbliżaj się do mnie.
— Ja poczekam — odrzekło dziewczę, wzdychając, a potem dodała: — prosiłam panią Justin, aby przyniosła matce mleka, tu jest, czy mam je rozgrzać?
— Mleko i nic jak mleko, zawsze mleko. Lekarz mi zalecił buljon, przygotowany z dobrego mięsa i pół kurczęcia. Ach prawda, dano mi te potrawy i to w poniedziałek i wtorek. Lecz od tego czasu nic, a dziś już niedziela.
— To nie moja wina, lekarz zapisuje, lecz do zastosowania się do tych przepisów potrzeba pieniędzy, a jeżeli zarabiam 20 sous dziennie, to i to jeszcze z wielkiem natężeniem.
— A wydatki na twoje suknie nic nie znaczą?
Marieta smutnie potrząsnęła głową i odpowiedziała z poddaniem się:
— Matka przecież wie dobrze, iż przez całą zimę chodziłam w jednej sukience. Oszczędzam, ile tylko mogę, a jednak jestem winna dwumiesięczny czynsz gospodarzowi.
— To znaczy, że jestem ci ciężarem. Taka to twoja wdzięczność za to, że cię z ulicy do siebie przygarnęłam i umożliwiłam ci, że dziś sama na siebie możesz pracować? Jaki ten świat niewdzięczny.
— Nie, matko, ja nie jestem niewdzięczną, jeżeli mniej cierpisz, jesteś sprawiedliwszą dla mnie — mówiła ze łzami w oczach Marieta, lecz proszę niech mateczka nie gardzi tem mlekiem, toby tylko jej pogorszyło stan.
— Wiem o tem bardzo dobrze, kurcz żołądkowy tak mi dokucza, że ledwo jestem w stanie wytrzymać.
— Dlatego niech się mateczka napije mleka, to jej dobrze zrobi.
— Idź do djabła z twojem mlekiem.
— Może przynieść dwa świeże jaja?
— Nie potrzeba.
— Albo może ryżu w maśle ugorować?
— Ja chcę kurczę.
— Matko, na kurczę mi nie stanie, nikt mi nie skredytuje.
— Miałaś przecież dziś rano dwadzieścia i siedem sous w woreczku, gdzie się te pieniądze podziały?
— Ja tych pieniędzy już nie posiadam, mam tylko jeszcze kilka sous.
— Gdzie się podziały te dwadzieścia sous, w tej chwili mi się wytłumacz!
— Ja, ja nie wiem, może mi wypadły z woreczka — tłumaczyła się Marieta, robiąc sobie wyrzuty, iż wydała je na wymianę listów z Ludwikiem.
— Rumienisz się, a zatem kłamiesz.
— Przysięgam, że...
— Ha, ha — śmiała się ironicznie chora — kiedy ja tu głód cierpię na łożu boleści, ty sobie przysmaczki kupujesz.
— Ja? o mój Boże!
— Idź, nie pokazuj mi się na oczy — wołała chora rozgoryczona ciągłemi cierpieniami i okrutnym losem, który ją od dzieciństwa prześladował, a w najwyższym stopniu rozdrażniona dodała:
— Tak mnie tem mlekiem traktujesz, może co do niego dodałaś, ja ci ciężarem jestem.
Na to więcej nierozumne jak srogie oskarżenie, Marieta zdrętwiała, i cofnęła się z przerażenia, a nie mogąc się już utrzymać, wybuchła głośnym płaczem i poddając się mimowolnie wzruszeniu, rzuciła się na chorą matkę chrzestną, objęła ją swemi ramiony a okrywając ją pocałunkami szeptała:
— Matko! matko! Ta serdeczna protestacja przeciw oskarżeniu, która tylko w tak schorzałym umyśle powstać mogła, oprzytomniała chorą; rozgoryczenie ustąpiło, i przyszła refleksja, a czując gorące łzy na swojej twarzy, usiłowała przycisnąć Marietę do piersi, mówiąc rozczulona:
— Dziecko moje, jakaś ty nierozsądna, przecież ja to żartem powiedziałam.
O ironjo losu! żart wobec takiej okropnej nędzy.
— Rzeczywiście, matko — odpowiedziała Marieta — nie powinnam słów twych brać na serjo.
— Musisz mieć cierpliwość z twoją biedną matką chrzestną — mówiła chora. — Cierpię tyle lat tak okropnie, nie można mi się dziwić, że czasem jestem aż do zapomnienia rozgoryczoną.
— Odczuwam to bardzo dobrze i wiem, że się mateczka czasami mimowoli unosi. Łatwiej jest zawsze być sprawiedliwym i z losu swego zadowolonym, jeżeli się jest szczęśliwym, zaś mateczka nigdy w życiu nic dobrego nie zaznała.
— Prawda, — mówiła pani Lacombe, zadowolona, że może uniewinnić zgryźliwe usposobienie wyliczaniem powodów, które zawdzięczała nieubłaganemu fatum. — Istnieje wiele nieszczęśliwych istot, lecz, gorszego życia, niż to, które prowadzę, pewnie los nikomu nie zgotował. Poniewierana, jako uczennica w fabryce, poniewierana przez męża, kaleka, obdarzona cierpieniem piersiowem, tak już pięćdziesiąt lat tego nędznego życia przebyłam, dla mnie życie było jednem pasmem cierpień i utrapień, życie moje było, jak to mówią, bez niedzieli, a dla innych jest każdy dzień niedzielą.
— Biedna matko, ileś ty już wycierpiała!
— Nie, dziecko, tego nie jesteś w stanie pojąć, pomimo, iż w twoim wieku dostatecznie gorycz życia poznałaś. Jesteś jednak młodą przystojną, a gdy spojrzysz w lustro, odczuwasz choć na kilka chwil zadowolenie.
— Matko — przerwała Marieta przecząco.
— A ja ci powiadam, że tak jest, bądź otwartą, wszak ci to zawsze pochlebia i napełnia cię dumą, jeżeli się za tobą obracają, podziwiając cię.
— Co się tyczy tego, to mnie zawsze zawstydza, jeżeli mnie kto obserwuje. Kiedy jeszcze chodziłam do pracowni, przybywał pewien pan, który tak dziwnie na mnie patrzył, kiedy rozmawiałam z panią Jourdan.
— Ale to bez zaprzeczenia zawsze zadawalnia, doszedłszy starości, z przyjemnością będziesz wspominać lata ubiegłe. Ja nawet temi wspomnieniami cieszyć się nie mogę, gdyż zawsze byłam brzydką. Tak brzydką, że nawet lustro znienawidziłam, dlatego też tylko pijaka za męża mogłam dostać, pijaka, którego śmiercią się nawet radować nie mogłam, bo musiałam zapłacić jego długi. Gdybym ciebie nie miała, dawnobym już była umarła z głodu.
— Mateczko, bądźże sprawiedliwa — rzekła Marieta, chcąc rozproszyć jej smutne myśli — przecież raz w życiu swem miałaś kilka chwil szczęśliwych.
— A kiedy?
— Wtenczas, kiedyś mnie po śmierci mej matki z litości do siebie przygarnęła. Czy cię ten dobry uczynek nie napełnił zadowoleniem? Nie był dzień ten, mateczko, dla ciebie dniem szczęśliwym?
— Ja z mej strony za taki dzień szczęśliwy dziękuję.
— A to dlaczego?
— Powiedz lepiej, że to był jeden z najnieszczęśliwszych dni w mojem życiu.
— Matko... — rzekło dziewczę smutnie.
— Tak jest, moje dziecko, kiedy mój mąż, pijak umarł, a ja zapłaciłam jego długi, mogłam się tylko o swoje własne potrzeby troszczyć. Gdy przyjęłam ciebie, zdawało mi się, że jestem wdową z dzieckiem, dla którego miałam obowiązki, czy sądzisz, że to jest przyjemnie mieć starania o drugą istotę, jeżeli człowiek sam tyko wegetuje? Kiedy cię jednak zoczyłam przy trumnie matki, zdjęła mnie taka litość, że nie byłam w stanie dopuścić, aby cię oddano do domu podrzutków. Okropną noc przebyłam, rozmyślając nad tem, co ja z tobą pocznę, kiedy nie będę miała zatrudnienia, lub nie będę w stanie pracować. Patrz, gdybym była twoją matką, nie byłaby mi ta myśl tak ciężka. I ty nazywasz ten dzień, dniem szczęśliwym dla mnie. Gdybym była majętną, z radością byłabym cię była przyjęła. Ale ty z jednej nędzy dostałaś się w drugą, i ta myśl nie może miłych wspomnień we mnie wzbudzić.
— Biedna matko — rzekło dziewczę głęboko wzruszone, a uśmiechając się ze łzami w oczach i chcąc uspokoić tę duszę skołataną, mówiła — nie mówmy już o dniach przykrych, bo nie chciałabym, abyś żyła w rozterce z losem, w tej chwili naprzykład...
— W tej chwili?
— Jest mateczka pewnie zadowoloną, że już nie płaczę, a nie płaczę z powodu uprzejmych słów, które mateczka do mnie mówiła.
Ale chora przecząco potrząsnęła głową.
— Jeżeli rozdrażnienie ustąpi chwilami, to tylko dlatego, że sobie przypominam, że moja Marieta jest dobrem poczciwem dziewczęciem i że dla niej zbyt często jestem niedobrą i niesprawiedliwą, że za to sama sobą brzydzić się powinnam.
— Ależ, mateczko — odpowiedziała Marieta z boleścią — znów wpadasz w tę czarną melancholję?
— Przyznaj, że się nie mylę. Masz rację, zapracowujesz się na śmierć, obsługujesz mnie, a ja zato złem odpłacam. O dziecko, śmierć moja byłaby dla ciebie ulgą.
— Przed chwilą mateczka powiedziała, jeżeli się zgryźliwie odzywa to tylko żartem — odparła Marieta.
— Właśnie, że żartuję, a ty nie powinnaś być tak smutną. Zgotuj mi zupę z mleka, a podczas kiedy się będzie gotować, opatrzysz mi rękę.
Marieta uradowana, wyjęła śpiesznie ostatni kawałek chleba, pokroiła go w cienkie talarki, wrzuciła do garnka z mlekiem i zanieciła ogień, poczem wróciła do chorej. Ta podała jej chorą rękę, którą Marieta z niecierpliwością samarytanki zręcznie obwiązała.
Wzruszona tem poświęceniem i tą cierpliwością córki chrzestnej, rzekła chora.
— Siostry miłosierdzia nie zasługują na tyle pochwał co ty, moje dziecko.
— Nie mów tego mateczko! — odparła Marieta — siostry miłosierdzia pielęgnują obcych, kiedy ty jesteś moją kochaną mateczką. Ja tylko wypełniam moją powinność, a to przecież nie jest zasługą.
Tymczasem zupa już była gotowa, a chora zjadła ją z widocznym apetytem. Zwracając się jednak do dziewczyny, rzekła:
— A ty, Marieto, co będziesz jadła?
— O ja już śniadałam — odpowiedziało dziewczę. — Dziś rano kupiłam mały chleb, którym podczas drogi się posiliłam. Niechże mateczce poprawię poduszkę, może się mateczka cokolwiek prześpi po tej bezsennej nocy.
— Dziękuję ci, dziecko!
— Teraz wrócę do mego zatrudnienia, i będę pracować przy oknie, bo tu cokolwiek ciemno, a ja mam delikatną robotę.
— Co teraz szyjesz?
— Prześliczną koszulę z cienkiego batystu. Pani Jourdan mi ją powierzyła, ostrzegając mnie, abym tego przepysznego garnituru koronek nie zepsuła, wart jest dwieście franków, tak, że jednak koszula najmniej 300 franków będzie kosztować. Z tego gatunku koszul będę dwa tuziny robić. Zdaje mi się, że są przeznaczone dla jednej z dziewcząt półświatka.
Na to chora wybuchła głośnym śmiechem.
— Co tobie, matko?
— Dziwna myśl.
Znając sposób trywjalnego żartowania chorej, zapytała Marieta nie bez obawy.
— Jaką myśl ma kochana mateczka?
— Pytam się sama siebie, na co to się przyda, że na świecie jest tyle biedaków, jak ty i ja, którzy w życiu nic innego nie doznają, jak biedę i nędzę. Wiesz dziecko, na co to się przyda?
— Co mam mateczce na to odpowiedzieć?
— To się na to przyda, że poczciwa dziewczyna, która ma tylko dwie lub trzy koszule, zarabia dwadzieścia sous dziennie, aby koszule po trzysta franków za... bądź dobrej myśli, mała — a obróciwszy się do ściany zamilkła.
Na szczęście Marieta była jeszcze zupełnie niewinną i zanadto była zaprzątnięta swemi myślami, aby zrozumieć tę gorycz, którą rozpacz wywołała. Kiedy chora miała twarz zwróconą do ściany, wyjęło dziewczę z poza gorsu list, który jej odźwierna była oddała, a położywszy go na łonie, pilnie zaczęła pracować.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.