Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom V/Gniew/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


GNIEW.
I.

Około połowy karnawału r. 1801, ożywionego radosną wiadomością o podpisaniu pokoju w Lunéville, kiedy jeszcze Bonaparte był pierwszym konsulem Rzeczypospolitej francuskiej, następująca scena odbywała się w miejscu odosobnionem i osłoniętem zburzonemi w połowie wałami miasta Orleanu.
Była siódma godzina zrana, dzień zaczynał się dopiero, i jakiś mężczyzna okryty ciemną opończą, przechadzał się wzdłuż i wszerz przyśpieszonym krokiem; zimno było nadzwyczajne, poranek mglisty; od czasu do czasu człowiek ten chuchał w palce, tupał nogami, ażeby się nieco rozgrzać i niecierpliwie spoglądał na ścieżkę, prowadzącą około podstawy jednego bastjonu.
Nareszcie w dziesięć minut później, drugi mężczyzna, odziany w płaszcz, a dotąd osłonięty wystającą częścią bastjonu, pokazał się na ścieżce i śpiesznie zbliżył się do człowieka odzianego w opończę. Przywitawszy się, rozpoczęli następującą rozmowę:
— Myślałem, że się spóźnię — rzekł mężczyzna w płaszczu.
— Mamy jeszcze kwadrans czasu — odpowiedział drugi — czy masz szpady?
— Oto są... właśnie one mnie zatrzymały, bo z trudnością mi przyszło wystarać się o nie. A Iwon, czy widziałeś go dzisiaj rano?
— Nie; powiedział mi tylko wczoraj wieczorem, że tu przyjdzie prosto. Obawiał się bowiem, i to słusznie, ażeby moje przybycie do niego, a potem nasze wyjście, tak wczesne, nie zatrwożyło jego żony i nie obudziło w niej jakiego podejrzenia.
— A więc, zanim przyjdzie Iwon, opowiedz mi, mój kochany, przebieg tej sprawy. Wiesz bowiem, że wczoraj wieczorem zacny nasz przyjaciel zaledwie kilka słów mógł przemówić.
— To bardzo proste, na ostatniem posiedzeniu trybunału pewien adwokat, nazwiskiem Laurent, przedstawiając swoją sprawę, wytknął wyraźnie mniemaną stronniczość naszego przyjaciela, który właśnie był sędzią toczącej się sprawy.
— To niegodnie, bretońska prawość Iwona Cloarek jest powszechnie znana.
— Niezawodnie, ale znasz gwałtowność i niesłychaną drażliwość charakteru naszego przyjaciela; dlatego też, zerwawszy się z krzesła i przerywając adwokatowi, zawołał: „Panie Laurent, jesteś podłym oszczercą; mówię to nie jako urzędnik, ale jako człowiek honoru; i powtórzę panu toż samo po naszem posiedzeniu“. Możesz sobie teraz wyobrazić wzburzenie trybunału.
— Trzeba przyznać, że to było za porywczo, jak na urzędnika.
— „To być może, panie“, śmiało odpowiedział adwokat Iwonowi, „zobaczymy się później“. Sprawa idzie dalej: po skończonem posiedzeniu, trybunał dokłada wszelkich usiłowań, ażeby załagodzić spór, adwokaci wstawiają się także ze swej strony; ale znasz żelazny upór naszego przyjaciela. Adwokat Laurent, człowiek bardzo odważny, żądał, ażeby go przeproszono; na tę propozycję, myślałem, że krew zaleje Iwona z gniewu i oburzenia. Słowem, ułożono spotkanie na dzisiejszy poranek i wybrano szpady.
— Rozumiem zupełnie drażliwość naszego przyjaciela lecz obawiam się, że w jego położeniu, jako urzędnikowi ten pojedynek może bardzo zaszkodzić.
— I ja lękam się tego, chociaż krok tak śmiały podniesie trochę togę sądową. Ale, co gorsze, Iwon miał już ważne nieporozumienia z prezesem trybunału, który, jak mówią, nie jest człowiekiem bez skazy, a co jest jeszcze gorsze, gwałtowność charakteru naszego przyjaciela dwukrotnie już spowodowała jego przeniesienie.
— Serce tak dobre, tak szlachetne.
— Prawda, ale ta nieszczęśliwa głowa! i ta przeklęta drażliwość, której nie może powściągnąć.
— I jemu było zostać urzędnikiem, z takim charakterem!
— Cóż chcesz? jego ojciec, będąc także urzędnikiem, żądał, ażeby syn obrał sobie podobny zawód. Iwon uwielbiał swego ojca i był mu posłuszny. Gdy potem utracił ojca, było już za późno zmienić obrany stan; a, zresztą, nie posiada wcale majątku, pensja urzędnika jest jedynym jego dochodem, a ma żonę i dziecko. Musi więc, jak widzisz, dźwigać swoje jarzmo.
— Tak... ale mi go żal.
— Proszę cię, wszakże Iwon dobrze włada szpadą, nieprawdaż?
— Bardzo dobrze, gdyż w pierwszej swojej młodości namiętnie lubił wszystkie ćwiczenia tego rodzaju; lecz obawiam się, ażeby odwaga i gniew nie uniosły go zbytecznie, i żeby na oślep nie rzucił się na niebezpieczeństwo...
— Wołałbym widzieć w nim więcej zimnej krwi. A jego przeciwnik?
— Słyszałem, że również niezły szermierz.
— Na wszelki przypadek pozostawiłem stąd o dwadzieścia kroków fiakra, który mnie tu przywiózł. Na szczęście Iwon mieszka pod samą bramą miasta.
— Co znowu, ja nie chcę myśleć o żadnem nieszczęściu! Byłoby to śmiertelnym ciosem dla żony Iwona. Gdybyś ty wiedział, jak ona go kocha! To anioł wdzięków i słodyczy! On także ze swej strony jest dla niej nieoceniony. Uwielbiają się oboje. I gdyby nieszczęście chciało...
— Czy nie słyszysz jakiegoś głosu?
— Rzeczywiście. To pewnie nasi przeciwnicy. Żałuję że Iwon nie stanął pierwszy na miejscu.
— Zapewne ostrożności, jakie musiał przedsięwziąć względem swej żony, zatrzymały go trochę.
Wkrótce potem trzy osoby pokazały się z za bastjonu, zbliżając się do miejsca schadzki; był to przeciwnik Iwona i dwaj jego świadkowie. Powitali oni uprzejmie znajdujących się już na miejscu, tłumacząc się z powodu swego spóźnienia; na co odpowiedziano im, że nawet pan Cloarek jeszcze nie przybył, ale zapewne wkrótce nadejdzie.
Następnie jeden ze świadków zaproponował, ażeby w oczekiwaniu na pana Cloarek wyznaczyć tymczasem miejsce pojedynku; wniosek ten przyjęto, miejsce walki wybrano, a tymczasem przybył i Iwon. Czoło jego zroszone potem, pierś zadyszana wskazywały dostatecznie jego pośpiech; uścisnął serdecznie ręce swoich świadków i powiedział im pocichu.
— Miałem największy kłopot w świecie, żeby się wymknąć bez obudzenia podejrzenia mej żony. — Poczem, zwracając się do swego przeciwnika, rzekł do niego głosem, który chciał uczynić jak najspokojniejszym, — przepraszam bardzo, że pan musiał na mnie czekać, lecz moje spóźnienie jest zupełnie mimowolne.
Adwokat ukłonił się, i zaczął się rozbierać, co również i Cloarek uczynił, gdy tymczasem świadkowie mierzyli szpady.
W miarę jak się zbliżała chwila walki, widać było, jeśli tak można powiedzieć, jak gniew Iwona wzrastał i wrzał coraz gwałtowniej; całe jego ciało drżało chwilami; krew tryskała niemal, z jego rąk i twarzy, iskrzące oczy pałały ogniem; grube żyły jego silnych rąk wystąpiły na wierzch jak postronki; jego rysy wyrażały pewien rodzaj dzikiego zadowolenia; zdawało się, że grożące niebezpieczeństwo stawiało go w jego żywiole i że dopiero teraz swobodnie oddychał. Ten popędliwy charakter, ta natura gwałtowna, burzliwa, prawie ciągle zostająca pod przymusem i krępowana tysiącznemi względami, nie mogła nigdy dosięgnąć swej zupełnej swobody, całej swej potęgi czynu chyba tylko wśród uniesień walki, niebezpieczeństwa i gniewu. Niecierpliwość i zapał Iwona były tak wielkie, że rozebrawszy się szybciej od adwokata, byłby się rzucił na mego, gdyby dwaj jego świadkowie nie byli go wstrzymali za ręce.
Nareszcie stanęli na oznaczonem miejscu i jeden ze świadków wymówił te uroczyste słowa:
— Panowie, zaczynajcie.
Cloarek uderzył na swego przeciwnika z tak natarczywą wściekłością, że ten, zdziwiony tem gwałtownem natarciem, zachwiał się, osłaniając się wszakże z całą zręcznością; lecz nie więcej jak po dwóch minutach walki, zapaśnik jego przebił mu rękę nawylot i adwokat mimowolnie upuścił swą szpadę.
— Stójcie, panowie — zawołali świadkowie, ujrzawszy jednego, z walczących rozbrojonym.
Na nieszczęście Bretończyk tak był uniesiony gniewem, że nie usłyszał wcale tych słów pokoju: stójcie, panowie, i z podwójną gwałtownością uderzył na swego przeciwnika; lecz ten, złożywszy już zresztą dowody dostatecznej odwagi w dotychczasowej walce, a widząc się bez żadnej obrony wystawionego na ciosy szaleńca, odskoczył na bok, odwrócił się nagle i uciekł z oznaczonej mety.
Wściekły Bretończyk rzucił się za nim w pogoń, ale jego świadkowie dognali go i rozbroili nie bez oporu przecie i z jawnem niebezpieczeństwem, gdy tymczasem jeden z przyjaciół adwokata obwiązywał chustką jego ranę, która jednak nie wzbudzała poważniejszej obawy.
Świadek Cloarek‘a ofiarował grzecznie swój powóz ranionemu, który go przyjął i obaj przeciwnicy rozstali się po zawarciu zgody.
— Iwonie — rzekł do popędliwego urzędnika jeden z jego przyjaciół, zbliżając się do bramy miejskiej — o czemżeś ty myśłał, ażeby się jeszcze rzucić na rozbrojonego nieprzyjaciela?
— To prawda, ciebie chyba szatan opętał, mój drogi — — dodał drugi.
— Nie mogłem przypuścić, ażeby to już miało być skończone — odpowiedział Iwon z żałosnem westchnieniem.
— Doprawdy, przy sposobie, w jaki wziąłeś się do rzeczy, walka nie mogła trwać długo.
— Ah! jabym potrzebował conajmniej godziny walki; wtedy dopiero, zdaje mi się, byłbym na długo spokojny — rzekł Cloarek. — Jeszcze czuję wszystką krew wzburzoną we mnie, ogień mnie pali. Sądziłem, że przynajmniej teraz pozwolę sobie dowoli.
Iwon wymówił te słowa z wyrazem tak naiwnej niechęci, że w tej chwili okazał się prawdziwie dziecinnym, i świadkowie jego nie mogli wstrzymać się od uśmiechu.
— Do pioruna! — zawołał drażliwy Bretończyk, rzuciwszy najprzód gniewne spojrzenie na śmiejących się przyjaciół; poczem, wstydząc się zapewne tego uniesienia, spuścił głowę i zamilkł, gdy jeden ze świadków odezwał się wesoło:
— Mój dzielny Iwonie, nie myśl znowu kłócić się z nami. Toby nie było warte pracy, we dwóch nawet zaledwiebyśmy ci mogli dać dziesięć minut roboty.
— Słuchaj, Cloarek, upamiętaj się trochę — dodał drugi. — Przeciwnie, powinieneś się uważać za bardzo szczęśliwego, że ta niebezpieczna sprawa w ten sposób się skończyła. Nie zostałeś rannym, a rana twego przeciwnika jest dość lekka. Czy można, żądać czegoś pomyślniejszego?
— On ma słuszność, bo wyobraź sobie naszą rozpacz, mój biedny Iwonie, gdybyśmy cię naprzykład w tej chwili nieśli konającego do domu? Pomyślże o twej żonie... o twej córce...
— Moja żona! moja córka! — zawołał Cloarek z wzruszeniem — ah! słusznie mówicie — i łzy stanęły mu w oczach. — Jestem szalony, wściekły — dodał po chwili. — Ale to nie moja wina, wierzaj mi; wszakże to w naszej starej Bretanji mówią: Gdzie zanadto krwi, tam zanadto ognia.
— W takim razie, mocz nogi w wodzie z gorczycą, i kaź sobie puścić krew, nieszczęśliwy! ale nie bierz szpady za lancet, a przedewszystkiem nie upuszczaj krwi innym, dlatego że sam jej masz zanadto — odparł żartobliwie jeden, z jego przyjaciół.
— Albo nareszcie czytaj filozofów, mój drogi — dodał drugi — i, do djabła, nadewszystko pamiętaj, że jesteś urzędnikiem, człowiekiem pokoju i powagi.
— Łatwo wam tak mówić — odpowiedział biedny Iwon, wzdychając. — Ale wy nie wiecie, co to jest mieć sędziowską suknię na grzbiecie i zbyt wiele krwi w żyłach!
I, podziękowawszy serdecznie swoim świadkom za ich przyjacielską usługę, Cloarek miał już wejść do swego mieszkania.
— Słuchajno, Iwonie — zawołał jeden z jego przyjaciół, w chwili kiedy się już mieli rozłączyć — wszakże my się dzisiaj wieczorem zobaczymy na balu kostjumowym, który daje teść twego prezesa? Powiadają, że z tego powodu wasz trybunał uwolniony jest od zachowania zwykłej powagi; rana twego przeciwnika jest lekka, nie popełnisz więc żadnej nieprzyzwoitości, jeżeli przybędziesz na tę zabawę, która zapowiada się ciekawie.
— Wprawdzie nie chciałem iść z początku, bo moja żona jest trochę cierpiąca — odpowiedział Iwon — lecz tak na mnie nalegała, ażebym się rozerwał, że postanowiłem pójść, i, mniejsza o to, przyjdę na chwilę przypatrzeć się balowi.
— A więc do zobaczenia.
— Do zobaczenia.
Iwon wszedł do domu, czając, że uściska swą żonę i dziecię, z podwójną tkliwością i przywiązaniem. Lecz zaraz na progu zatrzymany został przez służącą, która rzekła do niego:
— W gabinecie czeka na pana jakiś człowiek, ma podobno jakiś ważny interes.
— Dobrze, czy moja żona nie pytała się o mnie od czasu jak wyszedłem?
— Nie, panie. Właśnie teraz dopiero pani Robertowa wyszła od pani, która nam poleciła, ażeby nie wchodzono do jej pokoju dopóki sama nie zadzwoni, ponieważ, jak mówi, chciałaby się trochę przespać.
— Staraj że się więc wykonać to polecenie — odpowiedział Cloarek, i udał się do swego gabinetu, gdzie czekał na niego nieznajomy.
Był to wysoki i gruby mężczyzna, mniej więcej czterdziestoletni, o twarzy pospolitej, ubrany jak obywatel wiejski, który, ukłoniwszy się dosyć niezgrabnie, rzekł głosem najuprzejmiejszym, na jaki tylko zdobyć się potrafił:
— Czy pan sędzia Cloarek?
— Tak, panie.
— Ja, panie sędzio, jestem przyjacielem starego Leblanc z Gien, który zna pana.
— Rzeczywiście, wyświadczyłem mu jakąś przysługę; Zacny to człowiek, jakże się miewa?
— Bardzo dobrze, panie sędzio, właśnie to on mi powiedział: Jesteś w kłopocie, udaj się do pana Cloarek, lubi on dopomóc biedakom...
— Cóż mogę dla pana uczynić?
— Panie sędzio, ja jestem ojcem tego chłopaka, którego sprawa wkrótce rozpocznie się w tutejszym trybunale.
— O jakiej to sprawie chce pan mówić?
— O sprawie Józefa Rateau — odpowiedział gruby, mrugając oczyma z pewnem porozumieniem — fałszerstwo, tylko zwykłe fałszerstwo.
I Cloarek, zdziwiony i rozgniewany bezczelną swobodą, z jaką ten ojciec mówił o hańbiącem oskarżeniu, ciążącem na jego synu, odpowiedział mu surowo.
— Rzeczywiście, mój panie, niejaki Józef Rateau jest oskarżony o zbrodnię fałszu i wkrótce zostanie osądzony.
— Otóż słuchaj pan, panie sędzio, ja tam nie chodzę żadnemi manowcami; między nami mówiąc, chłopak przewinił, i dał się złapać jak jaki osieł...
— i Mości panie, zastanów się, pomyśl, że słowa twoje są bardzo ważne.
— Trudno zaprzeczać. Panie sędzio, ta rzecz jasna jak słońce, inaczej, pan się przecież domyśla, że staralibyśmy się...
— Do rzeczy, panie, do rzeczy — zawołał Iwon coraz bardziej oburzony sposobem myślenia i postępowaniem tego człowieka.
— Otóż rzecz tak się ma, panie sędzio, gdyby nie powody, których panu nie mogę wyjawić, małoby mnie to obchodziło, gdyby mojego chłopaka skazano, powiedziałbym mu nawet: dałeś się złapać, toś głupi, masz teraz, na coś zasłużył, ale ja... widzi pan... ja mam interes w tem, ażeby on został uniewinniony...
— Mój panie — krzyknął Iwon, którego oburzenie zamieniło się w gwałtowny gniew i któremu wszystka krew uderzyła, do twarzy — ani słowa więcej.
— Ja sam jestem tego zdania, panie sędzio, niech djabli wezmą czcze słowa, czyny przedewszystkiem — odpowiedział suplikant, poczem mrugnąwszy powtórnie oczyma i sięgnąwszy ręką do jednej kieszeni swej długiej kamizelki, wyciągnął z niej spory rulon, wziął go pomiędzy dwa palce i pokazując Iwonowi, rzekł do niego z filuternym uśmiechem.
— Znajduje się tutaj pięćdziesiąt czystych, starych luidorów, jest to zadatek na uwolnienie chłopaka, potem przyniosę drugie pięćdziesiąt.
Mnóstwo podobnych już wypadków i wiele rozmaitych okoliczności upoważniały ludzi do próbowania tego niecnego przekupstwa; gdyż po czystej surowości pierwszych lat Rzeczypospolitej, tak nieskazitelnych, tak pełnych chwały, nastąpiło już owo opłakane skażenie obyczajów; dlatego też nas, z suplikant, będąc pewnym swojego, złożył triumfalnie ofiarowany rulon na rogu biurka, stojącego mu pod ręką.
Cloarek, rozdrażniony do najwyższego stopnia tą zniewagą, z twarzą zapłomienioną z gniewu, już miał wybuchnąć całą wściekłością i dopuścić się może jakiego okropnego czynu, gdy wtem wzrok jego zatrzymał się na portrecie żony, wiszącym na przeciwnej stronie, pomyślał tedy, że mogłaby się obudzić i przestraszyć nastąpić mogącym hałasem, zwłaszcza, że spoczywała w pokoju, położonym tu nad gabinetem, w którym obecna scena miała miejsce. Skutkiem nadludzkiego niemal wysiłku, Iwon zdołał się powściągnąć, porwał tylko za kapelusz i rzekł do wieśniaka wzruszonym głosem:
— Proszę zabrać swoje pieniądze, pomówimy o tem na dworze.
I, skinąwszy ręką, ażeby się udał za nim, wyszedł z pośpiechem z pokoju.
Wieśniak, myśląc, że to, zapewne przez ostrożność, urzędnik, którego miał zamiar przekupić, wołał gdzieindziej traktować o zapłatę, niż w domu, schował złoto napowrót do kieszeni, wziął swój gruby, sękaty kij, i wyszedł za sędzią, nie mając czasu nawet przypatrzyć się jego rysom, inaczej bowiem wyraz ich byłby go przestraszył, a przynajmniej byłby obudził w nim jakie podejrzenie.
— Panie sędzio, dokąd my idziemy? — zapytał Iwona, za którym ledwie mógł zdążyć, gdyż ten biegł z nadzwyczajnym pośpiechem, jakgdyby się ziemia pod nim paliła.
— Tędy, tędy... — odpowiedział Iwon stłumionym głosem, omijając róg ulicy — tędy...
Ulica ta, dosyć krótka, przytykała do placu zwanego Nowy-rynek, na którym odbywał się targ i który w tej chwili był zapchany mnóstwem ludu.
Przybywszy tam, Cloarek odwrócił się nagle do wieśniaka, który zdążał tuż za nim, i, pochwyciwszy go za kołnierz, zawołał piorunującym głosem:
— Ludu, przypatrz się temu nikczemnikowi i bądź świadkiem jego kary, niechaj ci ona będzie przykładem.
Czas wzburzeń ludowych jeszcze nie zupełnie przeszedł, odezwy zatem do uczuć i sprawiedliwości ludu, rozprawy, i mowy na placach publicznych nie miały w sobie nic nadzwyczajnego; dlatego też tłum, raczej ciekawy, niż zdziwiony, zwabiony silnym głosem Iwona, otoczył wkrótce sędziego i jego ofiarę.
Ostatni z nich, pomimo wszelkich usiłowań i pomimo olbrzymiej postawy, nie zdołał wymknąć się z żelaznej ręki Iwona, który okropnym głosem, potrząsając nim z wściekłością, wołał:
— Jestem sędzią w tutejszym trybunale; a ten nędznik przyszedł do mnie z pieniędzmi, ażebym za nie uwolnił zbrodniarza; ale jaka była jego nikczemność, taka będzie i kara.
I ów urzędnik, znajdując w swoim gniewie niepojętą siłę, zabierał się do obsypania gradem razów olbrzymiego wieśniaka, gdy ten, natężywszy siły, zdołał się nareszcie wyrwać z rąk jego a równie rozgniewany jak sam sędzia, odsunąwszy się nieco, podniósł swój kij, prawdziwą maczugę, i byłby może zadał śmiertelny cios popędliwemu Bretończykowi, gdyby ten, używając podejścia bardzo częstego u jego współrodaków, nie był uniknął tego niebezpiecznego zamachu, przez pochylenie głowy i rzucenie się czołem na swego przeciwnika z taką gwałtownością, że, trafiwszy go głową w same piersi, złamał mu dwa żebra: skutkiem tego krew rzuciła mu się natychmiast ustami, i zupełnie stracił przytomność.
Korzystając z zamieszania w tłumie, który, wydając głośne okrzyki na cześć zwycięzcy, otoczył z ciekawością zwyciężonego, Cloarek ostygł nieco ze swego zapału, a unikając dalszego triumfu, jakim lud zamierzał go uczcić, przebiegł przez rynek, nareszcie, i kazał się zawieźć do Pałacu Sprawiedliwości, gdyż zbliżała się już chwila otwarcia posiedzenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.