Otwórz menu główne

Wikiźródła β

Tomcio Paluszek

>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Tomcio Paluszek
Podtytuł Baśń fantastyczna w 1-ym akcie
Pochodzenie Teatrzyk Milusińskich
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania ok. 1932
Druk Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
TEATRZYK MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. Nyrtyca


ELWIRA KOROTYŃSKA
TOMCIO
PALUSZEK
BAŚŃ FANTASTYCZNA
w 1-ym akcie


WYDAWNICTWO
KSIĘGARNI POPULARNEJ W WARSZAWIE
TOMCIO PALUSZEK
OSOBY:

TOMCIO PALUSZEK
KAZIO
MANIEK
LUSIO
MATKA
OJCIEC
OLBRZYM
OLBRZYMKA
WILGA (ptak)
POZIOMKA
KRASNOLUDEK

Rzecz dzieje się w chacie i w lesie, również w domu olbrzymów.






SCENA I.
PRZED CHATĄ.
(Matka, ojciec drwal, potem Tomcio Paluszek)

MATKA. I co będzie? co będzie z nami a najbardziej z naszemi dziećmi?
OJCIEC. Obmyśliłem już wszystko... Trzeba ją zaprowadzić jutro do lasu i zostawić...
MATKA. O, Boże!
OJCIEC. Lepsze to od śmierci głodowej, która je czeka.
MATKA. O, mój biedny mały Paluszku! mój Tomciu!
TOMCIO PALUSZEK (wbiega) Wołałaś mnie mateczko? Oto jestem!
MATKA (przerażona). Gdzieś był? czyś podsłuchiwał? Nie wołałam cię...
TOMCIO PALUSZEK. Nie podsłuchiwałem... Wyraźnie posłyszałem swe imię... Sądziłem, sądziłem, że nam dasz chleba... Moi braciszkowie tacy głodni...
OJCIEC. A ty?
TOMCIO PALUSZEK. Ach! ja — to nic — przeciem najstarszy...
MATKA. Drogie dziecko, synku mój ukochany...
TOMCIO PALUSZEK. Może jutro kto da ojcu robotę...
OJCIEC. (ze smutkiem) O, tak! jutro pójdziemy do lasu drwa rąbać.
PALUSZEK. I z nami, ojczulku?
OJCIEC. Z wami drogie dzieci!
MATKA. Ach!
PALUSZEK. Spać pójdziemy — zapomnimy o głodzie...
OJCIEC. A jutro rano do lasu! Nazbieracie dużo jagódek.
PALUSZEK. Dobranoc wam, moi ukochani! (odchodzi i staje niepostrzeżony za pniem drzewa). Oni czegoś smutni, coś mu dolega... Posłucham, może się czegoś dowiem i ulżę... (słucha)
MATKA. Biedne dziecko! nie domyśla się nawet, co go czeka! Jakież to okropne, że musimy samych w lesie zostawić... zamrą z głodu i zimna... wilgoć w lesie...
OJCIEC. Pan Bóg czuwa nad nieszczęśliwymi i głodnymi, nie rozpaczaj!
PALUSZEK. Aha! wiem już teraz... mają nas w lesie zostawić... biedni rodzice... ale my się nie damy! powrócimy do domu... wolę umrzeć razem w chacie, niż samym w lesie... (wysuwa się z poza drzewa i idzie do domu).

PO CHWILI. CIEMNO
(Dzieci śpią, rodzice również, Paluszek czuwa, udając, że śpi)

MATKA, (budząc się) O moje biedne dzieci!
OJCIEC. Śpij! jeszcze się zbudzą i posłyszą! Paluszek sprytny chłopak, jeszcze się domyśli...
MATKA. (wstaje) Zobaczę, czy usnął. (nachyla się nad Paluszkiem, ten chrapie). Śpi, jak zabity! Śpij biedaku! Ostatnia to twoja noc w chacie! (kładzie się i zasypia).
PALUSZEK. (podnosi się, zagląda do śpiących braci i budzi ich. Chłopcy wstają bez oporu i szmeru). Już świta! Zaraz zaczną nas budzić, wstańmy pierwsi, to się rodzice ucieszą, żeśmy posłuszni.
MATKA. (budzi się). Mężu, czy już czas?
OJCIEC. O, już świta! Wstać trzeba do lasu! Dzieci! wstawajcie!
PALUSZEK. (z trzema braciszkami) Jesteśmy już gotowi, ojczulku!
OJCIEC. A to chłopak zuch! Małe to, a jakie sprytne! Już pobudził i ubrał. Chodźmy do lasu, nazbieracie jagódek, może i grzyb jaki się znajdzie...
MATKA. Macie po kawałeczku chleba, ostatni to bochenek, ale może nam Bóg co ześle... (ociera łzy z oczu).
PALUSZEK. Nie płacz mamusiu, opatrzności nad nami. Chodźmy!

(wychodzą wszyscy)


SCENA 2
LAS.

(Dzieci śpią na wzgórzu, nad nimi rodzice).
MATKA. O! moje drogie dzieci! (chce nachylić się nad nimi i ucałować, ojciec niepozwala).
OJCIEC. Co robisz? Zbudzą się!
MATKA. Nie odejdę! Umrę z nimi razem...
OJCIEC. Nie bój się, nie umrą... Może ich kto znajdzie... Chodźmy! (bierze pod ramię płaczącą i odchodzi).
PALUSZEK. (budzi się pierwszy). Co to? czyżby nas zostawili? Powiedzieli, że wrocą, czekając zasnęliśmy, tak nas osłabił głód i zapach sosen odurzył... A ich już niema!
Ale to nic, pobudzę braciszków i pójdziemy tą samą drogą do domu... Wolimy biedować i nawet umierać, ale razem z rodzicami... (budzi) Lusio! Kaziek! Maniuś! wstawajcie!
LUSIO. Czy dasz jeść? takeśmy głodni! A gdzie tatuś?
PALUSZEK. Zbłądzili widać w lesie, ale to nic, my sami wrócimy do domu!
KAZIEK. (budzi się). Ja chcę mamusi!
PALUSZEK. Masz jagódek, nie płacz!
MANlUŚ. A mnie?
PALUSZEK. (daje wszystkim). Macie orzeźwcie się trochę!
DZIECI. (drżą z zimna) Zimno nam, Paluszku...
PALUSZEK. (zdejmuje swoją bluzkę i przykrywa dzieci). Zagrzejcie się trochę i pójdziemy.
DZIECI. Chodźmy zaraz Paluszku... my chcemy do domu!
PALUSZEK. Biegnijcie prędko, to się rozgrzejecie! Trafimy do domu napewno, iść będziemy prosto przed siebie...
DZIECI. (wstają i idą). Dobrze, Paluszku! Chodźmy! (znikają na chwilę, potem wracają na to samo miejsce).
PALUSZEK. Co to znaczy? Szliśmy prosto i wróciliśmy na ten sam wzgórek... Zbłądziłem, ale teraz pójdziemy inną drogą... Chodźmy...
DZIECI. Jeść chcemy, daj nam jeść Paluszku!
PALUSZEK. Pocierpcie braciszkowie, już zbierać jagódek nie mamy czasu, ściemni się, a wtedy nie odnajdziemy drogi. (bierze, za ręce braci i idzie). Ach! patrzcie! nie spostrzegliśmy przedtem tego dużego domu! Pewnie mieszkają tu jacy dobrzy ludzie, to nas nakarmią i do domu odprowadzą... Chodźmy!
DZIECI. (skaczą z radości). Ach! jak to dobrze! jakto dobrze! Dostaniemy jeść i zobaczymy rodziców! Biegnijmy!
PALUSZEK. (dochodząc do domu) Puk! puk! Co za ogromna brama! Ani ruszyć klamką! (Cisza) Co to jest? nikt się nie odzywa... Pewnie nie słyszą... trzeba podnieść ten młot, ale jak? chyba wszyscy go uniesiemy... (Wszyscy z całych sił unoszą, młot pada i wydaje silny dźwięk).
OLBRZYM. (podchodzi do drzwi). Co to? kto to? jakto? czego? Kto śmie mi sen przerywać?!
PALUSZEK. To my, biedne dzieci drwala, zabłądziliśmy, proszę nas przyjąć na noc i dać co zjeść, bo umieramy z głodu...
OLBRZYM. (otwiera drzwi). Chodźcie! Cha! cha! cha! Co to jest? Żaby nie żaby, myszy, nie myszy! Kim wy jesteście?
PALUSZEK. My jesteśmy ludzie!
OLBRZYM. (śmieje się głośno). Cha! cha! cha! cha! Pęknę ze śmiechu! Ludzie! ludzie! Robactwo jakieś!
PALUSZEK. Proszą pana naprawdę jesteśmy ludźmi... Mamy ręce, nogi głowę, mówimy...
OLBRZYM. No, chodźcie ludzie! Dam wam jeść, a potem marsz! do łóżek! Cha! cha! cha!



SCENA 3-cia

(W mieszkaniu olbrzyma. Dzieci siedzą przy stole i jedzą, olbrzym stoi i zajada z balji.)
OLBRZYM. No, jedzcie! jedzcie! nie zwykłem żałować nikomu jedzenia! Ham! ham! zajadać i ja lubię! Ham! ham! (je ogromnemi kawałami). No, jedzcie ludzie!
PALUSZEK. Dziękujemy panu, jużeśmy się najedli!
OLBRZYM. Coo? już? A toć pchła moja więcejby zjadła! Chodźcie! pokażę wam, gdzie macie leżeć! (pokazuje szerokie łoże, na którem leżą cztery córeczki olbrzyma, każda z nich ma koronę na głowie.)
To są moje córeczki! Na tem zaś łóżku wy spać będziecie... jest was czterech, tylu, co i moich córeczek! Cha! cha! cha!
PALUSZEK. Dziękujemy panu, że nas pan przyjął i pozwala przenocować! Jutro, jak tylko zaświta, podziękujemy panu i pójdziemy.
OLBRZYM O! tak! tak! pójdziecie! cha! cha! cha!
PALUSZEK. Dobranoc panu! Już się położymy...

(wchodzi Olbrzymka)

OLBRZYMKA. Czy macie kołderki? Zimno dziś bardzo, pomimo lata...
PALUSZEK. Jaka pani dobra! Dziękuję.
OLBRZYMKA. Jakie to maleństwo! Gdzie twoja matka?
PALUSZEK. Za lasem. Zbłądziliśmy!
OLBRZYMKA. Biedne dzieci.
OLBRZYM. No, dosyć tego litowania się! Daj mi beczułkę wina, pić mi się chce!
OLBRZYMKA. (po wejściu za firanką do pokoju olbrzyma). Już jest beczułka. Wiem, że lubisz wypić przed spaniem. Ale powiedz mi Gigancie, co masz za zamiar co do tych biednych dzieci?
PALUSZEK. (zszedł z łóżka i podsłuchuje). Ciekawym, co on odpowie!
OLBRZYM. A cóżbym miał zrobić? Śmieszne pytanie! Zjem! Takie cztery kluski, to w sam raz połknąć na śniadanie! Wyostrzę dobrze noże i zarznę!
OLBRZYMKA. Ach! czyżbyś to zrobił? Pomyśl, że dzieci te są bardzo chude, wynędzniałe... Poczekaj aż utyją... (do siebie) A tymczasem ułatwię im ucieczkę! Jestem przecież matką, mam swe dzieci!
OLBRZYM. A może i masz rację! Tak! utuczymy, a potem zjem! Masz rację! Ach! jakie mam pragnienie! (pije z beczki, potem pada na posłanie i zasypia chrapiąc straszliwie).
OLBRZYMKA. To dobrze, że usnął — zapomni o apetycie na te biedne dzieci, takie kruszynki! I ja zasnę... (kładzie się i zasypia)
PALUSZEK. Źle z nami! Trzeba uciekać! Dziś albo jutro czeka nas to, co obiecał! Zbudzi się i zapomni o obietnicy, a wtedy, biada nam! (podchodzi do głęboko śpiących córek olbrzyma, zdejmuje im korony złote z głów i wkłada na swą głowę i główki swych braci i układa się do snu. (Chwila ciszy)

(Ciemność na scenie)

OLBRZYM (wchodzi z nożem ogromnym i staje nasłuchując).
Aha! śpią! Czas na nich! mam apetyt! Włożyłem na głowy swych córek korony, żeby się nie pomylić... (podchodzi do łóżka, gdzie śpią chłopcy, dotyka głów).
To moje dzieci! Pójdę do tamtych... Szach! ciach! już po nich! Teraz idę spać, a rano każę żonie przyrządzić z nich śniadanie! Teraz wino mi w głowie szumi, idę spać! (idzie za firankę i chrapie).
PALUSZEK. (wstaje pocichu, budzi braci). Uciekajmy! Olbrzym będzie nas gonił, gdy rano spostrzeże pomyłkę!
DZIECI. (wychodzą z koroną w ręku i biegną co sił poza dom olbrzyma)

(Świta)

OLBRZYM. (budzi się). Cha! cha! cha! Żonusiu! ugotuj no mi potrawkę z tych szczurów!
OLBRZYMKA. Z jakich szczurów? Czyś jeszcze nie otrzeźwiał po winie?
OLBRZYM. No, no, z tych czterech malców, co mi sami wpadli w ręce!
OLBRZYMKA. Zabiłeś?! Ach!
OLBRZYM. I cóż tak rozpaczasz? Masz swoje dzieci! To dosyć! Ciesz się, że na twe córeczki nie mam apetytu!
OLBRZYMKA. Czyżbyś i nasze córeczki chciał zjeść?
OLBRZYM, Cha! cha! cha! Co to, to nie! Nie bój się! To moje skarby bezcenne! Idź po mięso!
OLBRZYMKA.(wychodzi z za firanki)Idę, idę!... Zaraz będzie śniadanie!... (Krzyk rozpaczliwy) Ach! ach! o, ja nieszczęśliwa! Coś ty zrobił? Ach! ach! Umrę z rozpaczy!
OLBRZYM. (wpada). Co się stało? Czego krzyczysz jak opętana? Chciałem jeszcze podrzemać, a ta mi przeszkadza! Co się stało!
OLBRZYMKA. Zarznąłeś własne dzieci! Ach!
OLBRZYM. Nieprawda! Moje miały na głowie korony! (pędzi do łóżka). A niegodziwe chłopcy! zdjęli korony i uciekli! Ha! Nie ujdziecie mi! Hej żono! dawaj mi stumilowe buty, ja ich dognać muszę i zemścić się! Pożrę! Na kawałki rozszarpię! Ha!

OLBRZYMKA. Na podwórzu stoją... Ja sił nie mam... Żyć nie chcę... Moje dzieci! moje biedne dzieci!
SCENA 4-ta
LAS

PALUSZEK. (biegnie z braciszkami). Prędzej! prędzej! Już świta! Olbrzym wstanie i zobaczy cośmy zrobili, a wtedy dogna!
MANIUŚ. Nie mogę już biec, Paluszku... Nóżki bolą...
PALUSZEK. (bierze na plecy). Ja cię poniosę.
LUSIO. Mnie także bolą nóżki, ale cóż robić? biegniemy...
KAZIO. Jak to dobrze, żeś schował olbrzymowi buty stumilowe, napewnoby nas dognał!
PALUSZEK. Lepiejby było, żebyśmy mogli je włożyć, ale tak były duże, że udusilibyśmy się w nich...
MANIUŚ. On i tak tak nas dogoni, takie duże robi kroki!...
PALUSZEK. Nie dogoni, jeśli znajdziemy drogę... Najgorzej, że nie wiem, czy w dobrą idę stronę... Boże! uciekajmy! Ziemia drży! pewnie olbrzym nas goni! W którą stronę mam uciec? co pocznę?
WILGA. (staje przed dziećmi). Uciekajcie w tę stronę, za tę górę zieloną! Prosto, prosto zmykajcie... I tam w drzewie czekajcie! Jest tam otwór głęboki, na sto cali szeroki, tam ukryjecie się dzieci, zanim olbrzym nadleci...
PALUSZEK. Ptaszyno ukochana, dzięki ci!
WILGA. Dałeś mi ostatnią okruszynę chleba, gdyś szedł z rodzicami. Byłeś głodny, a podzieliłeś się ze mną — nie pozwolę wam zginąć z rąk olbrzyma.

(Słychać ryk olbrzyma)

Uciekajcie! uciekajcie! Już jest blizko;

(Dzieci uciekają)

WILGA. Zatrzymam go, gdy iść będzie, nie pozwolę dogonić!
OLBRZYM. (pędzi). A! niegodziwi! Czuję was w powietrzu! Zaraz pożrę!
WILGA. Nie tu! Nie tu! W tamtą stronę!
OLBRZYM. Co to? ptak mówi? Hej! ty czarownico, czy nie szły tędy cztery małe twory?
WILGA. Poszły w tamtą stronę! (wskazuje przeciwną stronę).
OLBRZYM. Aaa! Sądziłem, że w tę właśnie!
WILGA. Takie małe twory z koronami w ręku?
OLBRZYM. (zgrzyta zębami) Tak! Tak!
WILGA. To tutaj, gdzie ci pokazuję, pędź!
OLBRZYM. Ja im sprawię! (biegnie).
WILGA. Niech pędzi, a ja powiem, żeby wyszli z drzewa i uciekali! On będzie teraz biegł dzień cały, a gdy pozna zdradę, oni już będą w domu! (znika, za chwilę wraca z Paluszkiem i braciszkami).
PALUSZEK. Ach! wilgo kochana! Ptaszyno najcudniejsza, dzięki ci za ratunek!
BRACISZKOWIE. Dziękujemy ci ptaszynko!
WILGA. No, dobrze! Kocham was i wasz kraj, czego dowodem moje przylatanie co roku do was... A że dobrzy przytem byliscie dla mnie, więc cóż dziwnego, że wam pomogę?
Ale dosyć gadania! Ja będę lecieć przed wami i drogę wskazywać, wy biegnijcie za mną jaknajprędzej!

(biegną wszyscy)


SCENA 5.
(Dzieci odpoczywają)

PALUSZEK. Bądźcie cierpliwi! Zaraz będziemy w domu! Widzicie te góry? To są te, przy których bawiliśmy się niegdyś w chowanego... Czego płaczesz Maniusiu?
MANIUŚ. Nie, ja nie płaczę... (szlocha).
PALUSZEK. Jakto? Nie płaczesz? Powiedz, co ci dolega?
MANIUŚ. Jeść mi się chce, tak ściska!
PALUSZEK. O! Boże, co pocznę?
LUSIO. I jam bardzo głodny!
KAZIO. I ja: Nie dojdziemy!
PALUSZEK. Czy widzicie? Już nasz domek niedaleko... Wilga doprowadziła nas prawie do celu... Chodźmy!
DZIECI. Nie możemy! Żeby choć jagódka!
PALUSZEK. I skąd wezmę? Wydeptane mchy, ani grzybka, ani jagódki... Co pocznę? Boże miłosierny! ulituj się nad nami!
KAZIO. Podobno w takich górach są czasem dobre duszki — krasnoludki...
MANIUŚ. Ach! gdyby to nam przyszli z pomocą!
LUSIO. A tak, to choć blizko już domu — zginiemy!
KRASNOLUDEK. (wychodzi z boku niewidzialny). Co to tak jęczy i piszczy, aż spać spokojnie nie mogę.. Tak mi dziwnie smutno... (rozgląda się). Jakieś ludzkie dzieci!... Jeden z nich taki malutki, ale jaki miły! (podchodzi bliżej). Hej! czego tak zawodzicie?
PALUSZEK. Kim pan jesteś? Nie gniewaj się, żeśmy tu usiedli, bez twego pozwolenia, to pewnie twoja kraina!...
KRASNOLUDEK. Nic nie szkodzi! Ale czego jęczycie? Czemuście tacy wynędzniali i smutni?
PALUSZEK. Uciekaliśmy od olbrzyma, który nas chce pożreć i dalej iść już nie mamy siły! Głodniśmy i zmęczeni, nóżki mamy pokłute od cierni i poranione...
KRASNOLUDEK. A te korony?
PALUSZEK. To dla naszych rodziców! Będziemy mieli po sprzedaniu dużo pieniędzy...
KRASNOLUDEK. Aha! aha! Już wiem! Mówiła mi wilga, moja przyjaciółeczka o tobie, mój mały! O, my w lesie, wszystko o sobie wiemy... Miłosierny jesteś chłopczyku! Będę i ja dla ciebie miłosierny...
PALUSZEK. Ja, to nic! aby moi braciszkowie nie pomarli, żeby olbrzym ich nie zjadł!
KRASNOLUDEK. (woła). Hej! Poziomko, poziomeczko! Otwórz że nam okieneczko! I jagódek przynieś dużo, niechże chłopcom tym posłużą!
POZIOMKA. (wchodzi z koszykiem jagód). Proszę bardzo, bardzo proszę! Jeszcze więcej wam naznoszę!
PALUSZEK. (obdziela braci). Jedzcie! jedzcie, ukochani!

(zajadają)

KRASNOLUDEK. (przynosi im mleko). Napijcie się mleka i zmykajcie! Słyszę drżenie ziemi, olbrzym pędzi w tę stronę!
DZIECI. Dziękujemy! dziękujemy tobie miły krasnoludku i tobie śliczna poziomeczko! Teraz mieć będziemy siły do ucieczki!
PALUSZEK. (kłania się krasnoludkowi). Dziękuję panu!
KRASNOLUDEK. No, dobrze! dobrze! uciekajcie! Prosto! prosto!

(Dzieci uciekają, po chwili przybiega olbrzym i nadsłuchuje).

OLBRZYM. Widziałem ich i znów znikli! Co to? czary?
KRASNOLUDEK. Kogo szukasz, panie Gigancie?
OLBRZYM. Tędy szły cztery małe twory?
KRASNOLUDEK. Twory? co to takiego twory?
OLBRZYM. Takie jak ja, ale bardzo małe...
KRASNOLUDEK. To niby my — krasnoludki?
OLBRZYM. Ależ nie! I nieśli złote korony mych córek!...
KRASNOLUDEK. O! to oni już dawno w domu! Jeszcze tędy szli o świcie...
OLBRZYM. Ha! umknęli mi! Ale niech mi jeszcze kiedy w ręce wpadną! (z rykiem wściekłości umyka).
KRASNOLUDEK. Chi! chi! chi! oszukałem go! ocaliłem te biedne dzieci! Widzicie, że i krasnoludek na coś się przydać może!

SCENA 6.
(Przed chatą drwala).

MATKA. (siedzi na ławie przed chatą.) Biedne moje dzieci! Umrę z tęsknoty za niemi! Pocóż usunęliśmy ich z domu?
OJCIEC. Szukałem ich w lesie, przetrząsnąłem krzak każdy i niema!

(Paluszek z braćmi pocichu staje za chatą i słucha.)

MATKA. Zwierz dziki je pożarł, a może zabrali olbrzymi — już po nich!
OJCIEC. I to teraz, gdym dostał trochę roboty... Dzieci, własne swe dzieci wysłałem na śmierć głodową lub na pożarcie przez dzikie zwierzęta!.. Rozum straciłem!
MATKA. Co mi po tem, że chleb mam w domu i dzbanek mleka, że trochę grosza w zapasie, kiedy nie mam mych drogich dzieci, mej okruszyny, Paluszka!
O! biada! mi biada! Paluszku! ukochany mój synku, gdzie jesteś?
PALUSZEK. (wychodzi z ukrycia, stają sznurem jeden za drugim, trzymając w ręku korony.)
Oto jestem, mamusiu! Wołałaś mnie...
MATKA. Boże litościwy! Sen to, czy jawa?!
OJCIEC. Moje dzieci! moje najdroższe dzieci!
PALUSZEK. Przynosimy wam złote korony z brylantami sprzedajcie i żywcie nas... Nie chcemy żyć bez was i nie możemy.
Wrócilibyśmy i bez tych koron na biedę i głód... bo milej jest cierpieć z wami i umierać... Milsza nam nasza chatka choć biedna i pochylona nad pałace, gdyby nam je kto chciał ofiarowywać!... Czy przyjmiecie nas z powrotem?
MATKA. Dzieci nasze! drogie kochane! opłakiwaliśmy was! (całuje pokolei.)
OJCIEC. Dużo łez wyleliśmy po powrocie z lasu bez was, moi ukochani!...
PALUSZEK. Ale teraz nie rozstaniemy się nigdy, prawda?
OJCIEC i MATKA. O tak! nigdy! nigdy!

(Na zakończenie Taniec Wilgi, Krasnoludka, Poziomki.)
KONIEC


Druk. Sikora, Warszawa



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.