Ultimus/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Ultimus
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
IV.

Jarmark był tego dnia w miasteczku. Łuknickie jarmarki miały swoję sławę. Zjeżdżano się na nie tłumnie i z daleka. Jedni kupowali, drudzy przedawali, inni — ot tak, szczęścia albo guza szukali. I znajdowali tam wszyscy, co kto chciał. A jeśli kto nic nie kupił, nic nie sprzedał i nie upił się nawet, no, to go przynajmniéj wyszturchano w ciżbie, wrzaskiem ogłuszono, okradziono czasem. A tak, każdy tam miał satysfakcyę jakąś.
Dziś spodziewano się większego zjazdu niźli kiedykolwiek. Podwójna bowiem uroczystość przypadła: jarmark i odpust sierpniowy na Ścięcie św. Jana. Od rana tedy dzwonnik, którego święty ten patronem był, nasmarowawszy — jak powiadał — serce, co zresztą odbywało się w sposób arcyniewinny, zapomocą wychylonego naczczo półkwaterka, wszedł na trzeszczącą dzwonnicę u fary, przy mocném łajaniu swojéj Małgosi, która znowu ze swéj strony co rano wypijała kieliszek tak zwanéj przez siebie: „mamrotki.” Wszedł i uderzył w wielki dzwon, z powagą rozstawiwszy cienkie swoje nogi.
Dzwon huknął, a głos jego odbił się kędyś aż u Powodeńskich gór... Słysząc to, ludzie przyśpieszali kroku, poganiali konie; powietrze było pełne nawoływali, krzyków, gwaru; przecież nad całą tą, w tysiąc tonów rozstrzeloną wrzawą górował dzwon. A głos jego był dziwnie żałosny, jęczący, skarżył się czegoś, i gromił, i płakał...
Dosłyszała go pani Magdalena Rożnowska, siedząca u okienka swego w bezsennéj trosce, a dosłyszawszy, podniosła się, poprawiła wdowią suknię spłowiałą, zarzuciła chustkę na głowę i wyszła. Że to był jarmark — nie wiedziała nawet. Szła, bo serce miała ciężkie jak kamień, bo ją te dzwony wołały, bo chciała upaść przed Bogiem i płakać, płakać... Przechodzącą przez sad śliwkowy zobaczył żóraw, więc pokulał za nią koszlawy, śmieszny, obłocony od nocnéj szarugi.
Kobieta szła zwolna, krokiem chwiejącym się po bezsennéj nocy. Dawno już nie wychodziła z swéj izby. Zaledwo jednak znalazła się w ulicy, minęły ją dwie kumoszki z przeciwka, trącając się wzajem łokciami:
— Patrz pani! — rzekła jedna półgłośnym szeptem. — To ta Rożnowska, matka tego Rożnowszczyka, co to pani wie...
— Wiem, wiem, moja pani! Co nie mam wiedziéć? Wszyscy wiedzą. Albo to sekret?
— A choćby i sekret! — przerwała zapalczywie pierwsza. — To pani może myśli, że ja sekretów nie wiem? Ho, ho! moja pani!...
Wdowa nie słyszała reszty. Przyśpieszyła kroku, zmieszana i zarumieniona lekko. Ten rumieniec na wyschłéj, zwiędłéj twarzy staréj kobiety wydawał się dziwnie i smutnie.
Na drodze jéj stało kilku mieszczan w kapotach.
— A kto ich wie! — mówił jeden, stukając palcem w denko tabakierki, — powiadają, że strażnika zabili...
— Ale gdzież znów strażnika! — podchwycił drugi; — to wcale nie był strażnik, tylko chłopak téj szlachcianki z przedmieścia, co téż się z nimi znał...
Idącą kobietę mróz przeszedł. Stanęła i otworzyła usta, chciała spytać o coś, sama sobie z tego co czyni sprawy nie zdając... gdy wtém jeden ze stojących odezwał się znowu:
— Co? ten chłopak? Bodajże was, a toć to dzieciuch jeszcze.
— A śliczny mi dzieciuch — rzekł drugi, — co konie kradnie! To tak, jak ten słowik, co cielęta dusi!
Rozśmieli się.
Kobieta odstąpiła od nich w przerażeniu jakiémś. W głowie jéj się mąciło. Zeszła w boczną uliczkę, a idąc, śpieszyła się czegoś, coś ją gnało. Nasunęła chustkę na twarz, przemykając się chyłkiem pod domami. Za nią utykał żóraw, wlokąc opuszczone skrzydła. Nie uszła jeszcze stu kroków, kiedy znajoma mleczarka zawołała za nią:
— Pani Rożnowska! Pani Rożnowska! podobno tam chłopaka pani złapali...
Wdowa odwróciła głowę, popatrzyła na mleczarkę osłupiałym wzrokiem, a potém głucho jęknęła i o mur się wsparła... A kiedy stała tak, gruba burmistrzowa, idąca z wielką złoconą książką do kościoła, otarła się o nią zblizka.
— Cóż to, moja jejmość, stoisz tu jak słup? — zapiszczała wzgardliwie. — Nie widzisz, że osoba idzie? Jeszcze z takiém zabłoconém ptaszyskiem! Patrzcież, moi państwo!...
Państwa tam wprawdzie żadnego nie było i dlatego nie słyszeli wezwania grubéj burmistrzowéj. Ale i wdowa nie słyszała téż nic zgoła. W uszach jéj szumiało, przed oczyma latały jakby płatki śniegu czarnego...
Bezwładna była, blizka zupełnego omdlenia. Jednę tylko, niejasną, myśl miała w téj chwili — zebrać siły i do domu wrócić... Tymczasem pchający się tędy tłum ludzi uniósł ją z sobą w rynek, gdzie posługacz z magistratu, z wielkim czerwonym nosem i niebieską chustką na szyi, obębniał z powagą przynależną urzędowi swemu licytacyę in plus na stare rzemienie w magistracie. Ale zapisaném było w księgach przeznaczenia, że licytacya ta nie dojdzie dzisiaj do skutku. Zaledwie bowiem podniósł pałeczki i, szeroko otworzywszy usta, zabrał się do ogłoszenia jéj warunków, kiedy chłopaki od Grzmota, szewca z Szydłowieckiéj ulicy, dojrzały panią Magdalenę Rożnowską i jéj kulawego żórawia, a kilkanaście piskliwych głosów zaczęło wołać: matka złodzieja! matka złodzieja!...
Całe zbiegowisko, zapatrzone w otwarte usta pachołka magistratu, obróciło się teraz w stronę kobiety, która krzyknęła przeraźliwie i uciekać chciała... Zatamowano jéj drogę. Powstał zamęt, gwar nie do opisania... Chłopaki wrzeszczały jak kanięta, szarpiąc na wdowie suknię, targając jéj chustkę spłowiałą; inni piaskiem na nią i na żórawia rzucali. Ci, co bliżéj docisnąć się nie mogli, opowiadali nadbiegającym, jako to jest sławna złodziejka, którą teraz właśnie przy straganie złapano. Jeszcze dalsi zaprzeczali temu, objaśniając, że nie przy straganie, tylko przy puszce w kościele, i że to jest chłop przebrany. Kobieta stała w tłumie jakby skamieniała, wyciągnąwszy przed siebie wyschłe swoje ręce. Siwe jéj włosy opadły wzdłuż twarzy, oczy miała szeroko otwarte, nieruchome, szklane. Przy nogach jéj bił w skrzydła oślepiony piaskiem Ultimus, krucząc groźnie... Zgiełk wzrastał — i nie wiadomo, jakby się to wszystko skończyło, gdy wtém z bocznéj uliczki dał się słyszéć okrzyk: prowadzą ich! prowadzą!
Żywa fala głów zwróciła się za tym okrzykiem. Ale kobieta posunęła się teraz kilka kroków przed tłumem, pchnięta jakąś nadludzką siłą. Oczy jéj ciskały błyskawice; ręce trzymała przed sobą sztywno wyciągnięte, jak to czynią ślepi. Szła, jak idą wielkie tragiczne postacie — ona — wdowa licha, chwilą przedtém przez uliczną gawiedź szarpana. A taki majestat był jéj głowy siwéj, że wszystkie usta zamilkły i nikt nie śmiał dotrzymać jéj kroku. Wtedy wpośród złowrogiéj ciszy ukazał się w bocznéj uliczce silny konwój żołnierzy, a między nimi szedł z obnażoną głową, na ręce zakuty, blady, chwiejący się, napół obłąkany chłopiec. Żołnierz, idący za nim, popychał go karabinem i klątwą.
— Julek!... — krzyknęła przeraźliwie matka, a krzyk jéj był ostry, nieludzki prawie, do ryku zranionego zwierzęcia podobny. Chłopak zarumienił się lekko i schylił głowę na piersi. Wtedy z niesłychaną siłą rzuciła się wdowa do syna, ale żołnierze odepchnęli ją kolbami. Zatoczyła się kilka kroków, ogłuszona, i o mur ciężko uderzyła głową... Julek się porwał, chciał ratować matkę, ale straż nie dopuściła tego, nie mogła dopuścić... Wówczas to nieszczęsny chłopiec odwrócił głowę i zapłakał, a jasne, wielkie łzy spadały mu po twarzy i po drżących ustach. Przeprowadzono go już — a jeszcze cicho było wkoło, jak po umarłym. Naraz ktoś krzyknął: Chmiel! Chmiel!... Zakipiało w tłumie. Żywa fala głów i rąk wzniesionych uderzyła w uliczkę z groźnym szmerem. Tam, pomiędzy dwoma karabinami, otoczony strażą dokoła, szedł z podniesioną głową Jur Chmiel, rzucając bystre i niespokojne spojrzenia po wzburzonym tłumie. Stary koniokrad straszny był tym razem. Twarz jego wielka — sina była i nabrzękła, krwawy wzrok pałał posępnym ogniem, grube nogi z trudnością posuwały się naprzód.
Takim go ujrzała wdowa, kiedy otworzyła oczy z omdlenia. Ujrzawszy go, zaniosła się jakimś przyduszonym krzykiem, wyciągając ku niemu zaciśnięte pięście; poczém nagle schyliła się, chwyciła kamień z ziemi i z okropnym rozmachem cisnąwszy nim w Chmiela, sama padła. Ale teraz stała się rzecz straszna. Tłum rzucił się na konwój z przeraźliwém wyciem, tratując ciało nieszczęsnéj kobiety, które napróżno osłaniał żóraw, bijąc nad niém z łomotem skrzydłami.
W jednéj chwili odbito Chmiela i wywleczono go na rynek, wśród wściekłych okrzyków, tłukąc czém kto miał, kamieniem, kłonicą, drągiem. Wrzask był taki, takie rozjuszenie się tłumu, że gdyby grom padł, nie słyszanoby go chyba. Z rynku walili chłopi, porzucając konie, wozy; kobiety przyskakiwały jak jędze, ciskając piasek, cegły, garnki. Bronił się zajadle Jur Chmiel, pięściami bliższych tłukł, zębami rwał, głową bódł jak tur, aż się wreszcie powalił pod razami zajadłych Żmudzinów.
A wtedy, na tę żywą i wstrząsającą się jeszcze konwulsyjnie mogiłę zaczęto ciskać gruz, błoto, kamienie, aż się podniósł stos ogromny, z pod którego wyglądała jedna ze zdruzgotanych nóg Chmiela, rozpłaszczona ohydnie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Późną dopiero nocą przywlókł się żóraw do starego domostwa i po dawnemu stawał w śliwkowym sadzie, patrząc w górę jedyném swojém osłupiałém okiem. Ale okienko szczytowe nie otworzyło się już dla niego nigdy... Wszyscy zostali przywaleni wspólnym ciężarem, on jeden tylko pozostał, on — i Julek, ostatni także. I chłopiec, jak żóraw, miał kiedyś skrzydła silne i miał dalekie, wiosną kwitnące ziemie przed sobą. Mógł zdążać ku nim, jak żóraw ku południowi. Ale skrzydła opadły. Spuścił się na śmietnisko życia, aby się brudem jego paść, brudem trującym. I kiedy mu się zdawało, że, żyjąc tak, na wiosnę czeka, na wzlot ku słońcu — on upadał. Zkąd te złe wiatry idą, co podrywają skrzydła żórawiom? I zkąd te idą, co nadłamują duchy młodzieńcze? Nie wiem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.