Ultimus/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Ultimus
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
ULTIMUS.
I.

Za ostatnią, z miejska otynkowaną, kamieniczką w Łuknikach stało nizkie domostwo drewniane, zczerniałym gontem kryte, które miało tę osobliwość, że z trzech stron otaczał je sad śliwkowy, gęsto puszczony i zdziczały nieco, a z czwartéj stawał przed niém na jednéj nodze stary, zdawna już okulawiony żóraw, który, wtuliwszy między barki głowę, długiemi godzinami patrzał w niebo jedyném okiem, jakie mu zostawiła swawola chłopców miejskich. Cała postawa nieszczęsnego ptaka była nad wyraz śmieszna. Chudy, nastrzępiony, z podwiniętą nogą, którą od czasu do czasu na bok wyciągał dla rozprostowania, szyję miał siną, miejscami z pierza odartą, przez łeb krwawo zaschłą szramę od polana, które ciśnięto za nim w gorącéj jakiéjś przeprawie, ogon wyszarpany, ślady deszczów i pyłu miejskiego na sobie noszący, dziób zeschły, grzbiet zgarbiony... ruina ptaka, i tyle. Jedyną pamiątka czasów dawnéj świetności były wielkie, poderwane nieco skrzydła, które w chwilach zadumy zwieszał ku ziemi, jak zwiesza ramiona człowiek zniechęcony i śmiertelnie smutny. A kiedy je tak opuścił i koszlawo stanął, podjąwszy w niebo skaleczałą głowę, można się było i śmiać i wzruszonym czuć na widok tego rozbitka, strąconego z jakichś powietrznych, farysowych dróg...
Zórawia znano w miasteczku pod imieniem Franek. Imię to zostało mu w spuściźnie po pierwszym właścicielu, hulaszczym włóczędze, który w podmiejskiéj, mieszczącéj się w domostwie owém traktyerni pół życia przesiedział, był zalotnikiem pięknéj Zuźki Sas, a i przemytnikiem także. Na jaki koniec przyszło straceńcowi temu — nie wiedział nikt. Przepadł kędyś bez wieści, bez echa, jak przepada kamień w wodę rzucony, i zostawił ptaka-sierotę z smętném dziedzictwem imienia swojego. Jeden tylko Abrajtys, kanonier stary, co z pod Jeny pusty rękaw u mundura przyniósł, Ultimusem nazywał żórawia. Bywało, stanie nad ptakiem, zapatrzonym w wieczorną zorzę, głową trzęsie i mruczy pod siwym, najeżonym wąsem: „Hej! hej! A gdzie to bracia twoi, nieboraku? Odlecieli, odlecieli!... zostałeś sam, sieroto stary!... Ostatni... Ultimus!”
A tu mu wiatr wiewa pustym rękawem, po siwych włosach chodzi i świszczy: ultimus... ultimus... Chłopaki od Jana Grzmota, szewca z Szydłowieckiéj ulicy, w głowę zachodziły, co ten wyraz miał znaczyć. Aż im organista wytłumaczył wreszcie, jako to jest słowo nieczystą moc mające, którém się farmazony zwołują pod Szatryą, w pierwszy piątek po miesięcznym nowiu. Z téj organistowskiéj erudycyi wypadło to, że i do biednego ptaka przylgnęło coś niecoś z zabobonnego strachu, jaki w mieszkańcach Łuknik wzbudza Szatrya, dość podejrzanéj sławy zażywająca na Żmudzi góra, niby nasza Łysa. Ale téż od téj pory, rzec można, żóraw miał życie spokojniejsze nieco i nie tak często brał w łeb kamieniem albo garścią piasku, kiedy się, chyłkiem drepcząc, na miasteczko ważył. W domu za to, zwłaszcza zimą, po dawnemu pędził żywot, pełen abnegacyi i dotkliwych upokorzeń.
Bywało, całemi godzinami w sionce pod drabiną stoi skulony, kryjąc się poza wysłużone miotły i upatrując przyjaznéj pory, aby się dostać do kuchni, posilić obierzynami kartofli i z cebrzyka napić. Najprzyjaźniejszą porą bywała ta, kiedy Zuźka Sas, czarnooka władczyni kuchennego państwa, wyszczerzała do przechodniów białe swoje zęby. Jeśli to był dzień targowy, a przechodnie gęściéj szli, żóraw zdołał nawet niekiedy pochwycić kawał mięsa ze stolnicy i, przytaiwszy się, wysunąć niepostrzeżenie. Głód, nędza i niewola kalectwa, która go trzymała przy ziemi,wyrobiły w nim pewien stopień przebiegłości ludzkiéj prawie i znikczemniły nieszczęsnego ptaka. Zimą tedy był żóraw obrazem kompletnego upadku i głębokiéj demoralizacyi, a skrzydła jego, częścią z piór ogołocone przez domowego kundysa, częścią obryzgane kipiątkiem przez piękną Zuźkę Sas, zdawały się zapominać w smętném opuszczeniu swojém, że ponad parą, unoszącą się z żelaznych saganów podmiejskiéj traktyerni, istnieją swobodne, szerokie przestrzenie, kędy można brać lot górny, wyżéj — i wyżéj — do słońca.
Na wiosnę za to zmieniało się to nieco ku lepszemu. Kiedy pierwsze ciepłe tchy powiały od jezior, od lasów, a wiosenne chóry żab ozwały się z łąk mokrych i wygrzanych stawów, kiedy nad Łuknią, nad Windaną, obłąkiwały się lecące od Bałtyku mewy, żóraw stawał się dziwnie zadumany, niespokojny, dziki. Rankami i wieczorami odbywał jakieś dalekie, dające do myślenia wycieczki, z których powracał zroszony, płochy, niepozwalający zbliżyć się do siebie; w nocy tulił się między śliwiną młodą, abdykując z owéj grzędy w chlewiku, o którą przez całą zimę z kogutem domowym bój toczył; we dnie wypatrywał czegoś na horyzontach dalekich, za południowym wiatrem obracając głowę. Aż kiedy wczesnym rankiem, po rosie, ozwało się w powietrzu cichém kruczenie wracających żórawianych kluczów, Ultimus, na jednéj nodze stojąc, jakby na pal wbity, szeroko machał wystrzępionemi skrzydłami i wydawał krótki, chrapowaty głos, bardzo podobny do okrzyku tęsknoty. Zdarzało się, że łańcuch żórawi brał lot ku ziemi, pękał w błękicie i z wielkim szumem spadał na żerowisko przygodne. Nakrywała wtedy nieboraka chmura skrzydeł, a ptaki obstępowały go, dziwiąc się i naradzając głośno. Trzeba było widziéć, jaką minę i postawę przybierał wówczas nieszczęsny Ultimus. Skacząc na jednéj nodze ochoczo, a drugą ledwo ziemi tykając, usiłował dać do zrozumienia, że jeśli nie posługuje się obiema w równéj mierze, to tylko z własnéj dobréj woli swojéj, i ot tak, z wiosennego kaprysu. Głowę z przyschniętą blizną krwawą dyskretnie w bok przechylał, jakoby z wielkiego animuszu i fantazyi to czyniąc, a cała jego fizyognomia nosiła wyraz głębokiego uszczęśliwienia, uśmiechu prawie.
Mądre ptaki nie dały się jednak wywieść w pole. Nie wiadomo jak i po czém, ale zawsze odgadły tę smętną komedyę, zawsze zwąchały kuchenne pomyje, któremi trącił, dojrzały okaleczenia i ślepoty... A wtedy, z gniewem zawodu, bezlitością silnych i wzgardą swobodnych, zaczynały z łomotem wielkim w skrzydła bić, wrzaskliwie urągając głowie renegata, który téż odrazu tracił całą kawalerskość postawy, robił się pokorny, zmalały jakby, i cichym, żałosnym piskiem skarżąc się na niedolę swoję. Żórawie jednak wyciągały już do lotu długie szyje, zrywając się zrazu ciężko, potém swobodniéj coraz, aż wkrótce wysoko gdzieś, w blaskach wiosennego słońca ginęła czarna ich wstęga. Ultimus zostawał sam. Wtedy to w jedyném jego osłupiałém oku zbierała się wielka łza krwawa, chwilę drżała w okrągłéj źrenicy, poczém, pęknąwszy, gasła...
Długi czas chodził potém żóraw jak struty, kulejąc mocniéj niż kiedykolwiek, zgarbiony, postarzały, przybity, ledwo sobie żeru szukając. Okaleczoną głowę chował w pokrzywy, puszczające się pod płotem sadu, a końce skrzydeł włóczył po ziemi, jakoby ich udźwignąć nie mógł w téj melancholii, która go trapiła. Od połowy maja dopiero nabierał znowu ducha, kiedy na młodą zieloność sadu otwarło się z brzękiem okienko szczytowe, przytulone pod dachem starego domostwa. Był to znak, że się mieszkańcy poddasza budzą ze snu zimowego, że przyjazna, wyschła ręka rzuci mu rankiem okruchy bułki albo nieco kartofli zgłąbiałych. Odtąd codziennie można było widziéć żórawia, stojącego jakoby na straży pod okienkiem owém, a przy okienku starą kobietę o szczupłéj, bladéj. niegdyś pięknéj twarzy, jak z niesłychaną wprawą robiła pończochę, trzymając ją zdala od przygasłych oczu.
Niekiedy, pod wieczór, sztywniały jéj od drutów cienkie palce. Opuszczała wówczas ręce na kolana, a podniósłszy głowę ku niebu, szeptała coś zwiędłemi usty. Kto wie co? Modlitwę może, może jakieś zaklęcie dawnych, dawnych lat, które jéj dotąd dawało siłę życia. Nieraz téż, siedząc tak, przechylała w tył głowę i, przymknąwszy zmęczone oczy, zaczynała śpiewać cichym, drżącym głosem. Była to znana wszystkim pieśń stara, którą może niejeden z nas przy kołysce słyszał:

...Powiejcie wiatry od wschodu...
Z wami do mojego rodu
Poszlę skargę obciążoną...

Najczęściéj wszakże odkładała całkiem zmudną pracę swoję, a dobywszy ze stolika podłużną blaszaną puszkę, wyjmowała z niéj ostrożnie zwitki papierów pożółkłych i listów przesiąkłych wonią lawendy, któréj pęczek leżał pomiędzy niemi napół okruszony. Wyjmowała je i patrzyła na nie długo, wtedy nawet, kiedy zrobiło się zupełnie ciemno, a żóraw nie widział nic, tylko jéj bielejące w letnich zmierzchach ręce. Wreszcie wychylała się z okienka, aby je zamknąć przed padającą rosą, a wówczas można było widziéć całą jéj postać szczupłą, wyniosłą, przygarbioną nieco, twarz bladą z drobnemi, ściągniętemi usty, i pasma siwych, obfitych jeszcze włosów.
Ślepy na jedno oko żóraw niewiele nad to mógł dojrzéć. Ale inni mieszkańcy starego domostwa wiedzieli doskonale, że poddasze wynajmuje pani Magdalena Rożnowska, szlachcianka z rodu, wdowa po Imci panu Wincentym Rożnowskim, który, sługując oficyalistą po wielkich dworach, dosłużył się wreszcie mogiły na cmentarzu w Lidowianach i tego zaszczytu, że jego ostatni chlebodawca, jaśnie wielmożny graf Krut, wdowę po nim i sierotę na własnéj bryce, własnemi końmi do miasteczka najbliższego wywiózł, dodając im z pańskiéj szczodrobliwości swojéj półkorcze jaréj pszenicy i półkorcze żyta.
Za młodych lat swoich zwykł był pan Wincenty podpisywać się na kontraktach, zawieranych z jaśnie wielmożnymi dziedzicami: Rożnowski herbu Junosza. Nosił téż wielki sygnet na serdecznym palcu z swoją pieczęcią rodową. Gdy wszakże na tę szlachecką fantazyę chudego pachołka ten i ów krzywo patrzał, a majątki poczęły w ręce nowych ludzi iść, oddał pan Wincenty sygnet do schowania żonie i podpisywał się wprost nazwiskiem tylko, zawsze sobie wszelako zastrzegając w myśli Junoszę i ślubując, że wydobędzie heraldyczne dowody szlachectwa, przez wzgląd na męzkiego potomka, jakim go los w późnym już obdarzył wieku. Zostawał nawet z tego powodu czas jakiś w korespondencyi z Imci panem Filipem Łomotką, autorem kilku drogocennych listów, zachowanych w blaszanéj puszce pani Magdaleny Rożnowskiéj. Oto z nich jeden, ostatni co do daty i dobrze już pożółkły:

Wielmożny Panie Dobrodzieju.
A iż wiadomą jest rzeczą, jako mogę wydobyć dowody szlachetnego urodzenia Wielmożnego Pana Dobrodzieja z Jaśnie Oświeconéj Heroldyi Królewskiego Państwa, gdzie mam znajomość na pewnym fundamencie, a nawet kumoterstwo ze starszym woźnym Trzewińskim, przeto upraszam Wielmożnego Pana Dobrodzieja o nadesłanie dziesięciu rubli na papiery i inne trudności.
Podpisano: Filip Łomotka.
Nie nadmieniał szanowny autor powyższego listu, jakieby to trudności być miały, ale do usunięcia ich nie przyszło nigdy, ponieważ pan Wincenty nigdy jakoś nie mógł zebrać dziesięciu rubli razem i z protekcyi zacnego Trzewińskiego korzystać. A tak list ten, jako téż i inne pamiątkowe papiery, świadczące, iż ród był szlacheckim, zostały złożone w puszce pani Magdaleny razom z owym herbowym sygnetem, pęczkiem lawendy i kawałkiem fijałkowego korzenia, który kiedyś był pomocnym przy wyrzynaniu się pierwszych ząbków Julka Rożnowskiego, dziedzica téj właśnie, jedynéj spuścizny.

Od wielu już lat, kiedy jeszcze ów jedynak był małym Julkiem i na kolanach matki usypiał, wyschłe jéj palce odmykały codziennie blaszaną puszkę, ot tak, na pociechę doli wdowiéj; a zapach lawendy rozchodził się po biedném poddaszu i przywiewał woń młodości i obrazy dawnych, dawnych czasów. Kobieta podnosiła wtedy oczy ku wieczornéj gwiaździe i zaczynała rozpowiadać chłopcu o nizkim dworku w szlacheckim zaścianku. A kiedy chłopiec usypiał zmęczony, tuliła głowę jego do kolan, śpiewając drżącym głosem zwykłą swoję pieśń: „Powiejcie wiatry od wschodu...” Ultimus znał ten śpiew i, stojąc na jednéj nodze, z wyciągniętą szyją, patrzał w okienko jedyném okiem swojém, w którém widać było jakąś bezsenną troskę. A sad śliwkowy drżał tymczasem od słowiczych poświstów i pieśni rozgłośnych, klaszczących. A za sadem, het, precz na moczarach, zawodziły wiosenne chóry żab i słychać było zapóźnioną fujarkę pastuszą, a od miasteczka biły zmięszane głosy ucichającego życia coraz słabsze... coraz dalsze... Aż wreszcie schodziła noc, — co téż ma dla ziemi łzy swoje i kołysze kwiaty polne na zapomnianych mogiłach, a cień i cisza obejmowały ptaka-tułacza, kobietę i dziecko.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ale to było dawno już. Teraz mały ów Julek wyrósł na silnego, gibkiego chłopca, który las czarnych włosów miał nad czołem, oczyma gorącemi z powietrza, zda się, pił życie, a całą młodzieńczą postawą pęd w górę biorąc, bardzo się hardo po miasteczku nosił.
Hardość ta wszelako tajała, jak śnieg, na widok pięknéj Zuźki Sas, od kiedy jéj chusteczkę z białéj szyi — niechcący zaczepiwszy — zerwał, a ona go w wielkim gniewie nazwała panem Julianem, zamiast po dawnemu — Julkiem. Odtąd w życiu chłopca wiele się zmieniło. Na miasteczko biegał, razwraz potrzebował pieniędzy; smutny był, roztargniony, to znów do zbytku pusty...
Matka widywała go coraz rzadziéj i na coraz krótszą chwilę; poddasze opustoszało, ogłuchło, poszarzało jakby. Tylko szelest szybko migających drutów i ciche, nagłe westchnienie pracownicy — były jedynym życia jego odgłosem. Żóraw za to dobrze się teraz miéć począł i z bezprzykładném zuchwalstwem porywał najlepsze kawałki mięsa z pod ręki Zuźki Sas, rozgadanéj, śmiejącéj się czarnemi oczyma do pięknego chłopca, który téż przy niéj miał jakieś błyskawiczne uśmiechy i nagłe drgnienia w smagłéj, bladéj twarzy.
Pani Magdalena Rożnowska nieodrazu spostrzegła tę zmianę. Teraz dopiero niepokoić się poczęła, kiedy Julek to na obiad, to na wieczerzę spóźniając się coraz, pewnego dnia wreszcie nie przyszedł wcale do domu.
Biedna kobieta wieczora tego długo wyglądała okienkiem, rozwijała i zwijała nigdy niekończącą się robotę swoję, chodziła niecierpliwie po biednéj izbie, w któréj, oprócz jéj łóżka i synowskiego tapczana, mało co było sprzętów ubogich. Padła nareszcie na stołek i dobyła swoje sacra arcana, zamknięte w puszce blaszanéj, pozwalając im po raz pierwszy rozsypywać się z kolan na ziemię. Ręce jéj się trzęsły, cienkie wargi drżały czegoś, a smutne, zmęczone oczy zatrzymywały się z osłupieniem na podpisie Filipa Łomotki. Nagle, rozległ się z dołu brzęk stłuczonéj szyby, gwałtownym ruchem biesiadników z okna traktyerni wypchniętéj, a na cichy sad śliwkowy buchnął śmiech i gwar. Kobieta drgnęła i podniosła się wyprostowana. Jeden z głosów tych, metaliczny, miękki, świeży, był głosem jéj syna. Towarzyszył mu ochrypły nieco bas, a w hałaśliwą, rubaszną ich rozmowę wpadał swawolny, drażniący śmiech pięknéj Zuźki, który w domostwie wszyscy dobrze znali. Wdowa klasnęła w ręce, jakby nagłém widzeniem olśniona. Chustka jéj z ramion spadła, wyschłe dłonie zacisnęły się w przerażeniu jakiémś przy pobladłych ustach, a oczy, zapatrzone w głębokie cienie śliwkowego sadu, miały wyraz osłupienia i najwyższéj troski. Gwar wzrastał. Teraz można już było rozróżnić pojedyńcze słowa.
— Zuźka! Zuźka... — mówił Julek stłumionym, urywanym głosem.
— A nie drożże się, głupia dziewczyno! — huczał bas szyderczo. — Szlachcianką cię zrobi... Konie do ślubu ja daję! Do licha! i ślub dać mogę, jeśli tego trzeba... Julek, mój chłopcze, nie upieraj się przy niéj, kiedy ci nie rada. Zrób tylko pieniądze, duże pieniądze, a wesele się znajdzie. Już ja ci drogę pokażę... Będziesz mi wdzięczny, póki cię nie powieszą, mój synu!

Śmiech Zuźki zagłuszył resztę. Wdowa chwyciła się za głowę. Ona znała ten ochrypły głos. Słup soli, w który się żona Lota zamieniła, nie był bardziéj nieruchomym od téj kobiety, stojącéj wśród lichego poddasza w swojéj wdowiéj, wypłowiałéj sukni. Po chwili dopiero zaczęła się mocno trząść, jakby nagłym chłodem ruszona. Istotnie, zapomniane dzisiaj okienko wciąż jeszcze stało otworem, a świeżość rosy szła przez nie razem z cichém światłem miesięczném, które się srebrnemi smugami po izbie kładło, czyniąc z osłupiałéj kobiety jakiś tragiczny posąg niedoli. U stóp posągu tego leżał szeroko rozwinięty papier, na którym w księżycowych blaskach wyraźnie czytać było można: „A iż wiadomą jest rzeczą...” i tak daléj...




II.

W samém jądrze Kurtowiańskiéj puszczy była obszerna polana, Halizną zwana, wśród któréj siwe dęby zrzadka rosły, podesłane trawą rzęsistą. Na wschód, na północ ciągnął się tęgi, zwarty las sosnowy, który tysiącem masztów szedł w niebo, igliwie na igliwie sypał, kłodami się walił wzdłuż i wszerz, ledwo gdzie jagodę lichą puszczając od ziemi do słońca. Na zachód otwierały się szerzéj jaśniejsze przygaje, zmieszane z brzozą, stojące na moczarach, w suchsze tylko lata dostępne, ochwytujące sobą błotne oczerety i jeziorka leśne. Gęsty trop zwierza tu szedł, kostka i skrzypy puszczały się kępami, a paprocie górą wiały lekkie, pierzaste... Od południa — puszcza rzadła nieco; siekiery już się w niéj przerąbywać poczęły, czyniąc wskróś ciemnéj zieleni nagłe, przejrzyste świty. Dęby i buki więcéj tu brały słońca na liście, a podszyte były gajem młodym puszczającéj się gęsto leszczyny, jarząbków, malin dzikich i różnych targańców... Tutaj się roiły wielkie barcie, ognieżdżone w wypróchniałych pniach starodrzewu, brzęcząc chmurami pszczół i pachnąc miodem, do którego nawet przemyślny Żmudzin rzadko mógł przystęp znaléźć.
Na téj to polanie wyprawiał dziś Jur Chmiel towarzyszom swoim tak zwaną „Fokusową noc,” którą téż inni „Uzdzienną” albo „Stryczkową” nocą zwali. Był to jak gdyby zapust przemytników i złodziei końskich, obchodzony w noc sierpniową, na pamiątkę jakiegoś mitycznego Fokusa, który jakoby kiedyś był katem w Połądze i bez bólu wieszał.
Uczta skończyła się właśnie. Wpół wypróżnione kotły dymiły resztą strawy, a świeżo podsycone ognisko rozsypywało, trzeszcząc, iskry czerwone. W pośrodku polany stała wysoka, do góry dnem zwrócona beczka, a na niéj z podwiniętą pod siebie nogą umieścił się stary cygan i dął w kobzę różnemi głosy, w las je puszczając jak żywego zwierza. Tuż pod nim, plecami o beczkę oparty, siedział, szeroko rozstawiwszy owinięte szmatami nogi, pierwszy téj kapeli skrzypek, grając na instrumencie swoim z dziką jakąś zapamiętałością. Włosy mu na twarz spadły, pot kipiał z czoła, na obnażone ramię wystąpiły grube, sine pręgi, ale on zdawał się wcale nie uważać tego, utonąwszy z duszą razem w jakimś szatańskim czardaszu. Reszta muzykantów, to stojąc, to siedząc, grała na trąbkach, obojach, klarnetach i dziwnych jakiś szałamajach, z których nieokiełznana muzyka po puszczy się niosła jak wicher i grzmot, jak śmiech i płacz i zębów zgrzytanie. Przy téj muzyce toczyło się w nagłych światłach i cieniach migające taneczne koło, wiążąc się i rozsypując w pary, z okrzykami i dzikim tupotem. Cyganki zwłaszcza odznaczały się jakąś zaciekłością w tym tańcu, kręcąc się jak tuman jaskrawych wstęg i szmatek, błyskając bursztynem u piersi, białemi zębami z poza ust czerwonych, zwinne, niepochwytne, podrzucane w górę nagłemi wybuchami południowéj krwi, szalejące, niepamiętne, straszne. Gdyby im dać na tancerzy węże, gnące się potwornie za podmuchem indyjskiéj piszczałki, byłyby to pary dantejsko dobrane.
Mężczyźni szaleli także. Kapelusze ich, opasane sznurkami monety, latały w powietrzu jak roje czarnych, błyskających złotem motyli; ręce klaskały, lub chwytały tancerkę, a gibkie nogi, rzemieniem opięte, z nieprawdopodobną szybkością gięły się i prostowały naprzemian, w takt dzikiéj muzyki, lub własnego natchnienia — dzikszego jeszcze.
Kto z koła wyszedł, padał na ziemię jak martwy. Taniec ten był pracą, upojeniem, śmiercią niemal. Jedna tylko dziewczyna nie brała w téj ochocie udziału, a obróciwszy smagłą twarzyczkę na gwiazdy, kołysała się w jaskrawéj, uwiązanéj między dwoma drzewami chuście, z któréj zwieszały się ku ziemi jéj śniade, bose nóżki. A kołysząc się tak, śpiewała jak ptak leśny, górując niekiedy przenikliwym głosem nad całą tą orgią piekielną. Była to Ginta, balerina bandy, która nie tańcowała nigdy inaczéj jak za pieniądze, na jarmarku, w rynku. Wprost niéj, nieopodal ogniska, leżał Jur Chmiel, szeroko rozwalony, w baranim kożuchu i juchtowych butach, które mu okrywały nogi, grube jak dębowe kłody. Leżąc, na łokciu się wsparł, w smolny ogień patrzał, fajkę kurzył za fajką, rozmyślał i spluwał. Był to chłop tęgiéj postawy, idący ze starowierów, król okolicznych band cygańskich, prowodyr przemytniczych szajek i złodziei końskich, ze spraw swoich głośny od Połągi aż ku pruskiéj granicy. Siwiejącą już brodę przystrzygał; głos miał ochrypły, basowy, twarz ospowatą nieco, zgruba ciosaną, wielkie czoło, brwi nawisłe, oko siwe, bystre, głęboko schowane pod czaszką.
Nieco daléj siedziała i leżała starszyzna szajki; jedni trochę podchmieleni, drudzy poprostu senni. Czasem słówko jakie lub klątwę rzucił ten i ów, ale mało co zrozumiéć się było można przy owéj tanecznéj ochocie, od któréj aż puszcza głuchła.
Naraz wszczęło się jakieś zamieszanie. Przybywała nowa partya przemytników. Podniósł się pół ciałem Jur Chmiel i ku przybyszom bystry wzrok obrócił. Na wyładowanéj konopiami bryce siedział chłop z obojętną i zbiedzoną twarzą, za nim żyd z workiem przez plecy rzuconym, w którym miał igły, nici, tasiemki; żyd biedny, zaschły, brudny trochę, który od szabasu nie widział gorącéj strawy, a cały majątek w worku z sobą nosił. Wyborną była charakterystyka obu tych ludzi: ot, parobek na moczydło jadący, który podwozi biednego żydka za trzy łokcie tasiemki do fartucha żonie. Uśmiechnął się Jur Chmiel.
— Pochwalony! — rzekł.
— Na wieki wieków! — odpowiedział chłop, ze zwykłą obojętnością Żmudzina.
— A zkąd Pan Bóg prowadzi?
— Od Ejragoły, panie...
— Jakże tam, sucho sprzątnięte?
Chłop poskrobał się w głowę.
— Sucho nie sucho — rzekł, — anośmy deszcz workiem podparli...
I tak się zawiązała ta dziwna rozmowa, którą, dosłownie biorąc, można było uważać za gawędę, prowadzoną po pijanemu, a w któréj przecież przybysze dawali Chmielowi ważne objaśnienia co do przygód swojéj wyprawy i spodziewanych trudności. A tu już rozsypało się taneczne koło; kobiety biegły patrzéć na przywieziony towar, potrącając się wzajem i wyścigając. Ucichła kobza i bęben, i szałamaje ucichły; tylko jeden skrzypek, pod beczką siedzący, grał tak, że rozstąp się ziemio!
Zaczęto zrzucać konopie. Pod niemi leżały powiązane worki, pełne drogich jedwabnych towarów, a każdy worek taki mógł zapłacić sobą koszta całéj Fokusowéj nocy. W miarę jak worki zdejmowano, kładł na nie Jur Chmiel swoje znaki. Naliczono najpierw dziesięć — i odstawiono jeden na stronę. Naliczono drugie dziesięć — i odstawiono znów jeden. Wtedy otworzył Chmiel pierwszy z tych obu i począł wyjmować wzorzyste chustki jedwabne, które po jednéj dawał tłoczącym się ku niemu cygankom. Kobiety całowały go w grubą, wielką rękę, głośno ustami z zachwytu cmokając, i odchodziły już z kłótnią na języku i zawiścią w palących się oczach. Młodsze natychmiast wiązały chustki na głowę, starsze chowały je za pazuchę. Jedna tylko Ginta nie przestawała się kołysać i śpiewać. Stary Jur wybrał tedy najpiękniejszą szmatkę i rzucił ją śpiewającéj dziewczynie. Zerwała się i siadła w hamaku swoim, błyskając gniewnie czarnemi oczyma, a zwinąwszy zapalczywie dar Chmiela, cisnęła mu go w twarz.
— Bogdajeś przepadł! — zawołała — ty i chustka twoja!
Stary Jur w śmiech to obrócił, ale znaczno było, że złość w nim kipiała, bo zacisnął zęby, a oczy mu latały czas jakiś z przykrém migotaniem. Tymczasem przybysze włożyli swoje worki napowrót na brykę, starannie je pokrywając wiązkami konopi, poczém woźnica raz jeszcze napił się wódki, otarł rękawem usta, mieszki z obrokiem koniom na łby wsadził, a sam podszedł do kotła. Zaczęto szumiéć, śmiać się, baraszkować. Tylko Jur Chmiel nie mógł odzyskać humoru. Kładł się na ziemi, wstawał, do ogniska dorzucał smolnych polan, w głownie butem tłukł. Wreszcie wyjął z za pazuchy świstawkę i świsnął. Na ten świst, starsi biesiadnicy ustąpili z placu, a kilku młodych cyganów, dziewięciu, dziesięciu może, ruszyło pędem w las.
— Dawaj tabor!... — huknął za nimi Chmiel.
Zagrały echa od huknięcia tego. Potém dało się słyszéć niespokojne rżenie koni, a w chwilkę jeszcze tymczasowa sala taneczna zmieniła się w jakąś piekielną ujeżdżalnię, gdzie krótkie, urywane okrzyki popisujących się oklep cyganów mięszały się z parskaniem koni i pistoletowemi strzały.
Taki tu bowiem był regulamin, że koń skradziony musiał znać złodziejską mustrę i stawać się wspólnikiem złodzieja; na krzyk ani dbać, na strzał ani drgnąć, tylko pędzić, pędzić, pędzić... Tego się téż uczył tak zwany tabor szajki, z różnych stron świata spędzony, i znał to już nawet widać doskonale.
Ostrzeliwane ze wszystkich stron konie uszami tylko lekko strzygły i rozdymały chrapy. Ale żaden z nich ani na włos nie zmienił chodu, nie stanął dęba, nie szarpnął uzdy. Który z jeźdźców wolę miał, skakał przez ognisko smolne, inni wyścigali się wzajem, klaskając długiemi biczami. Był to widok prawdziwie piękny. Nawet kołysząca się dziewczyna wychyliła kędzierzawą główkę, patrząc na ten ponocny turniej z prawdziwém upodobaniem.
Jedna tylko klaczka białonóżka nie dała się jakoś zażyć. Za każdym strzałem zdzierała uździenicę, rżąc przeraźliwie, i na całą miarę swoję stawała dęba, grożąc upadkiem jeźdźcowi. Dostrzegł to Jur Chmiel i świsnął znowu. Konie stanęły jak wryte.
— Jak dawno w taborze? — spytał krótko chłopaka, który tylko cudem swojéj cygańskiéj zręczności dotąd się grzbietu źrebicy trzymał.
— Od jarmarku w Pokrożeńcach.
— Ze Średnickiego stada?
— Ze Średnickiego...
— Zawsze taka?
— Bies ją wie! Coraz gorsza chyba. We fartuchu chowana, czy co?... — dorzucił chłopak, skrobiąc się po głowie.
Jur Chmiel namarszczył brwi siwe.
— Do mety ją! — krzyknął gniewnie.
Chłopak zeskoczył, chwycił źrebicę za uzdę tuż przy samym pysku i podprowadził ją pod krzywy dąb, który stał nieopodal, z boku nieco...
Stary Jur dobył tymczasem pistolety, opatrzył, podsypał, półkurcze odwiódł i szedł z wyciągniętą ręką do rżącego żałośnie zwierzęcia, które w śmiertelnym jakimś przestrachu rwało się z uzdy, zbierając razem wszystkie cztery nogi, jakby się pod niém ziemia paliła. Chmiel stanął, przymrużył pałające oczy i podniósł pistolet do wysokości ucha źrebicy. Zanim jednak strzał padł, stała się rzecz dziwna. Oto leżąca dotąd w hamaku dziewczyna zerwała się nagle, jako ptak z gałęzi, biegnąc prosto na ogień z rozpostartemi rękami, bosa, w koszuli tylko i kraśnéj u bioder chustce. Jak ptak téż przelatujący mignęła nad ogniskiem smolném i rzuciła śniade rączki na szyję Chmielą, krzycząc przeraźliwie.
— Ojcze Jurze! ojcze Jurze! nie zabijesz tego zwierzęcia! Będę cię codzień całowała, pieściła. Zmiłuj się, ojcze Jurze, nie zabijaj białonóżki mojéj.
A krzycząc tak i drżąc cała, uwiesiła się u szyi starego, obejmując z wielką siłą kark jego bawoli i ledwo palcami śniadych, bosych nóżek ziemi tykając. Chmiel szamotał się zrazu; ale kiedy dziewczyna nie przestawała krzyczéć, przyczepiwszy się do niego jak pijawka, rozśmiał się i rzekł:
— A co, turkawko! Bogdajem przepadł, ja i chustka moja?... Puśćże mnie teraz, bo udusisz...
Mówiąc to, podniósł rękę i, wystrzeliwszy pistolet w górę, chciał pocałować dziewczynę. Ale Ginta już się w bok do białonóżki rzuciła, odwiązała ją, a chwyciwszy się długiéj, jedwabistéj grzywy, skoczyła na grzbiet uratowanéj źrebicy, przyklęknęła na jedno kolano i puściła się w szalony obieg po zaimprowizowanéj arenie, wołając ze śmiechem i łzami nieoschłemi jeszcze:
— Strzelaj teraz, stary grzybie!
Oniemiał Jur.
— Zejdziesz mi zaraz, dyablico! — krzyknął Chmiel gniewnie.
Podniosła się z kolan dziewczyna i, na równe nogi stanąwszy, pędziła jak szalona, daléj i daléj... Wiatr wiewał jéj chustką jaskrawą i zarzuconym w tył włosem, a białonóżka zdawała cię téż wiatrem być, wiatrem, niosącym kwiat dziki, na bagnach zerwany...
Nagle, od strony gościńca rozległo się echo dalekiego strzału. Daleki był, bardzo daleki, a przecież dosłyszeli go wszyscy. Nawet Ginta zatrzymała się w szalonym biegu i szybko skoczyła na trawę. Jeden z cyganów przypadł ku ziemi, ucho do niéj przyłożył i słuchał.
— Od Girnik, z téj strony góry — rzekł. Słuchał znów chwilkę. — Na koniach — dodał.
Zmarszczył się Jur Chmiel i zamyślił nieco, poczém wydał szybkie rozkazy. Wnet tabor w las spędzono, brykę zatoczono w zarośla, rozrzucone ognisko przyduszono ziemią, nabito pistolety i gotowano się do obrony na wszelki przypadek. Jakoż dał się wkrótce słyszéć tętent galopującego co pary jeźdźca, a w chwilkę potém blady, zakurzony, bez czapki, z roztarganą na piersiach koszulą i jakimś dzikim ogniem w czarnych oczach, ukazał się... Julek Rożnowski. Pod nim biały od piany, przedziwnego składu koń, który, nagle uzdą targnięty, w ziemię się wparł szeroko, chwytając powietrze krwawemi chrapami. Chłopak zeskoczył, oczyma szukając Chmiela. Ręce mu czegoś drżały, uśmiechał się i zagryzał wargi. Na delikatne jego, wpół dziecinne skronie wystąpiły dwie drobne, czerwonawe plamy. Biesiadnicy przypatrywali się ciekawie to wierzchowcowi, to pięknemu chłopcu, a najciekawiéj wodziła za nim oczyma Ginta, stojąca w koszuli swojéj u przygasłego ogniska.
Chmiel téż rad był wielce; konia kazał trawą wytrzéć i zwolna wodzić przed sobą, chłopca po ramieniu klepał i czekał, aż tchu chwyci, a zacznie opowieść swoję. Tymczasem znowu padł strzał; tym razem bliżéj nieco...
— Gonią... — szepnął Julek.
— A gonią! — odrzekł Jur.
— Gdyby tak... trafili... — mówił urywanym głosem zmęczony jeszcze chłopiec.
— A zkąd? — spytał nagle Chmiel.
— Z Lidowian.
— Z Lidowian? Źle! — krzyknął Chmiel, trzasnąwszy w grube palce. — Mają po drodze Kirkiliszki i Szwaby. Widzieli ciebie?
Chłopak rzucił ramionami.
— Wiatr w polu widzieli! — rzekł.
— Którędyżeś jechał?...
— Do błot, Wiewirzańskim szlakiem... potém na Dratwiński las...
— Źle! źle! — mruczał Chmiel, marszcząc się coraz groźniéj. — Wiewirzańskim szlakiem po piętach cię dojadą. Na Dratwinach siedzi gajowy z komisarskiéj sfory... gotowa bieda! Jakżeś jechał potém?
— Albo ja wiem! przez las, przez bagna... Strzelali już!
— Złodzieje!... — rzekł Chmiel z akcentem głębokiéj wzgardy w głosie. Myślał chwilę, potém dodał: — Nie miarkujesz, wielu ich było?
— Nie było wielu!... Dwa czy trzy razy we trzech strzelali, potém we dwóch... potém jużem nie słyszał nic, tylko mi wiatr koło głowy chodził...
Wstrząsnął się chłopak, było mu czegoś zimno...
— Chcesz wódki? — spytał Chmiel.
— Chcę wódki... — powtórzył Julek machinalnie.
Stary odwrócił się.
— Ginta! — zawołał — przynieś-no tu...
Nie domówił jeszcze, kiedy w dwóch miejscach dano strzał po strzale, razem prawie. Widocznie nawoływano się w puszczy. Cyganie spojrzeli po sobie...
— Cóż to!... — krzyknął zapalczywie Chmiel. — Chcą nas tu wziąć obławą, jak wilków? Hola! dorzucić ognia! Poświecim ichmościom.
I już się sam po drwa schylał, kiedy nagle, oślepiając mu oczy kłębem dymu, zerwał się świszczący, przeraźliwy wicher, od którego puszcza zatrzeszczała w sobie, jakby w korzeniach ruszona. Grzmot się ozwał daleki, przeciągły zrazu, potém coraz bliższy, coraz gwałtowniejszy, krótszy...
Powietrze ściemniało jak smoła, a taki huk i szum począł borem iść, jakby się świat walił. Gięły się stare dęby, skrzypiąc przeraźliwie, garście liści i piasku w powietrzu się kręciły tumanem, a trzaskawica rosła z niesłychaną siłą. Do łomotu burzy mięszało się przenikliwe rżenie koni i wycie wilków ochrypłe, przeciągłe...
Oddalające się strzały padły raz jeszcze, poczém wszystko ucichło. A w ciszy téj można było dosłyszéć zapamiętałe granie siedzącego pod beczką skrzypka, o którym wszyscy dawno zapomnieli. Nagle puścił się deszcz ulewny, pioruny poczęły gęsto bić, puszcza stanęła w ogniu. Skupiono się w gromadki; wystraszone kobiety chowały głowy pod fartuchy, pod brykę, przysiadłszy skulone na ziemi... Deszcz lał, jakby się chmura zerwała, grom padał za gromem, czerwone błyskawice latały w powietrzu jak węże, a w przerazliwém ich świetle widać było żegnającego się pobożnie Julka i małą cygankę, przytuloną do ramienia jego. Dwoje dzieci, dwoje sierot zgubionych wśród burzy i nocy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Burza ta wszakże, jakby zawołana, przychodziła na ratunek zagrożonéj szajce. Teraz można było być pewnym, że się nikt nie waży wejść w głąb' puszczy, przez wezbrane deszczem trzęsawiska, w pośród łomotu walących się drzew i gałęzi.

Jur Chmiel przecież ciągle zdawał się być niespokojnym. Zaledwie téż cokolwiek w powietrzu ucichło, tak, że się dosłyszéć było można, podszedł do Julka i potrącił go. Chłopak drgnął — myśli jego były teraz daleko ztąd; przecież na dotknięcie Chmiela zbudził się i słuchał.
— Uważaj sobie, chłopcze, co ci powiem — mówił Chmiel. — Po strzałach miarkuję, że ta psiarnia poszła na Kirkiliszki, a może i na Szwaby. Puchalec ma tam dziś ze stadem ściągać... Spotkają go, jak Bóg w niebie. — Oparł ciężko rękę na ramieniu chłopca i mówił daléj: — Trzeba go uprzedzić, zatrzymać... Przez błota możnaby jeszcze. Ty świeży, nie znają ciebie. Masz serce jechać?
— Cobym nie miał miéć? — odrzucił z fantazyą chłopak.
— Białonóżkę weź — szepnęła Ginta.
— Pojedziesz tedy przez Truchlińskie bagno.
— Pojadę na białonóżce — przerwał Julek.
— Przez Truchlińskie bagno jadąc, miej się ciągle w prawo, w prawo, aż do Poręby... Porębę ominiesz, i w las... potém, najgorzéj potém, bo trzeba przez pastwiska miejskie...
Julek machnął ręką.
— Ojej! wielka rzecz! Jeszcze ciemno będzie!
Chmiel podniósł głowę, spojrzał w lewo, spojrzał w prawo, wiatru nosem pociągnął, a że deszcz ustawał nieco, zwrócił się do chłopca i rzekł:
— Na Szwaby musisz zdążyć przede dniem jeszcze. Puchalec niech mi się pchnie co pary na Kurtowski młyn. Ja tam będę. Ty albo z nim, albo mu rzucaj konia, a sam się przytaj gdzie, choć do nocy...
Umilkł — i myślał, coby mu zalecić jeszcze. Tymczasem Ginta trzymała już białonóżkę, podając chłopcu drugą ręką kawał dery, z Chmielowego legowiska ściągniętéj. Burza cichła. Dalekie grzmoty rozlegały się głucho po lesie. Szerokie błyskawice zrzadka zapalały niebo. Julek skoczył na konia.
— Niech się prowadzą Giejsztowym szlakiem — dodał jeszcze Chmiel. — Byle z oczu...

Chłopak z miejsca zaraz ruszył tęgim, wyciągniętym kłusem; a kiedy już był daleko, stary, złożywszy ręce przy ustach, huknął za nim: „Puszczaj!...”




III.

Dniało. Ranek po burzy we mgłach wstawał, chłodny, spóźniony. Chmury się jeszcze wlokły po niebie tu, to tam; wiatr pociągał od wschodu, z liści okapywały dżdże nocne, zbite trawy leżały pokotem. Gdzieniegdzie odzywał się piskliwie ptak zbudzony, ale jak okiem zajrzéć pustka była wszędzie, tylko się wrony pod lasem włóczyły, kracząc i podrywając ciężko od ziemi mokremi skrzydłami. Puszcza ciemniała na widnokręgu, w uciszeniu głębokiém stojąc — mroczna i sina. Bliżéj, z błot i oparzelisk podnosiły się mgły gęste, majaczące w kłęby, w słupy i unoszone wiatrem ku zachodniéj stronie. Na prawo od oparzelisk jechał Julek, zwolniwszy nieco biegu białonóżce, która téż mocno robiła bokami, puszczając z nozdrzy lekką, siwą parę.
Chłopak klepał źrebicę po szyi, folgując jéj zmęczeniu. Kawał drogi już upalił, i — jak dotąd — szczęśliwie jakoś. W Kirkiliszkach, które pierwsze leżały na trakcie pogoni, mogącéj wracać tędy z lasu, stanął za nocy jeszcze.
Ale nie było tam Puchalca. Zapukał tylko do do Chaima, co na karczmie siedział, a znał się z Chmielem, — i, chwyciwszy języka, ruszył daléj. Trzeba mu było teraz dostać się na Szwaby Starowiery, gdzie była główna kwatera szajki i gdzie się napewno miał z Puchalcem spotkać. Ośmielony pustką i wczesną dnia porą, wyjechał Julek na drogę świeżo deszczami spłukaną, pełną głębokich wybojów środkiem, a po bokach mającą twardo udeptane przydróżki. Nad drogą siedziały gęsto wierzby zmurszałe, obyczajem swoim wykrzywione każda w inną stronę. Pomiędzy wierzbami temi stały gdzieniegdzie poczerniałe od długich słot krzyże, a na nich, skrzypiąc, obracały się za wiatrem Piłatowe kurki blaszane. Zdala widać było rzeczną łachę, która się od Łukni odbiła, idąc kręto w łąki, — za nią pastwiska miejskie, przez które miał się chłopak przeprawić, — a jeszcze daléj majaczyły topolami swemi Szwaby Starowiery.
Kolonia to była znaczna, rozbudowana szeroko, sadami przerosła, błękitna od lnów o wiosennéj porze, od pszczół brzęcząca po sianożęciach i pożytkach miodnych. Jałowcowe dymy gęsto z niéj pod wieczór szły, a z końca w koniec oszczekiwały ją burki i pokurcie zjeżone, ujadając zawzięcie z pod każdego płota. Kolonia zażywała w okolicy złéj sławy. Mówiono o niéj jako o gnieździe przemytników, złodziei leśnych i końskich. Nocami wjeżdżały tu i wyjeżdżały podejrzane bryki, wieczorami roiło się od włóczęgów: chłopów, żydów, cyganów... Głównym wszakże punktem ruchu i życia kolonii była sadyba Chmielowa, ku lasowi nieco wysunięta z rzędu innych domostw, ale niczém się od nich nieróżniąca z wierzchu. Tutaj to stary Jur Chmiel miał formalne biuro i prowadził rozległe interesa to sam, to przez agentów swoich. Jeśli o ucztach w Kurtowiańskiéj puszczy mało kto wiedział, głośno za to szeptano, że na Szwabach Starowierach znaléźć można ślad każdego skradzionego w okolicy konia, czasem nawet konia tego odzyskać. I rzecz dziwna, a jednak bardzo naturalna — w miarę jak wieści takie rozchodziły się pomiędzy ludem, starego Chmiela otaczał rodzaj jakiegoś, z obawy zrodzonego szacunku. Bywa tak. I nie na Żmudzi tylko. — Jur Chmiel prowadził tedy w domostwie swojém życie bardzo czynne. Od rana do nocy, a raczéj od nocy do rana, przyjmował raporty, wydawał rozkazy, wysyłał wierników i gońców. We dnie téż miewał jakieś wycieczki, to po drzewo do lasu, to na jarmarki dalekie, to się gdzieś u granicy włócząc... Agentom jego opłacali się chłopi na jakie dziesięć, piętnaście mil wkoło; to téż w najbliższym promieniu Szwabów mało ginęło koni. Ale żadna może strona Żmudzi nie miała tylu, co zakąt ten, wróżbów i znachorów, którzy umieli przybywającym z najodleglejszych okolic klientom wskazywać skuteczne drogi do odzyskania poniesionéj straty, naturalnie za dobre pieniądze. Nie każda się przecie zguba znajdowała. Najpomyślniejszy obrót rzeczy brały wtedy, kiedy czujność policyi była zbudzona znaczniejszą jakąś kradzieżą, kiedy owies podrożał, a na jarmarkach pruskich konie licho płaciły. Byli nawet szlachcice, którzy doroczną kontrybucyę szajce przez faktorów składali i dobrze się z tém mieli.
Zdarzyło się wszelako, że jeden z magnatów okolicy, któremu skradziono cennego konia, przybył wprost sam na Starowiery do Chmielowéj sadyby i rzekł:
— Koń mnie zginął, panie Chmiel. Z pod wierzchu, rasowy, kary. Nie utrzymuję, żebyś pan o nim wiedział, ale na wypadek, gdyby tak było, honorowo pana pytam, czy sprzedany, gdzie i za jaką opłatę odebrać go można? Tajemnicę słowem ręczę.
Wyprostował się Chmiel i rzekł:
— Panie grafie, koń jeszcze niesprzedany. Pięćset rubli graf za niego dasz.
— Dla Boga! — krzyknął graf. — Pięćset rubli? Za własnego konia? Zastanówże się, panie Chmiel.
— Jużem się zastanowił. Koń najpierw teraz nie pański, a potém, ja znawca, wart dwa razy więcéj...
— Ale to nie może być, żebym ja tyle pieniędzy płacił, kiedy sam tu, honorowo przybyłem...
— Jeżeli graf honorowo przybyłeś, nie trzeba mnie było pytać, ile masz płacić...
— No, chciałem coś dać... Sto rubli dam...
Graf do kieszeni sięgał.
— Pięćset, powiedziałem.
— Zmiłuj się, panie Chmiel! Ze skóry mnie drzesz!... pięćdziesiąt jeszcze dołożę...
— Powiedziałem, pięćset! Ja téż swój honor mam. Jeśli już o pieniądzach była mowa, niechże to będą pieniądze, nie żarty.
— No, dwieście! Jak mi Bóg miły, więcéj nie mogę. I tajemnica, na to moje słowo. Pan téż nie masz potrzeby rozgadywać, żem tu był...
— Za słowo biorę — z flegmą odparł Chmiel. — Targów nie lubię, o pieniądze nie dbam.
To mówiąc, wyszedł z izby, a po chwili w sadzie dał się słyszéć strzał. Graf wybiegł jak oparzony. Na trawniku, pod wielką jabłonią, leżał we krwi kary jego wierzchowiec. Chmiel stał z dymiącym pistoletem w ręku.
— Słowo, panie graf — rzekł. — Honorowo sprawę kończymy. Ani konia, ani pieniędzy nie biorę.
Nie wiadomo, kto tę awanturę rozgadał, graf czy Chmiel, chociaż jéj tajemnicy interes koniokrada, a grafskie słowo strzedz były powinny, — dość, że kursowała ona w czasie swoim szeroko, od Szawel aż do Tylży — i daléj.
Już to do szlachty czuł Chmiel nienawiść szczególną. Powiadano, że poszła ona z wielkiéj miłości. Bo i to się trafia. Kiedyś, kiedyś, pokochał się był Chmiel w pięknéj pannie Magdalenie Rosieńskiéj z Rosieńskiego zaścianka. Ale ojciec mu jéj odmówił i nazwał go obelżywie: łykiem, córka téż na gbura patrzéć nie chciała i wkrótce jakoś wyszła za mąż za Imci pana Wincentego Rożnowskiego, o którego losach jużeśmy nieco słyszeli.
Jur zapałał nienawiścią dla całego rodu. A nietylko dla rodu, dla stanu także, a puściwszy się z desperacyi, jak powiadał, na ladajakie życie, wzgardą za wzgardę płacił, dla pani Magdaleny Rożnowskiéj osobną zemstę w sercu chowając.
— Będziesz ty jeszcze patrzéć — mawiał przez zaciśnięte zęby, — jak ja ci odszlachcę jedynaka twego... Jakem Chmiel! ostatni to będzie z twego rodu! Ale mu szlachcicem umrzéć nie dam!... Zgubię, sponiewieram, zaprzepaszczę!...
Robiąc pończochę u okienka swego, nie wiedziała biedna wdowa, jakie ją oplatają sieci. Syna wykołysała, wychuchała jak mogła, najpierw dzieckiem na ręku, potém żaczkiem w szkole... Zdawało jéj się, że sobie chlubę i pociechę hoduje... Na swój téż sposób otwierała chłopcu duszę do pięknych i dobrych rzeczy. Nawet szlachectwo swego rodu — pomimo owéj puszki blaszanéj — pojmowała poprostu i uczciwie. Zdawało jéj się, że kto szlachcicem jest, ten musi iść gdzieś daleko, daleko, i wrócić, jak Abrajtys stary, z pustym rękawem u mundura, albo téż, jak jéj bracia, nie powrócić wcale. Tak ona hodowała syna, takiéj po nim pociechy czekała, ale się nie doczekała. Stary Chmiel żył i pamiętał.
Zdawna on już zaczął podchodzić chłopca, traktamentem wabić, pochlebiać, to słówkiem, to usługą zyskując nad nim coraz więcéj wpływu. Nareszcie począł go wciągać do tajemnic swojego rzemiosła — to go z przemytnikami wyprawiał, to na czatach stawiał, to po wieści wysyłał kędyś, a bujnego, krewkiego temperamentu chłopiec znajdował w tém życiu wesołém, hulaszczém, pełném przygód, niespodzianek, uciech drażniących, niebezpieczeństw nawet, sumę takich rozkoszy, jakich mu wcale nie dostarczało matczyne poddasze, i ani się spostrzegł jak został wspólnikiem sławnéj Chmielowéj szajki. Niekiedy wprawdzie, patrząc na matkę, która się coraz bardziéj pochylała i bladła, doznawał wyrzutów sumienia. Gorąco wtedy całował jéj ręce, jéj nogi, a nocą wzdychał na tapczanie swoim. Ale momenty takie przygodne były i krótkie. Niech tylko na niego spojrzała czarnooka Zuźka, a wnet się w nim budziły wszystkie złe instynkta, rozdmuchiwane starannie przez Chmiela. I teraz oto, jadąc przez pastwiska miejskie, myślał o pięknéj dziewczynie. Gdyby zboczył z drogi, mógłby ją choć na chwilkę zobaczyć. Spojrzał w niebo. Szaro było jeszcze, brzask ledwie, naokoło pusto, bezpiecznie. Targnął uzdę, popędził w bok, i w chwilę potém wiązał białonóżkę u wierzby za śliwkowym sadem. Uwiązawszy — przez płot skoczył i ku domostwu spojrzał. Tu wszakże uderzył go widok niezwykły o téj porze — między dniem a nocą. Małe, szczytowe okienko na poddaszu było otwarte, a w niém siedziała blada, stara kobieta, utkwiwszy w zmierzchach sadu stroskane, bezsenne oczy. Pod okienkiem stał na jednéj nodze żóraw i, podjąwszy głowę, na kobietę patrzał. Krew buchnęła do twarzy chłopcu. Zdawało mu się, że go ktoś za gardło ściska... podbiegł — chciał przemówić, zawołać, gdy wtém spojrzał na drzwi do traktyerni wiodące... Spuścił oczy, wahał się chwilę — zacisnął pięście, paznokcie sobie do krwi wbijając w dłonie — poczém podniósł głowę, obejrzał się — i niepostrzeżony skoczył powitać piękną Zuźkę Sas.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tymczasem dzień wczorajszy i ta noc ostatnia przyniosły ważne w miasteczku odmiany. Odmian tych nie domyślał się ani Chmiel, wyprawiający towarzyszom swoim Fokusowe święto, ani tém mniéj — Julek.
A ot, jak się to stało.
Od pewnego już czasu Starowierska banda zaczęła zwracać na siebie powszechną uwagę z powodu — jak się wyrażały raporta — „licznych i zuchwałych kradzieży.” Najpierw zaczęli sarkać chłopi. A kiedy Żmudzin sarka, to albo mu się coś poprawić musi, albo on sam zginie. Rok był ciężki... żyta wymiękły, kartofle nie obrodziły. Piąty, dziesiąty ledwie mógł się opłacić agentom Chmielowym. Poczęły tedy ginąć chłopskie podjezdki ze stajen, z pastwisk, z brony niemal. Kręciły się Żmudziny jak węże, a siaki taki do znachora szedł, choć z kitką lnu, choć z jajkiem, jeżeli grosza nie było w chałupie. Ale znachory straciły wszelkie rozumienie, poprostu pogłupiały jakoś w tym ze wszech miar ciężkim roku. Szkapy formalnie okazały się być nie do odszukania. A kiedy się tak trafiło dwa, trzy, dziesięć razy — zawrzało we wsiach okolicznych, jak w gniazdach ruszonych szerszeni. Ciężka bo téż krzywda działa się biednemu ludowi. Był taki, co ostatniéj garści zboża nie miał czém zwieźć z pola; inny nie miał czém podorać, czém odwrócić ugoru... Bieda była wielka, a zanosiło się na jeszcze większą biedę.
Już się nawet zbierały Żmudziny iść do urzędu ze skargą gromadną, ale że to były ogórkowe czasy, więc jakoś i tam nic wskórać nie było można... Nie podobna przypuszczać, żeby o téj całéj burzy, zbierającéj się nad szajką, Chmiel nie miał wiedziéć. Wiedział owszem. Ale przez tyle już lat uchodziły mu jego sprawki, tak się napatrzył niezaradności, niedołęztwu, niemocy wszelkiego rodzaju, że cała ta krucyata biednych Żmudzinów wydawała mu się tylko o tyle niedogodną, o ile, zamiast gotowego haraczu, operacye bandy przynosiły mu wiele strachu a mało zysków za sprzedane od ręki podjezdki. O czém wszakże Chmiel nie wiedział, to o tém, że Puchalec, zbywszy na własne ryzyko część taboru u granicy, pieniądze puścił, zdradził go i od wczoraj siedział w miasteczku, organizując wielką obławę, któréj jedno skrzydło opierało się o Kurtowiańską puszczę — i jego to właśnie pogoń ostrzeliwała téj nocy Julka Rożnowskiego, a drugie zachodziło rozrzuconym flankiem ku koloniom, które były głównemi etapami bandy. Skrzydło to, trzymając się ciągle błot i oparzelisk, obejmowało sobą Szwaby-Kirkiliszki, Szwaby-Starowiery, Chodyńce i Kurtowski młyn. W Kirkiliszkach obława nie znalazła nikogo. Przezorny Chaim wyniósł się gdzieś nad ranem, a zięć jego na popiele siedział. W Chodyńcach zabrano dwu pijanych, broniących się do upadłego chłopów, którzy wprawdzie Bogu ducha byli winni, ale mieli nieszczęście pobić kiedyś Puchalca w jakiéjś osobistéj rozprawie.
Kiedy z Chodyniec ruszono, rozdzielili się obławnicy na dwa oddziały; jeden, prowadząc jeńców, ku Starowierom się puścił, a drugi, z Puchalcem na czele, chyłkiem dążył pod Kurtowski młyn. We młynie były chrzciny. Krzyk, tartas, kapela. Wezbrana świeżą burzą na Kurtówce woda przewalała się przez koła z ogromnym szumem; pijany parobek u stawideł leżał.
Ledwo się obławnicy ukryli w zaroślach, a Puchalec miał właśnie do środka iść, kiedy od błot z pod lasu dał się słyszéć szybki tętent konia. Wstrzymał się Puchalec i patrzał; a przypuściwszy jeźdźca na donośność głosu, podwakroć huknął jak sowa. Odhuknął mu Chmiel, którego już teraz rozpoznać było można rad, że się tak wszystko dzielnie składa, konia puścił, podjechał i już miał zsiadać, kiedy nagle obławnicy skoczyli do niego. Jur chwycił pistolety, raz tylko spojrzał — i, nie mierząc prawie, pierwszym strzałem położył na miejscu Puchalca, poczém w strzemionach stanąwszy, zabierał się do śmiertelnéj walki. Jakoż strażnik, który mu konia chciał za uzdę chwycić, padł twarzą w ziemię, ugodzony od drugiego strzału. Zanim wszakże zdążył Chmiel wystrzelić raz trzeci, ściągnięto go z konia i broniącego się wściekle — związano. Cała ta walka odbyła się w najgłębszém milczeniu; słowa nie wyrzekł nikt; jeden tylko strażnik jęknął głucho, padając w trawę zroszoną... Parobkowi młynarskiemu śniło się właśnie, że wał pękł, zerwał się tedy i zaczął przecierać oczy. Nic jednak dojrzéć nie mógł oprócz stu świec jarzących, które mu nagle zaiskrzyły w głowie. Był to jeden ze ślepych razów Chmiela, rozdzielanych na prawo i na lewo ogromnym juchtowym butem.
We młynie tańcowano do upadłego.
Kilka gwiazd na zachodzie gasło, a wezbrana woda przewalała się przez koła młyńskie w białych pianach, z wielkim hukiem i szumem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tymczasem, opóźniony nieco w swéj drodze, leciał Julek na Starowiery, nagląc białonóżkę do pośpiechu. Leciał jak wiatr, a takie miał uczucie, jakby mu się włosy na głowie paliły. Słońce już wzeszło i trzody po pastwiskach ryczały, a on nie znalazł jeszcze Puchalca, nie ostrzegł go, nie zwrócił taboru. W myślach miał dziwny, gorączkowy zamęt. Ogromna postać Chmiela, puszcza, twarz matki blada, burza, Ginta, oczy Zuźki, żóraw kulawy — wszystko to migało przed nim, wiercąc w mózgu. Chwilami zdawało mu się, że słyszy granie zaciekłego skrzypka z cygańskiéj kapeli, to znowu starą, starą pieśń, z okienka poddasza płynącą. W uszach mu szumiało; wyraźnie go ktoś wołał cichym, żałosnym głosem. Zatrzymał konia i obejrzał się. Nie... nie było nikogo. Tylko wielki dzwon w miasteczku począł bić, bić... bić... Przyszło mu na myśl, że to umarłemu dzwonią, i mimowoli szepnął: „Wieczny odpoczynek.” Szepnąwszy, rozśmiał się i wzruszył ramionami. Starowiery były już blizko, zdawało mu się, że dostrzega jaskółkę, która tam nad stawem lata. Wzięła go nagle ciekawość, czy téż i domostwo w miasteczku widać jeszcze. Ściągnął uzdę. Odwrócił głowę i, wytężywszy wzrok, obaczył otwarte okienko... A wtedy uczuł jakieś śmiertelne znużenie, jakąś ogromną tęsknotę. Usta mu wyschły, powieki opadły ciężko.
Ogarnęło go gwałtowne pragnienie snu dobrego, cichego snu dawnych lat, u kolan matki, która tam przy okienku owém w bezsennéj trosce siedziała. Był jak dziecko, które zajdzie gdzieś bardzo daleko, boi się i nie ma siły powrócić. A dzwon tymczasem huczał, przeciągły, jęczący...
Nie! dziesięć, sto, tysiąc dzwonów, a wszystkie w jego zawieszone głowie...
Białonóżka dopędzała Chmielowéj sadyby. Nagle uczuł Julek gorącość wielką w gardle i w skroniach, zachwiał się, krzyknął przenikliwym głosem i zwalił z konia na głowę u wrót, za któremi przyczajeni obławnicy czekali.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .





IV.

Jarmark był tego dnia w miasteczku. Łuknickie jarmarki miały swoję sławę. Zjeżdżano się na nie tłumnie i z daleka. Jedni kupowali, drudzy przedawali, inni — ot tak, szczęścia albo guza szukali. I znajdowali tam wszyscy, co kto chciał. A jeśli kto nic nie kupił, nic nie sprzedał i nie upił się nawet, no, to go przynajmniéj wyszturchano w ciżbie, wrzaskiem ogłuszono, okradziono czasem. A tak, każdy tam miał satysfakcyę jakąś.
Dziś spodziewano się większego zjazdu niźli kiedykolwiek. Podwójna bowiem uroczystość przypadła: jarmark i odpust sierpniowy na Ścięcie św. Jana. Od rana tedy dzwonnik, którego święty ten patronem był, nasmarowawszy — jak powiadał — serce, co zresztą odbywało się w sposób arcyniewinny, zapomocą wychylonego naczczo półkwaterka, wszedł na trzeszczącą dzwonnicę u fary, przy mocném łajaniu swojéj Małgosi, która znowu ze swéj strony co rano wypijała kieliszek tak zwanéj przez siebie: „mamrotki.” Wszedł i uderzył w wielki dzwon, z powagą rozstawiwszy cienkie swoje nogi.
Dzwon huknął, a głos jego odbił się kędyś aż u Powodeńskich gór... Słysząc to, ludzie przyśpieszali kroku, poganiali konie; powietrze było pełne nawoływali, krzyków, gwaru; przecież nad całą tą, w tysiąc tonów rozstrzeloną wrzawą górował dzwon. A głos jego był dziwnie żałosny, jęczący, skarżył się czegoś, i gromił, i płakał...
Dosłyszała go pani Magdalena Rożnowska, siedząca u okienka swego w bezsennéj trosce, a dosłyszawszy, podniosła się, poprawiła wdowią suknię spłowiałą, zarzuciła chustkę na głowę i wyszła. Że to był jarmark — nie wiedziała nawet. Szła, bo serce miała ciężkie jak kamień, bo ją te dzwony wołały, bo chciała upaść przed Bogiem i płakać, płakać... Przechodzącą przez sad śliwkowy zobaczył żóraw, więc pokulał za nią koszlawy, śmieszny, obłocony od nocnéj szarugi.
Kobieta szła zwolna, krokiem chwiejącym się po bezsennéj nocy. Dawno już nie wychodziła z swéj izby. Zaledwo jednak znalazła się w ulicy, minęły ją dwie kumoszki z przeciwka, trącając się wzajem łokciami:
— Patrz pani! — rzekła jedna półgłośnym szeptem. — To ta Rożnowska, matka tego Rożnowszczyka, co to pani wie...
— Wiem, wiem, moja pani! Co nie mam wiedziéć? Wszyscy wiedzą. Albo to sekret?
— A choćby i sekret! — przerwała zapalczywie pierwsza. — To pani może myśli, że ja sekretów nie wiem? Ho, ho! moja pani!...
Wdowa nie słyszała reszty. Przyśpieszyła kroku, zmieszana i zarumieniona lekko. Ten rumieniec na wyschłéj, zwiędłéj twarzy staréj kobiety wydawał się dziwnie i smutnie.
Na drodze jéj stało kilku mieszczan w kapotach.
— A kto ich wie! — mówił jeden, stukając palcem w denko tabakierki, — powiadają, że strażnika zabili...
— Ale gdzież znów strażnika! — podchwycił drugi; — to wcale nie był strażnik, tylko chłopak téj szlachcianki z przedmieścia, co téż się z nimi znał...
Idącą kobietę mróz przeszedł. Stanęła i otworzyła usta, chciała spytać o coś, sama sobie z tego co czyni sprawy nie zdając... gdy wtém jeden ze stojących odezwał się znowu:
— Co? ten chłopak? Bodajże was, a toć to dzieciuch jeszcze.
— A śliczny mi dzieciuch — rzekł drugi, — co konie kradnie! To tak, jak ten słowik, co cielęta dusi!
Rozśmieli się.
Kobieta odstąpiła od nich w przerażeniu jakiémś. W głowie jéj się mąciło. Zeszła w boczną uliczkę, a idąc, śpieszyła się czegoś, coś ją gnało. Nasunęła chustkę na twarz, przemykając się chyłkiem pod domami. Za nią utykał żóraw, wlokąc opuszczone skrzydła. Nie uszła jeszcze stu kroków, kiedy znajoma mleczarka zawołała za nią:
— Pani Rożnowska! Pani Rożnowska! podobno tam chłopaka pani złapali...
Wdowa odwróciła głowę, popatrzyła na mleczarkę osłupiałym wzrokiem, a potém głucho jęknęła i o mur się wsparła... A kiedy stała tak, gruba burmistrzowa, idąca z wielką złoconą książką do kościoła, otarła się o nią zblizka.
— Cóż to, moja jejmość, stoisz tu jak słup? — zapiszczała wzgardliwie. — Nie widzisz, że osoba idzie? Jeszcze z takiém zabłoconém ptaszyskiem! Patrzcież, moi państwo!...
Państwa tam wprawdzie żadnego nie było i dlatego nie słyszeli wezwania grubéj burmistrzowéj. Ale i wdowa nie słyszała téż nic zgoła. W uszach jéj szumiało, przed oczyma latały jakby płatki śniegu czarnego...
Bezwładna była, blizka zupełnego omdlenia. Jednę tylko, niejasną, myśl miała w téj chwili — zebrać siły i do domu wrócić... Tymczasem pchający się tędy tłum ludzi uniósł ją z sobą w rynek, gdzie posługacz z magistratu, z wielkim czerwonym nosem i niebieską chustką na szyi, obębniał z powagą przynależną urzędowi swemu licytacyę in plus na stare rzemienie w magistracie. Ale zapisaném było w księgach przeznaczenia, że licytacya ta nie dojdzie dzisiaj do skutku. Zaledwie bowiem podniósł pałeczki i, szeroko otworzywszy usta, zabrał się do ogłoszenia jéj warunków, kiedy chłopaki od Grzmota, szewca z Szydłowieckiéj ulicy, dojrzały panią Magdalenę Rożnowską i jéj kulawego żórawia, a kilkanaście piskliwych głosów zaczęło wołać: matka złodzieja! matka złodzieja!...
Całe zbiegowisko, zapatrzone w otwarte usta pachołka magistratu, obróciło się teraz w stronę kobiety, która krzyknęła przeraźliwie i uciekać chciała... Zatamowano jéj drogę. Powstał zamęt, gwar nie do opisania... Chłopaki wrzeszczały jak kanięta, szarpiąc na wdowie suknię, targając jéj chustkę spłowiałą; inni piaskiem na nią i na żórawia rzucali. Ci, co bliżéj docisnąć się nie mogli, opowiadali nadbiegającym, jako to jest sławna złodziejka, którą teraz właśnie przy straganie złapano. Jeszcze dalsi zaprzeczali temu, objaśniając, że nie przy straganie, tylko przy puszce w kościele, i że to jest chłop przebrany. Kobieta stała w tłumie jakby skamieniała, wyciągnąwszy przed siebie wyschłe swoje ręce. Siwe jéj włosy opadły wzdłuż twarzy, oczy miała szeroko otwarte, nieruchome, szklane. Przy nogach jéj bił w skrzydła oślepiony piaskiem Ultimus, krucząc groźnie... Zgiełk wzrastał — i nie wiadomo, jakby się to wszystko skończyło, gdy wtém z bocznéj uliczki dał się słyszéć okrzyk: prowadzą ich! prowadzą!
Żywa fala głów zwróciła się za tym okrzykiem. Ale kobieta posunęła się teraz kilka kroków przed tłumem, pchnięta jakąś nadludzką siłą. Oczy jéj ciskały błyskawice; ręce trzymała przed sobą sztywno wyciągnięte, jak to czynią ślepi. Szła, jak idą wielkie tragiczne postacie — ona — wdowa licha, chwilą przedtém przez uliczną gawiedź szarpana. A taki majestat był jéj głowy siwéj, że wszystkie usta zamilkły i nikt nie śmiał dotrzymać jéj kroku. Wtedy wpośród złowrogiéj ciszy ukazał się w bocznéj uliczce silny konwój żołnierzy, a między nimi szedł z obnażoną głową, na ręce zakuty, blady, chwiejący się, napół obłąkany chłopiec. Żołnierz, idący za nim, popychał go karabinem i klątwą.
— Julek!... — krzyknęła przeraźliwie matka, a krzyk jéj był ostry, nieludzki prawie, do ryku zranionego zwierzęcia podobny. Chłopak zarumienił się lekko i schylił głowę na piersi. Wtedy z niesłychaną siłą rzuciła się wdowa do syna, ale żołnierze odepchnęli ją kolbami. Zatoczyła się kilka kroków, ogłuszona, i o mur ciężko uderzyła głową... Julek się porwał, chciał ratować matkę, ale straż nie dopuściła tego, nie mogła dopuścić... Wówczas to nieszczęsny chłopiec odwrócił głowę i zapłakał, a jasne, wielkie łzy spadały mu po twarzy i po drżących ustach. Przeprowadzono go już — a jeszcze cicho było wkoło, jak po umarłym. Naraz ktoś krzyknął: Chmiel! Chmiel!... Zakipiało w tłumie. Żywa fala głów i rąk wzniesionych uderzyła w uliczkę z groźnym szmerem. Tam, pomiędzy dwoma karabinami, otoczony strażą dokoła, szedł z podniesioną głową Jur Chmiel, rzucając bystre i niespokojne spojrzenia po wzburzonym tłumie. Stary koniokrad straszny był tym razem. Twarz jego wielka — sina była i nabrzękła, krwawy wzrok pałał posępnym ogniem, grube nogi z trudnością posuwały się naprzód.
Takim go ujrzała wdowa, kiedy otworzyła oczy z omdlenia. Ujrzawszy go, zaniosła się jakimś przyduszonym krzykiem, wyciągając ku niemu zaciśnięte pięście; poczém nagle schyliła się, chwyciła kamień z ziemi i z okropnym rozmachem cisnąwszy nim w Chmiela, sama padła. Ale teraz stała się rzecz straszna. Tłum rzucił się na konwój z przeraźliwém wyciem, tratując ciało nieszczęsnéj kobiety, które napróżno osłaniał żóraw, bijąc nad niém z łomotem skrzydłami.
W jednéj chwili odbito Chmiela i wywleczono go na rynek, wśród wściekłych okrzyków, tłukąc czém kto miał, kamieniem, kłonicą, drągiem. Wrzask był taki, takie rozjuszenie się tłumu, że gdyby grom padł, nie słyszanoby go chyba. Z rynku walili chłopi, porzucając konie, wozy; kobiety przyskakiwały jak jędze, ciskając piasek, cegły, garnki. Bronił się zajadle Jur Chmiel, pięściami bliższych tłukł, zębami rwał, głową bódł jak tur, aż się wreszcie powalił pod razami zajadłych Żmudzinów.
A wtedy, na tę żywą i wstrząsającą się jeszcze konwulsyjnie mogiłę zaczęto ciskać gruz, błoto, kamienie, aż się podniósł stos ogromny, z pod którego wyglądała jedna ze zdruzgotanych nóg Chmiela, rozpłaszczona ohydnie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Późną dopiero nocą przywlókł się żóraw do starego domostwa i po dawnemu stawał w śliwkowym sadzie, patrząc w górę jedyném swojém osłupiałém okiem. Ale okienko szczytowe nie otworzyło się już dla niego nigdy... Wszyscy zostali przywaleni wspólnym ciężarem, on jeden tylko pozostał, on — i Julek, ostatni także. I chłopiec, jak żóraw, miał kiedyś skrzydła silne i miał dalekie, wiosną kwitnące ziemie przed sobą. Mógł zdążać ku nim, jak żóraw ku południowi. Ale skrzydła opadły. Spuścił się na śmietnisko życia, aby się brudem jego paść, brudem trującym. I kiedy mu się zdawało, że, żyjąc tak, na wiosnę czeka, na wzlot ku słońcu — on upadał. Zkąd te złe wiatry idą, co podrywają skrzydła żórawiom? I zkąd te idą, co nadłamują duchy młodzieńcze? Nie wiem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.