Villette/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Villette
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII
VILLETTE

Obudziłam się nazajutrz z rana z odrodzoną odwagą, skrzepiona na duchu: wyczerpanie fizyczne nie zaćmiewało już trzeźwości mojego sądu; gotowa byłam do posunięć stanowczych i niezwłocznych.
W momencie, kiedy kończyłam ubierać się, zapukano do moich drzwi.
— Proszę wejść — rzekłam, spodziewając się pokojówki. Zamiast niej ukazał się rosły, silny chłop, który zwrócił się do mnie z żądaniem:
— Niech mi pani da swoje klucze.
— W jakim celu? — zdziwiłam się.
— Proszę dać! — powtórzył tonem nakazu i, wyrwawszy je nieomal z moich rąk, dodał:
— W porządku. Kufer będzie zaraz.
Na szczęście, okazało się wszystko istotnie w porządku: rzekomy intruz był funkcjonariuszem komory celnej. Nie miałam pojęcia, dokąd mam się udać, aby dostać śniadanie. Zeszłam jednak na dół, nie bez pewnego wahania, co prawda.
Teraz dopiero zorientowałam się, że zajazd ten — czego nie dostrzegłam poprzedniego wieczora, będąc zbyt wyczerpana, aby zdawać sobie dokładnie sprawę z czegokolwiek — był w rzeczywistości dużym hotelem; kiedy też schodziłam zwolna po stopniach szerokiej klatki schodowej, zatrzymywałam się na każdym stopniu (wcale nie spieszyło mi się stanąć na dole) i zadzierałam głowę do góry, aby przyjrzeć się wysokiemu sufitowi nad moją głową, potem z kolei oglądałam pięknie malowane ściany dokoła, wielkie okna, dające swobodny dostęp rozjaśniającym cały dom potokom światła i bogato żyłkowane marmurowe schody, po których stąpałam, nie nazbyt czyste zresztą i nie wysłane dywanem. Zestawiając wszystkie te wspaniałości z rozmiarami norki, wskazanej mi jako pokój do przespania się i z krańcowym ubóstwem jej umeblowania, wpadłam w nastrój filozoficzny.
Zdumienie zwłaszcza budziła we mnie szczególna domyślność, okazana przez pokojówki, portiera i kelnerów, zdolnych tak trafnie dostosowywać do wyglądu gościa rozmiary i urządzenie wskazywanych pokojów. W jaki sposób mogła służba w zajazdach, a także stewardzi i stewardki na okrętach, zawsze i wszędzie odgadnąć na pierwszy rzut oka że ja, na przykład, jestem osobnikiem bez żadnego znaczenia towarzyskiego, a, co gorsze, słabo uposażonym w gotówkę? Wyraźne było, że musieli wiedzieć o tym: widziałam, że wszyscy oni w jednym mgnieniu oka oceniali mnie jednako minimalną, ułamkową cyfrą wartości. Fakt ten wydawał mi się ciekawy zarazem i brzemienny w doniosłe dla mnie wskazania. Nie łudziłam się co do jego znaczenia, nie poddając się jednak gnębiącemu jego wpływowi.
Znalazłszy się wreszcie w wielkim hallu, zalanym światłem padającym przez okna w suficie, skierowałam się w stronę pokoju, który szczęśliwie okazał się hotelową kawiarnią. Nie mogę zaprzeczyć, że wchodząc do kawiarni, dygotałam z lekka, czując się niepewną, osamotnioną, nieszczęśliwą i pragnąc z głębi duszy, aby Niebo natchnęło mnie świadomością, czy postępuję źle czy dobrze. Byłam przekonana, że raczej to pierwsze, nie mogłam jednak nic na to poradzić. Ze spokojem fatalistki, poddającej się nieuniknionej konieczności, usiadłam przy jednym ze stolików, zastawionym usłużnie przez kelnera śniadaniem, spożyłam je wszakże w nastroju, nieszczególnie sprzyjającym trawieniu. Było jeszcze wiele innych osób, spożywających śniadanie w tym samym pokoju przy małych stolikach. Czułabym się spokojniejszą, gdybym pośród nich wszystkich mogła dostrzec i kobiety także. Nie było, niestety, ani jednej. Sami mężczyźni tylko. Jak się zdawało jednak, nie przychodziło nikomu na myśl, abym robiła coś złego. Ten czy ów z panów obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem, nikt jednak nie przyglądał mi się zbyt natarczywie. Przypuszczam, że jeżeli nawet obecność moja tutaj mogła wydać się pewnego rodzaju ekscentrycznością, przypisywali ją mojemu pochodzeniu angielskiemu. L‘Anglaise! — było wystarczającym dla nich wyjaśnieniem.
Po wypiciu rannej kawy musiałam wyruszyć wreszcie. Ale dokąd? W jakim kierunku?
— Udaj się do Villette! — podszepnął mi głos wewnętrzny, pod wpływem, jak przypuszczam, zapamiętanego zdania, rzuconego przypadkowo, bez żadnej specjalnej intencji, przez pannę Fanshave w chwili naszego rozstania się:
— Chciałabym, żeby pani mogła dostać się do Madame Beck; ma ona kilkoro drobiazgu, którego mogłaby pani doglądać; potrzebna jej jest angielska guwernantka, a przynajmniej potrzebna jej była przed dwoma miesiącami.
Kim była Madame Beck i gdzie mieszkała, nie miałam pojęcia. Zapytałam o to wprawdzie, nie otrzymałam jednak odpowiedzi, w tym samym momencie bowiem panna Fanshave, przynaglona przez swoich przyjaciół, rozstała się ze mną na dobre, nie dosłyszawszy może nawet mojego zapytania, a może tylko nie odpowiedziawszy na nie. Przypuszczałam jednak, że miejscem zamieszkania Madame Beck było Villette, dokąd też postanowiłam udać się. Miejscowość ta odległa była o czterdzieści mil, wiedziałam też, że chwytam się słomki, w przepastnej tej głębi wszakże, w jakiej znalazłam się, gotowa byłam uchwycić się pajęczyny bodaj. Wywiedziawszy się o sposób dotarcia do Villette, zamówiłam miejsce w dyliżansie, którym ruszyłam w poszukiwaniu słabego tego cienia możliwości. Zanim jednak potępisz mnie, czytelniku, za mój nagły, nierozważny krok, zechciej cofnąć się myślą ku mojemu punktowi wyjścia; weź pod uwagę pustkę, jaką pozostawiłam za sobą, a zrozumiesz jak mało ryzykowałam: w grze, w jaką się wdałam, nie może grający nic stracić, nie jest jednak wykluczone, że mógłby wygrać.
Zaznaczam z naciskiem, że nie należę do osób obdarzonych temperamentem artystycznym, posiadam jednak widocznie ową właściwą artystom zdolność należytego wykorzystywania każdej chwili przyjemnej, to znaczy takiej, która odpowiada moim upodobaniom. Cieszyłam się tym dniem, mimo, że podróż moja odbywała się w tempie nader powolnym, mimo że było zimno i padał deszcz. Okolica, którą przejeżdżaliśmy, była nizinna, naga i pozbawiona drzew; wzdłuż drogi snuł się zamulony kanał, niby na wpół odrętwiałe cielsko zielonego węża; rosochate wierzby obrzeżały równinne pola, zaorane i uprawione, jak grządki ogrodu warzywnego. I niebo także było jednostajnie szare; powietrze zatęchłe i wilgotne. Bez względu wszakże na tę martwotę okolicy, roiła fantazja moja tęczowe obrazy, a serce moje pławiło się w blaskach słonecznych. Nieodłączna jednak, jakkolwiek tajona w głębi duszy świadomość czającego się niepokoju, niby tygrys przyczajony w dżungli i gotów w każdej chwili do skoku, trzymała uczucia te na uwięzi, nie pozwalając im zagościć swobodnie. Miałam nieustannie w uszach ciężki oddech drapieżnej bestii; jej okrutne, krwiożercze serce tętniło w takt z moim; nie poruszała się w swoim legowisku, czułam jednak wciąż jej obecność: wiedziałam, że czeka tylko na zachód słońca, aby z wściekłością wyskoczyć z zasadzki.

Miałam nadzieję, że uda nam się dostać do Villette przed zapadnięciem nocy jeszcze i że dzięki temu zdołam może uniknąć poważniejszych powikłań i utrudnień, jakimi ciemność potęguje i pogłębia przykre uczucie przybycia po raz pierwszy do miejscowości obcej i nieznanej. Wobec wolnego wszakże naszego posuwania się naprzód, przy częstych i długich postojach, a nadto wobec coraz gęściej zapadającej mgły i rzęsistego deszczu, nie spełniły się moje nadzieje i nieprzenikniony mrok zaległ już ulice miasta, kiedy dotarliśmy wreszcie do jego rogatek.
Wiem, że przejechaliśmy przez wrota jakieś, w których stali na straży żołnierze — tyle dostrzec mogłam przy świetle latarni, poczem dyliżans nasz, pozostawiwszy poza sobą błotnisty gościniec, z głośnym turkotem potoczył się po twardym i wyboistym bruku miejskim. Kiedy wreszcie stanął przed jakimś biurem, wysiedli wszyscy pasażerowie, jeden po drugim. Pierwszą moją robotą było odebranie mojego kufra, co innym mogło wydawać się drobiazgiem bez znaczenia, dla mnie wszelako było kwestią wagi pierwszorzędnej. Zdając sobie sprawę, że najlepiej zrobię, nie domagając się zbyt natarczywie wydania mi bagażu, czekałam cierpliwie i obserwowałam czujnie wyładowywanie innych sztuk, dopóki nie ujrzę mojego własnego kufra, aby wtedy szybko zakrzątnąć się dokoła otrzymania go. Stałam tedy skromnie na uboczu, wpatrzona uporczywie w tę część wehikułu, w której w moich oczach umieszczono bezpiecznie w Boue Marine mój kuferek, ukryty pod stosem spiętrzonych na nim wszelakiego rodzaju i rozmiaru worków, skrzyń, kufrów i pudeł. Widziałam, jak zdejmowano je, jedną sztukę po drugiej, wyładowywano na chodnik przed biurem i zabierano. Byłam pewna, że mój kuferek wyłoni się lada chwila, nie wyłonił się jednak. Umocowałam przy nim zieloną wstążeczkę, kartę z wypisanym na niej moim nazwiskiem i miejscem przeznaczenia bagażu, abym mogła rozpoznać go niezawodnie na pierwszy rzut oka — nie dostrzegłam jednak ani źdźbła niczego zielonego. Wreszcie wyładowano wszystkie pakunki do ostatniego; każdą skrzynkę blaszaną, każdy kosz i każde ciemne pudło tekturowe, zwinięto okrywającą bagaż ceratę, i nic już nie pozostało ani na dachu ani wewnątrz dyliżansu — widziałam to wyraźnie — ani jeden parasol, ani jedna laska, kapelusz, okrycie, ani jedno pudełko.
A mój kuferek z całym moim dobytkiem w postaci ubrań i bielizny, a także pugilaresu, mieszczącego w swoim wnętrzu pozostałość moich piętnastu funtów — gdzie podziało się wszystko?
Zadaję pytanie to w chwili obecnej, w owym momencie jednak nie byłam w stanie zadać go. Nie mogłam w ogóle nic powiedzieć. Nie władałam językiem francuskim w mowie, a wszyscy dokoła paplali po francusku tylko. Cały świat zdawał się znać ten język jedynie. Co zrobić? Podbiegłam do woźnicy, położyłam rękę na jego ramieniu, drugą ręką wskazałam na stojące na chodniku kufry, potem na dach dyliżansu, usiłując przy tym wyjaśnić mu sytuację błagalnym wyrazem oczu. Woźnica fałszywie jednak zrozumiał mnie, schwycił bowiem pierwszy z brzega kufer, w którego kierunku wyciągnęłam rękę i był już gotów załadować go dla mnie na jakiś wehikuł, kiedy nagle rozległ się gniewny okrzyk, rzucony najlepszą angielszczyzną:
— Nie ruszać tego!... — A potem wyjaśnienie już po francusku:
Qu‘est ce que vous faîtes donc? Cette malle est à moi![1]
Usłyszałam jednak dźwięki mowy rodzinnej. Napełniły one radością moje serce.
— Szanowny panie — zawołałam do właściciela kufra tonem prośby błagalnej, nie zwracając nawet uwagi jak wygląda ten, którego pomocy i opieki wezwałam: — Nie umiem mówić po francusku. Czy mogłabym prosić pana o zapytanie woźnicy co zrobił z moim kuferkiem?
Nie rozróżniając w danej chwili z kim mam do czynienia, zdałam sobie jednak sprawę, że moje zwrócenie się wywołało na twarzy obcego wyraz na poły zdumienia i na poły wątpliwości, czy wtrącenie się jego odniesie pożądany skutek.
— O, błagam pana, niech pan zapyta się go — zawołałam. — Zapewniam pana, że zrobiłabym to samo dla pana.
Nie wiem czy przyjął mój wybuch uśmiechem, odpowiedział jednak tonem obycia towarzyskiego, to znaczy ani surowym, ani onieśmielającym:
— Jak wyglądał kuferek pani?
Opisałam go, nie pominąwszy w moim opisie zielonej wstążeczki. Bezpośrednio po otrzymaniu ode mnie tego wyjaśnienia natarł energicznie na woźnicę, czułam też poprzez burzę francuskch wymysłów, jakimi go obrzucił, że przyparł winowajcę ostro do muru, ostrzeliwując go ze wszystkich stron. Po chwili zwrócił się ponownie do mnie.
— Ten łotr zapewnia, że był przeciążony ładunkiem, przyznaje też, że usunął w istocie kuferek pani już po tym, jak go pani widziała na dachu dyliżansu, i pozostawił w Boue Marine wraz z innym jeszcze bagażem. Przyrzeka jednak solennie, że wyekspediuje go jutro, za dwa dni znajdzie pani swój kufer czekający na panią tutaj w biurze.
— Dziękuję panu — rzekłam, nie czując się jednak bynajmniej uspokojona.
Co robić tymczasem? Rodak mój dostrzegł może z wyrazu mojej twarzy, że opuściła mnie od razu cała moja odwaga, zapytał bowiem uprzejmie:
— Ma pani kogoś bliskiego w tym mieście?
— Nikogo. Nie wiem też dokąd mam udać się — odpowiedziałam szczerze.
Nastąpiła krótka chwila milczenia. Dzięki temu, że zwrócił on głowę w moją stronę, oświetlony wyraźniej światłem padającym na niego z zawieszonej ponad biurem latarni, dostrzegłam, że jest młodym, przystojnym, dystyngowanie wyglądającym mężczyzną. Mógł być lordem, a kto wie, godnym nawet mitry książęcej, jak mi się wydało. Twarz miał bardzo pociągającą, patrzył na ludzi nieco wyniośle, ale nie arogancko, męsko, ale nie władczo. Świadoma zupełnego mojego braku wszelkiego dalszego jeszcze prawa do żądania i spodziewania się pomocy z jego strony, zamierzałam cofnąć się, kiedy nagle zapytał, zatrzymując mnie:
— Czy miała pani w swoim kuferku całą posiadaną gotówkę?
O, jak prawdziwie rada byłam, mogąc odpowiedzieć zgodnie z prawdą:
— Nie. Mam dość w sakiewce (miałam w niej około dwudziestu franków), aby utrzymać się za to do pojutrza w jakimś tanim zajeździe, Villette jest jednak dla mnie miastem zupełnie obcym, nie znam jego ulic, ani zajazdów.
— Dam pani chętnie adres zajazdu jakiego pani potrzeba — rzekł — znajduje się on w pobliżu; pod moim przewodem łatwo odnajdzie go pani.
Wydarł z notatnika kartkę, napisał na niej kilka słów i wręczył mi ją. Podziękowałam mu jak potrafiłam najuprzejmiej. Taki był przecież dobry dla mnie! Nie wpadłoby mi ani na chwilę na myśl nie ufać mu, mieć jakiekolwiek wątpliwości co do rady jego i udzielonego mi przez niego adresu. Tak święcie wierzyłam mu, równie daleka nieomal od wszelkiego braku ufności w szczerość jego intencji, jak braku wiary i ufności w Biblię. Twarz jego i całe zachowanie tchnęły nazbyt wyraźnie dobrocią, w oczach jego czytać można było zacność i uczciwość.
— Najbliższa droga do zajazdu, jaki wskazałem pani, prowadzi przez bulwar i park — dodał — jest jednak zbyt późno i zbyt ciemno, aby młoda dama mogła ważyć się przejść o tej porze przez park sama. Pozwolę sobie odprowadzić panią kawałek.
Poszedł naprzód, a ja za nim poprzez ciemność i nie przestający mżyć deszcz. Bulwar — Boulevard po miejscowemu — był zupełnie opustoszały, aleja jego błotnista, wiatr strącał nieustannie krople wody z drzew. W podwójnym mroku, spowodowanym zarówno mgłą, jak cieniem zarośli, nie mogłam widzieć mojego przewodnika; jedyne, co mogłam uczynić, to iść śladem jego kroków. Nie doświadczałam najmniejszego lęku. Wydaje mi się, że bez cienia obawy czy niepokoju poszłabym za męskim, silnym tym krokiem poprzez mrok nieustanny na sam koniec świata.
— A teraz — rzekł, kiedy mieliśmy już park poza sobą — pójdzie pani tą szeroką ulicą, aż do schodów. Dwie latarnie wskażą pani z daleka ich miejsce. Schodami tymi zejdzie pani na dół, na węższą ulicę, na której końcu mieści się ów zajazd. Mówią tam po angielsku, dzięki czemu skończą się niebawem wszystkie trudności pani. Dobranoc.
— Dobranoc szanownemu panu. I proszę przyjąć moje najserdeczniejsze dzięki. Dobranoc.
Rozstaliśmy się.
Wspomnienie o jego zachowaniu się, nacechowanym taką życzliwością dla istoty bezbronnej, pozbawionej wszelkiej opieki, pobrzmiewający wciąż jeszcze w uszach moich dźwięk jego głosu, zdradzającego naturę rycerską w stosunku do słabych i potrzebujących jego pomocy, zarówno jak młodzieńcza jego uroda, były dla mnie przez długi czas potem jeszcze rodzajem krzepiącego balsamu. Uosabiał w moich oczach prawdziwy typ szlachetnie urodzonego młodego Anglika.
Poszłam śpiesznie naprzód wspaniałą ulicą i placem, okolonym okazałymi domami, ponad którymi górowały dumnie zarysy niezmiernie imponującego gmachu, pałacu, czy kościoła, nie umiałabym powiedzieć. W tej samej chwili, kiedy mijałam jego bramę, wyłonili się z niej nagle dwaj wąsaci waszmoście palący cygara i ubrani z wyraźną intencją uchodzenia za gentlemenów. Nie na wiele zdało się to jednak biedakom. Zdradzali zbyt jawnie dusze plebejuszowskie. Przemówili do mnie tonem zuchwałym i mimo że starałam się iść jak mogłam najszybciej, dotrzymywali mi kroku duży kawał drogi. W końcu wreszcie natrafiłam na rodzaj patrolu policyjnego, co uniemożliwiło moim prześladowcom dalszą pogoń za mną. Tak oszołomiła mnie wszelako doznana przygoda, że kiedy wreszcie odzyskałam pełną przytomność umysłu, nie wiedziałam gdzie się znajduję. Musiałam minąć od dawna już owe zapowiedziane schody. Stropiona, ledwie dysząca z przerażenia, z dzikim tętnieniem krwi w żyłach, nie miałam pojęcia w którą zwrócić się stronę. Drętwiałam na myśl powtórnego natknięcia się na obu wąsatych i brodatych gburów, byłam jednak zmuszona powtórnie odbyć drogę, jaka mnie tutaj przywiodła, aby odnaleźć wreszcie owe schody.
Szczęśliwie dotarłam w końcu do starych, zbutwiałych, wiodących w dół stopni, pewna też, że muszą to być wskazane mi przez obcego pana, zeszłam po nich śmiało. Ulica, na którą prowadziły, była istotnie wąska, nie było na niej wszakże żadnego zajazdu. Na chodniku przy bardzo cichej, względnie czystej i dobrze wybrukowanej jezdni dostrzegłam światło palące się nad drzwiami dość okazałego domu, wyższego o jedno piętro od innych, jakie otaczały go z obu stron. Może to on właśnie będzie zajazdem, którego szukałam? Pośpieszyłam w tę stronę. Kolana dygotały pode mną; bliska byłam zupełnego wyczerpania.
Nie był to zajazd. Mosiężna tabliczka, zdobiąca wielkie drzwi wejściowe, nosiła napis: „Pensionnat de Demoiselles“, a pod napisem widniało nazwisko „Madame Beck".
Wzdrygnęłam się. W jednej chwili zawirowały w mojej głowie setki myśli. Nie zrodził się w niej jednak żaden plan, nie powstała żadna decyzja. Nie było czasu na to. Głos Opatrzności wyraźnie podszepnął mi; „Nie idź dalej! Zatrzymaj się tutaj. To jest twój zajazd!“ Los uchwycił mnie mocno w swoje dłonie, pokierował moją wolą i moimi czynami: Pociągnęłam za dzwonek.
W oczekiwaniu na otworzenie mi nie zastanowiłam się, ani też nie rozmyślałam nad niczym. Wpatrzyłam się w kamienie bruku ulicznego, na które padało światło latarni, liczyłam je, przyglądałam się ich odcieniom i połyskowi wilgoci na ich krawędziach. Po chwili pociągnęłam za dzwonek powtórnie. Otworzono mi wreszcie. Stanęła przede mną pokojówka w eleganckim czepeczku.
— Czy mogę widzieć się z Madame Beck? — zapytałam.
Przypuszczam, że gdybym zapytała o to po francusku, nie zostałabym wpuszczona, że jednak mówiłam po angielsku, wyobraziła sobie widocznie, iż muszę być jakąś nauczycielką cudzoziemską, przybyłą w sprawach związanych z szkołą, i dlatego bez chwili wahania i bez słowa oporu wpuściła mnie pomimo tak nieodpowiednio późnej pory.
Wprowadzona do mieszkania, usiadłam w błyszczącym, zimnym salonie, w którego białym, porcelanowym piecu napalono tego dnia. Pstrzyło się tutaj od złotych ozdób, a posadzka była wywoskowana jak lustro. Zegar, stojący na kominku, wybił dziewiątą godzinę.
Minął kwadrans. O, jakim gorączkowo przyspieszonym tętnem biła krew w moich żyłach! Robiło mi się zimno i gorąco na przemian. Siedziałam, utkwiwszy oczy we drzwiach — w wielkich białych, złożonych z dwóch części drzwiach ze złoconymi ozdobami: czekałam na otworzenie się jednej z dwóch połów. Wszystko jednak pozostawało nieporuszone; martwej ciszy nie zakłócał żaden odgłos. Białe drzwi były zawarte, niedostępne.
— Czy pani miss angielska? — rozległ się nagle głos tuż przy mnie. Omal nie podskoczyłam, tak bardzo spłoszył mnie nieoczekiwany dźwięk wypowiedzianych słów; byłam niewzruszenie pewna, że jestem w pokoju zupełnie sama.
Przede mną nie stał jednak duch żaden, ani też żadna zjawa bezcielesna, ale pulchniutka, drobna kobietka w wielkim szalu, zarzuconym na szlafrok i w śnieżnie białym, ozdobnym nocnym czepeczku.
Odpowiedziałam, że jestem Angielką i bezpośrednio po tym moim oświadczeniu zawiązała się pomiędzy nami rozmowa najniezwyklejsza jaka być może. Madame Beck (była to bowiem ona we własnej osobie) weszła tylnymi drzwiami do których zwrócona byłam plecami, że zaś obuta była w cichostępy na miękkich filcowych podeszwach, nie słyszałam ani jej wejścia, ani zbliżenia się do mnie. Okazało się jednak, że Madame Beck, zwróceniem się do mnie z wygłoszonym zabawną angielszczyzną zapytaniem czy jestem Angielką, wyczerpała całą swoją znajomość języka wyspiarskiego, od razu też przeszła na swój język rodowity, którym posługiwała się z niesłychaną, zawrotną wręcz wielosłownością i płynnością. Odpowiadałam jej po angielsku. Zdaje się, że częściowo rozumiała mnie, że jednak zupełnie nie rozumiałam jej mowy, mimo że obie razem robiłyśmy przeraźliwie dużo wrzawy (nie tylko nie słyszałam do owego dnia, ale wprost wyobrazić sobie nie mogłam podobnego daru wymowy, jaki cechował Madame Beck) — nie bardzo mogłyśmy dogadać się. Po pewnej chwili wreszcie zadzwoniła o pomoc, która nadeszła też w postaci jednej z „maîtresses“, wychowywanej przez jakiś czas w irlandzkim klasztorze i dlatego uważanej za biegle władającą angielskim. Była to bardzo pewna siebie niewiasta, typowa, od stóp do głowy, Labassecourienne — rodowita mieszkanka Labassecour, straszliwie kalecząca język Albionu, jako tako wszakże udało jej się przetłumaczyć na użytek Madame Beck opowiedziane przeze mnie treściwie i zupełnie bez upiększania prawdy dzieje moje. Opowiedziałam jej w jaki sposób stało się, że opuściłam moją ojczyznę w zamiarze zarazem rozszerzenia skromnego zakresu mojej wiedzy i zarabiania na własne utrzymanie. Zapewniłam, że jestem gotowa pełnić wszelkiego rodzaju posługi, byleby powierzane mi zajęcie nie było nieuczciwe, ani poniżające. Mogłabym na przykład być piastunką małych dzieci, czy panną służącą, nie odmówiłabym też wykonywania wszelkich robót domowych dostosowanych do moich sił fizycznych. Madame wysłuchała tego wszystkiego, ja zaś obserwując wnikliwie jej sposób reagowania na usłyszaną spowiedź, doznałam wrażenia, że trafiła ona jej do przekonania.
Il n‘y a que des Anglaises pour ces sortes d‘entreprises“ — stwierdziła — „sont elles intrépides ces femmes-là![2]
Wypytała mnie o imię, nazwisko, o mój wiek; siedziała, przypatrując mi się nie z politowaniem jednak, ani nawet z zainteresowaniem: nie zdołałam podczas całej tej rozmowy podchwycić ani jednego błysku sympatii, ani cienia współczucia w zachowaniu się jej i w wyrazie jej twarzy. Czułam, że nie należy ona do rodzaju osób, które w najdrobniejszej bodaj mierze powodowałyby się w swoim postępowaniu względami uczuciowymi; poważna i skupiona, wpatrywała się we mnie i słuchała przetłomaczonego jej przez wychowaną w Irlandii „maîtresse“, mojego opowiadania, trzeźwo rozważając jego szczegóły. Nagle rozbrzmiał dźwięk dzwonu.
Voilà pour la prière du soir![3] — oznajmiła, wstając z krzesła. Przez pośredniczkę naszą w rozmowie poleciła mi, abym zjawiła się nazajutrz z rana, co nie odpowiadało mi jednak. Nie byłam w stanie znieść myśli narażenia się raz jeszcze na niebezpieczeństwa związane z samotnym wędrowaniem nocą po mrocznych ulicach. Zdobywszy się tedy na niezwykłą u mnie energię, w sposób spokojny wszakże i opanowany, zwróciłam się do niej osobiście, a nie za pośrednictwem maîtresse:
— Mogę zapewnić łaskawą panią, że zaangażowanie mnie bezzwłoczne będzie tylko z korzyścią, a nie ze szkodą, dla pani: znajdzie pani we mnie osobę, której dążeniem będzie dać pracą swoją pełną równowartość otrzymywanej płacy. Jeśli zaś zdecyduje się pani przyjąć mnie, lepiej byłoby, abym pozostała już tutaj od razu na noc. Nie mam żadnych znajomych w Villette, w dodatku nie znam języka krajowego, w jaki więc sposób mogłabym znaleźć gdzieś pomieszczenie?
— To prawda — przyznała. — Mogłaby jednak pani przynajmniej powołać się na kogoś?
—- Nie mogłabym. Na nikogo.
Zapytała mnie o mój bagaż. Powiedziałam kiedy mogę liczyć na jego przybycie. Zamyśliła się. Chwilową ciszę przerwał nade odgłos kroków męskich, zbliżających się pośpiesznie ku drzwiom przedpokoju. Będę zdawała w dalszym ciągu sprawę z tego odcinka moich przeżyć, jak gdybym rozumiała wówczas wszystko co mówiono w związku z moją osobą, jakkolwiek bowiem w owym czasie sens prowadzonej rozmowy nader mgliście docierał do mojej świadomości, powtórzono mi te szczegóły w następstwie w przekładzie na angielski.
— Monsieur Paul — oznajmiła nauczycielka. — Był dzisiaj wieczorem na wykładzie w najwyższej klasie.
— O, jego właśnie pragnęłabym najbardziej poradzić się w tej chwili. Proszę, niech pani zechce zawołać go.
Nauczycielka pobiegła ku drzwiom salonowym, aby wezwać Mr. Paul‘a. Po chwili wszedł drobny, smagły, szczupły mężczyzna w okularach.
Mon cousin — zwróciła się Madame do niego (był widocznie jej kuzynem) — chciałabym zasięgnąć twojej rady. Wiem, jak dobrze znasz się na fizjonomiach; chciałabym wykorzystać teraz tę zdolność twoją. Odczytaj tę oto.
Drobny człowieczek wpatrzył się we mnie poprzez szkła swoich okularów. Stanowcze zacięcie warg i zmarszczenie brwi zdawało się zapowiadać, że zamierza przejrzeć mnie na wskroś i że żadne zasłony nie będą nimi dla niego.
— Odczytuję — oznajmił.
Et qu‘en dites — vous?[4]
Mais — bien des choses[5] — brzmiała odpowiedź tonem wyroczni.
— Złych czy dobrych?
— I jednych i drugich, niewątpliwie — odparł odgadywacz.
— Czy można zaufać temu co mówi?
— Umawiasz się z nią o rzeczy ważne?
— Chce, abym przyjęła ją jako bonę czy guwernantkę; opowiedziała historię swojego życia, brzmiącą dość prawdopodobnie, nie może jednak przedstawić mi żadnych referencji.
— Angielka, jak łatwo poznać.
— Mówi po francusku?
— Ani słowa.
— Rozumie przynajmniej?
— Nie.
— Można więc mówić swobodnie w jej obecności?
— Niewątpliwie.
— Potrzebne ci są jej usługi? — zapytał, nie odrywając ode mnie oczu.
— Mogłaby mi się przydać. Mam już najzupełniej dość Madame Svini.
Badał mnie wnikliwie wciąż jeszcze. Ostateczna opinia jego, kiedy nareszcie orzekł ją, była równie mglista i niezdecydowana jak wszystko co wypowiedział uprzednio.
— Można ją przyjąć. O ile w tej naturze dobro góruje nad złym, postępek twój siłą rzeczy da w wyniku swoją nagrodę, o ile zaś zło — eh bien, ma cousine, ce sera toujours une bonne oeuvre[6].
Ukłon, rzucone krótko „bon soir“ — i sędzia wyrokujący o moim losie znikł za drzwiami.
W wyniku narady przyjęła mnie Madame tegoż wieczora. Zaoszczędzona mi została w ten sposób dzięki łasce Opatrzności konieczność ponownego znalezienia się wśród przytłaczająco ponurej, złowrogiej pustki ulicznej.






  1. Co pan robi u licha? Ten kufer należy do mnie.
  2. Jedynie Angielki zdolne są do tego rodzaju przedsięwzięć; jakież nieustraszone są te kobiety!
  3. To na modlitwę wieczorną.
  4. I cóż ty na to?
  5. O, bardzo wiele.
  6. I cóż, kuzynko, będzie to zawsze dobry uczynek.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.