Wesele hrabiego Orgaza/Rozdział piąty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Roman Jaworski
Tytuł Wesele hrabiego Orgaza
Podtytuł Powieść z pogranicza dwóch rzeczywistości
Wydawca F. Hoesick
Data wyd. 1925
Druk Zakłady Graficzne B. Wierzbicki i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WYSTRZYGANKI
Z ŚMIETNIKA PRASY NOWOJORSKIEJ
Piąty rozdział nie jest właściwie niczem innem, jak...



zlepkiem wycinków z najróżnorodniejszych organów prasowych Ameryki Północnej. Są to domysły, oświetlenia, mniej lub bardziej pochopne sądy krytyczne, alarmy i suche sprawozdania na temat dancinga, który już powstał w Toledo, wywołując podziw, zachwyt, potępienie, podejrzenia, spekulacje, knowania i groźby.
Havemeyer przyjmuje niebezpieczne zaproszenie Yetmeyera. Inaczej nie mógł postąpić prawdziwy jankes, który zawsze poszukuje sposobności do ryzykownych, sportowych rozgrywek.
Podczas, gdy na jachcie kolekcjonera „Frivolous“ palą pod kotłami, szykując się powoli do przeprawy przez Ocean, wyjeżdża z ramienia Havemeyera do Toledo jego upełnomocniony delegat oraz powiernik, świątobliwy brahmin hinduski On-czi-da-radhe. Nikt nie wie i nie domyśli się nigdy, że tajemniczy saddhus jest sprytnie zamaskowanym, słynnym detektywem amerykańskim, który ochrania swego pana przed wszelkimi spiskami, a więc i przed możliwym zamachem na jego życie.
Okazuje się w toku akcji, że Havemeyer żywi również pewne, dotąd ukryte, zamiary w odniesieniu do ginącej cywilizacji europejskiej i że jego uparte kolekcjonerstwo pozostaje w związku z temi utajonemi zamierzeniami.
Tymczasem pan Dawid poczyna sobie w jak najlepsze na starym kontynencie. Akcja jego, zmierzająca do stworzenia kultu religijnego dla myśli twórczej, przybrała ogromne rozmiary. Generalnym swym zastępcą do oficjalnych rokowań z władzami europejskiemi i do reprezentacyjnych wystąpień mianował Yetmeyer „zredukowanego“ papieża taoistów, sędziwego chińczyka A-to-tso.
Oprócz tego zausznika, starającego się o przyjazne względy gabinetu londyńskiego, wysłał zbawca do Paryża jako swego przedstawiciela przy rządzie francuskim, Polaka, Piotra hrabiego Majcherka, młodego, przystojnego arystokratę, erudytę, religjologa, skąpca i dziwaka.
Zespół baletowy dancinga wraz z tanecznicą Ewarystą powierzył Yetmeyer kierownictwu słynnego Rosjanina, Igora Podrygałowa z Saratowa. Tancmistrz powrócił niedawno z Bolszewji, gdzie bajecznemi swemi produkcjami, wykonywanemi przy pomocy dwunastki własnych, jeszcze nieletnich dzieciąt, wzbudził u zabobonnego ludu rosyjskiego powszechny kult dla swej osoby. Z podziwu dla jego cudacznych pantomim i z opowieści o awanturniczym żywocie Igora, o czterech jego zmarłych żonach, o tuzinie dzieci, kształconych pod opieką ukraińskiej niańki Praksedy, o tysiącznych, zwycięsko pokonanych niebezpieczeństwach i przeciwnościach, urodziła się legenda, przypisująca Podrygałowowi tajne a bliskie związki z samym szatanem.
Dancing już działa, burza w mózgach ludzkości, ginącej od przerafinowania i ogłupienia, już posiana. Zgrzybiałe, majestatyczne Toledo w krótkim stosunkowo czasie stało się jednem z najbardziej przeludnionych oraz wrzaskliwych miast na kontynencie. Po staroświeckim bruku muzealnej twierdzy nad Fajo rozlała się szeroką falą pstrokacizna ciekawskich gości. Tłoczą się w odwiedziny do dancinga nietylko skrajnie zdenerwowani i ostatecznie znudzeni schyłkowcy zachodniej cywilizacji, ale i najbardziej egzotyczni dzikusy, przybyli z najodleglejszych zakątków pierwotnego odosobnienia kulturalnego.
Pojedynek dwóch miljarderów o właściwe odrodzenie ludzkości rozpocznie się niebawem na szerokiej arenie świata.


TELEGRAPH

z dnia 23 listopada 1921 roku, str. 75 u góry, trzecia szpalta:

Spółka akcyjna odbudowy religji na kontynencie.


...„Uzupełniając wiadomości, ogłoszone naszym kablogramem madryckim w dniu wczorajszym, jesteśmy w stanie odsłonić dalszy rąbek tajemniczej akcji D. Yetmeyera w Hiszpanji. Amerykański dancing, założony w Toledo i wyposażony we wszelkie uroki spółczesnej zabawności, niepowszedniej egzotyki i wyrafinowanego, artystycznego smaku, stanowić ma zaledwie zalążek wielkiej misji ideowej, zapoczątkowanej na kontynencie, a zmierzającej do rozpowszechnienia i pogłębienia zanikającego w Europie życia religijnego. Usiłowania te, skierowane na podwaliny moralnego ustroju ludzkości, pozostają w bezpośrednim związku z dotychczasowymi, niestety płonnymi, mozołami około uruchomienia czy wskrzeszenia gospodarczej tężyzny świata powojennego. Zagrożonemu długoletniem przesileniem przemysłowi i handlowi amerykańskiemu może dziś otworzyć na ściężaj rynki zbytu jedynie rozważnie przygotowana i energicznie przeprowadzona meljoracja zniszczonych przez wojnę i wyjałowionych terenów psychicznych. Trzeba koniecznie i natychmiastowo wskrzesić zmysł dla religji. Przy pomocy kapitału amerykańskiego i przez zastosowanie właściwej nam błyskawicznej techniki pracy, będzie można to gigantyczne dzieło skutecznie przeprowadzić w krótkim stosunkowo okresie czasu. Opierając się na powyższych przesłankach i pragnąc możliwie rychłego rozkwitu międzynarodowej twórczości, oceniamy śmiałe, samodzielne i pomysłowe przedsięwzięcie wielkiego przedstawiciela sławnej firmy „D. Yetmeyer & Comp.“ jak najkorzystniej, zarówno ze stanowiska finansowo-ekonomicznego, jak i narodowo-politycznego.
Przedsiębiorstwo tego rodzaju nie może jednak całym swym potwornym ciężarem spadać na barki jednostki, choćby nawet pod względem kapitalistycznym oraz umysłowym tak potężnej, jak ekscentryczny inicjator „dancinga przedśmiertnego“ w Toledo. Udało się jednemu z naszych reporterów zakraść za kulisy szczelnie utajonych zamysłów D. Yetmeyera. Wczoraj w podziemiach hotelu „Excelsior“ odbyło się poufne zgromadzenie tutejszych pełnomocników i powierników wielkiego odnowiciela prądów religijnych. Zebranie posiadało pozorne cechy seansu spirytystycznego, to też spółpracownik nasz zmaterializował swoją obecność jako duch-zjawa, za co ostatecznie przetrącono mu kości i to do tego stopnia, iż dzisiaj majaczy w szpitalu. Zeznania jego z fazy przytomności ograniczają się do stwierdzenia, że najbliżsi ludzie Yetmeyera noszą się z zamiarem utworzenia na wzór europejski, spółki akcyjnej, mającej uprawiać: zawodowe zwalczanie powojennej psychozy oraz krzewienie religijnie zgłębionych afektów. Odbudowę gospodarczą świata musi poprzedzić jego przebudowa umysłowa oraz uczuciowa. Musi! Niepopularne czy też zbyt zwulgaryzowane formy syndykatów, trustów czy kartelów nie są zamierzone. Papiery nowej spółki mogą niebawem odegrać na giełdzie pierwszorzędną rolę regulatora międzynarodowych relacij finansowych i będą niezawodnie poszukiwane przez licznych kapitalistów, spragnionych pewnej a rentownej lokaty swych płynnych zasobów. Nabywcy akcij nietylko materjalne odetną kupony, ale i moralne, gdyż jako uczestnicy wszechświatowego interesu religijnego, siłą faktu sami dbać muszą o swą religijność.
Napomknął reporter również, lecz niezbyt wyraźnie, że ukonstytuowanie się spółki projektowanej zależy od spodziewanego oświadczenia się co do spółudziału ze strony znanego w całych Stanach Północnych miljardera H. W. Havemeyera. Gdyby istotnie ten finansista, żyjący dotychczas wyłącznie w zaciszu wspaniałych swych zbiorów, wstąpić miał w szranki aktualnego przedsiębiorstwa religijnego, byłoby to sensacją, wykazującą, jak szerokie kręgi zatacza obecnie intelektualne przeobrażenie przedewszystkiem wśród umysłów rdzennie amerykańskich. Mimo, że najwybitniejszy ten na całym świecie kolekcjoner dzieł sztuki, zapytywany przez nas w przedmiocie toledańskiej afery, odmówił kategorycznie wszelkich wyjaśnień, wnioskować wolno o niezbyt odległem porozumieniu między oboma wymienionymi, jaskrawo różniącymi się, reprezentantami nowojorskiej dzielnicy nababów. Wiemy coś niecoś o przepaści dzielącej dwóch skrajnych indywidualistów o wybitnym typie reformatorskim i nie omieszkamy w stosownej dla nas chwili wystąpić z oświetlającemi te mroki rewelacjami. Dziś unikamy wszystkiego, co mogłoby powstanie spółki do eksploatacji uczuć religijnych opóźnić, czy też nawet unicestwić“.

WORLD


z dnia 24 listopada 1921 r., str. 24, u dołu, szpalta pierwsza:

Nieustający pojedynek dwóch miljarderów.


...„Wiemy już wszyscy, co się w ostatnich czasach zdarzyło w Toledo. Z istoty sprawy i powagi sytuacji kulturalno-gospodarczej, stworzonej przez wyprawę Yetmeyera do Hiszpanji, mało kto właściwie zdaje sobie sprawę. Wszystkich uderza fakt oczywisty: emigracja kapitałów amerykańskich na kontynent. Czy korzystna i zyskowna? Kto zdoła już dzisiaj przewidzieć? Zapytujemy siebie, czy mamy do czynienia z objawem prostackiego manjactwa, czy też z szeroko oraz głęboko przemyślanym programem idealistycznej propagandy religijnej? Niedaleka przyszłość wykaże sens i powagę tych poczynań lub też skompromituje nieodwołalnie kapryśne mrzonki. Musimy uznać, że słuszne są twierdzenia, wskazujące na jałowość wszelkich gruntów praktycznych czy realnych pod najintensywniejszą nawet uprawę inicjatywy kapitalistycznej. Szalone bankructwa ostatnich lat zatamowały wprost oddech wszelkim chętkom inwestycyjnym. Skoro więc przez otwarcie nowych terenów idealnych dla zyskownej kalkulacji przemysłowej, kupieckiej czy finansowej stwarza się nowe pole zarobku masom szerokim i zamurowuje tragiczny okres przewlekłego przesilenia gospodarczego, nie widzimy powodu, dzięki któremu mielibyśmy przeciwstawiać się akcji, choćby i proreligijnej, pojętej oraz przeprowadzonej czy to w sposób, jak ją wszczął obecnie w Europie D. Yetmeyer, czy też jakby ją wykonał ewentualnie H. W. Havemeyer lub jeszcze kto inny. Nam wszystko jedno: co, kto, jak, którędy, byle były niezaprzeczone, widoczne zyski, zyski oddziaływające na giełdę, na administrację państwową, na ustrój społeczny, na całokształt życia ekonomicznego. Zyski i jeszcze raz zyski, bo tego wymaga nieubłagane, wszechpotężne życie. Jeżeli cudactwa i warjactwa mają wzbogacać obywateli, uznamy je i uszanujemy. Jeżeli dancingi świątyniami być mają, jeżeli stworzą religję — a szerokie masy obywateli zechcą ją uznać, wówczas i my zaczniemy przejmować się zupełnie poważnie tego rodzaju nowością. Jednego nie moglibyśmy ścierpieć: by nas na temat religijny po raz tysiączny już z rzędu ktokolwiek usiłował nabrać.
A podobne niebezpieczeństwo zachodzi właśnie w sławetnym występie D. Yetmeyera na starym kontynencie. Odkrywamy od razu dno tajemnicy: Wiadomo nam, że między Yetmeyerem a Havemeyerem. trwa długoletni spór o racjonalne zużycie miljardowej fortuny. Yetmeyer przeciwstawiał się jak najenergiczniej kolekcjonerskiej pasji Havemeyera, przeszkadzał jej złośliwie, jak długo mógł, aż w końcu — zapewne znudzony — zniknął na dłuższy okres czasu, by ostatnio wylądować nagle i niespodziewanie w Hiszpanji z dancingiem. Cała religijność Yetmeyera może być tylko próbą olśnienia, zaszachowania i zdystansowania poważnego przeciwnika. Posiadamy w tece redakcyjnej dowody świadczące o prawdopodobieństwie naszej hipotezy. Tego rodzaju chroniczny antagonizm, przybierający wyraźne formy otwartej walki, musi oddziałać podmulająco na fundamenty głośnego i rzekomo w interesie całej ludzkości stworzonego przedsiębiorstwa. Dopóki więc sprawa pojedynku dwóch miljarderów nie zostanie wystarczająco, powiedzmy wyczerpująco, wyjaśniona, musi zdrowy amerykański kapitał za wszelką cenę unikać jakiegokolwiek uczestnictwa w awanturze toledańskiej czy też we wszelkich jej podobiznach. Może religją zabawiać się bezpłodnie, bezprocentowo, każda jednostka, która znajduje w tem przyjemność, pieniądz jednak narodu, pieniądz rzesz szerokich, ten obiegowy symbol potu pracowitego może być lokowany w religji tylko wówczas, kiedy niezawodnie przyniesie dozwolone prawem odsetki.
Zwracamy uwagę, ostrzegamy i domagamy się wyjaśnień od powołanych czynników. Nie spuścimy oka z dalszego przebiegu afery ani na chwilę. Dziś w nocy specjalny nasz sprawozdawca wyjechał do Toledo.

SUN


z dnia 25 listopada 1921 r., str. 9, szpalta jedenasta, w samym środku:

Poskromiciel saratowskich ludożerców, Podrygałow, baletmistrzem u Yetmeyera. — Hiszpańskie Toledo kolebką chrześcijaństwa. — Pierwszy amerykański samolot w drodze do dancinga w Toledo.

...„Przyjaciel naszego pisma, bawiący przygodnie w Toledo, donosi nam pod datą ubiegłego tygodnia, co następuje:
„Ożywienie w mieście, jakiego nie pamiętają najstarsi ludzie. Hotele zapchane. Wstawiono cały szereg nadzwyczajnych pociągów łączących nas ze stolicą kraju, a przez nią i ze światem całym. Generalne próby w dancingu przedśmiertnym, pod światłem kierownictwem właściciela i aranżera D. Yetmeyera, odbywają się z natężoną gorliwością niemal codzień. Sprężystej dyrekcji pod niezawodnem przewodnictwem Jacinta Gouzdraleza udało się pozyskać stały współudział jednego z najwybitniejszych nowatorów baletu rosyjskiego: Igora Podrygałowa z Saratowa. Jego to inicjatywie, genjalnej inwencji oraz niespożytej wytrwałości może zawdzięczać spółczesna Rosja, że klęska głodu, opanowawszy zaledwie połodniowe gubernje sowieckiej republiki, wraz z nieodstępnym towarzyszem swej straszliwej dyktatury, a mianowicie z antropofagją, nie przeniosła się na środkowe i północne dystrykty byłego carskiego imperjum. W najkrytyczniejszych chwilach inscenizował p. Podrygałow swoje niesamowite pomysły, pantomimiczne i taneczne, a przenosząc się z miasta do miasta, ze wsi niemal do wsi, odwracał uwagę podrażnionej i zrozpaczonej tłuszczy od najdotkliwszej codziennej udręki, którą jest brak chleba. Człowiek ten baletem swym „Taniec głodomorów“ oraz hymnem „na powitanie ludożerców“ więcej uczynił dla dobra matki Rosji, aniżeli cała rada wysokich komisarzy na Kremlu wszystkimi swymi dotychczasowymi ukazami czy zakazami. Jest dziś apostołem, bohaterem, legendarną postacią wśród zmitrężonych mas nadnewskich czy nadwołżańskich mużyków. Kronika życiowa pierwszego baletmistrza dancinga w Toledo — to wielka, spółczesna, awanturnicza epopeja. Ograniczam się do zaznaczenia, że w Rosji cieszy się on sławą niezwyciężonego, nieśmiertelnego czarta, że liczy dziś lat czterdzieści dwa, że jest wdowcem, jakkolwiek był cztery razy żonaty i w końcu, że posiada dzieci dwanaścioro, wszystkie legalne i wszystkie kształcone w kunszcie choreograficznym, a mianowicie (według starszeństwa) siedmiu chłopców: Aljosza, Fjedor, Misza, Sasza, Szura, Wałodja i Wania i pięć cór: Luba, Nadjeżda, Olga, Sonja i Wiera. Pierworodny liczy lat piętnaście, ostatnia dziewczynka w trzeciej rozkwita wiośnie. Produkcje zespołu mają być zdumiewające. Podrygałow objął fachowe kierownictwo dancingowego baletu.
Odżyły najpiękniejsze tradycje Toleda. Napływ pątników wprost nieoczekiwany. Jak na wielkim, światowym jarmarku roją się barwne tłumy przybyszów, plamiąc szarzyznę europejskich kostjumów pstrokacizną egzotycznych strojów i gwarząc rozgłośnie we wszelkich możliwych językach czy narzeczach. Mimo poważne wątpliwości, zastrzeżenia i podejrzenia, jakie nasuwa dancing Yetmeyera każdemu trzeźwo myślącemu dżentelmenowi, trudno oprzeć się wrażeniu, iż w ciasnych i spleśniałych murach starożytnej mieściny kiełkować zaczyna jakieś wielkie dzieło, że rośnie nowa jakaś siła, że płód dziwaczny w oczach nam dojrzewa, który niebawem olbrzymem się stanie, przekraczającym swobodnie granice wszystkich państw oraz przesądy wszelkich narodów.
Po raz wtóry już w dziejach ludzkości odgrywa hiszpańskie Toledo rolę kolebki światowego prądu religijnego. Twierdzi bowiem podanie, tutaj dziś bardzo popularne i w gorączkowych przemianach z ust do ust krążące, że arcykapłani jeruzalemscy przed wydaniem ostatecznego wyroku na Chrystusa zapytywali toledańskich rabinów, cieszących się wielką wśród ówczesnego żydowstwa estymą, czy należy zastosować karę śmierci wobec niepożądanego Mesjasza? Odpowiedź brzmiała wyraźnie: „Nie krzyżować, człowieka nigdy nie uśmiercać!“ Specjalny posłaniec, wiozący to „veto“, spóźnił się jednak nadmiernie i przybył, kiedy Chrystus już zginął męczeńską śmiercią. Przypadek rozstrzygnął, ale wyrok Toleda inne losu koleje wyznaczał chrześcijaństwu, aniżeli te, któremi podążyła Chrystusowa religja wskutek śmierci jej Stwórcy na krzyżu. Dziś znowu, w prastarej gocko-mameluckiej warowni nad Tajo, stajemy wobec potężnego, wszechświatowego problemu religijnego“.
Po otrzymaniu tych sensacyjnych wiadomości, zaangażowało pismo nasze, chcąc stanąć na wysokości służby sprawozdawczej, religjologa z Bostonu, profesora Mac Absurde i poleciło tej powadze naukowej pełnić w Toledo funkcje obserwatora obudzonego przez dancing ruchu religijnego. Mr. Absurde odleciał do Europy naszym redakcyjnym aparatem, który jest kombinacją aero- i hydro-planu najnowszego systemu. Dzisiaj o świcie udał się w podróż nasz znakomity spółpracownik w towarzystwie swej uroczej sekretarki Miss Grace Piperments. Listy tej pary na łamach Sun‘a będą stanowiły prawdziwą chlubę nowoczesnej reporterki, jako nieprześcignione i bezkonkurencyjne źródło trafnych, objektywnych i na głębokiem zrozumieniu samego przedmiotu opartych sądów o przedsięwzięciu Mr. Yetmeyera.

HERALD

z dnia 26 listopada 1921 roku, str. 69 — cała kolumna z rycinami:

Propaganda Yetmeyera. — Kinematograf myśli — Chargé d‘affaires chińczyk A-to-tso u Lloyd George‘a. — Tajemniczy list. — Nocne schadzki w czerwonym pałacu. — Na jachcie „Frivolous“ palą pod kotłami.
„Ustanowiliśmy podwójną służbę wywiadowczą w związku z wydarzeniami w Yetmeyerowskim dancingu. Cały sztab naszych wysłanników wraz z fotografami i kinowymi operatorami czuwa na miejscu w Hiszpanji nad każdem drgnieniem, znamionującem rozwój religijnego przedsiębiorstwa. A równocześnie, nie szczędząc kosztów i trudów oraz z poniechaniem wszelkich względów na osobiste bezpieczeństwo naszych sprawozdawców, staramy się uzupełniać informacje europejskie zdobyczami, zebranemi na gruncie nowojorskim. W ten sposób spodziewamy się połączyć porwane nici akcji Yetmeyerowskiej i uwydatnić tło, na którem rozgrywają się wydarzenia, dziś już cały świat trzymające w niesłychanem napięciu.
Madrycki nasz kablogram opiewa: „W niedzielę odbył Yetmeyer w stolicy Hiszpanji dziesięć meetingów pod gołem niebem, propagując wobec dziesiątków tysięcy słuchaczy swoją dancingową ideę. Na większej ilości zebrań przemawiał sam miljarder, który wcale nieźle przyswoił sobie język torreadorów. Tu i ówdzie pomagał mu dyrektor administracyjny przedsiębiorstwa Jacinto Gouzdralez. Obaj mówcy rozwodzili się nad potrzebą szerzenia religji myśli twórczej, nad budową kultury przy pomocy tańca i nad przymusowem cuceniem omdlałych dziejów. Nikt nic nie rozumiał. Szanownym prelegentom, a szczególnie Yetmeyerowi, zgotowały tłumy uliczne olbrzymie owacje. Okrzykom i oklaskom nie było końca. Yetmeyera, powracającego do Toledo, odniesiono na rękach na dworzec kolejowy i wsadzono do przedziału usłanego kwiatami. Tuż przed odejściem pociągu zjawił się przyboczny adjutant królewski i z najwyższego polecenia wręczył naszemu rodakowi, jako pozdrowienie od królowej, bukiecik złożony z trzynastu białych narcyzów, zaś jako upominek władcy — dwa specjalne cygara (przedwojenne, węgierskie wirdżinja). Jedna ogólna panuje opinja: dancing toledański, to najobfitsza, największa dziś na świecie kopalnia dużych nuggets[1]“.
Iskrówka z Toledo donosi: „Bawiła tu w bieżącym tygodniu komisja rzeczoznawców, złożona z uczonych państw neutralnych, a ustanowiona na życzenie Yetmeyera przez rządy mocarstw sprzymierzonych i zaprzyjaźnionych, celem fachowego zbadania dancingowego przedsiębiorstwa i wydania miarodajnego sądu o ideowych jego założeniach. Przewodniczył ekspertom Eskimos, głównym referentem był najbardziej znany obecnie historyk religji, profesor uniwersytetu paryskiego, pochodzący z plemienia Hu-hu, pan Baj-oj-jej-baj, korreferat dzierżył Litwin, prywatny docent fenomenologji religijnej w Kownie, Fidelis Szwabolitis, pozatem brali żywy udział w obradach przedstawiciele Szwajcarji, Sjamu, Szwecji, Nubji, Holandji, malajskich plemion Howa i Sakalawa, Gruzji, Darfuru, Armenji, neutralnego Sjonu i zneutralizowanej Ukrainy.
Operat, który został przesłany do Paryża Radzie Ambasadorów opiewa w skrócie: Dancing toledański jest przedsiębiorstwem międzynarodowem o wybitnym charakterze religijnym. Jest to instytut poświęcony odrodzeniu i pogłębieniu spółczesnej myśli. Działa on głównie przy pomocy bujnie nagromadzonych i barwnie zestawionych obrazów myślowych. Obrazy te wypływają z konstrukcji przeciwstawiającej się dotychczasowym praktykom ezoterycznej estetyki artystycznej, a mianowicie: nie przedstawiają one faktów dokonanych, uczuć wyrażonych, myśli w życia przejawach zamkniętych, lecz wręcz przeciwnie: skupianie się, gromadzenie i piętrzenie tych stanów czy nastrojów umysłowo-psychicznych, na których podłożu wylęga się akt twórczy. Oglądamy niejako narodziny myśli, jej podrastanie i szykowanie się do czynnego wystąpienia, do uruchomienia tkwiących w niej możliwości. Nigdy dotąd i w niczem potęga aktywizmu myślowego nie przemawiała tak jasno i dobitnie, jak z dancingowych obrazów, nastrojów, popisów tanecznych i orfejskich misterjów. W instytucie mr. Yetmeyera spotyka się po raz pierwszy myśl samą w sobie i samą z sobą. Działalność inicjatora zakładu zaliczona być winna do twórczości artystycznej o zasadniczem podłożu religijno-spekulatywnem.
Dotychczas ujmowała sztuka myśl ludzką — zapewne pod wpływem przesadnie pojętego mentorstwa Lessinga w jego kodeksie artystyczno-estetycznym p. t. „Laokoon“ (czyli „o granicach dzielących rzeźbę od malarstwa, malarstwo zaś od poezji“) — w jej ostatecznych, ucieleśnionych wynikach, jako temat czy motyw swych kompozycij. Dlatego też właśnie, zarówno w epoce idealistycznej, jak i w naturalistycznej, nawet i kubistycznej, nie mogła sztuka wydostać się poza mniej lub bardziej popularne, w każdym zaś razie nieuchronne przypominanie, wspominanie, a także i upominanie praktycznego życia. Yetmeyer przełamał tę zaporę, jaką stanowił w ewolucji sztuki dekoracyjno-stylistycznej pasywizm myślowy i wprowadził, jako główny i jedyny materjał swej pracy artystycznej, zarówno w plastyce, jak i w ciekawszych jeszcze utworach literackich, myśl ruchomą oraz wywołane przez nią wydarzenia intelektualne. Przewijają się przed naszemi oczyma, wypełniają nasze skojarzenia same procesy twórcze, otoczone czcią bałwochwalczą, pielęgnowane z bezgraniczną, fanatyczną miłością. To jest religja pogłębienia myślowego i twórczości, ale nie przeczy ona żadnemu istniejącemu wyznaniu, nie zapobiega możliwości powstania nowych obrządków, lecz przemawia raczej „za“ i „w imieniu“ wszystkich minionych, obecnych i przyszłych religij, podniecając człowiecze uczucia do wzgardzonego przez komiwojażerów erudycji „świata niepoznawalnego“. Teorje Yetmeyera o odbudowie świadomości dziejowej i o karjerze kosmicznej pozostają w prostym logicznym i pragmatycznym związku z samem założeniem wszechreligijnego instytutu. Dzisiejszy dancing zasługuje, przy uwzględnieniu wysokiego poziomu artystycznego, na jakim został wzniesiony i przy należytej ocenie wyrafinowanych produkcij choreograficznych oraz egzotyczno-pantomimowych, na miano: Pierwszego kinematografu myśli nowoczesnej. Niepraktyczne to przedsięwzięcie oddziaływać może, naszem fachowem zdaniem, wcale dodatnio na praktyczny układ teraźniejszych stosunków międzynarodowych i międzyludzkich“.
Iskrowy telefonogram z Berlina. „Rada ministrów Rzeszy uchwaliła wystosować do Rady Najwyższej notę, protestującą przeciwko orzeczeniu ekspertów religijnych w Toledo odnośnie do kinematografu myśli, dopatrzywszy się w wywodach, krytykujących postawę estetyczną Lessinga, zlekceważenia nauki niemieckiej, a to w chwili, kiedy przez niedopuszczenie delegatów germańskich do obrad uniemożliwiono wszelką godną uczonych, honorową replikę. Kanclerz Rzeszy przygotowuje wielką mowę w parlamencie, domagającą się dopuszczenia Niemców do uczestnictwa w wszechświatowym ruchu religijnym i w spółkach międzynarodowych eksploatujących masowe prądy religijne“.
Radiotelegram z Moskwy. „Rada komisarzy zwróciła się do Yetmeyera z propozycją udzielenia rządowi sowieckiemu pożyczki długoterminowej w sumie stu miljardów dolarów. W zamian za to ofiarowuje Sowdepia dwudziestoletnią, nieograniczoną koncesję na wszelkiego rodzaju przedsięwzięcia religijne na obszarach sfederowanych republik czerwonych i oświadcza gotowość upaństwowienia tej religji, której projekt Yetmeyer do trzech tygodni przedłoży“.
Lotniczą pocztą z Londynu donoszą: „Na ogólnych posłuchaniach zjawił się u premjera Lloyd Georgea po raz pierwszy specjalny delegat Yetmeyera i osobisty tegoż przyjaciel, zredukowany Shang czyli papież taoistów, uczony Chińczyk A-to-tso. Rozmowa przeciągnęła się ponad ustanowioną normę i po krótkiej przerwie obiadowej podjęta została ponownie późnym wieczorem. Konferencja dotyczyła zastosowania akcji Yetmeyera do angielskiego programu gospodarczej odbudowy Europy wschodniej. Lloyd George nie ukrywał dodatniego wrażenia, jakie wywarły na nim wywody dancingowego chargé d’affaires. Po porozumieniu się lorda Curzona z Paryżem należy oczekiwać doniosłych postanowień w łonie rządu“.
Elektron-pneumatikon w podziemnym tunelu Lizbona—New York: „Sprawozdawca wasz dostrzegł dziś na dworcu kolejowym w Toledo powracającego właśnie z Londynu delegata Yetmeyera, jego taoistyczną świątobliwość A-to-tso. Uzyskawszy rozmowę z dancingowym dyplomatą, zdołałem wywnioskować z udzielonych mi informacij, że misja do Lloyd George‘a przyniosła nieoczekiwane rezultaty. Przybycia angielskiego premjera do Toledo w gościnę do Yetmeyera należy się spodziewać w najbliższych tygodniach. Okazała się konieczność ustanowienia placówek dyplomatycznych dancinga we wszystkich niemal ważniejszych stolicach państw kulturalnych. Największe trudności sprawi obsadzenie ambasady w Paryżu. Na stanowisko to został pono upatrzony przez Yetmeyera jakiś Polak, arystokrata z urodzenia, nadsyłający od dłuższego czasu nader ciekawe korespondencje na temat: „konstrukcij myślowych ujawnionych w naczelnych systemach religijnych świata“. Na zaproszenie, by osobiście przybył, odpowiedział dziwak, że nie ma za co. Mieszka gdzieś w jakimś Lwowie, w tak zwanej Galicji Wschodniej. Rokowania z tym biednym cudakiem wszczął już Yetmeyer za pośrednictwem naszego generalnego konsulatu w Warszawie“.
Szyfrowa depesza, podana za pośrednictwem fal powietrza z Warszawy przez Gdańsk wprost do naszej redakcji, opiewa:
„Po kilkudniowych zabiegach udało się naszemu konsulowi sprowadzić na własny koszt ze Lwowa do Warszawy upatrzonego przez Yetmeyera posła nadzwyczajnego i ministra upełnomocnionego w Paryżu. Nazwisko tego przyszłego religijnego dyplomaty opiewa: Pioś hrabia Majcherek. Pochodzi ze starego, dla polskiej wiedzy heraldycznej zasłużonego rodu magnackiego. Posiada olbrzymią fortunę i jest ordynatem na ogromnych dobrach, z rezydencjami w Kaczym Pęcherzu i Gęsiej Wątróbce. Ma troje małych dzieci, które mu nieustannie przeszkadzają w jego kontemplacjach i jedną, młodą jeszcze żonę, której boi się panicznie. Skłonności do studjów religijnych nabawił się hrabia Pioś na tle swoich deliberacij społecznych. Upodobanie przechylało go w stronę doktryn radykalnych, dziedziczne zaś obciążenie i konieczność życiowa nakładały mu obrożę przesądów konserwatywnych. Napisał rozprawę (niedrukowaną jeszcze): „O walorach intelektualnych, które poszukiwać należy wyłącznie w dziełach ludzi nieumiejących pisać“ i trzytomowe dzieło (fragmenty ogłoszono w szeregu pism prawicowych, narodowych i lewicowych Lwowa i Warszawy): „O konieczności podwójnej: powiększania stanu posiadania u posiadających i nieuszczuplania braku posiadania u nieposiadających“. Bezpośrednio po dokonaniu tych czynów, postanowił szukać wyjścia z dręczącej go dwoistości poglądów społeczno-politycznych przez złożenie deklaracji w stronnictwie socjalistycznem, iż nie może przystąpić na czynnego członka robotniczej partji, gdyż czuje się psychicznym obszarnikiem, niegodnym do spółdziałania z proletarjatem, równocześnie zaś oznajmił realistom, że nie może zająć w tym klubie fotela swych dziadów-pradziadów, gdyż rzeczywistość pozbawiła go poczucia materjalnej fortuny, wobec czego w gronie panów czułby się zawsze zbyt ubogi. Obu ugrupowaniom ofiarował na pamiątkę czułych rokowań nabyty za bezcen, skrachowany organ publicystyczny, ochrzciwszy gazetkę znamienną nazwą: „Sikawka do gaszenia namiętności wyborczych“. Dokonawszy tych aktów bierności poświęcił się zupełnie życiu rodzinnemu, rozpamiętywaniu swego ubóstwa, apologji skąpstwa i medytacjom religijnym. Z tego czasu pochodzą najcenniejsze utwory jego samotniczego pióra, które zjednały mu uznanie i zaufanie u Yetmeyera, jak: „O lekkim sposobie wzbogacania się przez dobrowolny pobyt w więzieniu religijnem“, „Skąpstwo jako podstawa wierności męskiej w małżeństwie“, „Problem zdolności płatniczej u erotomanów“, „Jak się moja dusza gwałtownie raduje, gdy się nic nie dzieje“, „Motywacja irytacji na widok czegokolwiek, co się tylko samodzielnie rusza“ i w końcu najznakomitsza rozprawa: „Kult przyjaźni czyli nowoczesne przejawy odwiecznego draństwa“.
Ponieważ żądana zaliczka na apanaże poselskie w wysokości tysiąca dolarów została religijnemu hrabiemu wypłacona, wyjazd jego, wraz z rodziną i służbą, po odbiór papierów uwierzytelniających i instrukcij do Toledo nastąpi lada dzień. Hrabia jest w świetnym humorze, a wróciwszy do Lwowa uczynił rzecz niebywałą: zaprosił grono swoich czcicieli oraz wyznawców do małego szyneczku, gdzie bez ociągania się i jakiejkolwiek skądkolwiek zachęty, zapłacił zebranym dwie flaszki okocimskiego piwa. Na moje zalęknione zapytanie, jakich spodziewa się rezultatów po swej misji paryskiej odrzekł wesoło, że będzie gadał, gdzie i z kim tylko się uda. Wszystko mu jedno, z kim przyjdzie rokować, czy z p. Briand czy też z p. Poincaré. Zamieszka w ofiarowanym mu przez jego lwowskiego, głównego przyjaciela (handlarza chmielem) Izydora Rosenthala, pałacyku przy rue de Strassbourg. Dodać muszę, że wybór Yetmeyera padł na Polaka tylko dlatego, że francuzi głośno manifestują swą przyjaźń do polaków, jakkolwiek po cichu wymyślają swym sprzymierzeńcom haniebnie. Objaw ten świadczy, że Polacy, mimo wszystko, na szachownicy politycznej więcej są warci, aniżeli sami domyślają się tego i aniżeli już sobie uroili w swej pochopności do powiększania wszelakiej małości“.
Najczelniejszy nasz sprawozdawca nowojorski podaje następującą wiązankę wieści zebranych na miejscu:
„Stwierdzić mogę z całą stanowczością, iż przed pięcioma jeszcze tygodniami otrzymał znany nasz kolekcjoner dzieł sztuki Mr. Havemeyer list kilkudziesięciostronicowy od Yetmeyera, zapraszający właściciela czerwonego pałacu do czynnego udziału w misterjach dancingowych. Jakie zachodzą związki między oboma miljarderami, dociec trudno, wszystkie jednak dotychczasowe alarmujące domysły prasy konkurencyjnej okazały się z gruntu fałszywe i były obliczone na tanią reklamę. Faktem jest, że w liście wspomnianym odsądza Yetmeyer Havemeyera od czci i wiary, ale nie mniej pozostanie faktem, iż ofiarowuje kolekcjonerowi najuprzejmiej gościnę w swoim toledańskim przybytku, siebie zaś nazywa przy tej sposobności skończonym idjotą. Wiem również pozytywnie, że zarówno ów list, jak i cały dotychczasowy dorobek literacki Yetmeyera poddane zostały ścisłemu psychotechnicznemu badaniu. Musiały zapewne pojawić się poważne wątpliwości odnośnie do normalnego funkcjonowania władz umysłowych u autora tych gryzmolin. Fachowe narady odbywały się w najściślejszej tajemnicy przez dwa tygodnie, po nocach, w tylnych apartamentach trzeciego piętra czerwonego pałacu. Ukryty w gałęziach rozłożystej araukarji Havemeyerowskiego ogrodu, wypatrywałem uczestników konferencji wypełniających rzęsiście oświetlone sale. Zauważyłem śród zastępów najsławniejszych psychjatrów, psychofizyków, historyków religij, kryminalistów, grafologów, również i przedstawiciela naczelnej prokuratorji państwa oraz jednego z kardynałów amerykańskich, ozdobionego fjołkowym wianuszkiem asystujących mu, pulchniutkich monsignorów. Ostatecznie nie zapadł wyrok dla Yetmeyera niekorzystny. Po wymianie tajnych not dyplomatycznych między waszyngtońskim Białym Domem a Madrytem, usunięto widocznie wszelkie obawy i wątpliwości w stosunku do dancingu, jak o tem świadczą najwyraźniej dalsze beztroskie i rozmachu pełne poczynania Yetmeyera.
I jeszcze jeden szczegół nie mniej interesujący. Oto paradny jacht Havemeyera, „Frivolous“[2], otrzymał rozkaz przyszykowania się do wielkiej podróży morskiej. Sam widziałem, jak dzień i noc palą pod kotłami. Czyżby Havemeyer istotnie zamierzał przyjąć zaprosiny do przedśmiertnego dancingu? Niebawem i o tem wszystkiego się dowiem“.

JOURNAL


z dnia 17 grudnia 1921 r., str. 133, petitem, szpalty 7, 8 i 9.

Havemeyer przysyła brahmina. — Rada najwyższa w Toledo. Kongres religijny. — Nafciarskie umizgi. — Toledo czy Toledoth? — Kłopoty z polskim paszportem. — Pierwszy amerykański statek napowietrzny z dancingowymi gośćmi przybył do Toledo.

Toledański nasz wysłannik kabluje pod datą wczorajszą:
„Natrafiłem w urzędzie telegraficznym na właściwego urzędnika, u którego wymusiłem depeszę Havemeyera, wystosowaną z New Yorku do Yetmeyera. Brzmi ona dosłownie: „Wyzwanie przyjmuję. Przybędę później. Tymczasowego zastępcę przysyłam świątobliwego brahmina Onczidaradhe. Przysposobić proszę cierniowe łoże i wieszadła na nogi. Havemeyer“. Gra się zaczyna. Urzędnik posadę stracił przezemnie. Zajmijcie się losem rodziny jego. Według tutejszej ustawy karnej, nieszczęsny złoczyńca za nadużycie służbowe (demi-monarchiczne, nienaganne państwo!) ukrzyżowany będzie głową na dół, nogami do góry.
W ubiegłą sobotę bawili tu niemal niepostrzeżenie Lloyd George, lord Curzon, Briand, Poincaré, Herriot, Kemal Pasza, Benesz i Skirmunt. Ministrowie spraw zagranicznych Belgji i Włoch oraz cały szereg nieproszonych sterników zaprzyjaźnionych z nami państw przybyli po niewczasie, to jest po ubiciu targów przez Radę najwyższą. Yetmeyer został dopuszczony do sanhedrynu mocarstwowego. Przynajmniej w ten sposób, choć częściowo, naprawił nasz obywatel fatalny błąd upartej absencji Zjednoczonych Stanów Północnych we wszystkich sprawach, które rozstrzyga sam sobie kontynent. Ustalono zasady dla międzynarodowego kongresu religijnego, który będzie zwołany do Toledo na dzień 8. stycznia 1922 roku. Zaprosi hiszpański minister spraw zagranicznych, koszta pobytu kilku tysięcy delegatów poniesie Yetmeyer. Po raz pierwszy zasiądą do stołu obrad, jako równouprawnieni z innemi państwami, przedstawiciele Niemiec, Rosji, Austrji, Węgier i Bułgarii.
Yetmeyera otacza sfora żydków wszelkich odcieni i wszelkiego autoramentu. Najbardziej religijni, czyli natarczywi, są różnorodni dygnitarze naftowi. Uchodzą za francuzów, są dyrektorami różnych spółek naftowych, mają maniery wojennych miljonerów, a pochodzą przeważnie ze sfery małomiasteczkowych, galicyjskich (mam na myśli Galicję w Polsce) cudotwórców adwokackich i buchalteryjnych fakirów. Naciągają Yetmeyera, by im dopomógł do unicestwienia akcji naszej „Standard Oil Company“ na kontynencie, obiecując wzamian za to złote góry na rzecz dancinga. Musi być w tem dobry interes, zwłaszcza dla ich kieszeni prywatnych, skoro zabiegają tak zaciekle, iż Yetmeyer po kolei, każdego dnia po jednemu, wyrzucać musi tych natrętów za drzwi.
Inni żydkowie, zwłaszcza z pod sjonistycznego znaku, gorliwie zajmują się ideową stroną dancinga, polecając różne rosyjskie tancerki i austrjackie, kabaretowe śpiewaczki. Wczoraj rozrzucili oni po mieście ulotną odezwę, ogłaszającą całemu światu, iż właściwym budowniczym Toleda byli żydzi, którzy po zburzeniu Jeruzalemu przez Nebukadnezara wywędrowali z Palestyny i osiedli na pyrenejskim półwyspie. Stąd też staroświecka mieścina nie nazywa się Toledo, lecz właściwie Toledoth! Jeszcze tego trzeba było!
Akcja Yetmeyera, która według jego własnego, wyraźnego oświadczenia przed osobistem przybyciem Havemeyera z niewiadomych przyczyn znaczniej posunąć się nie może, ugrzęzła na razie również i w Paryżu. Delegowany tam, jako agent dyplomatyczny dancinga, polski hrabia ze Lwowa nie może wyruszyć na miejsce przeznaczenia, gdyż zatwierdzanie formalności paszportowych zastrzegł sobie w rzeczypospolitej polskiej suwerenny sejm warszawski. Ponieważ posłowie sejmowi, jeszcze w połowie listopada r. b., rozjechali się do domów na święta Bożego Narodzenia, a tak wcześnie tylko dlatego, by módz na czas, t. j. na 24 grudnia, zdążyć do domostw rodzinnych w mocarstwie tak rozległem, brak w Polsce organu jedynie powołanego do udzielania pozwoleń na wyjazd zagranicę. Dopiero po ferjach świątecznych, gdzieś w połowie lutego, mógłby do Paryża hrabia Pioś wyruszyć. Z uwagi na bliski termin kongresu religijnego opóźnienie takie jest wprost niemożliwe i stąd też nastąpić musi zbiorowa demarche korpusu dyplomatycznego w Warszawie do władz polskich o nadzwyczajny paszport dla posła Majcherka. Od stanowiska, jakie zajmą w tej sprawie polski kanclerz skarbu oraz warszawski nuncjusz papieski, zależy powodzenie gorączkowych zabiegów.
Pierwszy amerykański smok latający ze stu pasażerami, którzy odbyli napowietrzną pielgrzymkę do dancinga, wylądował dziś cało i zdrowo na ceglastych ugorach glinkowych pod murami Toledo. „Monster“[3] machnął podróż z New Yorku w ciągu ośmnastu godzin, wliczywszy w to krótki postój na Bermudach. Przeciętna szybkość wynosi około 600 km. na godzinę. Kilkoro podróżnych ogłuchło chwilowo, dwie panie w podeszłym nieco wieku oślepły, ale jak pocieszają lekarze, również nie na stałe. Zresztą podczas całego przejazdu nie zdarzyła się nikomu z podróżnych żadna znamienna przygoda.
W dancingu przygotowują się do generalnej próby z sensacyjnego baletu, skomponowanego przez Podrygałowa. Szczegóły na razie zachowane w najściślejszej tajemnicy, aż do przybycia brahmina. zapowiedzianego delegata Havemeyera!

CODZIENNA KALUMNJA

(najpoczytniejszy organ narodowo namaszczonego prostactwa polskiego w Stanach Zjednoczonych Północy) numer gwiazdkowy, z dnia 24-go grudnia 1921 r. Artykuł wstępny p. t.

Szumowiny moralne, toledańscy szalbierze religijni.

„Starodawnym polskim zwyczajem pospieszamy do Was, Bracia najmilejsi, z tradycyjnym opłatkiem. Łamiąc go zgrabiałymi od znoju codziennego palcami, wysłuchajcie prostego życzenia naszego, przesłanego z głębi gołębich serc naszych: Pokój strzechom oczekującym was na rodzinnej ziemi! Obyście jak najrychlej mogli z powrotem zawitać pod nie, przywożąc do kraju pogodę duszy, liczne doświadczenia i godnie napełnione kiesy.
Nie wolno nam jednak, powołanym stróżom waszego mienia i waszych moralnych zasobów na obczyźnie, pominąć milczeniem obrazy Boskiej, jakiej dopuszczają się ludzie biesem opętani w Toledo, na hiszpańskiej ziemi. Cały świat dzisiaj rozbrzmiewa od wieści o bezeceństwach, pod osłoną religji w tej mieścinie uprawianych.
Nie stało czerwonoskórych, białymi zaludniły się prerje, spowszedniały samochody i samoloty, więc zwyrodniałe umysły znudzonych miljarderów na religję się rzuciły niby na szatańską zabawę i w budzie tanecznej, dancingiem zwanej, dopuszczają się świętokradztwa, na wspomnienie którego krew w żyłach ludzi bogobojnych, uczciwych się ścina. Zanim nastanie godzina zasłużonego gniewu Bożego i kara straszna spadnie na głowy złoczyńców, Was, Bracia nasi najdrożsi, przestrzedz i uchować pragniemy przed wszelkiem bałamuctwem, jak zaraza na cały świat z przeklętej sadyby wionącem. Zatykajcie małżowiny uszu waszych, spuszczajcie powieki oczu waszych, gdy tylko posłyszycie zdradzieckie podszepty, czy ujrzycie obrazki, przystojność ludzką obrażające. Powiadamy wam: oto szatan w postaci wolnego amerykańskiego obywatela w hiszpańskiem Toledo wspaniałą świątynię wybudował sobie i oczekuje hołdu, pokłonu od całej ludzkości. Przy pomocy masonerii całego świata, przy spółudziale zbłąkanych duszyczek chrześcijańskich! Wszystko, co najgorsze, co wyzute z wszelkich uczuć ludzkich, przekupne, wyuzdane — tam się skupiło, by w nieprzytomnych orgjach szukać zapomnienia o grozie Sądu Ostatecznego. Lada dzień sprawiedliwy ogień piekielny pochłonie tę całą żydowską robotę. Wiemy, kto zasila pieniędzmi ten przybytek wszeteczeństwa i rozpusty. Zakrwawiony bolszewik hojnie darzy wszystkich w prawo i w lewo zrabowanymi klejnoty, a zbir Niemiec pracowitą dłoń przykłada do podtrzymania świątyni Belzebuba. Niestety, nie zbrakło w Toledo i naszych rodaków, pochodzących, jak zresztą spodziewać się należało, wyłącznie z szeregów trędowatego, hańbiącego nas obozu aktywistycznego. Te szumowiny narodowe, ci inwalidzi moralni, przystępując do kliki oszustów religijnych, wykreślili się sami dobrowolnie z wszelkiej przynależności do narodu naszego. Niechaj nazwiska ich, które ogłaszamy poniżej, przeklęte będą na wieki wieków, amen!
Zdumiewa nas fakt jeden, który musi być bezzwłocznie wyjaśniany: oto wśród cudaków, plątających się około głównego szatana, znajduje się dwóch cudzoziemców, niby Chińczyk i rzekomo Hindus, obaj o czystych polskich nazwiskach, zniekształconych do niepoznania przez heretycką pisownię. I tak Chińczyk A-to-tso doskonale wyraża nasze zapytanie: A to co?, brahmin zaś Onczidaradhe może śmiało ukrywać pogróżkę mściwej duszy: On ci da radę! Należałoby wnieść gremjalną prośbę do naszego biskupa, by polecił właściwym czynnikom zbadać sprawę, co znacznie uspokoiłoby wzburzoną narodową opinję.
Wypełniwszy powinność naszą, Bogu Bracia mili Was polecamy i nie tracimy nadzieji, iż piorun z wysokiego nieba niebawem roztrzaska toledańskie gniazdo bezwstydu i zgorszenia.
Dowiadujemy się w ostatniej chwili, iż w łonie duchowieństwa wszystkich zacnych i zwycięskich po wojnie narodów przygotowuje się wcale skuteczna akcja, zmierzająca do wpłynięcia na rząd hiszpański, by twórcę najpierwszego domu rozpusty w Europie, amerykanina Dawida Yetmeyera, zamknął jak najszybciej do czubków, gdyż niewątliwie ma barek we łbie[4] ten potwór, skąpany w miljardach“...





  1. Ziarnka złota.
  2. Błachy, znikomy.
  3. Potwór.
  4. Ma bzika, popadł w obłęd.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Jaworski.