<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z życia awanturnika
Podtytuł obrazki współczesne
Wydawca Tygodnik Wielkopolski
Data wyd. 1872
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Doktorowa znaną była w mieście z dobroczynności, — pomagała biednym chętnie nie tylko pieniędzmi ale dobrą radą. Wiele mając czasu wolnego spełniała to właśnie posłannictwo najrzadsze i najmniéj powabne, iż ubogim ludziom, wysłuchawszy ich skarg i zażaleń, przychodziła w pomoc doświadczeniem, rozumem i stosunkami. Rzadko kto odmawia grosza ubogiemu, ale mało jest osób, któreby czasu swego i serdecznego współczucia nie żałowały.
Doktorowa miała tę rzadką cierpliwość anielską, dozwalającą jéj godzinami całemi trwać na najnudniejszych w świecie rozmowach z ludźmi prostymi, których żal, strapienie — gorycze życia uczyniły wielomównymi i monomanami serdecznych swych cierpień. — Przedpokój jéj w pewnych godzinach pełen bywał wszelakiéj gawiedzi przychodzącéj w najróżnorodniejszych sprawach. Jedni potrzebowali protekcji wstawienia się, pośrednictwa, drudzy rady, inni nawet aż przeczytania listu niewyraźnego lub odpisu pod dyktowaniem... Ubogie kobiety przychodziły prosić laku lub pieczęci.
Właśnie w zaspokojeniu tych drobnych, natrętnych ządań, doktorowa była rzeczywiście dobroczynną. Odrywała się od najmilszego zajęcia, ażeby pójść często radzić z kobieciną jaką, o wykrojeniu sukni dla dziecka z wynoszonego łachmana. Temi małemi przysługami zyskała sobie miłość u ludu... i jedni drugich słali do niéj jako do powszechnéj we wszystkich serdecznych poradach lekarki. Śmiało się wyższe towarzystwo z pani doktorowéj zowiąc ją św. Elżbietą au petit pied, ale ona ruszała ramionami i spełniała co pan Bóg przykazał.
W tych właśnie dniach, w godzinie, gdy zwykle przedpokój był pełny, doktorowa zobaczyła kobiecinę bladą, dosyć porządnie ubraną, która kryła się z razu w kątku, czekając by wszyscy wyszli — a gdy już nikogo nie było, prawie przestraszona, cichym głosem zaczęła prosić, aby ją pani wysłuchać mogła we cztery oczy, bo jéj coś ma powiedzieć ważnego.
Blada i mizerna twarz kobiety nie dała jéj z razu poznać doktorowéj, po głosie dopiero domyśliwszy się jéj — zbliżyła żywo, wołając — a to ty moja Elżusiu!
— A! to ja — kochana pani. —
— Cóżeś to tak zmizerniała...
Kobieta westchnęła. —
— Cóż, proszę pani, dzieci, gospodarstwo, a już tak zdrowia nie miałam!
Była to dawna doktorowéj garderobiana, którą ona lubiła bardzo. Uparła się wyjść za mężczyznę, który się jéj podobał bardzo — a po zamażpójściu — że doktorowa była mu przeciwna — już się nie widywały.
Spojrzawszy na zmizerowaną, biedną kobietę, smutną, do niepoznania zmienioną, dawna jéj pani rzuciła się jéj na szyję i poprowadziła z sobą do sypialni. —
Tu posadziła ją na krzesełku... kobieta była nad wyraz zbolała i biedna. —
— Widzisz, odezwała się doktorowa — wyglądałaś jak różyczka, byłaś wesoła i szczęśliwa... małżeństwo to ci nie posłużyło...
Elżusia ręką w milczeniu machnęła. —
— Cóż ci to jest? spytała pani.
— Nie mogę powiedzieć, bym nędzę cierpiała — dzieci mi też nie źle się chowają, a przecież —
— Mów mi szczerze! mąż bałamut.
— A! i to nie — odparła Elżusia — i zamilkła.
— Przecież, moja droga, jeśli chcesz, ażebym ci poradziła....
— A! tak, pani moja, nagle wybuchnęła płaczem Elżusia, zakrywając sobie oczy, — trzeba się pani ze wszystkiego wyspowiadać. — Męża mam niedobrego. Dla mnie on i dla dzieci jako tako — ale człowiek nie wedle Bożego prawa i przykazu.
— Tak jest, proszę pani, — mówiła daléj — popsuła go pokusa. Dostał dobre miejsce przy szpitalu, ale boję się, by duszy nie zgubił.... Pieniądze bardzo płyną, ino Bóg wie z jakiego źródła. Ja kawałka chleba przełknąć nie mogę — bo mi się zdaje, że chorym jest wydarty.
Załamała ręce biedna.
— Ale cóż tu począć, kiedy się i odezwać nie można. — Robię co mogę, by krzywdy ludzkiéj nie dopuścić.
— A mówiłaś z nim o tém? — zapytała doktorowa.
— O pani, nie ma dnia, żebyśmy się o to nie pokłócili. Co z tego? — kryje się przedemną a źle czyni....
I płakała Elżusia. Doktorowa uściskała ją uspokajając.
— Czyń ty swój obowiązek — czyń co tylko w twojéj mocy, nad siły Bóg nie wymaga.
— A! byle on dzieci i mnie nie karał za niego...
— Bóg jest sprawiedliwy! westchnęła doktorowa, uspokój się....
Elżusia łez wstrzymać nie mogła....
— On to może robi z wielkiego przywiązania do dzieci, odezwała się po chwili — ale zawsze co grzech, to grzech.
— Niech pani mnie z tajemnicy nie wyda — proszę a błagam, poczęła po chwilce, rozwijając powoli pod chustką przyniesiony paczek obwinięty w bieliznę. U nas w szpitalu różni ludzie przybywają i umierają. — Jest tam dozór, ale to trudno upilnować. Dopatrzyłam, że mój mąż po jednym chorym zabrał papiery — zlękłam się bardzo i musiałam je odkraść, żeby się to czasem na złe nie obróciło — i oto je do pani przyniosłam, niech pani rozpatrzy.
To mówiąc dobyła zbrukanych papierów wiązkę i położyła je przed gospodynią.
Doktorowa wstała zmięszana nieco, lecz nie mogła odmówić wezwaniu.
Wzięła więc papiery, zrazu obojętnie spoglądając na nie. — lecz po chwili aż krzyknęła z radości.
— A! to cię Pan Bóg natchnął, kobieto! — zawołała — żeś je tu do mnie przyniosła.
Elżusi aż oczy zabłyszczały.
— Ocalisz może cześć i życie ludziom poczciwym... lecz przy kimże papiery te znaleźć się mogły?
— Tego ja nie wiem — zamyślając się odpowiedziała kobieta — zdaje mi się, że przy starym jakimś ubogim, którego z gościńca chorego do szpitala przywieźli....
— Żyje on? — żywo zawołała doktorowa.
— A! nie — umarł, kochana pani! umarł!
Im daléj przepatrywała papiery doktorowa, tém radość jéj i zdumienie wzrastało.
— Papiery, rzekła, w lepsze ręce dostać się nie mogły — niech ci Bóg płaci, dopełniłaś jakiémś przeczuciem dobrego uczynku.... ale Elżuniu moja — o tém wszystkiém zamilczeć potrzeba.
Rozmówiwszy się jeszcze dłużéj z dawną sługą, doktorowa zawinęła papiery przyniesione w arkusz czysty i natychmiast z domu wybiegła... Z początku wielka radość nie dozwoliła jéj się opamiętać dokąd iść miała, dopiero kilkanaście kroków podszedłszy ulicą... opamiętała się i zwróciła ku mieszkaniu Toli, która dotąd do domu wyjechać nie mogła, bo czuła się słabą i nie przyjmując nikogo, zamknięta pozostała sama z Teresa.
Dla przyjaciółki jednak drzwi się otworzyły — Tolę zastała na szezlągu nie ubraną i mizerną. Rozradowana twarz doktorowéj z razu przykre zrobiła na niéj wrażenie.
— Moja Tolo kochana, instynktowo do ciebie pospieszyłam z dziwną wiadomością, która ci obojętną być nie może...
Cud, wyraźny cud dał mi w ręce dowody urzędowe, że ś. p. prezesowa wyszła była za mąż za Murmińskiego starego, który — jak się zdaje, zmarł tu temi dniami w szpitalu — i że Teodor jest jéj — synem!
Tola zerwała się z kanapki...
— Pani masz te papiery!
— Mam je, mam w ręku... zmieniłyby one położenie tego nieszczęśliwego, i mogły by go ocalić.
Dwie przyjaciółki uściskały się z radości, ale wkrótce smutek okrył twarz Toli.
— Mogłoby go to ocalić — rzekła — gdyby żył...
— Żyje! bądź pewna! profesorowi dał słowo, że sobie życia nie odbierze — ale co tu teraz począć z papierami?
— Przyznam ci się, że ja tak mało jestem praktyczna, że wcale nie wiem co robić. — Czuję tylko że się szala losu przeważać zaczyna w stronę przeciwną. Trzeba się poradzić, przyjaciół, prawników, ja nie wiem kogo — ale trzeba radzić — głosić i odezwać się do zbiegłego... Rób to! rób! moja najdroższa — zawołała Tola ściskając ją zarumieniona — Bóg ci dał posłannictwo drugim szczęście gotować, choć sama nie wieleś go skosztowała....
Po krótkiéj naradzie posłano zaraz ztąd jeszcze po profesora Kudełkę z pilném wezwaniem. Doktorowa papiery miała przy sobie.
Stary nastraszywszy się nieco takiego nagłego rozkazu, by natychmiast przychodził — cały drzący przybiegł do hotelu.
Jeszcze się nie witając, spojrzał po twarzach, co mu one powiedzieć miały, i uspokoił się widząc je uśmiechnięte.
Doktorowa nie oznajmując mu o niczém, posadziła go na krześle, kazała wziąść okulary, dobyła papiery i pierwszy z nich położyła przed nim.
Kudełka popatrzał i krzyknął ze zdumienia.
— Jakim sposobem? Zkąd? toć metryka ślubu Murmińskiego!
— Tak jest... odezwała się doktorowa a to, a to...
— To metryka urodzenia Teodora! Więc Teodora! Więc Teodor jest synem prezesowéj...
— A oto reszta papierów tyczących starego Murmińskiego?
— Gdzież on?
— Zdaje się, że temi dniami zmarł tu w szpitalu...
Żywa się tedy rozpoczęła narada, co robić.... Panie te słyszały już historję o ks. Salvianim, któréj Kudełka będąc naocznym i nausznym świadkiem, powtórzył ją, jako dziwnie potwierdzająca się właśnie temi papierami....
— Papiery trzeba podać do akt — odezwał się Kudełka — ale nie trzeba bezużytecznego czynić skandalu — i najpierw należałoby się naradzić z prezesem samym.... Niech go pani każe prosić do siebie — wzgląd na familię nakazuje mu to wprzódy ukazać....
Zgodziła się na to doktorowa i po dłuższych jeszcze naradach, profesor odszedł a panie zostały i Toli tak się polepszyło, że cały wieczór spędziła u przyjaciółki.... Wspólnie ułożyły bilecik do prezesa zapraszający, w bardzo grzecznych i ogólnych wyrazach, dla narady w pilnym i ważnym interesie.... Bilet wysłany został tegoż wieczora, a służący przyniósł od niego odpowiedź, że przybędzie....
Nazajutrz o godzinie dwunastéj, pomodliwszy się w duchu na intencję przykréj sprawy, która na nią spadła... doktorowa z bijącém sercem czekała na przybycie prezesa. Sama potém powiadała, że nigdy jéj tak poczciwe serce nawet na przybycie nieboszczyka męża nie biło.
O godzinie dwunastéj, punkt, chód się dał słyszeć na wschodach, prezes pewien, że idzie radzić w interesach kuzynki żony, z miną poważną i spokojną wtoczył się mierzonym krokiem na pokoje.... Gospodyni przyjęła go, nie jak zwykłe — wesoło i żartobliwie, ale surowo jakoś i smutno....
Prezes całe życie był sztywny, a w razach gdy się czuł potrzebnym, stawał się nieznośnie chłodnym i biurokratycznie wysznurowanym....
Poprosiwszy go siedzieć, doktorowa zaczęła sama....
Przepraszam pana prezesa z góry — jestem zmuszoną narazić mu się i zrobić nieprzyjemność — lecz — obowiązek przedewszystkiém. Jnteres nie miły, delikatny i na moja słabą głowę za ciężki....
— Racz pani bez przemowy przystąpić do rzeczy, odezwał się urzędnik — czas mam krótki.
— Musisz mi go chwilkę poświęcić, we własnym interesie.
— Jak to we własnym? zdumiony zapytał prezes....
— Tak jest w istocie — mówiła gospodyni. Wypadek dał mi w ręce dowody urzędowe, metryki ślubu Murmińskiego z prezesową i urodzenia Teodora. — Co mam z niemi zrobić?
Prezes porwał się z kanapy przerażony, ale w prędce ochłonął, — twarz okryła mu się bladością śmiertelną....
— To nie może być! zawołał.
— Tak jest! zimno mówiła doktorowa. Nim papiery tu doszły do mnie, były w rękach innych, są uznane za ważne.
Co mam z niemi zrobić? powtarzam.
— Co zrobić? krzyknął prezes rozgniewany, — spalić te fałszowane dokumenta! To robota intrygantów, nieprzyjaciół, zawistnych mi ludzi. To cała sieć osnuta do koła mnie, aby człowieka prawego obalić, aby splamić rodzinę, wydrzeć majątek. — To infamia!
Papiery! dodał — czemuż się one dopiero teraz — i zkad zjawiają? Jaką drogą doszły do pani?
— Zdaje mi się, że stary Murmiński umarł tu w szpitalu...
Prezes drgnął nieznacznie.
— Stary Murmiński! imaginacja! intryga! wszystko intryga! — wszystko intryga! — Fałszerstwa.... Wiadomo, jak we Włoszech łatwo jest podrobić co się podoba. Sprowadzili aż z tamtąd na mnie i ks. Salvianiego, dobrodusznego starca, który pamięć stracił — i — jak widzę, papiery....
— Papiery! powtórzył z oburzeniem — rób z niemi pani co zechcesz! proszę! Każcie je położyć na rynku, ogłoście przy trąbach — mnie to wszystko jedno, ja honoru domu i pamięci matki bronić będę do ostatka.
Doktorowa pobladła.
— A jeśli papiery są prawdziwe! spytała.
— Prawdziwe być nie mogą! to podłe roboty wydrwigroszów!
— Wolisz więc, aby na pamięci matki ciężało podejrzenie stosunków nieślubnych niż ślub i pożycie z uczciwym człowiekiem.
— Z uczciwym? z łajdakiem! z intrygantem — zawołał prezes unosząc się. — Zkąd pani masz te papiery? pokaż mi pani te fałszerstwa...
— Gdy trochę ochłoniesz, panie prezesie, bardzo chętnie ci je pokażę, odpowiedziała doktorowa, w téj chwili obawiałabym się roznamiętnienia — nie jesteś przytomnym.
— Ja nie przytomnym!! stanął prezes i usiłował zebrać myśli i panować nad sobą. — Wolniejszym głosem począł na nowo.
— Najcierpliwszego człowieka przyprowadzić może podobne postępowanie do chwilowego zapamiętania... Pani! nasza krewna, należącą do familji — pani, którąśmy szanowali — dałaś się wciągnąć w te demagogiczne podziemne roboty! czyż nie widzisz, co ich za cel? Oto poniżyć szlachtę, oto uczciwą i szanowną rodzinę zbłaznić. I pani miałaby do tego podać rękę?
Doktorowa zarumieniła się.
— Prezesie kochany, rzekła, nie należę ani do arystokracji ani do demagogów, choć z pierwszą krew mnie łączy, a z drugimi często uczucia podzielam... Jestem chrześcianka, widzę lud Boży we wszystkich bez różnicy. — Tak, bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości. Nie mam ani nienawiści przeciw demokracji, ani niechęci przeciw wyższym, widzę porządek świata i prawo ogólne, które klasom wykształceńszym daje pewną przewagę, aby jéj na dobre użyły — odpycham twe posądzenie... przeczę twemu domysłowi, w tém nie ma intrygi — ale jest sprawiedliwy palec Boży.
— I pani mówić to możesz?
— Najspokojniéj w świecie, bom tak przekonana..! Ciebie przecie uwodzi namiętność...
— Ja bronię co mam najdroższego!
— Nie sławy ale sumienia broń...
— Zostaw pani staranie o nie przy mnie, rzekł obrażony prezes. Nie od dziś znam te pokątne knowania przeciwko nam... Ci ludzie do wszystkiego są zdolni...
— Ale jakiżby cel mieli!
— Obedrzeć nas i zniesławić!
— Powtarzam ci, to być nie może! Miarkuj się, ratuj i nie narażaj na gorsze jeszcze następstwa. Już ks. Salviani ci mówił...
— Głupi starzec! wybuchnął prezes, nabechtany..
— Zlituj się...
— Gdzież są te papiery? pokaż mi je pani! zawołał zbliżając się natarczywie.
— Nim ci je ukażę, rzekła spokojnie doktorowa, muszę cię przestrzedz, że przeszły przez rąk kilka, że je widziano u mnie. Jesteś tak rozdrażniony, iż się obawiam widokiem ich więcéj jeszcze roznamiętnić.
Blady i drzący starał się znowu prezes udać uspokojonego.
— Cóż pani myślisz poczynać? na co się to komu zdało? dla satysfakcji chyba upokorzenia nas — podchwycił. — Pani sama powiadasz, że stary Murmiński nie żyje — młody się pewnie gdzieś obwiesił, unikając tego, aby go nie powieszono... komuż pani oddać chcesz i jakiego rodzaju przysługę? Gawiedzi, która mnie będzie palcami pokazywała?
— Młody może żyć i spodziewam się, że żyje — odezwała się doktorowa.
— A ja mu życzę, żeby nie żył! — krzyknął prezes — bo wstyd robi pamięci téj, która go wychowała! Jest to człowiek zepsuty, zawistny, zły.... wszystkie instynkta plugawéj kasty, do któréj należy... rewolucjonista obrzydły....
Na szubienicy gdzieś skończy....
I dla takiego to człowieka pani chcesz poświęcać nas... swoich — krewnych, nas, cośmy ci w szczęściu i nieszczęściu dawali dowody przyjaźni i współczucia....
Doktorowa się zachwiała.
— Całkiem inaczéj spodziewałam się cię znaleść usposobionym — odpowiedziała zwolna gospodyni i dla tego chciałam sam na sam mówić wprzód z tobą — posłuchaj mnie... Sądziłam, że czczisz pamięć matki, jak rozumiałam, że ją szanować powinieneś — że to co było jéj wolą, spełnisz w pokorze, że to co było jéj drogiem ukochasz, że dla tego którego uważałeś za brata, choćby był obłąkanym, zachowasz serce braterskie, dasz mu pomoc, opiekę — miłość...
Prezes zaczął się śmiać.
— Kobiece romanse! sentymentalizmy! ze złodziejami! ale pomyśl że pani, rozbierz całą tę historję i obrachuj a osądź czy nie mam prawa się oburzać!! — Matka nieboszczka przyjmuje dla mnie nauczyciela, człowiek ten wchodzi do naszego domu... ogląda się, że bezbronną znalazł w nim kobietę, liczy że ją grając sentymenta wielkie za serce pochwyci... pochlebia, płaszczy się... wciska, zyskuje zaufanie by go nadużył... Oto smutne dzieje naszego domu... Narzucają nam potém jakiś fikcyjny ślub, jakieś dziecko podrzutka...
— Ależ zlituj się — przypomnij jak go twa matka kochała?
— Co to dowodzi? zawołał prezes — przywiązała się do sieroty.
Znużony mówiąc rzucił się na kanapę i podparł na ręku...
— Nie — dodał — niech mnie szkalują, niech dowodzą, niech procesują — będę się bronił do ostatniego...
— Nikt przecie procesować cię nie myśli...
— Gdzież są te papiery? oglądając się w koło mówił daléj i jak one do rąk pani doszły? Sama pani mówisz że człowiek ten zmarł w szpitalu, któż śmiał je wziąć ztamtąd!
— A któż ci mówi, że on ich wprzódy nikomu nie powierzył...
Prezes się tak zapomniał, tak niesłychanie był zburzony, iż bez zastanowienia wyszło mu z ust...
— Jak to mógł uczynić, kiedym zakazał, żeby żywa dusza przystępu doń nie miała...
Jeszcze nie dokończył, gdy zmiarkowawszy, iż te słowa były zeznaniem straszliwie go kompromitującém, zaczerwienił się cały i rozśmiał patrząc dziko na doktorową, która ręce załamała i zbladła.
— Więc wiedziałeś o nim, że był w szpitalu!
— Ja nie wiem, co plotę — poprawił, się prezes gniewnie — chciałem powiedzieć, żeśmy ogólny rozkaz wydali, aby chorym nie wolno było komunikować się z przychodzącymi. Jest to prawo ogólne... Często chorym krewni przynoszą rzeczy szkodliwe...
Gospodyni spojrzała na niego bystro i zamilkła znacząco.
— Myśl sobie pani co chcesz — ruszając wzgardliwie ramionami — począł prezes — to mi wszystko jedno...
Gdzie są te papiery?
Doktorowa wahała się, czy ma mu je pokazać lub nie — zdawało się jéj wreszcie, że nie podobna aby się gwałtu jakiegoś miał dopuścić... Prezes widocznie wrzał, stał drżący, konwulsyjnie się rzucając.
Był to jeden z tych smutnych dni wiosennych, majowych, w ciągu których zimny deszcz ostudza atmosferę i dreszczem przejmuje. — Doktorowa lubiła ogień na kominku i nieopodal paliło się na nim... na co nikt nie zwracał uwagi. Przynaglona o pokazanie papierów wahając się jeszcze, wreszcie po namyśle długim, otworzyła biurko wyjęła z niego i przyniosła zwitek Prezesowi. Chciwie porwał go rękami drżącemi nie mówiąc ani słowa, brwi mu się zmarszczyły, palce dygotały, przewrócił cały plik żywo i nagle ścisnąwszy w kłąb — cisnął w ogień.
Doktorowa z krzykiem chciała się rzucić do komina, aby wyrwać z płomieni papiery, lecz prezes rozkrzyżował ręce i odpychając ją silnie, nie dopuścił. Twarz jego nabrała dzikiego rozpaczliwego wyrazu.
— Ty śmiesz! zaryczała kobieta.
— Śmiem!! tak! prawdziwe czy fałszywe, spalę, zniszczę, zdepczę i odepchnę kto mi na drodze stanie. Zapowiadam to pani! Będę się napastowany bronił jak zwierz, wszelkiemi możliwemi środkami... nie poszanuję nic. Są w życiu chwile szału... tak... mów pani: czyń co się jéj podoba — ogłoś mnie rabusiem, gwałtownikiem, nikt ci nie uwierzy. Ja cię ogłoszę warjatką i zrobię to tak, że mi wiara będzie daną... Je suis dans mon droit de legitime defense!
Kobieta padła na krzesło przestraszona i zaczęła płakać, łamiąc ręce... Prezes chodził po pokoju chwyciwszy za kapelusz z miną człowieka, który w rozpaczy popełnił czyn, już się na nim samym mszczący zgryzotą sumienia.
Stanął na chwilę przed gospodynią, — miarkując się.
— Moja pani, odezwał się — nie żałuję tego com zrobił. Tak powinienem był postąpić, tak mi moje dyktowało sumienie... Nie burz się pani nadaremnie, fakt spełniony, oszczerstwa te, dzieło podłéj intrygi nie egzystuje...
Opamiętaj się pani, uspokój i proszę się nie gniewać.
Widząc, że doktorowa za łzami odpowiedzieć mu nie mogła, ośmielił się podać jéj rękę — którą odepchnęła ze zgrozą, odjęła chustkę od twarzy.
— Mości panie — zawołała, nie przystępuj do mnie i niech nikt z was nie ośmieli się przejść progu mojego domu! Znać was nie chcę!! Popełniłam przez zbytek zaufania winę, za którą odpokutuję. — Papiery te w wierzytelnéj kopii dostanę — choćbym miała jechać za niemi sama! choćby mnie majątek mój kosztować miały, choćbym życiem przypłaciła! Wypowiadasz wojnę — przyjmuję ją. — Ogłoś mnie za warjatkę, ja znajdę takich, co mi uwierzą, żeś — nikczemny...
Słuchając prezes bladł... ale uśmiech skrzywił mu usta sine.
— Dobrze — odezwał się — zgoda! Przestrzegam tylko panią, że bądź co bądź, ja téż użyję wszelkich środków jakie są w mocy człowieka, który ma stosunki, stanowisko i majątek... Nie ulęknę się procesu, nie cofnę przed użyciem w méj obronie wszelkich godziwych i niegodziwych środków. Cel mój święty! bronię pamięci matki. — Miejcie się na baczności. — Żegnam panią...
To mówiąc niepewnym krokiem potrącając o wszystkie sprzęty stojące na drodze, wyszedł, a raczéj zataczając się wysunął z salonu i zniknął w przedpokoju. Doktorowa długo, niema, przybita pozostała w krześle, z załamanemi rękami... na przemiany płacząc jak dziecię i burząc się...
Na dwunastą godzinę zaprosiwszy prezesa, obliczyła, że dłużéj nad pierwszą lub pół do drugiéj nie zabawi, a że Kudełka i Tola ciekawi byli dowiedzieć się o rozmowie jéj z dostojnym kuzynem, na drugą godzinę wezwała ich na obiad... Gdy Tola weszła wreszcie po cichu... a za nią profesor, który ją z hotelu prowadził znaleźli jeszcze doktorową siedzącą w tém samém miejscu i prawie nie przytomną. Tola chwyciła ją za rękę. Widziała już że skutek tego widzenia się z prezesem musiał być nieszczęśliwy, lecz ani przypuścić mogła, ażeby taką katastrofą i gwałtem się to skończyło.
— Nie pytaj mnie — podnosząc oczy odezwała się gospodyni — nie pytaj mnie — jeszcze ochłonąć nie mogę. — Stało się, czego ani ja ani nikt w świecie spodziewać się, przewidywać nie mógł, coś gorszego nad wszelkie pojęcie...
Kudełka przestraszony patrzał cisnąc kapelusz do piersi.
Doktorowa wskazała na komin...
— Rzucił papiery w ogień!
Okrzyk zgrozy wyrwał się z ust wszystkich.
— Tak jest, mówiła daléj — nie potrafię wam powtórzyć, com słyszała od niego gróźb i wyrzutów. Skończył na tém, że jeśli ja czyn jego rozgłoszę, nikt mi nie uwierzy, bo on osławi mnie jako warjatkę... a nawet!... jako krewny, któż wie — gotów mnie kazać zamknąć w domu obłąkanych...
Kudełka rzucił się, mimo swych lat osiemdziesięciu z żywością gniewu młodego...
— Pani mnie masz za świadka!
— Na ciebie powiedzą, żeś zdziecinniał, tak jak na Salvianiego mówią że na umyśle osłabł... Musimy się przygotować na porażkę...
— Nigdy w świecie — ze szlachetnym zapałem — podchwyciła Tola, stojąc pąsowa od gniewu przy krześle doktorowéj. — Ja nie wiele mogę, lecz proszę przyjąć pomoc moja...
Pani zawsze broniłaś przedemną prezesa, ja go znałam nadto dobrze, jam wiedziała, że gdzie go namiętności lub interes wiedzie — na wszystko jest gotów... Niema szlachetniejszéj w świecie roli, jak obrońcy uciśnionych...
Dzisiéjszy nikczemny materjalizm tylko może powiedzieć, że słabi nie mają prawa do życia — nauka boskiego mistrza powinna rządzić nami — słabych bronić... złych upokorzyć!
Kudełka aż się rozpłakał, przybiegł do Toli i zaczął ją w ręce całować...
— O! moja droga pani — zaczął gorąco — jaka to pociecha jest posłyszeć jeszcze takie słowa. Jam już o świecie zrozpaczył... Dziś inne mu prawo panuje... 1800 lat uczono nas poszanowania słabych — res sacra miser — sinite parvulos venire ad me — dziś mówią słabym śmierć, silnym życie — i vae victis i chce się umierać, by tego nowego świata nie widzieć!
— Dajmy sobie ręce — przerwała Tola — jesteśmy słabi — lecz walczyć będziemy za sprawiedliwość, za uciemiężonych i pokrzywdzonych... zwyciężym!!
— A jednak — pani moja — rzekł po chwili profesor — po co mu z rąk było dawać te papiery.
— Musiałam przecież je pokazać — gdybym ich była nie dała, byłby mi je wyrwał — przecież nie wahał się mnie rzucającą się w ogień dla wyrwania ich z płomieni, popchnąć tak silnie, żem o mało nie padła...
— I to jest człowiek — rozśmiał się Kudełka — powszechnego używający szacunku, okryty czcią współobywateli — człowiek, któremu płaszczyk cnoty służy do pokrycia...
— Zbrodni! dorzuciła Tola. — To mówiąc zawisła na szyi przyjaciółki. — Droga moja — zawołała... nie płaczmy, ale czyńmy co potrzeba, ażeby... prawdzie dać zwycięztwo. Jest nas dwie słabe kobiety... i jeden...
— Staruszek do niczego! wtrącił Kudełka.
— Tak — ale z nami jest siła sprawiedliwości... Trzeba zedrzeć maskę z tych sykofantów... wołała zapalając się panna... Cicho więc! ani słowa — ale do czynu!! nie skarzyć się, nie płakać, nie głosić... nie budzić ich czujności — działać trzeba!!
Odwróciła się do Kudełki.
— Czy ks. Salviani wyjechał? spytała.
— Jeszcze nie...
— Polecić mu trzeba wyjęcie urzędowych papierów, on najlepiéj wie gdzie i jakich... Wiele potrzeba pieniędzy... wielekolwiek ich zażąda... ofiaruję... Posłać umyślnie — obmyśl pan środki. Dziś, niezwłocznie — natychmiast.
Kudełka się skłonił, a doktorowa otarła łzy. — — Z ciebie prawdziwa heroina!...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.