Ziemia obiecana (Pontoppidan, 1924)/Księga druga/Część piąta

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henrik Pontoppidan
Tytuł Ziemia obiecana
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1924
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Det forjættede land
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CZĘŚĆ PIĄTA.

Nazajutrz wrócił do Skibberupu pewien człowiek z odwiedzin w Sandindze i przyniósł niepokojącą wieść, że stary dyrektor uniwersytetu ludowego, chorujący od dość dawna już, zaniemógł ciężko i żył nie będzie.
W kilka godzin potem przybył posłaniec umyślny z zawiadomieniem, że umarł. Wraz z tym człowiekiem zszedł z pola znowu jeden z najstarszych bojowników o duchowe wyzwolenie chłopstwa duńskiego, a zarazem właściwy twórca ruchu oświatowego w całej tej części kraju.
Przez trzydzieści przeszło lat „oświecona“ ludność okolicy patrzyła nań jak na ojca, a mimo że w czasach ostatnich nie mógł się pogodzić z rozpolitykowaniem młodego pokolenia, które zaniedbywało, zdaniem jego, to, co jedyną posiada wartość, mianowicie „oświecenie i rozwój ducha,“ to jednak popularność jego nietylko nie malała, ale tym większym szacunkiem ogólnym cieszył się, im bardziej srebrzała mu broda długa i włosy ramion sięgające. Młodym wydawało się, że słyszą starą legendę, gdy mówił o pierwszych ciężkich czasach walk o sprawę ludu, kiedy jej szermierzy uważano za uwodzicieli młodzieży, zasługujących na stos i ogień piekielny po śmierci. Pewni byli, że to opowieść o męczeństwie świętego, gdy prawił w tonie napoły żartobliwym o tem, jak to, wzorem apostołów, wędrował pieszo od wsi do wsi z wykładami, które musiał wygłaszać w szopach i czworakach czeladnich, prześladowany przez kler i nauczycielstwo, traktowany jak włamywacz, maltretowany i szczuty psami przez samychże chłopów, tak że musiał ze wsi uciekać.
Nietylko stratę przyjaciela opłakiwano powszechnie, ale była to pełna namaszczenia żałoba ludu wobec wspólnego wszystkim nieszczęścia. Zeszło na drugi plan nawet wzburzenie Skibberupaków przeciw wójtowi, a zamierzane posiedzenie postanowiono przesunąć na któryś dzień po pogrzebie. Uczuli i oni, że utracili wodza, wszyscy mówili tylko o starym dyrektorze, zdejmowali ze ściany wiszący nad komodą wizerunek, wpatrywali się w drogie rysy pucołowatej twarzy i dwa czarne punkciki nad policzkami, mające przedstawiać młodzieńcze, żywe, ciemne oczy jego. Powtarzano bajki, które miał opowiadać, odczytywano stare listy, pisane drobno na małych kartkach, pełne uniesienia i wylewów przyjacielskich uczuć, wieczorem zaś siadano pod domami na kamieniach i śpiewano ulubione jego pieśni.
Wieść żałobna dotarła żywem echem także do plebanji i dlatego Emanuel nie znalazł sposobności by uspokoić, jak chciał, Hansinę. Pozatem inna jeszcze zaszła rzecz, wywołując zamieszanie. Pewnego ranka Emanuel, zaszedłszy do stajni godzinę później niż zwykle, zastał mimo to Nielsa w łóżku. Dając folgę długo hamowanej niecierpliwości, palnął mu kazanie. Przyszło do sprzeczki, w ciągu której Emanuel kazał parobkowi w przystępie uniesienia spakować manatki i wynosić się precz, co Niels wykonał dosłownie. Emanuel spostrzegł zaraz na drugi dzień, gdy chciał przyjąć innego parobka, że to co zaszło wywołało bardzo złe wrażenie na ludności. Przyjęto też za oczywistą prawdę kilka złośliwych uwag Nielsa odnośnie do sposobu wydalenia go ze służby, a Skibberupacy zaczęli mówić pomiędzy sobą, że nigdy nie uważali Emanuela za tak doskonałego, za jakiego się podawał. Daremnie zwracał się do różnych, wolnych parobków, by przynajmniej w żniwa mieć pomoc. Jedni odmawiali wprost, inni czynili niedwuznaczne przytyki do jego opinji, jako niepunktualnego płatnika, i bez żenady żądali naprzód zapłaty. Sąsiedzi i kilku innych parafjan przyobiecali, co prawda, pomóc coś od czasu do czasu, ale wobec wielkiej krętaniny z racji żniw, najczęściej wymawiali się na różne sposoby, nie spiesząc z czynną pomocą.
Rozgniewany tem wszystkiem uczynił, wkońcu Emanuel krok niewłaściwy i zwrócił się do napiętnowanego wójta, który jak zawsze hojny i uczynny, wysłał w pole całą czeladź swoją i tegoż jeszcze dnia zwiózł mu do stodoły wszystko, napoły porosłe już zresztą zboże.
Było to otwartem wypowiedzeniem wojny.

Zasłużonego dyrektora uniwersytetu pochowano na cmentarzu sandingskim przy udziale niewidzianego dotąd, bo dwutysiącznego przeszło orszaku pogrzebowego, w czem było więcej jak pięćdziesięciu księży w pełnym, kościelnym stroju. Po rozlicznych wsiach całej okolicy powiewały spuszczone do połowy masztu flagi, a od wczesnego ranka sunęły po fiordzie liczne łodzie żaglowe i barki, pełne czarno ubranych ludzi.
Dzień był mglisty, a ciężkie chmury nastrajały smutnie. Nie podniosły ducha nawet mowy, wygłaszane naprzód w wielkiej auli szkolnej, gdzie stał katafalk, ani w kościele, ani wreszcie nad grobem, w liczbie jedenastu. Śpiewano z pełnej piersi stare, a ciągle świeże pieśni, ale w tonie ich czuć było przygnębienie przeciwnościami, na jakie wystawieni byli zwolennicy sprawy ludu w czasach ostatnich.
Po pogrzebie wszyscy wzięli się do koszy z zapasami jadła, a że budynek nie mógł i części zebranych pomieścić, roztasowano się, mimo mżącego deszczu, naokół, pod drzewami i dachami przyległych domów, lub parasolami. Byli tu ludzie najrozmaitsi, począwszy od dwu dostojników kopenhagskiego liberalizmu, adwokata w złotych okularach i fabrykanta cukru w złotych binoklach, aż do biednych komorników, którzy przewędrowali dużo mil i poświęcili zarobek dzienny, by odprowadzić na spoczynek wieczny wodza swego i obrońcę. Zebrali się nauczyciele, wychowankowie seminarjów, dyrektorowie uczelni ludzie dawnego typu o długich brodach i wielkich, pielgrzymich kapeluszach, a obok nich widnieli młodsi towarzysze, modniej ubrani i bardziej światowi. Jakiś młody kandydat na pastora przechadzał się pod rękę z narzeczoną, zaglądając jej w oczy. Oboje okrywał jeden parasol, on miał spodnie zagięte wysoko, ona suknię podwiniętą i wysokie kalosze na nogach. Pod jednem drzewem stała grupka posłów chłopskich, szepcąc zupełnie jak w kuluarach folketingu. Z wszystkich części kraju przybyły deputacje z wieńcami i kondolencjami oddalonych zwolenników i przyjaciół. Zjawił się nawet pewien norweski poeta narodowy, zawodowy agitator, objeżdżający właśnie Danję z mowami i odczytami. Uradowano się nim wielce, a imponująca postać jego i rozgłośny organ krasomówczy wzbudziły entuzjazm. Ciągle otaczało go koło uważnych słuchaczy, a zwłaszcza włóczył się za nim natrętnie Niels i drugi młody parobczak. Obaj zabiegali by stać jak najbliżej znakomitego człowieka i dostąpić zaszczytu, że wesprze się na ramieniu, któregoś w chwili zapału retorskiego.
Emanuel przybył za późno. Wybierał się właśnie wraz z Hansiną łodzią przez fiord, gdy przybył posłaniec od Aggerbölla z prośbą, by dał wijatyk żonie jego, która pewnie dnia nie przeżyje. Hansina pojechała tedy sama, a uroczystość pogrzebową skończono już niemal, gdy Emanuel zdążył na miejsce.
Ledwo się znalazł pośród ciżby, szukających schrony pod obszerną werandą szkoły, przystąpił doń młodzieniec jakiś, wymawiający chrapliwie po jutlandzku literę r i przedstawił mu się jako student Soeren Soerensen.
— Wszakże się nie mylę? — spytał. — Pan jesteś Emanuel Hansted? Doskonale się składa! Wszędzie pana szukaliśmy, bo pewni byliśmy, że pan tu jesteś. Musi pan pójść ze mną koniecznie do Leny Gilling. Ciągle pyta o pana, chcąc poznać go osobiście.
Napoły wbrew woli swej został Emanuel wprowadzony na schody. Nie był w nastroju odpowiednim dla rozmawiania z ludźmi, a zwłaszcza z kopenhagczykami, ale student, nie bacząc na wymówki, wciągnął go triumfalnie do przepełnionej auli, gdzie woniały gałęzie jodłowe i brzęczały liczne głosy.
Pani Gilling, bogata wdowa, utrzymywała w Kopenhadze szczególnego rodzaju dwór. Emanuel słyszał nieraz, że jest jednym z wielkich filarów związku przyjaciół oświaty. Zobaczył starszą już, piękną damę, siedzącą w wyplatanym fotelu, rozmawiającą z jakimś krągłym proboszczem w kapie i jedwabnej czapeczce. Parę tę otaczał krąg nabożnych słuchaczy.
Na widok Emanuela wstała, uśmiechnęła się i powitała go wstydliwie, a z macierzyńską jednocześnie serdecznością. Długo trzymała dłoń jego w obu rękach, potem zaś rzekła:
— Nareszcie tedy widzę pana! Dawno już tego pragnęłam, słysząc mnóstwo bardzo miłych o panu rzeczy. Pilnie śledziliśmy tok szlachetnych usiłowań pańskich... czemuż atoli nie chcesz udzielić się także nam, mieszczuchom? Czemu pan nie zajrzysz do stolicy? Zaręczam, że i tam trzeba bardzo ludzi młodych i gorących wyznawców sprawy wolności. Już widziałam dziś żonę pańską i obiecała mi niemal, że namówi, byś pan zajrzał do Kopenhagi celem porozmawiania o rzeczach dla nas wszystkich ważnych. Sądzę, że żona ma tyle wpływu, iż jej namowa skutek odniesie. Bardzo jest mila i nader przyjemnie nam było razem gwarzyć.
Wieść o przybyciu Emanuela rozeszła się po sali i zewsząd ściągali ludzie, by zobaczyć słynnego człowieka, koło którego idealnego nazwiska utworzyła już się wśród stronnictwa cała legenda. Zaledwo posłyszał jego nazwisko, rzucił się pan proboszcz z rozwartemi ramionami i, stojąc na palcach, wycisnął na jego policzkach dwa rozgłośne pocałunki.
— Więc to jest Emanuel Hansted! — powtarzano wszędzie i przez kilka minut całe powietrze brzmiało jego imieniem.
On sam radby był umknąć co prędzej. Zbyt rzadko mu schlebiano, by miał znaleźć upodobanie w miodowych słówkach pani Gilling, a przeciwnie czuł się upokorzonym pochwałami ludzi, którzy nie znali wcale stosunków, panujących w jego gminie. To też skorzystał ze sposobności powrotu do sali norweskiego poety, przyjętego głośnemi okrzykami i odszedł, chcąc znaleźć Hansinę.

Znalazł ją wreszcie poza ogrodem, siedzącą na płocie, w cieniu wielkiego jałowca. Towarzyszyła jej jakaś obca chłopka, a Emanuel zdumiał się już zdaleka, widząc że trzyma rękę Hansiny na swych kolanach. Podszedłszy zauważył, że obie usiłują ukryć wielkie wzburzenie, a owa nieznajoma ma nawet czerwone od płaczu oczy. W tej chwili poznał rudowłosą Annę, przyjaciółkę Hansiny, której się przed sześciu laty zdarzyło wyjść za pewnego „Skallinga.“
Skallingami zwano szczep rybaków, mieszkający w dali na północy, na przylądku wchodzącym wprost w pełne morze. Podobnie jak dawnemi czasy Skibberupacy, tułali się oni po wszystkich fiordach, przybijając do wybrzeży i sprzedając połów. Z dawien dawna dzicy i nieokrzesani, nie brali żadnego udziału w ruchu oświatowym, to też unikano ich ogólnie i pomiatano nimi. Niedługo po ślubie Hansiny spotkała Anna w mieście pięknego, czarnowłosego Skallinga i zakochała się w nim ku własnemu przerażeniu. Długo walczyła, nie mówiąc nic nawet przyjaciółce, wkońcu jednak, nie mogąc się oprzeć nastawaniu dzielnego rybaka, przystała. Podczas strasznej burzy, idącej od wschodu, chłopak przyjechał czółnem i tegoż jeszcze wieczora zabrał ją i starych jej opiekunów do krytej sitowiem chaty swojej. Wydarzenie to uczyniło bardzo przykre wrażenie w całej okolicy. Nie sądzono, by Anna mogła dać się tak ponieść namiętności i żałowano, że żyć musi pośród półdzikich ludzi nad morzem. Przyjaciółki zamieniały zrazu listy, ale Anna pisywała coraz to krócej, a potem zamilkła. Hansina odgadła, że jej wstyd, iż musi przyznawać się stale do niezmąconego szczęścia. Myślała o niej często i pewna była, że wrazie konieczności znalazłaby u niej schronę i pomoc.
Dziwnie się zrobiło Emanuelowi, gdy ujrzał po tylu latach Annę znowu przy boku Hansiny, zwłaszcza, że na widok wzburzenia obydwu nabrał pewności, iż się sobie wywnętrzyć musiały. To też spytał Annę tonem litośnego współczucia, jak jej się powodzi. Odparła z radosną jakąś szczerością, która go niemal dotknęła, że jej się powodzi wyśmienicie, że ma pięcioro zdrowych dzieci i trzy owce, że jej Mateusz postawił niedawno nowy dom, oraz że tenże sam Mateusz, z własnego popędu spytał, czy nie chce jechać na pogrzeb starego dyrektora, dodając, iż zapuścił w pobliżu kilka sieci, przeto przy okazji zajrzy co słychać z połowem.
Mówiąc, siadła z powrotem koło Hansiny i chwyciła jej dłoń z miną obrończyni i protektorki. Mimo że nic nie mówiła, widać było rozczarowanie, wywołane zbliżeniem do dawnych kolegów i koleżanek z ruchu oświatowego, a oczy jej wyraźnie świadczyły, że pragnie co prędzej wracać do domu, swego wybrzeża, owiec, dzieci i Mateusza.
Emanuela coraz bardziej raził ton, jaki przybierała wobec Hansiny. Odwykł tak dalece, by żona okazywała komuś poufałość, że ręka jej, spoczywająca na łonie Anny, wydała mu się niemal oskarżeniem. Hansina siedziała milcząc i patrząc w ziemię. Wydawało mu się, niemal, że unika jego spojrzenia. Odczuł teraz, jak bardzo odeszli w czasach ostatnich od siebie i postanowił, że odtąd nic nie zostanie niedopowiedzianem. Teraz, kiedy miały dlań, zda się, zniknąć wszystkie inne związki, kiedy mieli być bardziej, niż zazwyczaj sami, należało wrócić do stosunku zupełnego zaufania, by w tem znaleźć nagrodę za wszystko, co utracili na zewnątrz.
Hansina była przez cały czas pogrzebu bardzo wzruszona. Chociaż miała z dawien dawna przeczucie, że zapoznanie się jej z sandingską uczelnią drogo ją będzie kosztowało, żywiła dla starego dyrektora wielki szacunek, a teraz, gdy go nie stało, wspomniała z wdzięcznością to, co mówił, zwłaszcza jak przykazywał żyć poświęceniem dla drugich. Wrażenie tej śmierci, długie, uporczywe milczenie Emanuela, świadczące dowodnie, gdzie go ciągnie tęsknota, jedno i drugie, a także niespodziane spotkanie przyjaciółki doprowadziło ją do pewnego postanowienia. Poznała, że daremnem jest walczyć z fatalizmem i że dlatego najlepiej będzie zarówno dla Emanuela jak i dzieci, gdy nastąpi zasadnicza zmiana w ich wzajemnym stosunku i całem dalszem życiu. Postanowiła, że któregoś dnia pomówi o tem spokojnie z mężem i w słowach oględnych wyjawi mu to, co uznała za jedyną drogę osiągnięcia szczęśliwszego dla wszystkich losu.

Deszcz tymczasem ustał, chmury się rozeszły i Emanuel ujrzał grupki ludzi, ciągnące z ogrodu i chat ku wielkiemu, w pewnej odległości od szkoły leżącemu kurhanowi, z którego zwykł był przemawiać dyrektor w wielkie, narodowe uroczystości. Zaproponował, by się tam także udali, kobiety ociągały się nieco, ale niebawem ruszyli we troje.
Tłum ludzi, skupionych wokoło ustawionego na szczycie kamienia, tworzyli w przeważnej części mieszkańcy Vejlby i Skibberupu, gdyż goście kopenhascy wraz z norweskim poetą poszli na stację kolei, a mieszkający dalej uczestnicy rozjechali się zaraz po skończonej uroczystości.
Gdy Emanuel z Hansiną i Anną dotarli do kurhanu, stał tam już u kamienia mówca i przemawiał. Był to siwo brody starzec z obnażoną, obyczajem dawnych ludowych prelegentów, łysą głową i czynił uroczyste gesty. Wielkie wzruszenie malowało się na jego twarzy, ale głos miał tak słaby, że najbliżsi nawet przestali po chwili nadsłuchiwać. To też odetchnęli wszyscy z ulgą, gdy po półgodzinnej perorze zakończył i zszedł na dół niezmiernie wzburzony i rozgorączkowany. W chwilę jednak potem ukazał się ponownie, stał przez chwilę ogłupiały, macając po całem ciele, a wreszcie krzyknął tak donośnie, że wszyscy usłyszeli:
— Musiał ktoś z was znaleźć czerwoną chustkę! Proszę bardzo złożyć ją w szkole, bo jest moja!
Rozległy się śmieszki, a starzec zszedł ponownie na dół.
Drugi zkolei przemawiał, podobny do pastora, Antoni Antonsen, nowy nauczyciel z Vejlby. Wstąpił na kurhan w pluszowym kapeluszu, z fajką w ustach, ale i on dziś nie miał powodzenia. Mimo białego krawatu i stroju duchownego, jego mała, śmieszna postać nie odpowiadała nastrojowi chwili. Sława jego zresztą znacznie ucierpiała w onym czasie, gdzie wszyscy, miast facecyjek i trzeźwych opowieści, pożądali wojowniczych okrzyków i proroctw zwycięstwa.
Zebrani zobaczyli tymczasem Emanuela i gdy Antoni skończył, na twarzach odmalowało się oczekiwanie. Oczy wielu zwróciły się nań, tak że nagle uczuł potrzebę mówienia i zdania publicznego rachunku z myśli, niepokojących go coraz to bardziej w czasach ostatnich. Sądził, że umysły będą dnia tego właśnie wrażliwsze na przyjęcie gorzkiego wyznania, jakie bez względu na skutki musiał zresztą prędzej czy później złożyć przyjaciołom.
Gdy wstępował na kurhan, lekki pomruk przebiegł po tłumie.
Zaczął od wdzięcznego wspomnienia przyjaciela, którego trumna zgromadziła tu obecnych. Powiedzieć o nim można, że „Bóg go pobłogosławił, on zaś stał się błogosławieństwem innym.“ Atoli drogi zmarły został, zaiste, rozczarowany w swych wielkich nadziejach, a to zwłaszcza w czasach ostatnich. Nie wspomniał o tem sam, ale musimy to przyjąć za prawdę. Dzieci boże przechodzą straszny okres życia, bowiem wielka bitwa została przegrana, nadzieje zniszczały, a jak po każdej klęsce, niewiara i brak zgody rozpleniły się pośród pokonanych. Nie należy próbować krycia prawdy, ni też spychać na siebie wzajem winę, ale przeciwnie, spojrzeć w siebie badawczo i dojść, gdzie był błąd i omyłka. — Miast szemrać przeciw Bogu — krzyknął z zapałem — za to, że tym razem zawiódł nadzieje nasze, winniśmy w po korze przetrząsnąć dusze nasze i zadać sobie pytanie, czyśmy byli w istocie dojrzali, by z rąk jego przyjąć władztwo niebiańskie!
Niepokój zaraz od początku ogarnął słuchaczy, po tych zaś słowach ozwało się kilka zuchwałych wykrzyków.
Nie dając sobie przerwać, ciągnął dalej.
— Nie sądźcie, że stoję tu przed wami w zarozumiałości serca, iż jestem sprawiedliwy, a chcę jeno oskarżać. Przeciwnie, wyznaję i czuję potrzebę wyznać, że również byłem słaby i niegodny bożego zaufania. Wiedzcież, bo macie do tego prawo, że przechodzę chwile zwątpienia i pokus i walczyć muszę co dnia, by duch pychy i światowości nie ogarnął umysłu mego...
— Duch doktora Hassinga! — zabrzmiał tętniący głos z tej strony co poprzód, to jest, gdzie tkwiła tłusta głowa Nielsa, niknąca teraz pośród skibberupskich parobków, którzy się głośno śmiać zaczęli.
Emanuel rzucił im szybkie spojrzenie. Zbladł, ale opanował się i po krótkiej pauzie podjął na nowo:
— Tak, czy owak, prawdę wyznać trzeba. Zwaliśmy się zuchwale, a niesłusznie, przyjaciółmi prawdy i sprawiedliwości, to też zasłużyliśmy na los swój. Mówię to głośno: Nie byliśmy dojrzali! Zawsze widzieliśmy dźbło w oku bliźniego, a tramu w swojem nie dostrzegaliśmy. Powiedzcież, czy to nie wyrzuty sumienia odzywają się dziś w nas? — krzyknął, gdy nagle rozległ się gwar, a słuchacze chcieli przygłuszyć jego słowa. — Czyż nie wiedzieliście o tem do dzisiaj? Otóż powiem wam: pycha, nietolerancja, wszeteczeństwo, oszczerstwo, kłamstwo i obłuda szerzą się tutaj pośród nas, równie jak pośród społeczeństwa współczesnego, które przy pomocy nieba obalić chcemy!... Oto jest prawda! Bóg z siebie kpić nie pozwala i dlatego rzucił nas w proch, byśmy weszli w siebie i poznali, jakeśmy się stoczyli nisko!...
Nie mógł już dojść do głosu z powodu prowokacyj i krzyków. Z morza otaczających go, podniesionych głów dochodziły ryki, niby łomot fal. Pewna część ludu zakłopotana była tem, co się stało, ale nikt nie zabrał głosu, by skandalowi tamę położyć.
Zauważywszy, że nie opanuje wrzenia, zakończył życzeniem, by prawdziwi zwolennicy prawdy i sprawiedliwości wynieśli z klęski naukę, że nie zuchwalstwem, ale pokorą i nie pychą, ale samokrytycyzmem dochodzi się w imię lepszej przyszłości do zwycięstwa.
Zszedł ze wzgórza wśród zupełnej ciszy, a zaraz rozległy się żywe oklaski i okrzyki powitalne. To tkacz Hansen wstępował rozważnie na kurhan.
Widok znanego przywódcy bojowego, przemawiającego od szeregu lat na zgromadzeniach, podziałał niby fanfara. Podparłszy jedną czerwoną dłonią policzek, a założywszy drugą na plecy, wodził oczyma po tłumie, czekającym w napięciu wielkiem. Gdy się wreszcie uciszono, powiedział z uśmiechem, łagodnym głosem:
— Dziwna to mowa zaiste, moi przyjaciele, jaką nas uraczył Emanuel przed chwilą. Stałem na dole i szczypałem się w ucho, sądząc żem się przesłyszał. Wreszcie rzekłem sobie: Ty śpisz, Jensie, i marzy ci się kazanie starego Tönnesena?...
— Słuchajcie! To słuszne słowa! — zawołali Skibberupacy chórem.
— Wspominam sobie nieraz ową pierwszą mowę, jaką miał Emanuel w naszym gminnym domu zbornym przed siedmiu laty, i dalipan wydaje mi się, że inne wówczas tryle wygrywał na flecie... Wówczas uważał nas chłopów za najlepszych pod słońcem ludzi... ach, delektował się nami aż do mdłości. Pewnie jest tu wielu pamiętających tę mowę, którą uznano za przecudowną i świetną. Wyznaję, że ja sam niebardzo wysoko skakałem z radości, to też nie dziwią mnie dzisiejsze słowa Emanuela. Już tak bywa, że kto za dużo weźmie w usta, wypluć musi!... Otóż dziś powiedział nam Emanuel, żeśmy sobie zbyt wiele uroili o swej doskonałości i dlatego źle się nam dzieje. Chce zapewne, byśmy się zaczęli na nowo uczyć od elegantów miejskich jak postępować, a Bóg przychyli się do pragnień naszych...? Ej nie! Sądzę, że tak nie jest zgoła! Sądzę przeciwnie, że byliśmy zbyt ulegli i dali się wodzić za nos tym Kopenhagczykom, którzy tu rozmnożyli się w czasach ostatnich jak pluskwy, żeśmy uwierzyli zbyt pochopnie, iż są przyjaciółmi ludu i niepotrzebnie ich uczynili swymi wodzami! Oto, zdaniem mojem przyczyna dlaczegośmy przegrali... Nastała poprostu moda chłopomańska u mieszczuchów, a myśmy się nie posiadali z radości i dumy, że uczeni panowie i panie gadają z chamami. Omal bzika nie dostaliśmy z uciechy i czynili wszystko, czego od nas chcieli. Co to za zaszczyt, myśleliśmy, gdy taki adwokat w złotych okularach, albo taka pachnąca dama przyjedzie i klepiąc po ramieniu powie: jak się masz, przyjacielu? Cóż dopiero, gdy jeden z takich panków przybył na stałe, osiedlił się, a w dodatku wziął naszą dziewuchę za żonę... ho, ho, ho..., za jakiż to wzięliśmy zaszczyt. Nie wiedział poprostu żaden, czy ma chodzić na nogach, czy na głowie! A ja sobie w duchu myślałem zawsze, że to coś jak choroba, która minie, byle jej zostawić dość czasu do wyjścia z ciała. I cóż powiecie? Oto choroba mija, my zaś w czasach ostatnich zaczynamy dochodzić do przekonania, że pora skończyć z tą błazeńską komedją, w którą zostaliśmy wciągnięci przez naszą głupotę... Tak się ma rzecz nawet we własnej naszej gminie... Czyż nie prawda, przyjaciele?
— Tak! Tak! Słusznie, święta prawda! — zahuczeli Skibberupacy.
Emanuel stał w ostatnim rzędzie. Mimo, że walczył z sobą i przypominał sobie słowa o nastawianiu drugiego policzka, gdy się zostanie w jeden uderzony, nie mógł powstrzymać gniewu, a godność osobista nakazywała podjąć walkę. Nie wiedząc, co czyni, rzucił się ku kurhanowi, ale w tejże chwili chwyciła go za ramię Hansina, mówiąc:
— Chodźmy stąd!
— Tak... tak... chodźmy! — powtórzył.
Odszedł szybko, pochylając głowę, a w uszach tętniły mu szyderstwa tkacza i okrzyki pochwalne jego zwolenników.
W drodze ku wybrzeżu dostał silnego ataku płaczu, tak że musiał siąść w rowie przydrożnym, a Hansina ocierała mu zimny pot z czoła. Anna poszła za nimi i przerażona zatrzymała się o kilka kroków. Gdy atak minął podeszła do niej Hansina i rzekła, podając jej rękę:
— A więc rzecz ułożona? Napiszę ci...
— Myślisz tedy o tem na serjo, Sino? Nie mogłam uwierzyć, gdym usłyszała.
— Tak! Teraz chcę tego na serjo, o ile mnie przyjmiesz naturalnie.
— Czy cię przyjmę, droga moja? Oczywiście... każdej chwili... Ale co powie Emanuel?
— Nie wiem jeszcze. Ale napiszę. Do widzenia!
Siedzący nad rowem Emanuel podniósł głowę. Przez łzy widział ostro zarysowaną na tle jasnego nieba ciemną masę ludu i chwiejącą się we wsze strony postać tkacza na szczycie kurhanu. Wspomniał, jak przybył tu, sądząc że znajdzie serca czyste i niewinne, żyjące pod wolnem niebem, na łonie przyrody, a tam oto na górze stoi mistrz intrygi i oszczerstwa, triumfujący nad nim! Wspomniał, jak ruszył głosić tym ludziom ewangelję pokoju i miłości, a oto tam stoi apostoł nienawiści, morderca litości i wyciąga czerwone jak krew ręce do nieba!

Dopiero następnego ranka Emanuel uspokoił się na tyle, że Hansina mogła z nim pomówić.
— Co myślisz czynić? — spytała, gdy po porannej modlitwie zostali sami w pokoju.
— Nie wiem, czuję tylko, że musimy stąd jechać. Niema innego wyjścia. Nie odmówią mi chyba jakiejś małej parafji w Jutlandji, na wydmach nadmorskich. Potrzebuję samotności, by dojść do jasnego zrozumienia samego siebie.
— Porzuć tę myśl, Emanuelu.
— Dlaczego?
— Powiadasz, że potrzebujesz samotności, by dojść do ładu z sobą, jakże tedy możesz być przez ten czas dla innych nauczycielem i przewodnikiem? Nawet gdybyś dostał inną parafję, stałoby się niedługo to samo co tu. Byłbyś niezadowolony z siebie, a więc także z innych i tęskniłbyś za odjazdem...
— Cóż mam tedy uczynić?
— Widzisz, Emanuelu, niema potrzeby grać dłużej z sobą w chowankę, ale należy pomówić serjo i otwarcie... Dobrzeby ci zrobił wyjazd do rodziny na czas niejaki i gdybyś wszedł w dawne otoczenie, tam bowiem tylko odzyskasz spokój i dojdziesz z sobą do porządku. Nie walcz z sobą dłużej, Emanuelu, bo to nic nie warte. Myślę, że dostałbyś miejsce przy jakiejś szkole w Kopenhadze, lub gdzieindziej, tak że wszedłbyś między swoich ludzi, czego ci bardzo, zdaniem mojem, potrzeba.
Spojrzał na nią zdziwiony.
— Jakto, Hansino, — spytał — ty chcesz tego?
— Ja sama! — odrzekła pochylając się nad suknią, której fałdy gładziła dotąd nerwowo. — Pragnę tego, co najlepsze dla nas wszystkich...
Dnia następnego udał się Emanuel do powiatowego miasta celem pomówienia z biskupem i wniesienia prośby o zwolnienie z parafji. Biskup był zrazu gniewny, ale widząc, jak jest przygnębiony, zaczął przemawiać łagodniej. Oświadczył Emanuelowi, że widocznie przebywa okres „fermentowania“ i że z tego już powodu winien zaniechać na czas pewien publicznej działalności. Oględnie, ale stanowczo radził mu zwalczać chorobliwą skłonność zatapiania się w sobie, co odziedziczył po matce, obiecał zająć się jego losem i życzył mu, by z bożą pomocą szczęśliwie przetrwał kryzys.
Hansina czekała jego powrotu przez całe poobiedzie, chodząc bez przerwy po alejach ogrodu. Rysy jej, wyostrzone bardziej jeszcze przejściami, miały wyraz niezłomnego postanowienia. Okryta wełnianym szalem, drżała mimo to z zimna i co chwila wstępowała na mały wzgórek, skąd widać było całą zachodnią połać najbliższej okolicy.
Przed samym zachodem przybył nareszcie, a w kilka minut potem znaleźli się oboje w długiej alei kasztanowej, na końcu ogrodu, dla rozmowy bez przeszkód. Hansina siadła na ławce darniowej pomiędzy pniami drzew, zaś Emanuel chodził przed nią niespokojnie i opowiadał.
— Odzyskaliśmy tedy swobodę! — zakończył, stając przed żoną. — Możemy jechać zaraz po nadejściu zezwolenia.
Siedziała pochylona z łokciami na kolanach, wpatrując się w końce trzewików, któremi grzebała w mokrym piasku.
— Widzisz, Emanuelu... — rzekła z wahaniem, jakby szukała słów — ja nie mogę jechać z tobą do Kopenhagi....
— Co powiadasz? Cóż to znaczy?
— To znaczy... nie mogę jechać zaraz... — poprawiła się, widząc że Emanuel nie przeczuwa nawet jej planów. — Wielkie miasto jest mi zupełnie obce, byłabym ci tedy ciężarem zanim doprowadzisz sprawy do porządku, znajdziesz stanowisko i założysz nowy dom... Pomóc ci w niczem nie mogę. Zresztą muszę i ja dojść z sobą do ładu. W czasach ostatnich wszystko tak się powikłało tutaj...
— Masz zupełną słuszność w tym względzie, — przyznał, chodząc znowu tam i z powrotem — tylko nie sądź, że ci tu będzie dobrze. Spostrzegłem dziś jadąc przez Skibberup, że żyjemy nie pośród przyjaciół, ale zaciętych wrogów.
— Przewidziałam to już. To też przyszło mi na myśl, że mogłabym przez pewien czas mieszkać u Anny. Rozmawiałyśmy o tem potrochu, a Anna powiedziała, że ma w nowym domu parę wolnych izb, któreby mi odstąpiła.
— U Anny? W kraju Skallingów? — zawołał. — To niemożliwe, Hansino! Pośród owych rozpasanych dzikusów miałabyś żyć?
— Ach, nie jest tam znów tak źle, jak powiadają. Sama Anna przyznała otwarcie, że nigdy jej niczego nie zbrakło.
— Niesposób, droga Hansino, niesposób, choćby z uwagi na dzieci. I ty i ja pragniemy je odsunąć od wpływów dotychczasowych... zwłaszcza dla Sigrid, czas na to najwyższy... Dobra to i miła dziewczynka, ale bardzo łatwo przyjmuje rzeczy złe od innych.
— Dawno to już mówiłam, Emanuelu. To też możeby dzieci... pojechały z tobą do Kopenhagi. Musisz sobie tam założyć coś w rodzaju domu... a nawet sądzę, że dobrze będzie, gdy na czas pewien odsunę się od dzieci. Nie mogę im być w niczem pomocną teraz, a stanowiłabym jeno przeszkodę w nawiązaniu nowych stosunków i wykształceniu, jakie im oboje dać pragniemy. Przyszło mi na myśl, że... siostra twoja... mogłaby ci w tem dużo pomóc... straciła niedawno własne dziecko... byłaby niezawodnie bardzo dobrą opiekunką dla naszych dzieci... tak sądzę...
Mówiła ciągle spokojnie i panując nad sobą, pobladła tylko bardzo i nie podnosiła oczu z ziemi.
— Jakżeś przyszła, droga moja, do tych wszystkich myśli? — zawołał niemal przerażony. — Nie, nie! Wybij je sobie z głowy! — Pod wrażeniem możliwości rozłąki przystąpił, otoczył serdecznie ramionami jej głowę i dodał. — Nie dopuszczajmy tego rodzaju ostateczności! Przeciwnie winniśmy się tem bardziej do siebie zbliżyć i mężnie podjąć walkę o byt i szczęście nasze. Może przyjdą trudności, ale gdy jeno trwać będziemy razem, Bóg nam pomocy nie odmówi.
Nie miała już sił spierać się z nim, nie była też w stanie usunąć się, gdy po ostatnich słowach nachylił się ku niej i ucałował ją serdecznie.
Dni następnych, sposobiąc się oboje po cichu do wyjazdu, nie mówili już z sobą w tej sprawie, chociaż zajmowali się nią nieustannie. Emanuel rozumiał, że Hansina nie zdoła prowadzić domu w zgoła nieznanych sobie warunkach, oraz nie stanie się podporą dzieciom, jakiej, zwłaszcza z początku, będą potrzebowały. Także jej odpychające wobec obcych usposobienie utrudniało sprawę, a w dodatku nie posiadał środków, by stworzyć w mieście nowe domowe ognisko, bowiem ze sprzedaży tego co miał, mógł jeno pokryć konieczne długi. To też, gdy Hansina w parę dni potem wszczęła na ten temat rozmowę, nie przerywał jej, ale po raz pierwszy może w życiu wysłuchał do końca co mówiła. Oświadczyła, że najrozsądniej będzie, nie zakładać własnego domu wobec niepewnej przyszłości i braku dochodów. Może wraz z dziećmi zamieszkać na razie u starego ojca swego, który sam jeden zajmuje obszerne mieszkanie, i pocieszała go, że to długo nie potrwa, gdyż znajdzie niezawodnie zajęcie. Nalegała bardzo, że tegoż jeszcze dnia napisał do rodziny obszerny list.
— Tylko powiedz wyraźnie, że ja nie przyjadę... — napomniała go wkońcu.
Nastało kilka dni niespokojnego wyczekiwania odpowiedzi.
Pobyt na vejlbijskiej plebanji stał się teraz bardzo niemiły. Zamierzone zebranie rady gminnej odbyło się, ale nie wezwano na nie Emanuela. Dawano mu wogóle ciągle do poznania, że gmina ma go już dość. Podczas niedzielnego nabożeństwa stał pustką kościół na przylądku, jak za czasów proboszcza Tönnesena, zaś popołudniu tłumy napłynęły do domu zbornego, gdzie po raz pierwszy kowalka-Maren i Niels odprawili wielkie, uroczyste modły wspólne. Niels osięgnął pierwszy stopień marzonych dostojeństw, gdyż został kaznodzieją wędrownym. Zapuścił brodę, a o ile występował poza granicami gminy, wdziewał wielkie okulary i przekrzywiał nabożnie na bok głowę.
Emanuel otrzymywał czasem również dowody przychylności i wyrazy oburzenia na sprawców jego porażki. Gdy się rozniosło, że wniósł rezygnację z parafji, zaczęli się krzątać śmielsi mieszkańcy Vejlby, zupełnie jak podczas odjazdu proboszcza Tönnesena, by zebrać pieniądze na kupno srebrnego dzbanka na kawę i fotela, które to podarki wręczyć mu miano na odjezdnem.
Na plebanji sposobiono się do wyjazdu i roboty było co niemiara. Emanuel zatracił już całkiem ochotę zajmowania się gospodarstwem rolnem i pragnął jeno wyzbyć się co prędzej kłopotu. To też sprzedał pewnemu chłopu resztę plonów, który miał za pewną część ceny kupna uprawiać dalej pole aż do przybycia następnego plebana. Sprzedał też konie, krowy i narzędzia, czem pokrył dręczące go długi. Sporo ich narobił w ciągu lat u sąsiadów, a fakt ten przyczynił się też niemało do podkopania jego autorytetu w gminie.
Sigrid szalała z radości, że jedzie do Kopenhagi, biegała od drzwi do drzwi, potrząsając kasztanowatemi lokami, a radość jej udzieliła się też małej Dagny, która podrosła nieźle w ciągu lata i dreptała po domu dzielnie. Podczas tego Hansina siedziała w swym fotelu, szyła dzieciom odświętne sukienki i robiła im nowe pończochy. Emanuel nie pojmował, czemu jest ciągle blada, mimo że się przecież wszystkim otwierała jaśniejsza przyszłość. Kilka nawet razy zauważył, że płacze, a gdy pytał o powód, nie odpowiadała. Również dziwił się, czemu go lękliwie unika i nie chce dopuścić żadnego zbliżenia. Ile razy usiadł przy niej i ujął jej dłoń, odskakiwała pod pozorem pilnego zajęcia w kuchni. Osądził, że wzburzona jest odjazdem i myślą długiej rozłąki, to też pocieszał ją na różne sposoby. Ale wydało mu się, że dotyka ją nawet współczucie jego, uznał przeto wkońcu, że najlepiej będzie zostawić ją w spokoju.
Nadeszła wreszcie oczekiwana niecierpliwie odpowiedź z Kopenhagi.
List ojca na wielkim arkuszu był jak zawsze rozwlekły i pełen szczegółów, a w kopercie mieścił się też krótszy list Betty. Pisał, że jest starcem, któremu niewiele już pozostaje życia, to też nie może mu nic większej sprawić przyjemności nad odzyskanie najstarszego syna, którego długa nieobecność sprawiła mu tyle cierpienia. Nie upokarzając go ni słowem, ani nie czyniąc wymówek z powodu poglądów odmiennych, zachęcał go do powrotu w rodzinne progi w sposób bardzo serdeczny.
— Dwa pokoiki — pisał — w których swego czasu mieszkałeś, będą w ciągu dni paru gotowe na twe przyjęcie. Nie potrzebuję dodawać, że również twe dwie dziewczynki będą nam wszystkim najmilszymi gośćmi. Przysposobi im się też obok ciebie pomieszczenie i uczynimy co można, by im było dobrze. Jak może wiesz, wynająłem ogród nasz swego czasu radcy konferencyjnemu Tagemannowi (pamiętasz pewnie, że mieszkał na pierwszem piętrze), ale zmarł właśnie, przeto dzieci twe będą miały spory kawał miejsca do zabaw. Kazałem cieśli Jörgensenowi postawić tam huśtawkę i inne urządzić rzeczy, przydatne dla dzieci. Nie zbraknie im też towarzyszy, bowiem zarówno młodzi Löbnerowie (z trzeciego piętra) jak i radcostwo ministerjalni Wintherowie (nowi lokatorowie z parteru) mają wesołe, dobrze wychowane dzieci. Sądzę wobec tego, że twym dziewczynkom nie da się we znaki brak swobodnego życia na wsi. Rozumiem dobrze postanowienie żony twej zostania przez czas pewien jeszcze na wsi. Nie czułaby się zadowoloną w zupełnie obcem sobie środowisku, pośród wielkiego, nieznanego miasta. Proszę cię, pozdrów ją najserdeczniej ode mnie.
Na dziś tyle tylko. Brat twój Karol zasyła również gorące pozdrowienie i prosi, byś nie sądził, że wszyscy kamerjunkrzy są źli i zepsuci, jak pewnie sądzisz. Cieszy się, że będzie cię mógł o tem przekonać w izbie straży amalienborskiego zamku, dokąd cię uprzejmie zaprasza.
Kończę, przesyłając ci, drogi synu, jeszcze osobiste, serdeczne pozdrowienie.

Twój wierny zawsze
ojciec.

— Cóż ty na to, Hansino? — spytał wzruszony głęboko Emanuel, skończywszy czytać.
Hansina, pochylona nad robotą, skinęła jeno głową. Pierś jej falowała i zamknęła oczy, jak człowiek toczący z sobą bój niezmierny.
Emanuel siedział zapatrzony przed siebie z listem na kolanach, a w myśli jawiły mu się zaciszne, dywanami wysłane pokoiki z widokiem na kanał, giełdę i zamek krystjansborski. Otoczył go dawny spokój, wspomniał czasy studenckie i seminaryjne i ujrzał siebie samego, jak chodził często pół nocy tam i z powrotem, dumając nad tem, co przeczytał. Zasiądzie ponownie nad staremi książkami, kroczył będzie po tej samej posadzce, podejmie te same kwestje i może znajdzie nowe, prawdziwsze rozwiązanie zagadki życia...
Początek listu Betty nosił piętno wielkiego przygnębienia, spowodowanego utratą jedynego dziecięcia. Pisała:
— Pojęcia nie masz, jak osmutniało mieszkanie nasze, od kiedy Bóg zabrał mego małego Kaja. To też pragnę gorąco ujrzeć jak najprędzej twe dziewczynki, by znów słyszeć głosy i śmiechy dzieci wkoło siebie. Powiedz żonie, że nie ma potrzeby troszczyć się o nie... wszakże sama byłam matką! Będziemy je strzegli wszyscy bacznie przez ciąg jej nieobecności. Najbardziej atoli tęsknię do ciebie, braciszku mój, niewidziany od lat tylu i cieszę się myślą rozmowy z tobą! Bądź dla mnie dobry i wyrozumiały, Emanuelu, gdyż bardzo mi potrzeba pociechy! Radabym zaraz oprzeć głowę o twe ramię i wywnętrzyć ci się z wszystkiego. Ach, jakże Bóg nas doświadcza... Obyśmy tylko mieli siły nosić bez szemrania ciężkie brzemię życia!
Sądzę, że nie potrzebujesz się trapić przyszłością swoją, a to samo mówią ojciec i mąż mój. Ojciec otrzymał list twój przed południem i gdy go przysłał do przeczytania, wybieraliśmy się na obiad do justicjarjusza Muncka. Zabrałam go z sobą. Siedziałam przy stole obok proboszcza kapitulnego, który u nas bywa, a uradowana bardzo, opowiedziałam mu, że wracasz do miasta. Dziwnym trafem wiedział już o tem (przez ministerstwo, jak powiada mąż mój) i, jak się zdawało, bardzo to pochwalał. Spytałam wprost, czy możliwem byłoby, byś otrzymał stanowisko młodszego kaznodziei w jednym z kościołów tutejszych, a on uznał to za bardzo możliwe. Brat pani był bardzo dobrym „laudabilistą“ (czy dobrze piszę?) a potrzeba nam w stolicy sił młodych, a wypróbowanych. Położył nacisk na słowo „wypróbowanych.“ Wogóle mówił o tobie bardzo życzliwie (zna cię z dawnych czasów z rodzicielskiego domu), to też nie sądzę, by ci w jego oczach miało szkodzić, iż żywiłeś przekonania, z których otrząsłeś się już teraz zupełnie.
To zdanie nie podobało się Emanuelowi wcale.
— Skądze jej to przyszło do głowy? — zawołał. — Nie zrozumiała mnie. Nie otrząsnąłem się z przekonań...
— Czyś tego całkiem pewny? spytała Hansina.
Emanuel nie odpowiedział. Zatopił się ponownie w myślach.

Pewnego wrześniowego dnia wybiła wreszcie godzina rozstania. Roboty i zamętu było co niemiara. Wczesnym rankiem udał się Emanuel na skibberupski cmentarz, by pożegnać grób swego syna. Stamtąd poszedł do teściów, oraz do brata Hansiny, młodego Ole, który objął gospodarstwo w zagrodzie Jörgensa. Z Elzą pożegnali się dość chłodno, bowiem zostawała ona pod silnym wpływem skibberupskich działaczy, a chociaż na życzenie Hansiny ani matce, ani nikomu innemu nie powiedziano, że pobyt jej u Skallingów potrwa dłużej nad parę dni, staruszka łyskała podejrzliwie oczyma, ile razy poruszono wizytę córki u Anny.
Przed południem przybyła na plebanje deputacja z darami, to jest posrebrzanym dzbankiem na kawę i taboretem do biurka, zaś po obiedzie zjawił się powóz, zamówiony przez Emanuela w mieście, dlatego by nie prosić nikogo z sąsiadów o tę przysługę. Było to lando z srebrzystemi okuciami i woźnicą w liberji, na wysokim koźle.
Ogarnięty gorączką podróżniczą, plątał się Emanuel pośród kufrów i pudeł, ubrany w nowy, czarny surdut, z ostrzyżoną świeżo brodą i włosami. Sigrid chodziła za nim krok w krok, ni na chwilę nie spuszczając ojca z oczu, jakby się bała, że ją zostawi w domu. Dziewczynka nie zmrużyła z podniecenia przez całą noc oka, pytając matki co chwila, która godzina. Wczesnym już rankiem objuczyła się prywatnemi manatkami swemi, to jest małem wiaderkiem blaszanem, rozbitą głową lalki, oraz dwoma pudełkami z zapałek, napełnionemi barwnemi kamykami, i rupieci tych za żadną cenę odłożyć na chwilę nie chciała.
Abelona, namówiona przez Hansinę, by jechała i została czas jakiś z dziećmi, ryczała w głos ze strachu, zaś w pustej stajni siedział na żłobie pastuch Soeren i dumał nad dziwnemi kolejami ludzkiego życia.
Hansina była przez cały dzień spokojna i zajmowała się wszystkiem. Niktby nie mógł czytać z jej twarzy, jak silnie wierzy, że ogląda męża i dzieci po raz ostatni w życiu. Wiedziała dobrze, że dzieci zapomną o niej rychło wśród mnóstwa obcych ludzi i nowych rzeczy, które zajmą je wyłącznie, potem zaś, podrósłszy, tak się zżyją z nowem środowiskiem, że wstydzić się będą matki, która chodzi w czepcu i mówi po chłopsku. Przyobiecała sobie atoli, że nie pozwoli im cierpieć za winy innych. Powinny korzystać bez przeszkód z łatwiejszych warunków życia, o jakich marzyła też ongiś sama.
A Emanuel? I dla niego musiałaby się rychło stać ciężarem, który radby zrzucić, nie mogąc się na to zdobyć. Po stu różnych szczegółach poznała, że żyje już odmiennem życiem, nieznanem jej i niedostępnem nigdy. Wiedziała, że niezadługo, wszedłszy w dawne otoczenie, sam zobaczy przepaść, jaka ich dzieli, i odetchnie z ulgą, gdy otrzyma od niej list z zawiadomieniem, że nie wróci nigdy, że jest wolny i że daremnieby się wysilał zmienić jej postanowienie.
Nie zarzucała mu nic, sobie jeno miała za złe, że mogła przypuszczać, iż przeznaczone ma dla siebie miejsce przy uczcie życia. Nie zdziwiły jej właściwie nawet wydarzenia ostatnie, a raczej to, że przyszły tak późno. Siedem ostatnich lat były jej czemś nierzeczywistem, wydawało jej się, że dotąd żyje jako dziewczyna w domu rodziców, a małżeństwo i życie na plebanji to jeno sen niespokojny, z którego ją zbudzi pianie koguta...
Gdy nadeszła chwila odjazdu, ucałowała dzieci i pożegnała Emanuela chłodno, jakby sama też mniemała, że rozłąka potrwa krótko. Wsadziła dziewczynki do powozu, otuliła starannie i zaleciła Abelonie, by im dała czyste fartuszki, zanim wjadą do Kopenhagi.
Emanuela ogarnęło w momencie rozstania silne wzruszenie, trzymał ją za głowę i całował, a ona odsuwała go i dodawała otuchy, twierdząc, że wszystko będzie dobrze, byle był spokojny.
— Uważaj tylko na dzieci! — zawołała nakoniec i, wyczerpawszy w tym okrzyku resztki sił, zawróciła i weszła do domu, zanim jeszcze powóz ruszył.
Idź na wzgórze w ogrodzie! — krzyknął za nią Emanuel. — Będziemy cię mogli jeszcze pożegnać powiewaniem chustek!
Nie obróciła się i nic nie odrzekła.
Woźnica trzasnął z bicza, a konie ruszyły z miejsca.
Gdy powóz mijał sklepistą bramę, Sigrid zawołała: hurra!
W drodze przez Vejlby pozdrowiło go kilku przyjaciół słowami: Szczęśliwej drogi! Nawet kilku wrogów natchnął widok wspaniałego landa i stangreta w liberji takim szacunkiem, że mimowoli pozdejmowali z uniżeniem czapki, gdy ich mijał.
Gdy się dostali na gościniec, Emanuel kazał dzieciom dobyć chustek, a kiedy ujrzeli na wzgórzu postać Hansiny, zaczęli wszyscy powiewać.
— Czemuż ona nie odpowiada? — pomyślał Emanuel i ponaglał dzieci: — Mocniej, mocniej, powiewajcie dziewczęta! — zawołał, czując łzy w oczach.
Ale Hansina nie ruszyła się. Nie otrzymali odpowiedzi: do widzenia!
Stała jak słup kamienny i patrzyła, aż znikł w dali ślad powozu. Potem zeszła ze wzgórza, a czując zawrót głowy, siadła ciężko na drewnianych schodkach, wiodących na ścieżkę.
Przesiedziała tu bez ruchu godzinę z głową w dłoniach, wsłuchana w poszum jesiennego wiatru w koronach drzew.
Przed zachodem słońca wstała i weszła do domu. Miała spędzić noc u rodziców w dawnej, dziewczęcej komórce swojej, a dopiero nazajutrz spodziewała się przyjazdu męża Anny, by zabrać się z nim czółnem do nowego miejsca pobytu.
Zabrała tłumoczek sukien i bielizny z pustej sypialni, poszła do stajni pożegnać Soerena, jedynego teraz władzę wszystkiego, i opuściła plebanję.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Henrik Pontoppidan i tłumacza: Franciszek Mirandola.