Ziemia obiecana (Pontoppidan, 1924)/Księga trzecia/Część piąta

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henrik Pontoppidan
Tytuł Ziemia obiecana
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1924
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Det forjættede land
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CZĘŚĆ PIĄTA.

Nastrój, panujący dnia następnego na przedobiedniem posiedzeniu, nosił zrazu cechę sceny wczorajszej z Emanuelem, bo wszyscy zostawali pod jej wrażeniem. Dopiero nad ranem znalazła go półżywego ekspedycja, wysłana pod przewodnictwem pastora Petersena na poszukiwanie około północy. Wiedziano, że posłano po urzędnika policyjnego i lekarza i że go mają zaraz przewieźć do szpitala.
Zwrot w usposobieniu ogółu wywołał tkacz Hansen. Siedział wczoraj w kątku i milcząco uniżył się przed klęską, jaką poniósł sam przy tej okazji. Starał się nakłonić Emanuela do wystąpienia w nadziei, że odniesie niejaki sukces, a wiedział, że Skibberupacy nie zapomnieli dotąd przeszłości i bacznie śledzą wszystko, co się dzieje w Sandinge.
Nie miał wielkiego, co prawda, zaufania do tego fortelu wojennego. Ten wytrawny, a tyle razy pobity bojownik zwolna zatracał wiarę w powodzenie sprawy, stanowiącej dlań istotną treść życia. Leżąc na słomie samotny w domu, przywodził sobie na pamięć ową rzecz, która zatruła mu życie, owo źródło, z którego czerpał gorzką wodę pomsty w ciągu lat czterdziestu. Żywo stanął mu przed oczyma ów dzień, kiedy będąc pastuchem patrzył na katowanie ojca swego przez właściciela wsi. Widział wszystko, brunatne pola, schylonego u pługa ojca, konie z których unosiła się para, młodego panicza, żółty kij jego, przerażoną minę ojca, podniesione ramię, którem się zasłaniał, wiernopoddańcze, psie spojrzenie... Wszystko to wżarło mu się w duszę jak piętno niewolnika. Wzniósł dnia tego w górę chłopięcą pięść swoją i poprzysiągł zemstę. Ale miast dożyć zadosyćuczynienia dla siebie i swego stanu, widział, że karność wzrasta z dnia na dzień, a nikczemność płaszczy się coraz bardziej.
Postanowił tedy zaprzestać walki. Nic zrobić nie można było z ludem, który przyjął maksymę: Im bardziej po warjacku, tem lepiej. Poprosił o głos po to jeno, by dać folgę sercu po raz ostatni i wyrazić rodzaj pożegnania swym byłym przyjaciołom i zwolennikom.
Zrazu niebardzo zważano nań, gdy stanął na trybunie. Większość nie wiedziała, kim jest, a trzeźwy, nawet rozwlekły sposób mówienia wywołał z początku pewne zniecierpliwienie. Ale niebawem nastawiono uszu. Cóż to? Wszakże człowiek ten mówił o polityce, o zamachu stanu, o ograniczeniu ruchu wolnościowego...
Powstało na sali zaniepokojenie. Spozierano ukradkiem na ministra i na potężnego dyrygenta koncertu, który też wstał i ujął dzwonek, gotów interwenjować.
W tejże chwili prześliznął się mówca, jak kot ku właściwemu tematowi, wrócił do kar piekielnych i życia pozagrobowego.
Ale zaledwo ustało przerażenie, a przewodniczący usiadł z powrotem, mówca zaraz ruszył na zabronione ścieżki. Zaczął mówić o ubezpieczeniu na starość ludzi biednych, o nauczaniu ludu i nieodpowiedniej już dziś ustawie o przytułkach.
Sejling zadzwonił silnie.
— Muszę wezwać mówcę — zawołał — by nie odstępował od tematu. Wzbronione jest wszelkie mieszanie się do polityki! — potem dodał przy potakującym szmerze zebranych: — Nie jest to dysputa karczemna, ale poważne rozstrząsanie kwestyj duchowych.
— Proszę o przebaczenie! — rzekł słodziutko Hansen. — Sądziłem, że dobrze łącznie z tem poruszyć pewne sprawy, leżące nam na sercu, albowiem właśnie dziś mamy zaszczyt gościć tutaj osobę tak dostojną, jak ekscelencja pan minister. Otóż odnośnie do kar wiekuistych... — przeskoczył głośno zaraz, widząc że przewodniczący chwyta za dzwonek — odnośnie do tych kar, sądzę, że to wyłączna sprawa Pana Boga, my zaś mamy jeno obowiązek troszczyć się o swe życie doczesne.
— Kończyć! Kończyć! — wołano z różnych stron.
Mówił dalej, nie zważając na coraz częstsze okrzyki i zręcznie wymijając interwencję przewodniczącego, zwymyślał związek za to, że zaprzepaszcza sprawę ludu, miast dążyć do zwycięstwa, a przywódcy jego przywdziewają suknie miejskie i nabierają pańskich poglądów. Mówił o „uniwersyteckiej manji wielkości,“ nie wartającej więcej niż pyszałkostwo studentów, i szyderczo nazwał religijne przekonania związkowców „religją obszarników,“ dostępną jeno tym, którzy mogą odparzać sobie pośladki na szkolnej ławie.
Niepokój sali zmienił się w tumult zupełny i przewodniczący Sejling miał właśnie interwenjować, gdy z przedniej ławy przed trybuną wstał Wilhelm Pram i zwrócony do zebranych zawołał:
— Czuję się powołanym zaprotestować przeciw słowom tego mówcy. Mimo, że jestem w opozycji do wielu spraw dotyczących naszego życia związkowego, to jednak, a raczej dlatego właśnie, oświadczam, że wyrazy, jakie tu padły, są niewłaściwe, a nawet nieprzyzwoite.
— Słusznie! Słusznie! — zawołała jednogłośnie cała sala, zaś przewodniczący Sejling zbladł i zaczął nerwowo szukać dzwonka.
— Sprawy poruszone przez mówcę nie stanowią tematu obrad, — ciągnął dalej Pram coraz ogniściej — i nie nasza to rzecz je roztrząsać. Przeciwnie! Za dużo zmarnowaliśmy w czasach niedawnych jeszcze sił i zdolności, pominęli zbyt wiele spraw ważnych dla rzeczy, które... koniec końcem może nawet rozstrzygnąć się nie dadzą. Uczuwamy szczere współczucie dla wydziedziczonych społeczeństwa, winniśmy czynić każdy z osobna ile może dla złagodzenia niedoli, zapobieżenia niedostatkom i załatania jakoś braków urządzeń społecznych. Atoli każde dzieło ludzkie jest niedoskonałe i nietylko bezcelową rzeczą jest, ale wprost zuchwalstwem chcieć je uczynić absolutnie dobrem. Myśl, jakoby na ziemi dało się stworzyć raj idealny, jest. to chimera, owoc uroczych marzeń, złuda...
— Marzeń... — powtórzył tkacz z chytrym uśmiechem.
— Tak, marzeń, czyli wyobrażeń bez treści, bez możności...
— Uto... utopja! — spróbował wmieszać się tkacz.
— Problem nierozwiązalny, fantazja, którą się niema co zajmować!
— To dziwne! rzekł tkacz. — Ale te same słowa wyczytałem niedawno w jednym, arcykonserwatywnym, wprost ultra-reakcyjnym dzienniku. Nigdybym nie przypuszczał, że je pan pastor potwierdzi?
— Nie wolno tu mówić o polityce! — odrzucił Pram.
— Nie mówię też o niej. Nie może mi tylko pomieścić się w głowie, by można zwać to fantazją i wprost głupstwem, jeśli ktoś chce biedakom dopomóc do równouprawnienia z resztą ludzi, dać im prawa i wymierzyć sprawiedliwość. Natomiast za nader proste uważa się rozprawianie o wielkich problematach świata, dotyczących ziemi i nieba. Nie jestem, dzięki Bogu, wolnomyślicielem, czy innym niedowiarkiem i wystarcza mi dziecięca wiara moja. Ale mimo to muszę powiedzieć, że powinnibyśmy chyba trochę mniej mieszać się do spraw Boga, a wówczas oszczędzimy dużo sił i czasu dla załatwienia rzeczy ziemskich, a bardzo pilnych, które teraz usuwamy jako nierozwiązalne na bok. Taki jest mój skromny pogląd na rzecz.
— Jakże jeszcze długo wolno będzie człowiekowi temu rozprawiać o rzeczach nie będących w programie obrad? — zawołał Pram wzburzonym głosem do przewodniczącego.
— Kończyć! Kończyć! — zahuczało wokół.
Z pozoru całkiem spokojny wystąpił Sejling i rzekł:
— Muszę zwrócić uwagę Wilhelmowi Pram, że ja zebraniem kieruję i dokonam swego zadania bez jego pomocy.
— Ależ mówcy muszą się trzymać tematu!
— Tak! Precz ze stronniczością! — ryknął z głębi jakiś młody głos. Na sali zawrzało, powstał zgiełk nieopisany. Nikt nie chciał słuchać, mówili zaś wszyscy jeden przez drugiego, zaś Hansen uśmiechniony szelmowsko ześliznął się z trybuny bezgłośnie i odszedł do domu.

Wieczorem, o zachodzie słońca siedzieli na ławce w hotelowym ogródku Ranghilda i pastor Petersen. Wyczerpani byli oboje przygodami dnia i nocy. Zwłaszcza Ranghilda doznała wprost wstrząsu. Siedziała skulona, zawinięta w wielki szal i wyglądała niemal staro.
Pater mówił sam. Opowiadał o demonstracjach, urządzonych przez zwolenników Emanuela, gdy odjeżdżał z gospody karetą pod opieką lekarza i drugiego jeszcze człowieka. Nie milczeli już teraz jak na zebraniu, a to dlatego, że rozpuszczono pogłoskę iż woda, której się miał napić, stojąc na trybunie, była zatruta. Pewni byli, że przeciwnicy chcieli go się w ten sposób pozbyć, teraz zaś gdy plan upadł, chcą go zamknąć, by nie mógł mówić. Przez cały dzień było przed domem zbiegowisko. Mężczyźni i kobiety stali, domagając się błogosławieństwa. Odznaczyła się tu zwłaszcza „czarna Trina.“ Dobijała się wraz z kilku rybakami do domu, a ile razy ujrzała urzędnika policji w oknie, podnosiła groźnie pięść, zowiąc go Piłatem. Około południa zebrało się z pięćdziesiąt osób, czyli cała niemal ludność wioski rybackiej. Nawet tych, którzy nie uznawali, lub wyszydzali Emanuela, porwał ogólny ruch, tak że z trudem jeno zdołał policjant i wójt miejscowy odeprzeć tłum zapomocą kijów. Gdy kareta stanęła pod drzwiami, zjawiła się matka z chorem dzieckiem w ramionach, chcąc by je Emanuel dotknął ręką. Wójt nie mógł jej dać rady. Wrzeszczała, że go musi zobaczyć, a gdy pojazd ruszył, chwytała się kół, wołając że musi uratować od śmierci jej dziecko.
— O, tak — powiedziała w zadumie panna Ranghilda, gdy skończył — wywierał on wpływ wielki i przedziwny na umysły niektórych ludzi.
— Jest to wpływ, który naiwność upiększa łatwo wiernością, a ogarnia niestety dusze chwiejne, czyniąc z ludzi jak Emanuel Hansted, najniebezpieczniejsze dla społeczeństwa osoby.
— Tak go pan na serjo sądzisz? Przecież szkodził zawsze głównie samemu sobie.
— To przyznać trzeba. Całe zło leży w tem, że bierzemy zbyt poważnie zjawiska tego rodzaju, miast patrzyć na nie ze strony humorystycznej. W gruncie rzeczy jest to może największy brak człowieka współczesnego, że nie odczuwa śmieszności. Całe życie Emanuela Hansteda to właściwie farsa z mnóstwem płytkich scen. Z zupełnem prawem można by na grobie jego kiedyś napisać: — Tu spoczywa następca Don Quichota, nazwiskiem Emanuel Hanstedt, który urodzony, by być uczciwym kapłanem, miał się za proroka i świętego. Dlatego ubierał się w odzież pastuszą, a każdy pomysł swój brał za specjalne wołanie niebiosów. Zniszczył, co mu tylko wpadło w rękę, opuścił żonę, zaniedbał dzieci, a mimo to do ostatniej chwili uważał się za wybrańca Opatrzności, który ma przygotować tysiąc letnie królestwo boże na ziemi i ogłosić sąd boży nad rodzajem ludzkim.
— Surowy to sąd. Zapominasz pan, że był synem swej matki.
— Racja! A w dodatku matkę i syna usprawiedliwia fakt, że byli dziećmi wynaturzonej epoki, tak dziwacznej, że za głupotę i naiwność winnaby otrzymać premję. W epoce tej podziwiają wszyscy, niby zaziemski genjusz, każdą szaloną ideję, każde lamentowanie histeryczne i wszelkie ekscentryczne wybryki. Jeśli Pan Bóg w dniu Sądu uwzględniać zechce usprawiedliwienia winowajców, to Emanuelowi przysługiwać mogą okoliczności łagodzące, albowiem był on płodem wyolbrzymiałej pokracznie uczuciowości czasów naszych i owego lirycznego procesu rozkładowego, który spowoduje niebawem zatratę naszego społeczeństwa.
— Dziwią mnie słowa pańskie. Czyżto ma być obraz czasów naszych, epoki kolei, telegrafów, rewolucji i tingel-tanglu?
— Tak pani, to odwrotna strona obrazu. Tak wygląda reakcja wywabiona z zakamarków przez tegoż właśnie czynnego, praktycznego ducha tętniącego silnie życia. Odrodzenie romantyki i wynalazek maszyny parowej pochodzą z jednego roku. Zresztą nie łudźmy się. Czujemy dobrze, że krążą we krwi naszej rozliczne, średniowieczne uczucia. Czy pani sama, panno Tönnesen, może z ręką na sercu powiedzieć, iż jesteś od tego wolną? Weźmy naprzykład ruchliwego kupczyka, lub pozornie najmniej uczuciowego światowca i poskrobmy go trochę, a zaraz ukaże nam się marzyciel i nastrojowiec. Któż z nas, oprze się o zmroku, w samotni, przy kominku, lub na oświeconem księżycem morzu owej wabliwej grze niebezpiecznych marzeń, fantazji, czy przeraźnych uderzeń trwogi, które są wspomnieniami dawnych cel klasztornych, lub lasów prawiecznych?
— Tak, masz pan zupełną słuszność. Ale cóż w tem złego?
— Niema nic, oczywiście. Ojciec niebieski dał swym dzieciom różne zabawki dla pociechy, a więc rozkosze zmysłowe, zachwyt sztuki, ponęty fantazji itp. Kto jednak chce tem żywić ducha swego, czyni jak dziecko, co zjadło balon i dostało kurczów żołądka. A któż śmie powiedzieć, że nie ulegał owej dziecięcej skłonności? Wszak powiadają co dnia, że marzenie to najwyższa radość, szczęście, że to prawdziwa ojczyzna człowieka! Nie oszukujmy samych siebie! Śnimy dotąd jeszcze sen średniowiecza,... a raczej znajdujemy się w stanie półjawy, przeżywając ową niebezpieczną chwilę, w której sen i rzeczywistość łączą się z sobą dziwnie, zamieniając często role. Ludzie współcześni to istoty podwójne, o duszy dziennej i nocnej, które toczą z sobą walkę. Stąd pochodzi nasza sympatja i jednoczesna niechęć do pewnych rzeczy, czy osób, słowem sprzeczność ustawiczna uczuć, charakterystyczna dla naszego czasu. Co pani mówi doświadczenie, panno Tönnesen?
Mówiąc to, patrzył na nią badawczo, a ona bez słowa spuściła oczy. W duszy uznawała, co mówił. Dziś właśnie zrozumiała w głębi serca swój stosunek do Emanuela, ową dziwną mieszaninę pogardy, współczucia, nienawiści i prawdziwej skłonności, jakie w niej budził. Wspominając, jak żyli dawniej w vejlbijskiej plebanji, przeraziła się, bowiem spostrzegła, że i ona sama, ona sama uległa potędze szaleństwa i urokowi naiwności, o których wspomniał pater.
Pastor ciągnął dalej:
— Wiem oczywiście, że podobno w czasach naszych nastąpił przełom. Słyszałem o nowatorach wiedzy, literatury i sztuki. Ale nie udało mi się dotąd odkryć, co ma zostać właśnie przełamane i przekształcone, a także co spowodowało ów przełom. Widzę ciągle dalej, że wielbi się zabobonnie naszą anormalnie rozwiniętą uczuciowość, że histerycznie hołduje się namiętności i przesadza w fantazji. Co więcej, zauważyłem że w latach ostatnich wzmogło się to wszystko w sposób niesamowity, a grzyb liryzmu przeniknął do szpiku kości ludowi. Udowodniło to teraz religijne opętanie, jak przedtem polityczne w sposób nader smutny. Nawiasem mówiąc, dzisiejsze posiedzenie w uniwersytecie skończyło się zupełnym chaosem. Wilhelm Pram i zwolennicy jego zagrażali wprost wystąpieniem ze związku, bowiem nie odpowiada już duchowi czasu. W ten sposób szczury uciekają z chwiejącej się wieży Babelu. Ale pani wygląda na znużoną, panno Ranghildo. Może lepiej przestać mówić. Powinna by się pani położyć i wypocząć.
— To nic. Siedzę tu, słucham i dziwię się, że to wszystko mówi kapłan chrześcijański i kaznodzieja. Pojąć mi trudno jak pan, mąż zaufania Kościoła, możesz pogodzić z tem swojem stanowiskiem takie i podobne nieraz wygłaszane poglądy!
— Proszę byś szczerą, panno Tönnesen. Pani sądzi napewno, że jestem obłudnikiem, drwiącym w gruncie z wszystkiego co boskie, podstępną kanalją, która bierze udział w komedji Kościoła, resztę zostawiając Bogu. Wiem dobrze, że tak się zapatruje ogół na patra Rüdersheimera!
— Być może. Ale ja nigdy tego nie powiedziałam, ani nie pomyślałam. Nie rozumiem tylko, jak pan przy poglądach swoich możesz być przedstawicielem nauki, opartej przede wszystkiem o uczuciowość człowieka i posługującej się zarówno liryką, jak i mistyką. Pozatem jesteś pan bardziej od innych ortodoksyjny i zwalczasz przemocą niemal w parafji swej każdy odruch swobodniejszy!
— Podobnie jak ojciec pani! Czyliż zachodzi tu sprzeczność? Może pani ma zresztą słuszność, ale tem się nie troszczę. W każdym razie osobiście nie pozwalam sobie krytykować tego, co uważam za swą religję, gdyż w takim razie przestałoby to już być dla mnie religją. Czyż zresztą w istocie nie da się wcale pogodzić ze zdrowym, prostym rozumem to, co stanowi bezwzględny, pełen zaufania stosunek do odziedziczonej wiary, stosunek wykluczający wszelki zakus czynienia poprawek? Widziałem jak ojciec mój na zasadzie tej właśnie wiary patrzył spokojnie w oczy śmierci po życiu burzliwem i wcale nie nienagannem. To samo uczyniła matka, zaznawszy w życiu wielu cierpień i niedostatków. To też nie sądzę, by ludzie tak na poczekaniu mogli zmienić to, co przez tysiące lat było ostoją ich szczęścia i pokoju. Nie mówię tu o duchach silnych, samotnych tytanach, wspominanych w historji, którzy pod okiem Boga dochodzą zagadnień świata. Nie znam ich i nie sądzę. Wiem jeno z własnego doświadczenia, że my, ludzie przeciętni, mamy jedno tylko przykazanie i jeden jest tylko dla nas ratunek, mianowicie wierzyć bezwzględnie, bez wahania, nie zmieniając nawet części słowa Pisma. Nie rozumiem zresztą, jak można wierzyć, a jednocześnie odczuwać chęć korygowania nieustannego i poprawiania swej wiary. Już lepiej rozumiem epokę, która paliła swych kacerzy i niedowiarków, bez żadnego sentymentu. Prawdziwy wybraniec nie lękał się stosu i nie musiano patrzyć jak dziś na nikczemne grzebanie w religji, co czyni pierwszy lepszy błazen, postępując z wiarą, jak z jajecznicą. Wówczas nie mogło się zdarzyć, by lada renomista teologiczny zawracał głowy wiernym swej parafji, traktując słowo boże wedle własnej fantazji. Wspominałem pani już, żem w młodości zbłądził na te ścieżki, po których tylu dziś zdąża do zupełnej rozpaczy. Wkroczyłem nawet na ową ciernistą drogę, gdzie zginął Emanuel Hansted, uniesiony zuchwałą myślą, że bolesna ta wędrówka zastrzeżona jest istotnym wybrańcom, których naśladować byle krawiec nie może. Ale dzięki Bogu, ocalił mnie zdrowy, chłopski rozsądek, opanował wybryki serca, zaś zdrowa, prostacza krew ścierpieć nie mogła samodręczenia się bezcelowego i bezbożnego. Przy boku mej młodej, pełnej życia żony, której dusza przebywa w niebie, nauczyłem się, zanim było za późno, dziękować Bogu za każdy dzień życia. Ach, były to dobre, szczęsne czasy. Czerpię dotąd nieraz otuchę w owych wspomnieniach i krzepię z nich nadzieję. Stają mi przed oczyma te urocze święta młodości, niezapomniane, wiejskie poranki niedzielne, kiedy dzwony niosły po polach i duszach uroczyście nastrojonych dźwięki pokoju, a z otwierających się bram zagród wyjeżdżały strojne rodziny, w błyszczących pojazdach, starannie wyczyszczonemi końmi, i zmierzały do kościoła nie po to, by usłyszeć wymownego kaznodzieję, ale by wznowić szczerem sercem stare przymierze i zebrać się jako dzieci społem na łonie ojca. Pragnę, by wróciło to skupienie duszy i ta równowaga umysłu, bowiem bardzo nam ich potrzeba. Uważam za pierwszy dziś obowiązek kaznodziei, by uczył, jak należy w sposób najlepszy używać życie i kochać je, bez zuchwastwa i strachu, we wdzięczności i zadowoleniu, co jest obowiązkiem naszym wobec tego, który je dał. Dlatego nic mnie bardziej nie mierzi, od grasujących teraz tak gęsto indywiduów, produkujących się ze smętkiem i ponurą bezdomnością. Nienawidzę zuchwalców, podających życie za długą mękę na krzyżu. Są to bezkrwiste draby współczesne, ciągle chorujące na nudności, co chodzą, czując chęć zwymiotować dusze swoje, wywnętrzać się do dna i składać wyznania. Nie wiedzą tylko, czy mają to uczynić na łonie Boga, czy ulicznicy. Ile razy spotkam takiego szubrawca, żółć mnie zalewa i nabieram chęci skoczyć mimo siwych włosów moich na stół i z całej piersi krzyknąć, niech żyje życie!
— Czemuż pan tedy nie uczynisz tak? — wołała Ranghilda, zarumieniona i porwana jego zapałem. — Czemu nie krzykniesz pan tego głośno, by kraj cały posłyszał? Dlaczego siedzisz tu i szepczesz mi te rzeczy do ucha? Milczałeś pan wczoraj na zebraniu, a była to właśnie doskonała sposobność.
— Pani marzy, panno Ranghildo! Liryka panią owładła! Widzisz mnie w duchu rycerzem przełamującym szranki i pokonywującym lud. Czyż jednak sądzi pani naprawdę, że mógłbym konkurować z Wilhelmem Pramem i innymi ludowymi aktorami? Musiałbym chyba przebyć kurs dramatyczny, oraz obmyśleć sobie efektowny kostjum proroczy. W sukniach codziennych nie czyni się zaprawdę wrażenia na publiczności.
— Masz pan w samej rzeczy rację.
— Tak mi się wydaje. Sam jestem wprawdzie kaznodzieją, ale boję się niezmiernie słowa i jego oszołamiającej, obezwładniającej potęgi. Za nic na świecie nie mówiłbym, nawiązując do małej osoby swojej, górnolotnie o powołaniu, misji i t. p. rzeczach. A jednak muszę powiedzieć, że uważam za skromne zadanie swoje zarówno jako kapłan, jak i człowiek, przyczyniać się po cichu do tego, by ludzi uświadamiać, by ich przywodzić do pełnej, jasnej świadomości. Coprawda, niebardzo mi się szczęści, ale trudno. Nie mogę się powstrzymać na widok człowieka, pędzącego ku zgubie. Jestem podobny trochę do niańki. Niech mi to służy za usprawiedliwienie, jeśli czasem znudzę kogoś niepowołaną i nie będącą na czasie gorliwością, której przezwyciężyć nie mogę. Ale znowu zapomniałem, że pani znużona! Słońce przytem zaszło, muszę już odejść!
Wstał z ławki.
— Musisz pan naprawdę jechać? — spytała.
— Pora na to w istocie. Powóz czeka, a zresztą nie mam nic tu do roboty. Zegnam panią, panno Tönnesen! Proszę, niech pani, zwłaszcza pani, przebaczy mi tak długi pobyt mój tutaj. Wyznaj pani, że pragnęłaś, bym jechał, gdzie pieprz rośnie. Widziałem to dobrze, mimo, że z pani chytra dyplomatka... Sądzę jednak, że się pani nie gniewa?
Uścisnęła mu w milczeniu dłoń.
— Zegnam panią! — dodał. — Zobaczymy się pewnie niedługo w Kopenhadze. Czy długo tu pani jeszcze zostanie?
— Dopóki Betty nie wyjedzie. Nie mogę jej teraz opuszczać. Zresztą mnóstwo trzeba będzie załatwić spraw przed odjazdem.
— Proszę ją pozdrowić ode mnie. Szkoda, że się nie mogę pożegnać osobiście, ale i panią Betty zobaczę niedługo w stolicy. Do widzenia, do widzenia panno Tönnesen.
— Adieu! — powiedziała Ranghilda. — Dziękuję panu za wszystko! — dodała, gdy odszedł parę kroków.
Obrócił się uśmiechnięty i przycisnął do piersi kapelusz.
— Służka najuniżeńszy łaskawej pani! Zawsze gotów... zawsze...

Pewnego dżdżystego dnia jesiennego, w kilka miesięcy potem, wił się korowód pogrzebny krętą drogą, wiodącą od granicy Skibberupu do starego, samotnego kościoła, sterczącego na przylądku wysoko nad fiordem. Odprowadzano Emanuela na wieczny spoczynek.
Mimo, że rodzina chciała, by się to odbyło zupełnie cicho i bez rozgłosu, nadciągnął z Vejlby i Skibberupu wcale okazały orszak, a droga czerniła się od pojazdów i idących pieszo. Nie wzięli udziału jeno najzatrwardzialsi z pomiędzy „oświeconych,“ bowiem wiedziano, że na życzenie Hansiny nie będzie mowy nad grobem.
Ukazały się te same oblicza, które otaczały Emanuela dawniej, bo nieszczęścia jego wymazały z serc wspomnienie minionych starć i sporów. Przybył nawet ów „wiking“, cieśla z olbrzymią brodą, ale kroczył na samym końcu pochodu, jakby chciał zaznaczyć, że nie z własnej jeno znajduje się tu woli. Wyraz jego świadczył, że po długiej dopiero walce wnętrznej wziął udział w pogrzebie. Zaliczał się teraz do przysięgłych zwolenników głosicieli piekła i miał wielkie znaczenie w gminie, z powodu wysokiego stanu swego „oświecenia.“ Tkacz Hansen przyłączył się doń żartem, co go niewymownie żenowało. Kilka razy próbował odczepić się i zmieniał miejsce w pochodzie. Ale tkacz trzymał go się stale i radował z serca wrażeniem, jakie na wszystkich czyniło to koleżeństwo.
Zjawił się też były weterynarz Aggerbölle, będący dziś jeno cieniem samego siebie. Blady, z zapadniętemi policzkami, w nędznym surducie i zmiętym cylindrze, ale zawsze wyprostowany i dziarski, kroczył, nasadziwszy binokle, przez które spoglądały martwo, wielkie jego, ogłupiałe oczy. Srogo przez los prześladowany człowiek był teraz mieszkańcem przytułku biednych, ale za nic nie przyznałby się był do tego. Z litości, a może bardziej jeszcze z nieprzezwyciężonego szacunku dla tego, co zwał swą rangą, pozwolono mu zostać w dawnem domostwie, a zapomogę gminną doręczano mu w sposób jak najoględniejszy. Twierdził też uparcie i sam w to wreszcie uwierzył, że kierownik przytułku zawiaduje tylko jego funduszami, i przyznawał co najwyżej, że czasem otrzymuje podarki, przeciw czemu buntuje się co prawda jego honor, ale nie może odmówić przyjęcia ich ze względu na ukochane dzieci swoje.
Do osób nie biorących udziału w ceremonji których brak dostrzeżono zaraz, zaliczali się w pierwszej linji kupiec Villing i jego żona. Nie mieli odwagi narazić się swym „oświeconym“ klijentom, przeto zostali w domu, mimo że Villing żałował niezmiernie okazji, gdzie mógł reprezentować, być wzniosłym, oraz wzruszać słuchaczy rozprawianiem na temat śmierci i dziwnych kolei życia. Zapobiegliwym małżonkom wiodło się już od dłuższego czasu znakomicie, a wytrwała wiara Villinga w wyższość fachowości została nagrodzona i odniosła triumf.
Gmina, zajęta wyższemi kwestjami ducha, nie mogła jak należy pilnować stworzonego dawniej przez Hansena konsumu, który miał uniezależnić chłopów. To też sklep Villinga stał się napowrót punktem zbornym, gdzie pełno było od rana do wieczora i gdzie musiał zajść co najmniej raz na dzień każdy Vejlbijczyk celem spędzenia bodaj godzinki na plotkach i paleniu tytoniu.
Z rodziny Emanuela przybyła tylko pani Betty i brat Karol, oficer gwardji, ubrany po cywilnemu. Ojciec nie odważył się na uciążliwą podróż. Zesłabł już bardzo i obawiano się, że nie przeżyje zimy.
Na własne życzenie Emanuela pochowano go na skibberupskim cmentarzu, nad samotnym fiordem. Zawsze z miłością wyrażał się o tem miejscu i pragnął lec obok swego syna, na łonie ciszy uroczystej, przerywanej jeno szumem fal i krzykiem mew. O starym kościele, z którym związane były najszczęśliwsze chwile jego życia, snuł ciągłe fantazje podczas ostatniej choroby. W chwilach świadomości opowiadał pielęgniarce o swym ślubie, o licznym strojnym orszaku, biskupie, który doń wyszedł w pełnym ornacie, oraz powrocie nocą do domu, kiedy się wzgórza podnosiły na kolumnach z płomieni. Chciał również szczegółowo rozpowiadać o plebanji Vejlbijskiej, ale pielęgniarka powstrzymywała go, bowiem wspomnienia te wstrząsały nim zbyt silnie. Płakiwał często desperacko, albo trwał w niemej rozpaczy, dumając o zmarnowanem szczęściu. Wkońcu pragnął już tylko zobaczyć żonę i dzieci swe, ale gdy prośb jego, za zbliżeniem się śmierci wysłuchano i posłano po rodzinę, było już za późno. Zmarł tejże nocy. Ostatnim wysiłkiem zlecił, by powiedziano odeń Hansinie, że jej dziękuje i błogosławi ją. Ująwszy dłoń pielęgniarki, wydał w ostatniem długiem, bolesnem tchnieniu duszę, o świcie, kiedy poza zapuszczonemi storami szpitala wstawał złoty i zwycięski dzień nowy.
Orszakowi pogrzebnemu, wijącemu się długim wężem, tętnił monotonnie basowy dzwon, o jednym jeno tonie, a jednak zdolny wyrazić wszystkie drgnienia serca ludzkiego, od najsłoneczniejszej radości godziny zaślubin, aż do bólu rozstania. Otwarto bramę cmentarną, zawrzeszczały nad wybrzeżem spłoszone mewy, jakby darzyły przyjaciela ostatniem pożegnaniem, i korowód skręcił pomiędzy stare, zniszczałe groby.
Zatrzymano się tam, gdzie leżał Anders Jörgen, zdobną w kwiaty trumnę postawiono na ziemi, a oczy wszystkich zaczęły szukać mimowoli Hansiny. Stała w szatach wdowich, trzymając za rękę Sigrid, która łkając kryła twarz w sukni matki. Hansina była zupełnie spokojna, tylko skutkiem przejść lat ostatnich postarzała się nieco i wyglądała dziwnie małą w czarnem odzieniu.
Po skończeniu hymnu przystąpił do grobu jeden z miejscowych głosicieli kar piekielnych.
Był to niski, przysadkowaty człek z czarną, gęstą brodą, krwistemi wargami i fanatycznie podejrzliwemi oczyma. Pracował gorliwie przy zasypywaniu grobu, a że nie mógł wypowiedzieć mowy, przeciągał tak zwaną „cichą modlitwę“ do nieskończoności, aż ten i ów niecierpliwszy, wdziawszy kapelusz, umykał co prędzej.
Na tem zakończono obrzęd, a orszak rozpłynął się zwolna.

Mineło lat kilka od tego dnia. Dotąd jeszcze władał pastor Mogensen. Był panem życia i śmierci w Vejlby i Skibberupie, a nawet poza granice parafji do Sandingi sięgała jego władza.
Dyrektor szkoły Sejling również nie próżnował. W miarę zanikania wpływu związku oświaty ludowej na szerokie masy, starał się pozyskać dlań uznanie sfer wyższych i pod tym względem szczęściło mu się bardzo. Tak dawniej wyśmiewane zrzeszenie w tej chwili było niemal modne w wykwintnym świecie, a formuła chrześcijaństwa, jaką wyznawało, stała się niemal religją państwową. Nic też dziwnego, że niedawno otrzymał dyrektor Sejling wysoki order.
Niespodziane to powodzenie zagroziło ruiną frakcji Wilhelma Prama. Pierwszą renegatką stała się pani Gilling. Zaraz po zaszczytnej bytności ministra oświaty w Sandindze doszła do przekonania, że działała za szybko, dając poparcie stronnictwu reformistów. Sympatyczny niedowiarek, kandydat Boserup, znalazł nakoniec schronę przed trapiącemi go wątpliwościami. Odrodzony i oczyszczony wrócił syn marnotrawny na łono macierzy i przyjął w pokorze ducha, stojące długo w stajni tuczne cielę w postaci tłustej parafji.
Wkońcu uznał również poczciwy pastor Mogensen i to bez żadnych osobistych kalkulacyj nawet z boleścią, że winien porzucić krańcowe swe stanowisko. Wyznał w najświeższej, sensacyjnej broszurze swej o karach piekielnych, że to, co dotąd twierdził, polegało na błędzie tłumaczenia. Najnowsze badania językowe stwierdziły nieodwołalnie, że ów sporny punkt Biblji należy przyjąć w znaczeniu zgodnem z ujęciem, jakie mu daje Kościół urzędowy.
Sam Wilhelm Pram zwalcza, coprawda, dalej z niesłabnącą siłą autorytet Kościoła i wiarę w boskie pochodzenie Biblji, oraz jej nieomylność, ale nawet zwolennicy jego zaczynają twierdzić, że jest potrochu nudny i nie ziszcza nadziei, jakie w nim położono. Niedawno został też napadnięty w jednem z pism przez własnego stronnika i obwiniony o to, że „powtarza jedno w kółko.“
Tymczasem płynie dzień za dniem cicho i monotonnie w małej zagrodzie skibberupskiej, gdzie niepodzielnie władają po śmierci starej Elzy Hansina i brat jej. W bramie wisi ciągle jeszcze ta sama, zardzewiała latarnia, kręcąca się na sznurze, jak to bywało za lat dziecięcych Hansiny i Ole Krystjana. Ale po ogrodzie, polach i stajni buja teraz nowe pokolenie, dorastająca Sigrid i mała Dagny, obie rumiane i wesołe.
Zdarza się czasem, co prawda, że Sigrid, gdy nadejdzie zmierzch, albo coś jej nie w smak, siada w kątku i duma o Kopenhadze, ale matka nie pozwala jej nigdy zatapiać się w takie nastroje, zjawia się zaraz i zmusza córkę do roboty. Już jest tak duża, że musi być użyteczna. Ma w swej opiece kury, małe prosiątka, owce i cielęta, a Hansina nie puszcza płazem żadnego zaniedbania.
Z mieszkańcami wsi nie łączą ich ściślejsze stosunki. Czasem zajrzy któryś ze starych przyjaciół i pogwarzy chwilę o nowościach, jawi się nawet tkacz Hansen. Pokonany ostatecznie, człeczysko żyje teraz cicho, spokojnie, tkactwem zarabiając na życie i unikając wszelkiej agitacji. Powiadają, coprawda, że utrzymuje stosunki ze Svendem-piwkiem i Piotrem-sznapsem, oraz resztą niesamowitego rodu z lepianek nad bagnem, ale gdy go o to spytać, udaje, że nie słyszy i zaczyna mówić o czem innem.
Każdej soboty, gdy tylko pozwala na to pogoda, udają się Hansina i dzieci z grabiami i polewaczką na cmentarz, celem utrzymania w porządku grobów rodzinnych. Dzieciom wycieczki owe stały się czemś w rodzaju rozrywki, poprzedzającej obchód niedzieli. Dla Hansiny zaś, chwile spędzane u grobu rodziców, męża i syna, są chwilami modlitwy i skupienia cotygodniowego. Wtedy to odnajduje w wspomnieniach wszystko, czego jej odmówiło życie. Teraz dopiero, gdy niema Emanuela i może o nim myśleć bez niepokoju, troski i goryczy, teraz dopiero, zda się, posiada go w pełni, może darzyć zaufaniem i miłością. Nawet „chłopak“ ożył dla niej niejako teraz, kiedy znikły cienie przeszłości.
Inni jeszcze ludzie przychodzą na grób Emanuela. Często jawi się kilka czółen, pełnych czarno ubranych mężczyzn i kobiet. Płyną fiordem, przybijają do wielkich głazów, a mężczyźni wynoszą kobiety na ląd. Kroczą w milczeniu ku cmentarzowi i stoją długo i nieruchomo nad grobem, zatopieni w modlitwie.
Są to przyjaciele Emanuela z rybackiej wioski pod Sandingą, oddający mu formalnie cześć pośmiertną. Utworzyli osobny związek, sektę, żyjącą wspomnieniem o nim i rozważaniem jego działalności. Zwą go jagnięciem bożem i jak słychać coraz większą jest ich liczba. Żyją cicho, zgodnie i starają się w pokorze serca naśladować go we wszystkiem. Zbierają się każdej niedzieli, by wspólnie o nim rozmawiać, budować się słowami jego i słuchać opowiadań o jego przedziwnem życiu. Wkońcu, przynajmniej raz w roku odbywają wspólnie, albo każdy z osobna pielgrzymkę na jego grób.
Krąży już dosyć legend o jego urodzeniu i kolejach życia. Podobno pobożna matka Emanuela miała, w czasie, gdy go nosiła pod sercem, pewnej nocy widzenie. Uczuła na głowie swej dotknięcie rąk bożych i usłyszała głos mówiący w ciemności: — Urodzisz ludziom wybawcę! — Dalej opowiadają, że chłopcem będąc, często pościł i codziennie rozdawał własne jadło biednym na ulicy. Odnośnie do tych i innych podań panuje już dziś pewna niezgodność, natomiast wszyscy twierdzą, że bezwątpienia umarł jako ofiara prześladowań świata, zaś jeden z członków sekty, były nauczyciel, zajęty jest właśnie spisywaniem z ustych podań obszernej relacji o męczeństwie Emanuela, w tym celu, by życie jego i czyny zachowane zostały potomności na wieczną pamiątkę.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Henrik Pontoppidan i tłumacza: Franciszek Mirandola.