Światło, które zagasło/Rozdział VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Światło, które zagasło
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie
R. Wegner
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VI.

 „Choćbyś wiódł hufiec z tysiąca ludzi,
Napróżno ściągasz koniowi wodze...
Zanim powiedziesz Królową Wróżek,
Serce zaboli cię srodze“.
On wraz z strzemiona wysadził nogę,
Wypuścił cugle — by ktoś go urzekł —
I był związany ręką i stopą
Z księżniczką krainy Wróżek.
(Pan Hoggie i Wróżki).

W kilka tygodni później, którejś nader mglistej niedzieli, Dick wracał przez park do swej pracowni. Oto jest widocznie — mówił sobie — owa chłosta, którą Torp miał na myśli. Boli mnie ona bardziej, niżem się spodziewał... ale królowa nie może postępować niesłusznie... Przytem ona ma z pewnością jakie takie pojęcie o rysowaniu.
Dopiero co odbył wizytę niedzielną u Maisie — stale pod strażą zielonych oczu rudowłosej impresjonistki, którą znienawidził z samego wejrzenia — i doznawał dotkliwego uczucia wstydu. Co niedzielę, wkładając na siebie najlepsze ubranie, udawał się do obskurnego domu na północ od parku — zrazu by zobaczyć obrazy Maisie, następnie, by je krytykować i udzielać rad, skoro przekonał się, że były to twory tego rodzaju, iż wyszłaby im na dobre jego rada. Co niedziela (a z każdemi odwiedzinami rosła jego miłość) był zmuszony przytłaczać i z drogi zawracać swe serce, co, usiadłszy mu na wargach, zachęcało go, by pocałował Maisie — a czyniło to niejeden raz i zawsze z wielką usilnością. Co nidziela rozsądek jego, przeważając nad sercem, ostrzegał go, że Maisie jest jeszcze nie do zdobycia i że najlepszą rzeczą będzie rozmawiać możliwie najpoważniej o tym fachu, który dla niej był wszystkiem na świecie. Tak więc z wyroków losu musiał znosić ciągłe katusze w tej pracowni, zbudowanej ponad wilgotnym ogrodem, na tyłach zmurszałego, zatęchłego pałacyku, gdzie nic nie było na właściwem miejscu i gdzie nikt nawet nigdy nie zaglądał... musiał cierpieć i przypatrywać się Maisie, krzątającej się koło filiżanek. Czuł wstręt do herbaty, ale ponieważ dawała mu ona możność zabawienia nieco dłużej w towarzystwie Maisie, przeto z nabożeństwem spijał tę lurę... zaś rudowłosa dziewoja siedziała na stosie rupieci i wlepiała weń oczy, nic nie mówiąc. Przyglądała mu się ustawicznie. Raz — i tylko raz jedyny — gdy impresjonistka opuściła pracownię, Maisie pokazała mu album, zawierający parę marnych wycinków z gazet prowincjonalnych; były to króciuchne i przelotne wzmianki o jej obrazach, posłanych na wystawy, urządzane kędyś po zapadłych zakątkach. Dick schylił się i ucałował powalany farbą jej paluszek, spoczywający na otwartej stronie.
— O moja droga, moja droga, — bąknął, — czy ty przywiązujesz wagę do tych szpargałów? Rzuć je do kosza.
— Nie wyrzucę, póki nie zdobędę czegoś lepszego! — odparła Maisie, zamykając książkę.
Wówczas Dick, nie żywiąc żadnych względów dla publiczności, natomiast wielki szacunek dla dziewczęcia, jął rozważnie jej wyłuszczać, że, celem zapewnienia jej większej ilości tych upragnionych wycinków, gotów jest wymalować obraz, który Maisie podpisałaby jako swój własny.
— E dzieciństwo! — odpowiedziała Maisie, — nie spodziewałam się tego po tobie. To musi być moje dzieło. Moje... moje... moje!
— Idź rysować medaljony dekoracyjne na domy bogatych piwowarów. W sam raz ciebie stać na to! — uniósł się Dick, zły i rozgoryczony.
— Stać mnie na lepsze rzeczy, niż medaljony, Dicku! brzmiała odpowiedź, której ton przypominał nieulękłe odezwania się szarookiej drobiny wobec pani Jennett. Dick byłby kornie się uniżył, gdyby ruda dziewoja nie wtargnęła w tej chwili do pokoju.
W następną niedzielę złożył u stóp Maisie mały prezent, w postaci ołówków, które potrafiły niemal same rysować, oraz farb, co do których trwałości miał niezbitą pewność, i z widoczną chęcią popisu jął przyglądać się robocie, będącej właśnie w toku. Robota ta wymagała, między innemi, wyłuszczenia zasad, jakie wyznawał. Włosy stanęłyby na głowie Torpenhowa, gdyby słyszał, z jaką potoczystością głosił Dick własną, swoistą, ewangelję sztuki.
Na miesiąc przedtem i sam Dick byłby zarówno zdumiony; jednakże taka była wola Maisie i jej upodobanie, przeto wydobywał z siebie słowa i wiązał je z sobą, ażeby udostępnić jej pojęciom wszelkie zagadnienia sztuki, — wszystkie owe: „dlaczego?“ i „na co?“ które dotąd ukrywały się przed nim samym. Nic trudnego tworzyć rzecz jakąś, jeżeli się tylko wie, jak ją tworzyć; ale objaśnić słowami swą metodę — to nielada kłopot.
— Mógłbym to naprawić, gdybym miał pendzel w ręce — mówił Dick z rozpaczą, przyglądając się modelowaniu podbródka, na który Maisie uskarżała się, że nie chce „wyglądać, jak ciało ludzkie“ (był to ten sam podbródek, który ona wydrapała szpachtlą) — ale wydaje mi się rzeczą prawie niemożliwą, bym mógł ciebie tego nauczyć. W twojem malowaniu znać dziwne jakieś pociągnięcia, przez swą ponurość przypominające szkołę holenderską, i to mi się podoba; jednakże zauważyłem, że jesteś słaba w rysunku. Używasz takich skrótów, jak gdybyś nigdy nie posługiwała się modelem, i przejęłaś się paszteciarską skłonnością Kamiego do rzucania cienia na ciało ludzkie. Ponadto, chociaż sama nie zdajesz sobie z tego sprawy, unikasz trudnej roboty. A możebyś tak, dajmy na to, poświęciła się przez pewien czas wyłącznie linji. Linja nie pozwala na zbywanie roboty tanim kosztem. Natomiast sprzyjają temu farby olejne, a trzy łokcie kwadratowe błyskotliwych kunsztownych draperyj, umieszczonych w rogu malowidła niekiedy zdoła podciągnąć rzecz kiepską... Wiem-ci ja coś o tem! To rzecz karygodna! Zajmij się czas jakiś linją, a wtedy będę mógł powiedzieć coś więcej o twych zdolnościach — jak zwykł był mawiać stary Karmi.
Maisie żachnęła się: ona nie dbała o czystość linji.
— Wiem o tem — rzekł Dick. — Chcesz malować te swoje fantazyjne głowy z pękiem kwiatów poniżej szyi, co ma na celu zasłonić kiepskie modelowanie.
Rudowłosa pannica roześmiała się zlekka.
— Pragniesz malować krajobrazy z bydłem, brnącem po kolana w trawie, celem zasłonięcia kiepskiego rysunku. Pragniesz stworzyć o wiele więcej, niż potrafisz. Masz poczucie koloru, ale brak ci formy. Koloryt jest darem talentu (odsuń go na bok i nie myśl już o nim), ale do kształtu możesz dojść tylko przez uporczywe ćwiczenie. Otóż te wszystkie twoje fantazyjne głowy (a niektóre z nich są bardzo udatne) zatrzymają cię w sam raz na tem miejscu, gdzie stoisz. Z linją zajść możesz albo naprzód, albo wstecz... i wykaże ona wszystkie twoje usterki.
— Ależ inni ludzie... — zaczęła Maisie.
— Nie zważaj na to, co czynią inni ludzie. Gdyby ich dusze były twoją duszą, to co innego. Pamiętaj, że twoja wygrana lub przegrana zależy od własnej twej pracy, a w tej walce daremną stratą czasu byłoby zaprzątać sobie głowę kim innym.
Dick przerwał, a w jego oczach znów pojawiła się tęsknota, którą dotychczas z taką stanowczością odganiał od siebie. Spojrzał na Maisie, a to spojrzenie zapytywało wyraźnie, niejako temi słowami:
— Nie był-że już czas puścić w trąbę wszystkie te zawiłe rady i malowidła, podając ręce Życiu i Miłości?
Maisie z takiem przejęciem przystała na nowy program nauki, że Dick niekiedy ledwo mógł się oprzeć chęci zabrania jej stąd i zaprowadzenia do najbliższego urzędu rejentalnego. W twarzy jej widać było bezwzględne poddanie się wypowiadanym przezeń słowom, ale i zupełną obojętność w stosunku do niewypowiedzianej tęsknicy, która mamiła i kułakowała jego duszę. Cieszył się powagą w tym domu — wprawdzie ta powaga była ograniczona krótkim terminem od godziny wpół do drugiej do siódmej, niemniej jednak była wielce widoczną przez cały czas swego trwania. Maisie nauczyła się nagabywać go w najrozmaitszych kwestjach, począwszy od najwłaściwszego sposobu pakowania obrazów, a skończywszy na czyszczeniu zadymionego komina. Rudowłosa pannica nigdy nie zasięgała jego rady w żadnej sprawie; z drugiej strony jednak nie miała nic przeciwko jego odwiedzinom i stale mu się przyglądała. Niebawem zrobił odkrył, że posiłek bywał w tem mieszkaniu coraz to o innej porze, a zawsze tylko naprędce przyrządzony i niewystarczający. Składał się głównie z herbaty, marynat i biszkoptów, jak to Dick z resztą przewidywał od samego początku. Prawdopodobnie dziewczęta robiły zakupy na wiele tygodni naprzód, ale żyły — korzystają z pomocy posługaczki — trybem tak dorywczym, jak młode kruki. Maisie większą część swego dochodu wydawała na modele, a jej towarzyszka przepadała za przyborami tak wykwintnemi, jak pospolitą była jej robota. Zbrojny w drogo okupioną wiedzę, wyniesioną z nad Stoczni, Dick przestrzegał Maisie, że taka głodówka pociągnie wkońcu za sobą mniejszą wydatność pracy, co jest rzeczą o wiele gorszą od śmierci. Maisie wzięła sobie do serca tę przestrogę i zaczęła więcej zważać na swoje jedzenie i picie. Gdy Dicka napadała ponownie markotność — co zdarzało się pospolicie podczas długich szarych godzin, zimowych — wówczas wspomnienie tego drobnego aktu poufałego zwierzchnictwa, w zestawieniu z przymusowem wygarnianiem popiołu z rusztów dymiącego kominka w saloniku, bolało go, jak razy bicza.
Wyobrażał sobie, że to wspomnienie będzie chyba szczytem jego udręczeń, aż tu pewnej niedzieli rudowłosa dziewoja oznajmiła, że chciałaby zrobić studjum głowy Dicka, przeto prosi go, żeby był łaskaw siedzieć spokojnie i (co już zgoła zakrawało na jakiś domyślnik) wpatrywać się w Maisie. Usiadł, bo nie wypadało odmawiać, i przez całe pół godziny rozmyślał o wszystkich ludziach, którymi w dawniejszych czasach posługiwał się do celów swego zawodu. Z największą wyrazistością przypominał sobie Binata... tego Binata, który niegdyś był artystą i gadał o swojem poniżeniu...
Był to najzwyczajniejszy, jednobarwny zarys głowy, ale i tak artystka zdołała w nim wyrazić — w duchu zgryźliwego szyderstwa — bezsłowne oczekiwanie, tęsknotę a nadewszystko beznadziejne oddanie się mężczyzny w niewolę kobiecą.
— Kupię to — rzekł Dick skwapliwie — za cenę, jakiej pani żąda.
— Cena moja jest zbyt wygórowana, jednakże przypuszczam, że pan będzie równie wdzięczny, jeżeli...
Nieobeschły jeszcze szkic wyfrunął z trzepotem z rąk dziewoi i upadł na tlejące zarzewie kominka. Gdy podniosła go za chwilę, był już beznadziejnie zaczerniony.
— O całkiem zniszczony! — ozwała się Maisie. — A ja go wcale nie widziałam. Czy był podobny?
— Dziękuję pani, — rzekł Dick szeptem do rudowłosej dziewicy i oddalił się pośpiesznie.
— Jak ten człowiek mnie nienawidzi! — wybuchnęła dziewica. — A jak on kocha ciebie, Maisie!
— Co za brednie!.. Wiem, że podobam się bardzo Dickowi, ale on ma swoją robotę, a ja swoją.
— Tak, ty mu się bardzo podobasz, a myślę, że on się, bądź co bądź, rozumie na niektórych zaletach Impresjonizmu. Czy tego nie widzisz, Maisie?
— Czy widzę? Co mam widzieć?
— Nic... wiem tylko, że gdyby na mnie jakiś mężczyzna zechciał tak patrzeć, jak on patrzy na ciebie, jabym!... sama nie wiem, cobym zrobiła. Ale on mnie nienawidzi. O, jak on mnie nienawidzi!
Nie miała zupełnej słuszności. Nienawiść Dicka została na parę chwil złagodzona wdzięcznością, poczem Dick na śmierć zapomniał o dziewicy. Pozostało mu tylko poczucie wstydu, które podsycał ustawicznie brnąc przez park mgłą zalany.
— W tych dniach będzie wybuch, — mówił z wściekłością. — Ale nie jest to winą Maisie; ona w swojem przekonaniu ma słuszność, całkowitą słuszność, a ja nie mogę czynić jej wyrzutów. Ten cały skweres ciągnie się bezmała przez trzy miesiące. Trzy miesiące!.. a dziesięć lat musiałem tłuc się po świecie celem wyrobienia sobie pojęcia, ot najprostszego pojęcia o mej pracy. To prawda; ale wówczas nie miałem szpilek, pinesek i szpachtli, któreby wbijano we mnie co niedziela. Ach, ty moje kochane maleństwo! jeżeli kiedy cię przełamię, to ktoś będzie miał się z pyszna!.. Nie, nie ona. Ja będę nadał w niej tak ślepo zakochany, jak obecnie. W dniu mego ślubu otruję tę rudą dziewczynę... to jakaś niesamowita jędza... a teraz, żeby pocieszyć się w obecnej biedzie, pójdę do Torpa.
Torpenhow ostatniemi czasy niejednokrotnie uważał za swój obowiązek prawić Dickowi kazania na temat grzechu lekkomyślności; w tych razach Dick słuchał i nie odpowiadał ani słowa. Przez te tygodnie, które zawierały się pomiędzy kilku pierwszemi niedzielami jego nauczania, brał się z całą zaciekłością do malowania, postanawiając sobie, że Maisie powinna przynajmniej poznać całą potęgę jego talentu. Potem nauczył Maisie, że nie powinna zwracać najmniejszej uwagi na jakiekolwiek dzieła, oprócz własnych, a Maisie aż nadto gorliwie go posłuchała; przyjmowała jego rady, ale nie zaciekawiały jej wcale jego malowidła.
— Twoje obrazy czuć krwią i tytoniem — wyraziła się pewnego razu. — Czy nie umiesz malować nic innego, jak tylko żołnierzy?
— Mógłbym namalować twoją głowę, i to tak, że wpadłabyś w podziw — myślał Dick, a było to, zanim rudowłosa panna postawiła go pod gilotyną; jednakże powiedział tylko: — Niestety!
I przez cały ów wieczór rozdzierał duszę Torpenhowa bluźnierstwami przeciwko sztuce.
Później — niepostrzeżenie i przeważnie wbrew własnej woli — zaczął coraz mniej zajmować się własną pracą. Nie zdobyłby się na to, by dla przypodobania się Maisie i dla pochlebienia własnej dumie — którą, jak mu się zdawało, tracił z każdą niedzielą — świadomie malować kiepskie błahostki, ale skoro Maisie nie zważała nawet na najlepsze jego dzieła, lepiej było nie robić nic, jak tylko czekać i znaczyć sobie czas między jedną niedzielą a drugą. Torpenhow był niezadowolony, że tyle tygodni przechodzi bezowocnie, a wreszcie jął go gromić — a było to jednej niedzieli, gdy Dick czuł się niesłychanie wyczerpany po trzygodzinnem zajadłem okiełznywaniu swych uczuć wobec Maisie. Wywiązała się ordynarna kłótnia, wskutek czego Torpenhow ustąpił z placu, by naradzić się z Nilghai’em, który właśnie przybył doń celem omówienia sytuacji politycznej na kontynencie.
— Więc już do cna się rozpróżniaczył? Taki niedbały i obraźliwy? — ozwał się Nilghai. — Niema się czem trapić! Nasz Dick pewno zadurzył się w jakiej kobiecie.
— Czyż mało w tem złego?
— E, co tam znowu! Być może, że ta kobieta na pewien czas oderwie go od pracy i potrzaska w kawałki jego robotę. Być może nawet, że pewnego pięknego poranku wedrze się ona tu na górę i zrobi scenę na schodach... kto ją tam wie! Ale póki Dick nie zacznie sam o tem mówić, najlepiej ty go nie ruszaj. Z takim paliwodą niełatwo dojść do ładu.
— Nie, wolałbym, żeby był bardziej zrównoważony. Ależ-ci to drab napastliwy, czupurny, a skory do obelgi!
— Zobaczysz, że zczasem ktoś wypędzi z niego te fochy. Powinien się przekonać, że nie wolno mu robić hałasu po całym świecie pudełkiem mokrych farb i kiepskim pendzlem. Ty ponoś masz słabość do niego?
— Gdybym mógł, przyjąłbym na siebie wszelką karę, jaka mu się należy; ale to najgorsza, że nawet brat rodzony nie potrafi ocalić tego, kto dobrowolnie nadstawia karku.
— Nie, jeszcze gorszą rzeczą jest to, że w tej wojnie niema żadnego zwolnienia ze służby. Dick musi odbyć przeszkolenie, jak i my wszyscy. A że się już zgadało o wojnie... otóż z wiosną będą rozruchy na Bałkanach.
— Te rozruchy już oddawna się zapowiadają. Zachodzę w głowę, czy zdołamy Dicka stąd wyciągnąć, gdy już one istotnie wybuchną?
W chwilę później do pokoju wszedł Dick, więc zwrócono się do niego z tem zapytaniem.
— Niezbyt mnie to nęci — odrzekł krótko. — Jest mi tu całkiem dobrze.
— Chyba nie bierzesz na serjo całej tej sieczki dziennikarskiej? — zagadnął go Nilghai. — Twoja wziętość przeminie jeszcze przed upływem sześciu miesięcy; publiczność otrzaska się z twoją manjerą i przejdzie do czegoś nowszego... a ty gdzie wówczas będziesz?
— Tu w Anglji.
— W Anglji?... Gdy możesz tworzyć parę porządnych dzieł, wyruszywszy z nami na pole walki? Niema sensu! Pójdę ja, pójdzie Keneu, będzie tam Torp, będzie Cassavetti, będzie nas tam cała gromada, będziemy mieli roboty, ile tylko wlezie, walk bez liku, a ty zyskasz sposobność zobaczenia rzeczy, które zapewnią ci rozgłos trzy razy większy od rozgłosu Wereszczagina.
— Uhm! — ozwał się Dick, pykając fajkę.
— Wolisz zostać tutaj i wyobrażać sobie, że cały świat z rozwartą gębą przygląda się twym malowidłom? Pomyśl tylko, ile to własnych zajęć i przyjemności mieści się w życiu przeciętnego człowieka. Gdy dwadzieścia tysięcy takich przeciętnych ludzi znajdzie czas pomiędzy jednym kęsem jadła a drugim, by niece podnieść wzrok i mruknąć parę słów o czyjemś tam dziele, które ich wcale nie interesuje, tedy czysty zysk z tego nazywa się rozgłosem, sławą lub powszechnem uznaniem, zależnie od gustu i kaprysu jegomościa, umiejącego jako tako czytać.
— Wiem o tem tak dobrze jak i ty. Chyba przyznasz mi nieco odrębności kolorytu?
— Bodajem wisiał, jeżeli ci go przyznam!
— Więc bodaj cię powieszono... I zresztą pewne zostaniesz powieszony — jako szpieg — przez rozwścieczonych Turków. Hej, ho! Jestem zmęczony, śmiertelnie zmęczony i głowę mam do niczego!
Rzucił się w krzesło i w chwilę później zachrapał snem twardym.
— Zły to znak! — rzekł Nilghai półgłosem.
Torpenhow wyjął fajkę z za pazuchy, gdzie właśnie zaczynała się tlić, i włożył poduszkę pod głowę.
— Nie możemy nic na to poradzić... nie możemy poradzić! — odezwał się. — To szalona pałka, ale lubię tego chłopaka. Oto jest blizna rany, którą otrzymał czasie tej charataniny w bojowym czworoboku.
— Nie dziwiłbym się, gdyby to uczyniło go nieco bzikowatym.
— Jabym się dziwił. Jest to bzik, ale wielce praktyczny.
Dick zaczął w tej chwili chrapać z wściekłością.
— Ech, doprawdy, żadna czułość nie może pozwolić na coś podobnego! Zbudź się, Dicku, i pójdź sobie spać gdzieindziej, jeżeli masz zamiar wszczynać takie hałasy!
— Zauważyłem, — mruknął Nilghai pod wąsem, — że ilekroć kocur spędzi całą noc na dachu, zazwyczaj sypia potem przez cały dzień. Jest to rzecz całkiem rozumiała.
Dick chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju, trąc oczy i poziewując. W czasie nocnej bezsenności przyszedł mu do głowy pomysł tak prosty i świetny, że Dick zdziwił się, czemu już przedtem nie wpadł na coś podobnego. Była to niezmiernie podstępna intryga, polegająca na tem, by wytropić Maisie którego dnia powszedniego... podsunąć jej myśl wycieczki i zabrać ją koleją do Fort Keeling, na ten sam grunt, po którym stąpali oboje razem przed dziesięcioma laty.
— Z reguły — rozmawiał nazajutrz rano ze swoją namydloną twarzą, odbijającą się w lustrze, — nie jest rzeczą bezpieczną wkraczać ponownie na wydeptaną ścieżkę. Przypomina się szczegół za szczegółem... naraz wionie chłodny wiatr i człowieka ogarnia smutek. Ale tym razem jest to wyjątek od wszelkiej reguły... Pójdę natychmiast do Maisie.
Naszczęście nie zastał rudowłosej dziewczyny, bo właśnie wyszła do miasta na zakupy. Maisie, w bluzie poplamionej farbami, borykała się ze swem malowidłem. Nie ucieszyła się jego widokiem, gdyż odwiedziny w dzień powszedni były przekroczeniem układu; to też Dick musiał zebrać całą odwagę, by wytłumaczyć cel swego przybycia.
— Wiem, że w swą pracę wkładałaś nazbyt wiele wysiłku — wnioskował zwierzchniczym tonem. — Jeżeli tak potrwa dalej, to się zrujnujesz. Powinnaś stanowczo pojechać na wycieczkę.
— Dokąd? — zapytała Maisie posępnie. Stała już od dość dawna przed sztalugami i była bardzo zmęczona.
— Gdzie ci się tylko podoba. Jutro siadamy do pociągu i zobaczymy, gdzie się zatrzyma. Zjemy sobie gdzieś drugie śniadanie, a wieczorem odwiozę cię do domu.
— Jeżeli jutro będzie dobre światło do pracy, to zmarnuję dzień bezużytecznie! — to mowiąc, Maisie niezdecydowanie ważyła w ręce białą paletę z drzewa kasztanowego.
Dick zagryzł wargi, na które już cisnęło się przekleństwo. Nie nauczył się jeszcze wyrozumiałości w stosunku do dziewczęcia, dla którego nie było na świecie rzeczy ważniejszej nad własną robotę.
— O wiele więcej stracisz, moja droga, jeżeli będziesz wyzyskiwała każdą godzinę światła, nadającego się do pracy. Nadmierna praca jest jedynie zabójczą stratą czasu. Nie bądźże nierozsądna. Przyjdę do ciebie jutro rano, zaraz po śniadaniu.
— Ale chyba myślisz poprosić...
— Nie, nie mam zamiaru. Chcę zabrać tylko ciebie i nikogo więcej. Zresztą ona mnie nienawidzi, jak i ja ją nienawidzę. Jej nie będzie zależało na tej wycieczce. A więc jutro... i proś Boga, żebyśmy mieli piękną pogodę.
Dick wyszedł zachwycony, a w następstwie tego nie brał się wcale do roboty. Przemógł w sobie dziką chęć zamówienia specjalnego pociągu, ale kupił wielki szary płaszcz kangurowy, obramowany zbytkownem futrem z czarnej łasicy, a następnie wrócił do siebie, by obmyślić całą sprawę.
— Wyjeżdżam jutro z Dickiem na cały dzień — odezwała się Maisie do rudowłosej pannicy, gdy ta, porządnie zmęczona, wróciła do mieszkania, załatwiwszy potrzebne sprawunki na Edgware Road.
— Zasłużył na to. Ja tymczasem przez czas twojej nieobecności wyszoruję dokumentnie podłogę pracowni, która jest okropnie zabrudzona.
Maisie od wielu miesięcy nie zakosztowała wakacyj, więc z upragnieniem wyczekiwała małej rozrywki — choć nie obeszła się przy tem bez obaw.
— Niema człowieka milszego, jak Dick, póki mówi rozsądnie — myślała, — ale jestem pewna, że będzie błaznował i dokuczał mi, a jestem też przekonana, że nie potrafię powiedzieć mu nic takiego, co on chciałby usłyszeć. Gdyby i on był rozsądny, o wiele więcejby mi się podobał.
Radością napełniły się oczy Dicka, gdy zjawił się nazajutrz i obaczył Maisie w szarej zarzutce i w czarnym berecie, stojącą w przedpokoju. Dla takiego bóstwa właściwem tłem były chyba pałace marmurowe, a nie brudne ściany, malowane w deseń naśladujący słoje drzewne!.. Rudowłosa pannica wciągnęła ją na chwilę do pracowni i ucałowała pośpiesznie. Brwi Maisie podniosły się ze zdumienia na sam wierzch czoła — nie była przyzwyczajona do tego rodzaju objawów czułości.
— Pamiętaj o moim kapeluszu! — rzuciła, wychodząc pośpiesznie z pokoju i zbiegła po schodach do Dicka, czekającego przy kabrjolecie.
— Czy jest ci dość ciepło? Czy naprawdę nie chciałabyś jeszcze coś niecoś przekąsić na śniadanie? Okryj sobie kolana tym płaszczem.
— Dziękuję, czuję się doskonale. Dokądże to jedziemy, Dicku? Och, mógłbyś zaprzestać tego śpiewania. Ludzie sobie pomyślą, żeśmy poszaleli.
— Niech sobie myślą... jeżeli ten wysiłek myślenia ich nie zabije. Oni nie wiedzą, ktośmy tacy, a ja już z całą pewnością wcale o nich się nie troszczę. Słowo daję, Maisie, że wyglądasz rozkosznie!
Maisie zapatrzyła się wprost przed siebie i nic nie odpowiedziała. Ostry podmuch jasnego zimowego poranku ubarwił rumieńcem jej policzki. W górze, ponad ich głowami, przesuwały się żółtawe obłoki, rozpływające jeden po drugim pośród modrawego nieba, a wróble, sejmujące koło rynien i czatujące pod kołami dorożek, raz wraz zrywały się, zajadle świergocąc o nadchodzącej wiośnie.
— Na wsi musi być teraz ładna pogoda — rzekł Dick.
— Ale dokąd-że jedziemy?
— Bądź cierpliwa, to zobaczysz.
Zatrzymali się przed dworcem Wiktorji[1], a Dick poszedł po bilety. W niespełna pół minuty później, Maisie, siedzącej wygodnie przy piecu w poczekalni, przyszło na myśl, że o wiele przyjemniej byłoby posłać jakiego człowieka do kasy biletowej, niż samemu torować sobie łokciemi drogę pośród ciżby. Dick wsadził ją do wagonu pulmanowskiego — jedynie ze względu na panujące tam ciepło; ona z prawdziwem zgorszeniem patrzyła na ten jego wybryk, ale pociąg już ruszył, wydostając się zwolna poza obręb miasta.
— Chciałabym wiedzieć, dokąd jedziemy, — powtórzyła poraz dwudziesty. Dopiero pod koniec jazdy mignęła się jej przed oczyma nazwa znajomej stacji. Maisie była jak rażona błyskawicą.
— Ach Dicku, ty hultaju!
— No, myślałem, że rada będziesz odwiedzić znów to miejsce. Chyba nie byłaś tu już oddawna?
— Nie. Nigdy mi na tem nie zależało, żeby znowu zobaczyć panią Jennett, a jej wspomnienie jest jedyną rzeczą, jaką stąd wyniosłam.
— Niekoniecznie. Spójrz-no na chwilę. Tam ponad kartofliskiem widać wiatrak; jeszcze nie pobudowano tam letnisk; czy pamiętasz, jak zamknąłem cię na tej górze?
— Tak. Jak cię ona za to wybiła! Ja nigdy nie zdradziłam, że to była twoja sprawka.
— Ona się domyśliła. Ja wtedy wetknąłem laskę pod drzwi i powiedziałem ci, że zakopuję Amommę żywcem w ziemniakach, a tyś mi uwierzyła. Byłaś podówczas bardzo łatwowierna.
Śmiali się i, wychylając się za okno, spoglądali na okolicę, rozpoznawali dawne kopce graniczne i przywodzili wciąż nowe wspomnienia. Dick rozrzewnionem okiem wpatrywał się w giętki zarys policzka Maisie, znajdującego się tuż przy jego policzku i widział, jak pulsowała krew pod przejrzystym naskórkiem. Winszował sobie przebiegłości i przewidywał, że wieczór przyniesie mu wielką nagrodę.
Gdy pociąg stanął, wyszli z wagonu, by innemi, jak niegdyś, oczyma popatrzyć na stare miasteczko. Nasamprzód, ale tylko zdaleka, obejrzeli dom pani Jennett.
— Cobyś ty uczyniła, gdyby ona, dajmy na to, wyszła teraz z domu? — odezwał się Dick z udanym strachem.
— Wykrzywiłabym się jej.
— Pokaż-no, jak!... — rzekł Dick, wpadając w ton dziecinnej gawędy.
Maisie wykrzywiła buzię w stronę lichego domku, a Dick roześmiał się głośno.
— „Wstyd i hańba!“ — ozwała się Maisie, przedrzeźniając ton pani Jennett. — „Maisie, idź-no zaraz do domu i naucz się kolekty, ewangelji i epistoły na trzy następne niedziele. Tak mi się odpłacasz za wszystko, czegom cię nauczyła, i za to, że co niedziela dostajesz trzy dania na obiad! Dick zawsze prowadzi cię do złego. Dicku, jeżeli ne jesteś dżentelmenem, to przynajmniej...“
Zdanie nagle się urwało. Maisie przypomniała sobie, kiedy słowa te zostały zastosowane po raz ostatni.
— „Staraj się zachować, jak człek przyzwoity“ — wypalił Dick bez namysłu. — Doskonale. Zjemy drugie śniadanie i pójdziemy do Fort Keeling... chyba, że wolisz tam pojechać?
— Powinniśmy iść piechotą, ze względu na szacunek dla tego miejsca. Jakże niewiele tu się zmieniło!
Skierowali się w stronę morza; szli uliczkami, temi samiuteńkiemi, co niegdyś — co chwila ulegając wrażeniu, jakie na nich wywierał widok zdawna znajomych przedmiotów. Naraz znaleźli się przed cukiernią, dla której żywili wielki szacunek w owych czasach, gdy cała ich gotówka, razem wzięta, wynosiła niespełna szyling tygodniowo.
— Dicku, czy masz parę pensów? — odezwała się Maisie napół do siebie.
— Tylko trzy... a jeżeli myślisz, że dostaniesz dwa pensy, żeby sobie kupić cukierków miętowych, to się bardzo mylisz. Ona powiada, że cukierki miętowe nie są dla dziewczynek.
Znowu się roześmiali i znowu policzki Maisie okryły się rumieńcem, a w sercu Dicka zawrzała krew. Po obfitem drugiem śniadaniu poszli na wybrzeże, w stronę Fort Keeling, brnąc przez pusty, wiatrem sieczony, szmat lądu, którego ani myślał bezcześcić żaden budowniczy. Ciągnął tu z nad morza wiatr niezbyt silny, lecz tchnący ostrością zimy, i gwizdał im koło uszu.
— Maisie, — rzekł Dick, — koniuszek twego nosa zabarwia się już na błękit pruski w surowym tonie. Będę biegł z tobą na wyścigi, dokąd tylko zechcesz, i o co tylko zechcesz.
Ona rozejrzała się ostrożnie wokoło i, śmiejąc się, popędziła przed siebie z taką szybkością, na jaką pozwalała jej zarzutka. Wreszcie zabrakło jej tchu.
— Dawniej biegaliśmy całemi milami — westchnęła. — Trudno, byśmy teraz mieli tak biegać!
— Dawne czasy, moja droga. Co to znaczy roztyć się i wydelikacić w mieście! Gdy chciałem pochwycić cię za włosy, uciekałaś zazwyczaj trzy mile przede mną, drąc się jaknajpiskliwiej wniebogłosy. Winienem był sobie to zapamiętać, ponieważ te wrzaski miały na celu sprowadzenie pani Jennett z kijem w ręce i...
— Dicku, ja nigdy nie ściągnęłam umyślnie chłosty na ciebie!
— Nie, naprawdę nigdy tego nie uczyniłaś. O, litościwe niebiosa! Spójrz na morze!
— Ba, takie samo, jak zawsze! rzekła Maisie.

∗             ∗

Torpenhow zebrał wiadomości od p. Beetona, że Dick, przyzwoicie ubrany i wygolony, wyszedł z domu o wpół do dziewiątej rano, niosąc podróżny pled, przewieszony przez ramię. Koło południa wtoczył się Nilghai, przybywając na partyjkę szachów i wytworną pogawędkę.
— Zdarzyła się rzecz gorsza niż wszystko, com sobie wyobrażał, — rzekł Torpenhow.
— Och, pewno znów ten wiekuisty Dick coś zbroił! Tyle hałasu robisz o niego, co kokoszka o jedno kurczątko. Niech się wyszumi, jeżeli mniema, że mu to przyniesie rozrywkę! Możesz wytresować małego, nieowłosionego szczeniaka, ale nie uda ci się wytresować młodego mężczyzny. Tego zawsze ciągnie do kobiety.
— Tu idzie nie wogóle o kobietę. Chodzi o jedną tylko kobietę... i to o dziewczynę.
— Jakiż masz na to dowód?
— Dziś wstał raniuśko z łóżka, a o ósmej wyszedł z domu... wstawał w ciągu nocy... Czegoś podobnego, na Jowisza, nigdy nie zwykł czynić, chyba na wojnie... a i wtedy, jak pamiętam, trzeba go było wykopywać z pod wszystkich derek, gdy miała się rozpocząć bitwa pod El Maghrib... To mi się nie podoba.
— Dziwnie to wygląda... ale być może, że on zdecydował się nakoniec kupić konia. Może dlatego tak się zerwał z łóżka, co, nie zdaje ci się?
— Kupować wybrakowaną szkapę od wożenia wody! Gdyby zwęszył konia, nie omieszkałby nam tego powiedzieć! Tu w grę wchodzi dziewczyna.
— Nie bądź tak pewny. Może to tylko mężatka.
— Jeżeli tobie brak poczucia śmieszności, nie sądź, żeby Dick był w tym względzie podobny do ciebie. Któż to zrywa się o brzasku, by składać wizytę cudzej żonie? To musi być dziewczyna.
— Niechże więc sobie będzie dziewczyna. Może ona go nauczy, że w świecie istnieje jeszcze ktoś oprócz niego.
— Ona oderwie go od właściwego fachu... będzie mu czas zabierała... potem wyjdzie za niego i zaprzepaści na zawsze jego talent. Zanim zdołamy odwieść go od tego, on już będzie szanownym małżonkiem i... nigdy już nie pojedzie na daleką wyprawę.
— Wszystko to możliwe, ale chociażby do tego doszło, to ziemia nie zacznie kręcić się w inną stronę... Ho, ho! dałbym ja coś za to, by zobaczyć, jak to Dick stroi umizgi. Nie przejmuj się tem zbytnio. Niech Allah ma te sprawy w swej opiece... my tu możemy być jeno widzami... Ustaw pionki.

∗             ∗
Rudowłosa panna leżała w swym pokoju, wpatrując się w sufit. Stąpania przechodniów po bruku, tłumiące się w miarę odległości, rozlegały się, jak odgłos wielokrotnie powtórzonego całusa... co zlewał się w jeden przeciągły pocałunek. Ręce dziewczyny spoczywały po bokach jej ciała, od czasu do czasu rozwierając się, to znów zaciskając w dzikiej zawziętości.

Do drzwi zastukała posługaczka, zamierzając wyszorować podłogę pracowni.
— Przepraszam panienkę, ale do mycia podłóg są dwa, żeby nie powiedzieć trzy, gatunki mydła, to jest żółte, pstre i dezynfekcyjne. Więc akuratnie, zanim przytaszczyłam cebrzyk do sieni, wyśpekulowałam sobie, że może będzie najlepiej, gdy pójdę na górę i zapytam panienkę, jakiego gatunku mydła panienka sobie życzy do umycia podłogi. Żółte mydło, proszę panienki...
W tem przemówieniu nie było nic takiego, co dawałoby słuszny powód do rozpętania się nieopisanej wściekłości, która wyrzuciła rudowłosą dziewczynę na środek pokoju, każąc jej krzyczeć niemal na całe gardło:
— Czy sądzisz, że mnie to obchodzi, jakiego mydła użyjesz? Każdy gatunek się nada! byle jaki gatunek!
Kobiecina uciekła. Rudowłosa dziewczyna przyjrzała się na chwilę swemu odbiciu w lustrze — i zasłoniła twarz rękoma. Wydawało jej się, jak gdyby wygadała głośno jakąś bezwstydną tajemnicę.

∗             ∗






  1. Jeden z głównych dworców Londynu, na południe od James’ Park. (Przyp. tłum.).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Józef Birkenmajer.