Światło, które zagasło/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Światło, które zagasło
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie
R. Wegner
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII.

Dla mojej lubej nieraz róż narwe:
Miały szkarłatną lub białą barwą...
Ona nie chciała darów mych szczodrych:
Kazała, bym jej przyniósł — róż modrych.

Świata połową przeszedłem wzdłuż,
Szukając onych błękitnych róż;
Na zapytania ze stron mi wszech
Odpowiadały — drwiny i śmiech...

Może za grobem — w zaświatach hen! —
Ziści się kiedyś jej kaprys ten...
Me trudy były próżne, jałowe —
Niemasz, jak róże białe, ponsowe!...
(Błękitne róże).

Istotnie morze się nie zmieniło. Jego wody cicho kładły się po namulnych ławicach, a dzwoniąca buja[1] szczękała i chybotała się wmiarę przypływu. Na białym piasku pobrzeżnym dygotały i szeptem z sobą gwarzyły uschnięte badyle maków nadmorskich.
— Nie widzę starej grobli — ozwała się Maisie półgłosem.
— Bądź zadowolona, że choć tyle nam pozostało! Zdaje mi się, że od czasu, gdyśmy tu byli, w fortecy nie ustawiono ani jednej nowej armaty. Chodź, przypatrz się!
Podeszli do stoku wałów fortecznych i usiedli w kąciku, zasłonionym od wiatru, pod zaropiałą lufą czterdziestofuntowego działa.
— Gdybyż tujeszcze był Amomma! — ozwała się Maisie.
Przez długi czas oboje milczeli. Wreszcie Dick wziął za rękę Maisie i przemówił do niej po imieniu.
Ona potrząsnęła główką i wpatrzyła się hen w morze.
— Maisie, kochanie, czyż i to, co widzisz, w niczem nie zmieni twego usposobienia?
— Nie! — odparła przez zaciśnięte zęby. — Gdyby... gdyby tak było, powiedziałabym ci to sama... ale jest inaczej... Dicku, ach proszę cię, bądź rozsądny!
— Czy nie sądzisz, by kiedyś miało dojść do tego?
— Nie, jestem pewna, że do tego nie dojdzie.
— Czemu?
Maisie podparła ręką brodę i wpatrując się wciąż w morze, mówiła jakoś gorączkowo:
— Wiem doskonale, czego pragniesz, Dicku, ale dać ci tego nie mogę. Nie moja w tem wina... dalibóg, że nie... Gdybym czuła, że mogę zająć się czyjąś osobą... ale czuję, że niepodobna... Poprostu nie rozumiem, co to za uczucie.
— Czyż mam temu dawać wiarę, moja droga?
— Byłeś dla mnie zawsze bardzo dobry, mój Dicku; nie umiem ci się za to inaczej odwdzięczyć, tylko wyznając szczerą prawdę. Nie byłabym zdolna cię okłamywać. I tak już sobą pogardzam.
— I czemuż to?
— Ponieważ... ponieważ przyjmuję od ciebie wszystko, co mi dajesz, a sama nie daję ci nic wzamian za to. To bardzo samolubnie, bardzo brzydko z mej strony; ile razy o tem pomyślę, czuję wyrzuty sumienia.
— Zapamiętaj więc to sobie raz na zawsze, że sam odpowiadam za własne czyny, a jeżeli postępuję tak, nie inaczej, tedy ciebie za to ganić nie można. Nie powinnaś sobie nic wyrzucać, moje kochanie.
— Owszem, czuję wyrzuty, a każda rozmowa na ten temat bardziej je rozjątrza.
— Więc nie mów o tem.
— Jakże mam temu zapobiec? Ilekroć zostanę na chwilkę sam na sam z tobą, ty zawsze musisz o tem mówić.. a jeżeli nie mówisz, wyrażasz to samo spojrzeniem. Ty nie wiesz, jak niekiedy gardzę sama sobą.
— Na litość Boską! — żachnął się Dick, zrywając się! niemal na równe nogi. — Powiedz-że mi teraz prawdę, Maisie, choćbyś mi już jej nigdy nie miała powiedzieć! Czy ja... czy ten frasunek cię nie nudzi?
— Nie... bynajmniej.
— A czy powiedziałabyś mi, gdyby zaczęło Clę to nudzić?
— Sądzę, że dałabym ci to odczuć.
— Dziękuję ci. Byłoby źle, gdyby miało być inaczej. Ale musisz być wyrozumiałą dla zakochanego; taki człowiek zawsze bywa nudziarą. Chyba już kiedy miałaś sposobność o tem się przekonać?
Maisie uważała, że nie warto odpowiadać na to pytanie, wobec czego Dick był zniewolony je powtórzyć.
— Prawda, miewałam do czynienia i z innymi mężczyznami. Naprzykrzali mi się zawsze wtedy, gdy miałam najwięcej roboty, i chcieli, żebym przysłuchiwała się ich słowom.
— Czy słuchałaś?
— Z początku i owszem... oni zaś nie mogli zrozumieć, czemu mnie to nic a nic nie obchodzi. Zazwyczaj chwalili moje obrazy, a ja brałam te pochwały za dobrą, monetę. Szczyciłam się temi pochwałami i opowiadałam o nich Kamiemu... Raz (nigdy tego nie zapomnę), Kami wyśmiał mnie z tego powodu.
— Nie lubisz, by się z ciebie wyśmiewano? Prawda, Maisie?
— Nie znoszę tego. Ja nigdy nie smieję się z nikogo, chyba... chyba, że ktoś maluje nieudolnie. Dicku, powiedz mi rzetelnie, co sądzisz wogóle o moich obrazach... o każdym z moich obrazów, jaki oglądałeś.
— „Rzetelnie, rzetelnie i nadewszystko rzetelnie!“ —. przytoczył Dick czyjeś, bardzo już dawno zasłyszane słowa. — Powiedz mi, co o nich mówi Kami.
Maisie zawahała się.
— On... on powiada, że nie brak im uczucia.
— Jakże śmiesz tak mnie okłamywać? Pamiętaj, że byłem przez dwa lata uczniem Kamiego. Wiem doskonale, jak on zwykł się wyrażać.
— To nie kłamstwo.
— Zatem coś jeszcze gorszego, bo połowiczna prawda. Kami mówi ot tak, przechylając głowę na bok... o, w ten sposób... Il y a du sentiment, mais il n’y a pas de parti pris.
Powtarzając te słowa, wymawiał „r“ gardłowo, jak to Kami miał we zwyczaju.
— A jakże! akurat to samo mi mówił... I zaczynam przypuszczać, że miał słuszność.
— Pewnie że ją miał.
Zdaniem Dicka, dwie osoby na całym świecie nie mogły się mylić w żadnym ze swych słów ni uczynków. Jedną z nich — osobą rodzaju męskiego — był Kami.
— Teraz zaś ty mówisz to samo. Ach, jakże mnie to zniechęca!
— Bardzo mi przykro... ale wszak prosiłaś mnie, abym ci powiedział prawdę. Zresztą zanadto cię kocham, bym miał cię w błąd wprowadzać. Twoja robota jest tęga, czasami — nie zawsze — starannie wykończona... niekiedy nawet znać w niej talent, ale wogóle nie widzę szczególnej przyczyny, byś miała się nią zajmować. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie.
— Niema wogóle powodu, żeby cokolwiek działo się na świecie; wiesz o tem tak dobrze, jak i ja sama. Ja pragnę tylko sławy.
— Zatem dążysz do niej drogą niewłaściwą. Czyż Karmi nigdy ci tego nie mówił?
— Nie powołuj się wciąż na Kamiego. Chcę wiedzieć, co ty o mnie myślisz. A więc, primo, moje prace są kiepskie.
— Nigdy tego nie mówiłem, ani też nie miałem tego na myśli.
— Wobec tego są dyletanckie.
— Bynajmniej. Jesteś, moja droga, w każdym calu pracowitą kobietką i bardzo cię za to poważam.
— A czy zaocznie mnie nie wyśmiewasz?
— Nie, moja droga. Sama widzisz, że ciebie stawiam ponad wszystkich. Otul się tym płaszczem, bo zmarzniesz.
Maisie okutała się w miękkie skórki łasicze, odwracając nazewnątrz szare futro kangurowe.
— Jakże ono rozkoszne! — mówiła w zamyśleniu, trąc podbródek o gładką sierść kołnierza. — Cóż więc dalej? Dlaczego czynię niewłaściwie, starając się zdobyć odrobinę sławy?
— Dlatego właśnie, że się o nią starasz. Nie rozumiesz, najmilsza? Dobra robota nie ma nic wspólnego... nie jest związana z człowiekiem, który ją wykonywa. Bywa ona wlana w niego (lub w nią) z zewnątrz.
— Ale jakimże sposobem to uczucie...
— Zaczekaj jeszcze chwileczkę. My jedynie możemy uczyć, jak pracować, opanować materjał i nigdy niczego się nie lękać.
— Rozumiem.
— Wszystko inne przybywa z poza obrębu naszej istoty. Doskonale. Jeżeli z całym spokojem zasiadamy do pracy, chcąc odtworzyć nadarzone nam wrażenia, zdołamy (albo i nie zdołamy) wykonać jakąś rzecz niezgorszą. Zależy to po większej części od umiejętności posługiwania się środkami technicznemi. Lecz z chwilą, gdy zaczniemy myśleć o sławie i o wrażeniu, wywołanem przez nasze dzieła... gdy zaczniemy zerkać w stronę Galerji... tracimy talent, urok pendzla, słowem wszystko. Tyle przynajmniej wiem z doświadczenia. Ale ty, zamiast zachować spokój i całą mocą swego talentu oddać się pracy, trapisz się tem, czego nie można ani dopiąć, ani udaremnić w jednej chwili. Czy nie tak?
— Łatwo ci rozprawiać w ten sposób. Twoje prace podobają się ludziom. Czyż ty nigdy nie myślisz o Galerji?
— Aż nadto często; ale za każdym razem ponoszę karę, tracąc cząstkę talentu. Takie to proste, jak reguła trzech. Jeżeli poniżamy i zbywamy dzieła sztuki, wyzyskując je dla celów osobistych, tedy i nasza sztuka będzie nas poniżać... a ponieważ jesteśmy słabsi, więc poniesiemy klęskę.
— Ja nie traktuję lekko mej roboty. Wiesz, że jest mi ona wszystkiem.
— Ma się rozumieć... jednakowoż, świadomie czy nieświadomie, zawsze dwa pociągnięcia pendzla przeznaczasz dla siebie, a tylko jedno dla sztuki. To nie twoja wina, kochanie. Ja czynię to samo... i wiem, że to czynię. Większość szkół francuskich i wszystkie szkoły tutejsze wdrażają swoich uczniów do zarabiania na własną sławę, grając na ich próżności. Mnie mówiono, że cały świat interesuje się memi dziełami, a u Kami’ego wszyscy sobie mydlili oczy takiem bajdurzeniem, to też wierzyłem święcie, że moje pendzle powinny świat poruszyć i pchnąć go na nowe tory. Na Jowisza, wierzyłem temu istotnie! Gdy moją mizerną łepetę rozsadzał jakiś pomysł, którego nawet nie potrafiłbym urzeczywistnić, jako że miałem zamało wiedzy w mym fachu, zwykłem był biegać na wszystkie strony, dziwując się własnej wspaniałości i zamierzając cały świat wprawić w osłupienie.
— Ale chyba czasami ktoś na to się zdobędzie?
— Bardzo rzadko, jeżeli już zgóry nosi się ze złośliwemi zamiarami, moja droga. Zresztą nawet choćby mu się to udało, jest to przecie tylko taka ot błahostka: świat przecie tak ogromny i ani miljonowa jego część o nas się nie troszczy. Pójdź ze mną, Maisie, a pokażę ci choć zgrubsza, jaki to świat jest wielki. Nie można uniknąć pracy, zarówno jak i jedzenia... to samo przez się zrozumiałe... ale warto zobaczyć, po co się pracuje. Znam takie raje, do których radbym cię zabrać... wyspy rozsiane hen za równikiem. Dostrzec je można po wielotygodniowem przebijaniu się przez wodne przestwory, co z powodu swej głębokości mają toń czarną, a gładką, jak tafla czarnego marmuru... Człek przesiaduje wtedy, dzień za dniem, na marsie statku[2] widząc niemal z trwogą powstające słońce — tak bowiem bezludne są morskie roztocze.
— Kto się trwoży? — człowiek czy słońce?
— Oczywiście słońce. I słychać szmery w łonie morskiej topieli... i szmery ponad głową, w jasnem przeroczu niebios. Potem natrafisz na wyspę, ożywioną splotami wilgotnych storczyków podzwrotnikowych, które witają cię otwartemi pyszczkami... ledwie, że nie przemówią. A oto tam dalej siklawa spadająca z wysokości trzystu stóp, nito okruch zielonego szmaragdu oprawionego w srebro; nieprzeliczone roje dzikich pszczół uwijają się wśród skał, to znów słychać, jak pękate orzechy kokosowe spadają z drzew palmowych... Wówczas przywołujesz niewolnika, białego jak kość słoniowa, rozkazujesz zawiesić wlokący się żółty hamak, z frendzlami jak kaczany dojrzałej kukurydzy, wyciągasz się jak długi, przysłuchując się brzęczeniu pszczół i szumowi kaskady, dopóki nie zaśniesz...
— Czy tam można pracować?
— Bez wątpienia. Wszędzie coś robić trzeba. Rozwiesza się płótno na pniu palmy i pozwala się papugom krytykować malowidło. Gdy zaczną się czubić, ciśniesz w nie soczystym owocem, a ten rozbija się, jak bańka mydlana, obryzgując wszystko wokoło swym śmietankowym miękiszem. Znajdziesz tam setki miejsc czarownych. Wybierz się ze mną na ich zwiedzenie!
— Wcale mi się nie podoba owa miejscowość. Usposabia do lenistwa. Opowiedz co innego.
— A co powiesz o wielkiem, wymarłem mieście, zbudowanem z czerwonego piaskowca, gdzie kolczate, zielone aloesy rosną pomiędzy głazami, leżącemi w zapomnieniu na piaskach, żółtych jak plastry miodowe? Czterdziestu królów spoczywa tam snem wiekuistym... każdy w przepysznym grobowcu, a jeden grobowiec piękniejszy od drugiego. Przyglądasz się pałacom, ulicom, sklepom i cysternom, i mniemasz, że chyba tu muszą mieszkać ludzie... dopóki nie zobaczysz maluchnej, szarej wiewiórki, skrobiącej się po nosie na samym środku bezludnej targowicy, lub nie nadybiesz strojnego pawia, co pysznym krokiem wychodzi z rzeźbionych podwojów i roztacza pęki swych piór na tle marmurowego ołtarza, dzierganego w koronkę najdelikatniejszych deseni. Potem znów małpa — ot takie małe, czarne małpiątko — przechodzi przez główny plac, aby się napić wody ze zbiornika, głębokiego na czterdzieści stóp; zstępuje po klamrach aż do samego poziomu wody, a jakaś jej kumoszka trzyma ją za ogon, ażeby nie spadła.
— Czy to wszystko prawda?
— Byłem tam i widziałem na własne oczy. Potem, nadchodzi wieczór... mienią się światła, aż ci się wydaje, że znajdujesz się w głębi olbrzymiego opalu. Na chwilę przed zachodem słońca, punktualnie jak w zegarku, w bramę miejską wkracza z całą swą rodziną olbrzymi, szczeciasty dzik, obryzgując pianą potężne zębce. Wdrapujesz się na barki oślepłego i zczerniałego bożka kamiennego i spozierasz, jak ów knur obiera sobie jeden z pałaców za miejsce noclegu i wali się tam niby kłoda, wymachując ogonem. Później zrywa się nocny wiatr, piaski zaczynają się ruszać i słyszysz, jak pustynia, ciągnąca się poza obrębem murów miejskich, rozbrzmiewa pieśnią: „Już układam się do snu“... a wszędzie ściele się głucha ciemność, póki na niebo nie wzejdzie księżyc. Maisie, kochanie moje, pojedź ze mną i zobacz, jak świat naprawdę wygląda! Jest przepiękny, a jednocześnie przeokropny... ale ja nie dopuszczę, byś miała widzieć którąkolwiek z okropności... i żadne z nas nie będzie zaprzątać sobie życia obrazami, ani też niczem innem poza własną pracą i wzajemną miłością. Pójdź, a nauczę cię warzyć sangaree[3], wieszać hamaki... o, i mnóstwa innych, rzeczy; wtedy przekonasz się na własne oczy, co to koloryt, wspólnie docieczemy, co to jest miłość, a wtedy, być może, danem nam będzie tworzyć arcydzieła. Pójdź!
— Po co? — zapytała Maisie.
— Jakże można malować, jeżeli się nie widziało wszystkiego, lub chociażby tyle, ile można zobaczyć? A przy tem, najdroższa, ja cię kocham. Pójdź ze mną! Tutaj nie masz nic do roboty; nie jesteś związana z miejscem obecnego pobytu. Jesteś napoły cyganką... widać to z twej twarzy; ja zaś... mnie nie pozwala ustać spokojnie już sam zapach wodnych przestworów. Jedź ze mną za morze i bądźmy tam szczęśliwi!
Podniósł się i stanął w cieniu działa, wpatrując się w dziewczynę. Przykrótki przedwieczerz zimowy zbiegł rychło i zszargał ostatek swej poświetli. Ani się nie obejrzeli, a już księżyc, srebrząc się w mroźnem powietrzu, wschodził nad niezmąconą gładzią wód morskich. Długie, równoległe rysy, nabijane srebrem, wskazywały, gdzie zmarszczka wzbierającego przypływu odbija się od iłowych ławic. Wiatr ustał, wokoło panowała taka cichość, że było nawet słychać, jak — o kilkadziesiąt sążni opodal — jakieś oślisko chrupało zmarzniętą trawę. Kędyś z głębi księżycowej omży dochodziło jakieś ciche stukanie, podobne do stłumionych uderzeń bębna.
— Co to takiego? — zagadnęła Maisie pośpiesznie. — Brzmi to jak tętno serca. Skąd ten głos pochodzi?
Dick tak był nadąsany tem nagłem przerwaniem jego wywodów, że już nie porywał się na rozmowę, tylko siedział w milczeniu, łowiąc uchem ów odgłos. Maisie, siedząc pod lufą armatnią, przyglądała mu się nie bez pewnej obawy. Aż dotychczas pragnęła w duchu, ażeby nabrał rozsądku i przestał ją nudzić wrażeniami zamorskiemi, które niezbyt jej były zrozumiałe. W każdym razie nie była przygotowana na zmianę, jaka uwydatniała się w jego twarzy, w miarę jak się przysłuchiwał owemu dźwiękowi.
— To parowiec, — ozwał się Dick; — dwuśrubowy parowiec, sądząc po uderzeniu. Nie mogę go dostrzec, ale musi on tu stać gdzieś w pobliżu wybrzeża. Aha! — krzyknął, gdy skroś mgły przedarła się czerwona żagiew rakiety; — przystaje, ażeby dać sygnał, zanim wyjedzie z Kanału.
— Czy to statek rozbity? — zapytała Maisie, która siedziała jak na tureckiem kazaniu
Dick wlepiał oczy w morze.
— Rozbity? co za bzdury! On tylko daje znać o sobie. Czerwona raca na przodzie... teraz zaś zielone światło na rufie... i znowu dwie czerwone rakiety z pomostu oficerskiego.
— Co to znaczy?
— Jest to sygnał Linji Węzłowej, utrzymującej połączenie z Australją. — Zachodzę w głowę, jaki to może być parowiec.
Dick mówił to głosem zmienionym, jakby sam z sobą rozmawiał. Maisie nie była z tego zadowolona. Światłość księżycowa na chwilę rozdarła mgłę, padając na czarne boki długiego parowca, płynącego w południową stronę Kanału.
— Cztery maszty i cztery kominy... a zanurza się głęboko. Musi to być Barralong albo Bhutia. Nie, Bhutia ma dziób bardziej wydłużony. To Barralong... jedzie do Australji. Za tydzień ominie Krzyż Południowy... szczęśliwe, stare pudło!... o szczęśliwe stare pudło!
Patrzył z wytężoną uwagą i wdarł się na wierzchołek stoku fortecznego, ażeby lepiej móc widzieć, ale mgła znów zgęstniała na morzu, a łoskot śruby zaczął przycichać. Maisie, nieco nadąsana, zawołała na Dicka; powrócił, ale nie odrywał oczu od morza.
— Czy widziałaś kiedy nad swą głową pałający Krzyż Południa? — zapytał. — To przepyszne widowisko!
— Nie, — odrzekła węzłowato, — i bynajmniej do niego nie tęsknię. Jeżeli wydaje ci się on tak piękny, czemuż sam nie pojedziesz napawać się jego widokiem?
Wynurzyła twarzyczkę z pośród jedwabisto-czarnych skórek łasiczych na kołnierzu, a oczy jej zaskrzyły się jak djamenty. Szare futro kangurowe srebrzyło się w poświacie księżycowej nito osiędzieliną skrzepłego szronu.
— Na Jowisza! Maisie, tak opatulona wyglądasz jak małe bożyszcze pogańskie.
Wyraz jej oczu świadczył, że nie podobał się jej ten komplement.
— Niestety! — mówił dalej, — Krzyż Południowy nie wart jest widzenia, jeżeli go się ogląda samemu. Parowca już nie słychać.
— Dicku — odezwała się spokojnie, — dajmy na to, że zechciałabym teraz przyjść do ciebie... uspokójże się na chwilę... tak jak stoję, i tak tobą zajęta, jak w chwili obecnej...
— Chyba nie, jak bratem?.. Wtedy w Parku mówiłaś... że nie...
— Nigdy nie miałam brata. Dajmy na to, że powiedziałabym: „Weź mnie z sobą w owe kraje, a z czasem może istotnie obudzisz we mnie głębsze uczucie“... cóżbyś wtedy uczynił?
— Odesłałbym cię natychmiast dorożką, tam skąd przyszłaś. Nie, nie zrobiłbym tego; pozwoliłbym ci odejść pieszo. Ale tybyś tego nie zrobiła, ja zaś nie miałbym ochoty ryzykować. Warta jesteś, abym na ciebie poczekał dopóty, aż będziesz mogła przyjść do mnie bez żadnych zastrzeżeń.
— Czy święcie w to wierzysz?
— Coś mi się niewyraźnie zdaje, że wierzę. Czy nigdy podobne przypuszczenie nie przyszło ci do głowy?
— Ta-ak. Dlatego to czuję się taką niegodziwą.
— Gorszą niż zwykle?
— Nie wiesz wszystkiego, co myślę. Jest to, dalibóg, rzecz nazbyt okropna, bym mogła ci ją wyznać.
— Mniejsza o to. W każdym razie... obiecałaś mi mówić zawsze prawdę.
— Wielka to niewdzięczność z mej strony, ale... ale chociaż wiem, że mnie kochasz, i choć lubię z tobą przestawać, jednakże... jednakże poświęciłabym nawet ciebie, gdybym wzamian otrzymała to, czego pragnę.
— Kochane moje biedactwo! Znam ten stan duszy... nie prowadzi on do dobrego.
— Ty się na mnie nie gniewasz? Zważ, że gardzę sama sobą.
— Pewnie, że mnie to niezbyt pogłaskało... zresztą przeczuwałem to już dawniej... ale się nie gniewam. Żal mi ciebie. Wszak powinnaś była zachować choć odrobinę tego, co było w tobie dawniej, przed laty.
— Nie masz prawa być dla mnie względnym! Ja pragnę jedynie tego, na co pracowałam od tak dawna. Tobie to przypadło bez żadnych trudności, a mnie... mnie się wydaje, że tak być nie powinno.
— Cóż mogę na to poradzić? Oddałbym dziesięć lat życia, byle zdobyć ci to, czego pragniesz. Ale nie mogę ci dopomóc... nawet nie mogę dopomóc.
Z ust Maisie wyszedł szmer sprzeciwu. Dick mówił dalej:
— Z tego, co powiedziałaś przed chwilą, wnoszę, że złą drogą dążysz do sławy. Nie osiąga się jej przez poświęcanie innych... dawno już to sobie wyrozumowałem; trzeba poświęcić się samej, podporządkować swe życie, nie myśleć nigdy tylko o sobie i nigdy nie odczuwać zupełnego zadowolenia ze swej pracy, chyba na samym jej początku, gdy pomysł zaczyna przyjmować uchwytne kształty.
— Czyż wierzysz w to wszystko?
— Nie chodzi tu o to, czy ktoś wierzy lub nie wierzy. Takie jest już wyższe prawo, które możesz przyjąć lub odrzucić... wolna wola! Ja staram się mu ulegać... ale nie potrafię, wobec czego robota psuje mi się w rękach. Choćbyśmy mieli niewiem już jakie warunki, to i wtedy cztery piąte pracy każdego z nas (zakarbuj to sobie w pamięci!) — przypada na to robotę nieudałą; atoli pozostała cząstka sama przez się warta jest zachodów.
— Czy nieprzyjemnie jest zdobywać uznanie nawet za marną robotę?
— Aż nadto przyjemnie. Ale... Czy mogę ci coś opowiedzieć? Nie jest to wytworna powiastka, jednakże ty tak wyglądasz na mężczyznę, że rozmawiając z tobą, zapominam o twej kobiecości.
— Opowiadaj.
— Pewnego razu, gdy przebywałem w Sudanie, przechodziłem przez okolicę, w której niedawno przedtem toczyła się przez trzy dni zacięta walka. Leżało tam tysiąc dwustu zabitych, a nie mieliśmy czasu ich pogrzebać.
— Co za okropność!
— Pracowałem podówczas nad wielkim dwuarkuszowym szkicem i myślałem sobie, co też o tem pomyślą ludzie u nas w kraju. Widok tego pobojowiska dużo mne nauczył. Wyglądało jak zagon ohydnych, różnobarwnych surojadek i... nigdy przedtem nie widziałem, żeby ludzie taką masą wracali tam, skąd wzięli początek. Wtedy to zacząłem rozumieć, że ludzie — zarówno mężczyźni, jak kobiety — to tylko materjał do dzieła... i że wszystko, co mówią i czynią, jest zgoła niedorzeczne. Czy nie tak? Ściśle rzecz biorąc, z jednakową słusznością mogłabyś przykładać ucho do palety, aby posłyszeć, co ci farby twoje powiedzą.
— Dicku, ależ to wstrętne!
— Poczekaj chwilę. Powiedziałem: ściśle rzecz biorąc. Na nieszczęście, każdy musi być albo mężczyzną, albo kobietą.
— Cieszę się, że choć to przyznajesz.
— Nie przyznaję, gdy chodzi o ciebie. Ty nie jesteś kobietą. Ale pospolici ludzie, moja Maisie, muszą się zachowywać i pracować, jako tacy. To właśnie tak mnie złości.
To mówiąc, cisnął w stronę morza spory kamień.
— Wiem, — mówił dalej, — że nie powinienem dbać o to, co tam o mnie gderzą ludzie; widzę to naocznie, że marnuję swój dorobek twórczy, gdy słucham ich gadaniny; a jednak, bodaj to djabli wzięli: — (w tej chwili drugi kamień fyrgnął w stronę morza) — cóż na to poradzić, że mruczę, jak kot, gdy mnie pogłaskać z właściwej strony! Nawet, gdy z czyjegoś czoła wyczytam, że ów kiep łże bezczelnie, obwijając rzecz całą w powabne słówka, to jednak nawet te kłamstwa radują mnie, wychodząc tem samem na zgubę mojej twórczości.
— A gdy człek taki nie prawi pięknych słówek?
— Wtedy, najdroższa, — uśmiechnął się Dick, — zapominam, że jestem szafarzem owych darów, i radbym użyć grubego kijaszka, by temu facetowi napędzić nieco uznania i miłości dla mych dzieł. Ale jakież to upokarza jednakowoż przypuszczam, że choćby nawet ktoś był aniołem i malował ludzi z bardzo znacznej odległości, straciłby tyle w sztuce malarskiej, ileby zyskał w sztuce gruchotania ludziom kości.
Maisie roześmiała się, wyobraziwszy sobie Dicka jako anioła.
— Ale ty, zdaje się, myślisz, — przemówiła, — że wszelka wybredność jest szkodliwa dla twórczości.
— Nie jest to jeno moje widzimisię. To prawo... takie samo, jakie było u p. Jennett. Wszystko, co wybredne, przynosi pracy uszczerbek. Cieszę się, że tak jasno zdajesz sobie z tego sprawę.
— Nie podoba mi się ten pogląd.
— Ani mnie. Ale... otrzymałem nakaz: cóż mam robić? Czy czujesz się na siłach, aby bez niczyjej pomocy stawić czoło temu prawu?
— Zdaje mi się, że muszę tego dokazać.
— Pozwól, bym ci pomógł, moja droga. Podtrzymując się wzajemnie, ramię w ramię, będziemy się starali kroczyć prosto. Będziemy popełniać straszne omyłki, ale lepiej tak będzie nam obojgu razem, aniżeli iść chromym krokiem każdemu z osobna.
— Wątpię, czybyśmy się zgodzili ze sobą. Dwoje w jednym zawodzie... nie żyją z sobą w zgodzie!
— Jakżebym chciał napotkać owego człowieka, który sklecił to przysłowie! Żył on chyba w jaskini i pożywiał się surowem mięsem niedźwiedziem. Kazałbym mu strawić żeleźca własnych strzał. No i cóż?
— Byłabym tylko połowicznie twoją żoną. Zajmowałabym się i wywoływałabym hałas swą robotą, jak to czynię obecnie. Przez cztery dni w tygodniu niepodobna ze mną prowadzić rozmowy.
— Tak mówisz, jak gdyby prócz ciebie nikt na całym świecie nie parał się pendzlem. Czy przypuszczasz, że nieznane mi jest uczucie przygnębienia, troski i zawodu nieziszczonych pragnień? Jesteś szczęśliwa, że doznajesz go tylko przez cztery dni w tygodniu... Ale cóż to komu szkodzi?
— O, i bardzo nawet... jeżeliby to się skrupiało i na tobie.
— Tak, ale potrafiłbym uszanować twe uczucia. Kto inny możeby się na to nie zdobył... możeby cię wyśmiał. Ale niema o czem mówić. Skoro tak się zapatrujesz, widocznie nie kochasz mnie... jeszcze...
Przypływ niemal już zalał błotniste żuławy; ze dwadzieścia drobnych fal rozbiło się o wybrzeże, zanim Maisie zdobyła się na odpowiedź.
— Dicku, — odezwała się pomału, — wierzę niezbicie, że jesteś o całe niebo lepszy ode mnie.
— Zdaje się, że to niema nic do rzeczy... Ale z czegóż o tem wnosisz?
— Nie zdaję sobie z tego sprawy dokładnie... w każdym razie z tego, co mówiłeś o twórczości i o wszystkiem. Przytem jesteś taki cierpliwy. Tak, jesteś o wiele lepszy ode mnie.
Dick jął naprędce rozważać szarzyznę życia przeciętnego mężczyzny, a przegląd ten bynajmniej nie wzbudził w nim poczucia wyższości nad innymi. Podniósł do ust rąbek otulającego ją płaszcza.
— Dlaczego — mówiła Maisie, udając, że tego nie zauważyła, — dlaczego ty widzisz to, czego ja dojrzeć nie potrafię? Nie wierzę w to, w co ty wierzysz... ale wierzę, że ty masz słuszność.
— Gdybym cokolwiek widział, Bóg świadkiem, że widziałbym to jeno dla ciebie... a wiem też, że nie powiedziałbym o tem nikomu prócz ciebie. Przez chwilę dawało mi się, że uświadomisz sobie wszystko; ale pono nic nie wskórałem swą przemową. Gdybyś ty chciała mi dopomóc!... Dwoje nas tylko jest na tym świecie... wobec wszystkich celów... a przecież lubisz ze mną przestawać?
— To prawda. Nie wiem, czy zdołasz pojąć, jak bardzo jestem osamotniona!
— Zdaje mi się, że zdołam, najdroższa.
— Przed dwoma laty, gdym osiadła w tym małym domku, przechadzałam się często po ogródku, próbując się rozbeczeć. Ale nie umiem płakać. Czy ty umiesz?
— Dość dawne czasy, gdym tego próbował. I cóż to było powodem smutku? Czy przemęczenie?
— Nie wiem... ale nieraz mi się śniło, żem zwichnęła sobie życie... że zostałam bez grosza i umieram z głodu w Londynie. Myślałam o tem przez dzień cały i przejmowało mnie to lękiem... ach, jakimże lękiem!...
— Znam ten lęk. Jest on ze wszystkich najokropniejszy. Niekiedy nocą wybija mnie ze snu. Ty o nim wcale nie powinnaś wiedzieć.
— Skądże ty o nim wiesz?
— Mniejsza o to. Czy masz twoje trzysta funtów rocznej renty zabezpieczone?
— Są złożone w Banku Państwowym.
— Doskonale. Jeżeliby ktoś przyszedł do ciebie i raił lepszą lokatę — nawet gdybym ja sam do tego cię nakłaniał... nie daj się namówić. Nie podejmuj tego kapitału ani na chwilę i nie pożyczaj z niego nikomu ani pensa... nawet rudowłosej dziewczynie.
— Nie strofuj-że mnie w ten sposób! Nie wyglądam przecież na taką, co nie wie o Bożym świecie.
— Na ziemi nie brak ludzi, którzy zaprzedaliby duszę za trzysta funtów rocznego dochodu... Nie brak i kobiet, które przyjdą niby na pogawędkę i pożyczą od ciebie banknot pięciofuntowy, to znowu kiedyindziej dziesięć funtów. Trzymaj pieniądze, Maisie, bo w świecie niema rzeczy straszniejszej, jak nędza w Londynie. Dałaż mi się ona we znaki! Na Jowisza, jakiegoż to ona mnie napędziła strachu! A przecież człek niczego powinien się lękać.
Każdemu człowiekowi wrodzony jest i właściwy pewien lęk — jakaś szczególna groza, która, o ile ów człowiek jej nie zwalczy, prowadzi go niekiedy nawet do niemęskiego tchórzostwa. Doświadczenia z czasów nędzy i niedostatku wniknęły aż wgłąb duszy Dicka, a owo wspomnienie stało zawsze poza nim jako przestroga przed zbytniem zaufaniem w swe siły, starając się go upokorzyć, ilekroć zlatywali się kupcy celem nabycia jego obrazów. Jak Nilghai drżał mimowoli na widok zielonych, cichych wód jeziora lub młynówki, jak Torpenhow cofał się przed każdą białą bronią, która mogła kłuć lub siec, i brzydził się sam sobą z powodu tej bojaźliwości — tak Dick bał się nędzy, której zakosztował napół żartem raz w życiu. Jego brzemię było cięższe, niż owe ciężary, które przytłaczały jego towarzyszy.
Maisie przyglądała się jego twarzy, mieniącej się w blasku księżyca.
— Masz teraz sporo grosza — rzekła na pocieszenie.
— Nigdy nie będę miał go dosyć, — zaczął dobitnie z pewną złośliwością w głosie, poczem roześmiał się: — zawsze w rachunku brak mi będzie trzech pensów.
— Czemu trzech pensów?
— Pewnego razu niosłem jakiemuś jegomościowi walizkę, z dworca przy ul. Liverpool’skiej aż do mostu Dominikańskiego. Ugodziłem się z nim za sześć pensów... nie powinnaś się śmiać, było to naprawdę... a potrzebowałem okrutnie pieniędzy. Ten facet dał mi tylko trzy pensy... i nawet nie był natyle przyzwoity, żeby zapłacić srebrem. Choćbym zarobił nie wiem ile pieniędzy, nigdy nie daruję owych trzech należnych mi pensów.
Słowa takie dziwnie brzmiały w ustach człowieka, który dopiero co mówił górnolotnie o świętości sztuki. Ubodło to Maisie, która wolała być wynagradzaną poklaskiem, co — jej zdaniem — jako rzecz upragniona przez wszystkich, musiało być najstosowniejszą zapłatą. Sięgnęła do sakiewki i z powagą wydobyła trzypensowy pieniążek.
— Masz — rzekła. — Ja ci zapłacę, Dicku... i już nie martw się niepotrzebnie... niema czem. Czyś już zadowolony?
— Tak jest — odparł zgoła po człowieczemu ów apostoł wzniosłych umiejętności, biorąc monetę. — Jestem tysiąckrotnie wynagrodzony, wobec czego zamkniemy ów rachunek. Ten pieniądz zawieszę na łańcuszku od zegarka... a ty, Maisie, jesteś prawdziwym aniołem.
— Ścierpłam na całem ciele i trochę zmarzłam. Na miłość Boską! cały płaszcz ubielił się, a twoje wąsy takie! Nie myślałam, że jest aż tak zimno.
Cieniuchna warstwa białego szronu okrywała kołnierz i rękawy Dickowej zarzutki. I on też zapomniał o stanie temperatury. Uśmiali się oboje i śmiech ten przeciął ich poważne rozprawy.
Pobiegli w głąb lądu przez pustkowie, ażeby się rozgrzać; w czas jakiś odwrócili się, aby spojrzeć na powódź morskiego przypływu, skrzącą się od poświaty księżycowej, oraz na czarne cienie krzewów jałowcowych. Dla Dicka miłą niespodzianką było i to, że Maisie patrzyła na barwy takiemi samemi, jak on, oczyma... że w białej mgle dostrzegała ton niebieski, a fiolet w bladej szarzyźnie... podobnież i wszystko inne widziała, tak jak w istocie — nie w jednej barwie, ale w tysiącznych odcieniach. Światłość miesięczna wstąpiła w duszę Maisie, tak iż ona, zwykle zamknięta w sobie, rozkrochmaliła się i zaczęła gawędzić o sobie oraz o wszystkiem, co ją obchodziło... o mistrzu Kami, najmędrszym z nauczycieli, i o dziewczętach, które poznała w jego pracowni... o Polkach, które zapracowałyby się na śmierć, gdyby nie hamowano ich nadmiernej gorliwości... o Francuzkach, które bez ustanku opowiadają o sobie więcej, niż kiedykolwiek w życiu zdołałyby wykonać... o niechlujnych Angielkach, które beznadziejnie partolą robotę i nie mogą zrozumieć, że zamiłowanie nie zastąpi jeszcze talentu... o Amerykankach, których chrapliwe głosy, zakłócając ciszę skwarnego popołudnia, doprowadzają do ostateczności i tak już naprężone nerwy, podobnie, jak amerykańskie kolacje tych panien mogą każdego przyprawić o niestrawność... o hałaśliwych, rozwydrzonych Rosjankach, które plotą dziewczętom baje o upiorach, siejąc lęk i grozę... o głupawych Niemkach, które przybywają, aby nauczyć się jednego rodzaju, a wprawiwszy się w nim, odchodzą gdzieindziej i z tępą wytrwałością ustawicznie coś kopjują... Dick słuchał z zachwytem, dlatego że to mówiła Maisie. Znał to życie jeszcze z dawnych lat.
— Niewiele się zmieniło — odezwał się. — Czy zawsze tam kradną farby podczas śniadania?
— Nie kradną. To się nazywa ściąganiem. Ma się rozumieć, że tak bywa. Ja niewiele jeszcze mam na sumieniu... ściągam tylko ultramarynę... ale byli tacy, co ściągali nawet biel cynkową.
— Sam to nieraz robiłem. Nie da się temu zapobiec, gdy palety są pozawieszane. Każda farba jest wspólną własnością, skoro sama spłynie... nawet choćby się ją poruszyło kapką oleju. W ten sposób ludzie uczą się nie marnować swych tubek.
— Chciałabym ściągnąć parę twoich farb, Dicku. Może udałoby mi się wraz z niemi zdobyć i twoje powodzenie.
— Nie wolno mi być opryskliwym, ale mnie do tego bierze chętka. Klnę się całym światem, którego zwiedzenia wyrzekłaś się, mając po temu przepyszną sposobność... cóż znaczy powodzenie, niepowodzenie, a choćby i niebotyczne powodzenie, w porównaniu z..! Nie, nie chcę znów wszczynać tej kwestji. Czas już powracać do miasta.
— Przykro mi, Dicku, ale...
— Ty więcej dbasz o to wszystko, niż o mnie...
— Nie wiem. Nie zdaje mi się.
— Co mi dasz, jeżeli wskażę ci niezawodny środek na uzyskanie wszystkiego, czego ci potrzeba... na wywołanie rwetesu, wrzawy, intrygi i tak dalej? Czy obiecasz, że będziesz mi posłuszną?
— Ma się rozumieć.
— Przedewszystkiem, choćby ci się właśnie paliła w rękach robota, nie powinnaś nigdy zapominać o posiłku. W zeszłym tygodniu dwa razy zapomniałaś o drugiem śniadaniu — mówił Dick na chybił-trafił, wiedząc, z kim ma do czynienia.
— Nie... nie... tylko raz... doprawdy...
— I to też źle. Powtóre: nie powinnaś zamiast przyzwoitego obiadu pijać herbaty z sucharkami, co robisz zazwyczaj li tylko dlatego, że obiad wymaga zbyt wiele zachodów.
— Żartujesz sobie ze mnie!
— Jako żywo, nigdy, nie przemawiałem tak poważnie, jak w tej chwili. Ach, kochanie ty moje, kochanie, czyż w twej głowince nawet nie zaczęło świtać przypuszczenie, czem jesteś dla mnie? Wszystko na świecie sprzysięgło się, by ciebie przeziębić, przejechać, suchej nitki nie zostawić na ciebie, obedrzeć cię z pieniędzy, lub pozwolić ci umrzeć z przepracowania i niedojadania... a ja nawet nie mam prawa zatroszczyć się o ciebie! Ba! nie wiem nawet, czy jesteś na tyle rozsądna, ażeby ubierać się ciepło, gdy mróz panuje na dworze.
— Dicku, jesteś wprost niemożliwy w rozmowie... doprawdy! Jakże to, sądzisz, dawałam sobie radę, gdy ciebie tu nie było?
— Nie było mnie tutaj i nie wiedziałem. Ale teraz, gdym powrócił do kraju, oddałbym wszystko, co posiadam, byłem miał prawo nie wypuszczać cię z domu, gdy pada deszcz na ulicy.
— Czy oddałbyś nawet swoją sławę?
Tym razem Dick musiał stoczyć nie małą walkę z samym sobą, żeby powstrzymać się od złorzeczeń.
— Miała rację p. Jennett, gdy mawiała, że z tobą, Maisie, trzeba mieć świętą cierpliwość! Nazbyt długo zamykałaś się w obrębie szkół i zdaje ci się, że na ciebie wszyscy patrzą. W całym świecie znajdzie się conajwyżej tysiąc dwustu takich ludzi, co znają się na obrazach. Inni tylko udają, albo wcale się o nie nie troszczą. Przypomnij sobie, że widziałem tysiąc dwustu ludzi nieżywych, leżących jako bedłki. To, co stanowi nasz rozgłos, jest jedynie głosem maluczkiej garstki, znikomego ułamka ludzkości. Prawdziwy świat nie dba o partacką... nie dba o nic. Mówiąc między nami, każdy w świecie mężczyzna pewnoby się pokłócił ze swoją Maisie.
— Biedna Maisie!
— Biedny Dick!.. powiedziałbym raczej. Czy sądzisz, że gdy on walczy oto, co umiłował nad życie, chce mu się patrzeć na jakiś obraz? A choćby i nawet patrzył, gdyby patrzył i świat cały, a miijardy ludzi ruszyłyby z miejsc, śpiewając rozgłośne hymny ku mej czci i chwale, czyż oddaliłoby to ode mnie tę świadomość, że ty chodzisz za sprawunkami na Edgware Road w dzień dżdżysty, nie mając parasolki? A teraz pójdziemy na dworzec.
— Ale mówiłeś tam na wybrzeżu... — nalegała Maisie, przejęta niejaką obawą.
Dick głośno westchnął:
— Tak, wiem, co mówiłem. Moja twórczość jest dla mnie wszystkiem, co posiadam, czem jestem i czem spodziewam się zostać, a mniemam, że nauczyłem się prawideł, które nią kierują. Ale zachowałem jeszcze odrobinę szczątkowego humoru... chociaż tyś prawie wygnała go ze mnie. Potrafię tyle wymiarkować, że nie jest to jedyna rzecz, istniejąca na całym świecie. Postępuj wedle tego, co ci mówię, a nie wedle tego, co czynię.
Maisie starała się nie wkraczać w sporne dziedziny rozmowy, przeto w jaknajlepszych humorach powracali do Londynu. Gdy pociąg zatrzymał się u kresu podróży, Dick zmuszony był przerwać wymowną rozprawę na temat piękności jazdy konnej. Obiecywał Maisie, że kupi jej wierzchowca, jakiego jeszcze świat nie widział... postawi go, wraz z drugim rumakiem, w stajni, o jakie dwadzieścia mil od Londynu, a Maisie, jedynie ze względu na własne zdrowie, będzie wraz z nim, Dickiem, zażywała przejażdżki dwa lub trzy razy na tydzień.
— Niedorzeczny pomysł — odpowiedziała. — Byłoby to zgoła nieprzyzwoicie.
— Phi, czy w obecnej chwili znalazłabyś w całym Londynie choć jednego człowieka, któryby chciał lub ośmielił się łajać nas za to, co nam się podoba uczynić?
Maisie rzuciła okiem na latarnie, na mgły i na szalony ruch uliczny. Dick miał rację; atoli w jej pojęciu koniarstwo nie kojarzyło się ze sztuką.
— Bywasz czasem bardzo miły, ale częściej miewasz dziwne szusy. Nie mam zamiaru przyjmować wierzchowców od ciebie, ani też narażać cię dziś nocą na nakładanie sobie drogi. Zajdę sama do domu. Proszę cię tylko, byś mi przyrzekł rzecz jedną. Nie będziesz już myślał o tych trzech pensach, co? Pamiętaj, że już ci je wypłacono; nie pozwolę, byś miał się dąsać i tworzyć kiepskie dzieła z powodu takiej drobnostki. Możesz być tak wielki, że nie powinieneś się zniżać.
Odpłaciła mu wet za wet... Nie pozostało nic innego, jak wsadzić Maisie do kabrjoletu:
— Do widzenia — ozwała się poprostu. — Przyjdziesz w niedzielę. Piękny to był dzień, Dicku. Dlaczegóż tak zawsze być nie może?
— Dlatego, że miłość jest jak robota piórkiem: musisz iść wtył lub naprzód; nie wolno ci stanąć w miejscu. Kiedy już o tem mowa... ćwicz się nadal w robotach piórkowych. Dobranoc, Maisie... a przez wzgląd na mnie... przez wzgląd na wszystko... uważaj na siebie.
Ruszył piechotą w stronę domu, dumając. Dzień ubiegły nie ziścił wprawdzie nadziei Dicka, niemniej jednak — co starczyło chyba za wiele dni innych — zbliżył go do Maisie. Reszta miała być teraz tylko kwestją czasu, a nagroda warta była czekania... Dick odruchowo skręcił znowu w stronę rzeki.
— Jak to ona zrozumiała odrazu! — mówił sobie, wpatrując się w wodę. — Natychmiast wykryła, jaki to grzech najwięcej mnie kusi, i rozgrzeszyła mnie. Miły Boże, jak to ona zrozumiała! I ona mi powiada, ze jestem od niej lepszy! Lepszy od niej! — roześmiał się nad niedorzecznością tego powiedzenia. — Ciekaw jestem, czy dziewczęta domyślają się choć połowy dziejów naszego życia. Chyba nie, bo w razie przeciwnym... nie chciałyby za nas wychodzić.
Wyjął z kieszeni dar Maisie i przyglądał mu się uważnie, jak gdyby to była jakaś świętość oraz rękojmia świadomości szczęścia, które kiedyś doń zawita. Tymczasem jednak Maisie była samiutka w wielkim Londynie, nie mając nikogo, ktoby ją strzegł od niebezpieczeństwa — a niebezpieczeństw tych było bez liku w rojnym i tłocznym ostępie stolicy.
Dick w sposób iście pogański złożył losom ofiarę przebłagalną — rzucając w wodę srebrny pieniążek. Jeżeli miało spaść jakie nieszczęście, niechajże spada na niego, a Maisie pozostawi nietkniętą... ponieważ trzypensowy pieniążek był mu najdroższy ze wszystkiego, co posiadał. Była to wprawdzie drobna moneta — ale otrzymał ją od Maisie i rzucił w nurty Tamizy... Niechybnie można tem było losy przekupić...
Wrzucenie pieniądza w wodę oderwało niejako na chwilę myśl Dicka od Maisie. Oddalił się od mostu i, pogwizdując, ruszył do swego pensjonatu; po tej pierwszej próbie spędzenia całego dnia w towarzystwie kobiety, cniło mu się bardzo do pogawędki z mężczyznami i do papierosa. Pragnienie to wzmogło się w jego sercu, gdy przed jego wyobraźnią pojawiło się widziadło Barralonga, niefrasobliwie prującego morskie głębie i mknącego chyżo a swobodnie w stronę Krzyża Południowego...

∗             ∗






  1. Tratwa lub kłoda drzewa, w jednym końcu umocowana łańcuchem, wskazująca prądy morskie, lub ostrzegająca przed rafą wzgl. mielizną. (Obj. tłum.).
  2. Mars czyli bocianie gniazdo platforma pod wierzchołkiem masztu, służąca za punkt obserwacyjny strażnikom („wyglądałom“.)
  3. Rodzaj chłodnej polewki winnej, zaprawnej korzeniami.(Przyp. tł.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Józef Birkenmajer.