Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część pierwsza/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
ROZMOWA.

Panna Adrjanna Cardoville, wchodząc do salonu, gdzie czekał na nią Agrykola, ubrana była z wielką prostotą, ale bardzo wykwintnie; flanelkowa niebieska suknia, z obcisłym stanikiem, wyszywana na przodzie czarnym jedwabiem, według ówczesnej mody, uwydatniała jej kibić nimfy i ślicznie zaokrągloną pierś, kołnierzyk batystowy, gładki, niezaokrąglony, na szerokiej w kraty wstążeczce, związanej w kokardę, zastępował chusteczkę; śliczne złocisto-żółte włosy otaczały białą twarz, spuszczając się lokami prawie do piersi.
Agrykola, chcąc lepiej odwrócić uwagę ojca, ażeby mu uwierzył, że idzie do fabryki, ubrał się w codzienne ubranie; włożył tylko na siebie nową bluzę, a kołnierz od koszuli z grubego płótna, ale czysto wyprany, wywinął na czarną chustkę, zawiązaną od niechcenia; z pod obszernych szaraczkowych spodni wyglądały czysto wyszuwaksowane buty, w ręku trzymał sukienną nowiuteńką furażerkę; wogóle, bluzka niebieska, czerwono wyszywana, spadając w pięknie ułożonych fałdach, nie zakrywała kształtnej, silnej szyi, pozwalała widzieć wydatny kształt bark, w niczem nie utrudzała ruchu, i lepiej mu w niej było, niż w najpiękniejszym surducie lub fraku.
Agrykola, czekając na pannę Cardoville, przypatrywał się machinalnie pięknemu srebrnemu wazonowi z przecudną rzeźbą; mała blaszka z tegoż metalu, zawieszona na podstawie, miała napis: Rżnięty przez Jana Marję, rzeźbiarza 1831 r.
Adrjanna tak lekko stąpała po kobiercu salonu, drzwiami tylko przedzielonemi od przyległego pokoju, iż Agrykola nie spostrzegł, kiedy weszła do salonu; drgnął lekko i żywo obrócił się, gdy usłyszał głos dźwięczny, przemawiający do niego:
— Piękny wazon, nieprawdaż?
— Bardzo piękny — odpowiedział Agrykola, nieco zmieszany.
— Widzisz pan, że lubię oddawać sprawiedliwość — dodała panna Cardoville, wskazując mu palcem małą srebrną blaszkę — malarz podpisuje swój obraz... pisarz książkę, jestem więc za tem, żeby rzemieślnik podpisywał swoją robotę.
— Jakto, pani, to imię rzemieślnika?
— Tak, to imię ubogiego rzeźbiarza, który wykonał rzadkie, mistrzowskiej roboty, dzieło dla swego bogatego złotnika. Gdy sprzedał mi ten wazon, zdumiał się mojem dziwactwem i, ledwo nie powiedział, moją niesprawiedliwością; kiedy na zapytanie, usłyszawszy nazwisko twórcy tego dzieła zażądałam, żeby nie jego, ale robotnika nazwisko było wypisane na podstawie... Gdy nie ma on bogactwa, niechże przynajmniej ma sławę, czyż nie słusznie?
Niepodobna było Adrjannie rozpocząć zręczniej rozmowy; dlatego kowal, powoli przychodząc do siebie, odpowiedział:
— Sam będąc rzemieślnikiem, podwójnie oceniam taki dowód sprawiedliwości.
— Ponieważ pan jesteś rzemieślnikiem, rada jestem z tego zdarzenia.
I uprzejmem skinieniem ręki wskazała mu krzesło, obite złotem, wyszywaną materją, a sama usiadła na kanapce.
Widząc, że Agrykola zawahał się i znowu spuścił oczy zakłopotany, Adrjanna rzekła doń wesoło, aby go ośmielić, i wskazała mu Lutynę:
— To zwierzątko, do którego jestem mocno przywiązana, będzie dla mnie na zawsze żywą pamiątką dobroci pańskiej, dlatego i odwiedziny pańskie za szczęśliwą poczytuję wróżbę; nie wiem, jakie dobre przeczucie mówi mi, iż może będę mogła być panu w czem użyteczną.
— Pani — odezwał się ośmielony Agrykola, — nazywam się Baudoin, jestem kowalem u pana Hardy, w Plessy, pod Paryżem; wczoraj ofiarowałaś mi pani sakiewkę... nie chciałem przyjąć... dziś przychodzę, aby prosić panią może o dziesięć, dwadzieścia razy taką sumę, jak mi ofiarowałaś pani... mówię to jej odrazu... bo to właśnie najwięcej mnie kosztuje... te słowa piekły mi usta, teraz będę swobodniejszy...
— Szanuję pańskie delikatne skrupuły — rzekła Adrjanna — ale, gdybyś minie znał, udałbyś się do mnie bez żadnej obawy... ile panu potrzeba?
— Nie wiem, pani.
— Jakto?... nie wiesz pan, jakiej potrzebujesz sumy?
— Tak, pani, i przychodzę prosić cię... nietylko o potrzebną mi sumę... ale nadto o wiadomość, jaka mi potrzebna suma?
— Proszę pana — rzekła Adrjanna z uśmiechem — wytłamacz się jaśniej... pomimo najlepszych chęci, nie zgaduję, o co rzecz idzie...
— Opowiem to pani w kilku sławach: Mam starą matkę, która zamłodu zniszczyła sobie zdrowie pracą dla wychowania mnie i biednego opuszczonego dziecka, które przyjęła za swoje; teraz moim jest obowiązkiem nawzajem utrzymywać ją, co też robię z radością. Ale nie mam nic, prócz zdrowych rąk i chęci do pracy. Gdybym przestał pracować, matka moja pozostałaby bez środków do życia.
— Teraz, panie, matce twojej na niczem nie będzie zbywało, gdyż ja się nią zajmę...
— Pani się nią zajmiesz?
— Tak, bezwątpienia.
— Czy ją znasz pani?
— Tak, teraz...
— Ach! pani — rzekł Agrykola, wzruszony, po chwili milczenia — rozumiem panią... Tak... szlachetne masz pani serce; Garbuska słusznie mówiła...
— Garbuska? — powtórzyła Adrjanna, spoglądając na Agrykolę bardzo ciekawie, gdyż słowa jego były dla niej zagadką.
Rzemieślnik, który się nie wstydził swoich przyjaciół, śmiało odpowiedział:
— Wytłómaczę to pani. Garbuska to uboga młoda wyrobnica, bardzo pracowita, z którą się wychowałem; jest ona ułomna, dlatego nazywają ją Garbuską. Widzisz więc, pani, że pod pewnym względem stoi tak nisko, jak pani stoisz wysoko. Lecz co do serca... co do delikatności... Ach! pani... jestem pewien, że warta jej jesteś... Odrazu wpadło to jej na myśl, kiedy jej powiedział, jakim sposobem dałaś mi pani wczoraj ów piękny kwiat...
— Upewniam pana — przerwała Adrjanna, szczerze wzruszona — że to porównanie pochlebia mi i większy przynosi zaszczyt, aniżeli wszystko, cobyś mi zdołał powiedzieć... Serce zawsze dobre i delikatne, pomimo okrutnego losu, jest skarbem nadzwyczaj rzadkim. Tak łatwo być dobrym, kiedy się jest młodym i pięknym... być delikatnym i wspaniałym, kiedy się jest bogatym! Przyjmuję więc porównanie pańskie... ale pod warunkiem, że mi prędko dasz sposobność zasłużyć na nie. Proszę więc, mów pan dalej.
Mimo uprzejmej otwartości panny Cardoville, odgadywać w niej było można tyle naturalnej godności, jaką zawsze nadaje niepodległy charakter, wzniosły umysł i szlachetne uczucia, iż Agrykola, zapominając o idealnej piękności swej opiekunki, prędko uczuł dla niej głęboki szacunek, który dziwnie był sprzeczny z wiekiem młodej dziewicy.
— Pani! gdybym miał tylko matkę, szczerze mówię, niebardzobym się troszczył o strawiony czas bez roboty; biedni ludzie wspierają się nawzajem, moją matkę szanują w domu, nasi uczciwi sąsiedzi pośpieszyliby jej na pomoc; ale i oni są ubodzy, i oni ponieśliby przeto dla siebie uszczerbek, a ich małe przysługi byłyby dla niej przykrzejsze nad samą nędzę; a wreszcie nie na samą tylko matkę muszę pracować, ale także na mego ojca; nie widzieliśmy go przez lat osiemnaście; tylko co teraz przybył... pozostawał w Azji cały ten czas przez poświęcenie się dla swego niegdyś generała, a dziś marszałka Simon.
— Marszałka Simon! — rzekła z żywością i zdziwieniem Adrjanna.
— Czy znasz go pani?
— Nie znam go osobiście, ale on zaślubił osobę z naszej rodziny.
— Jakie szczęście!... — zawołał kowal, — a więc dwie młode panienki, które mój ojciec przyprowadził z północy Azji... są krewne pani...
— Marszałek ma dwie córki? — zapytała Adrjanna, coraz bardziej zadziwiona i zajęta.
— Ach! pani... dwa małe aniołki... A tak piękne, tak łagodne, bliźnięta podobne do siebie, jak dwie krople wody... ich matka zmarła w obcych stronach; majątek jej córek przepadł; przybyły więc tu z mym ojcem, odbywszy podróż bardzo ubogo; lecz mój ojciec usiłował swem poświęceniem... swoją troskliwością... nie dać im uczuć ubóstwa... Zacny ojciec!... nie uwierzyłabyś pani, że, przy odwadze lwa, jest dobry... jak matka...
— A gdzież są, panie, te kochane dzieci? — zapytała Adrjanna.
— U nas, pani... i to właśnie uczyniło tak trudnem moje położenie, to właśnie ośmieliło mnie, abym udał się do pani; nie dlatego, iżbym moją usilną pracą nie mógł zarobić tyle, ile potrzeba dla naszego małego tak powiększonego domu... lecz jeżeli mnie zaaresztują...
— Pana mają aresztować... a za co?
— Otóż, pani... racz przeczytać to ostrzeżenie, które przysłano na ręce Garbuski... tej biednej dziewczyny, o której pani wspomniałem... a która jest dla mnie siostrą.
I Agrykola podał pannie Cardoville bezimienny list, pisany do wyrobnicy.
Przeczytawszy go, Adrjanna ze zdziwieniem spytała kowala:
— Jakto, pan jesteś poetą?
— Nie mam, pani, ani tej pretensji, ani tej ambicji... tylko gdy powrócę do matki, po dziennej pracy... a częstokroć nawet, kując żelazo, dla rozrywki, lub wypoczynku, bawię się rymowaniem... już to jakiej ody, już to śpiewki...
— A ten śpiew robotników, o którym mowa w tym liście, musi być niebezpieczny?
— O nie, bynajmniej, jestem zupełnie kontent ze swojego losu... w zakładzie pana Hardy bardzo nam dobrze się dzieje, i ja w pierwszych wierszach wynurzyłem tylko życzenie, ażeby i inni używali podobnych korzyści, lecz wiadomo może pani, że w tych czasach spisków i zaburzeń w Paryżu łatwo można być obwinionym i uwięzionym... Niech-że padnie na mnie to nieszczęście... cóż się stanie z moją matką... moim ojcem i z dwiema sierota mi, które powinniśmy uważać za należące do naszej rodziny, aż do powrotu marszałka Simon... dlatego, chcąc uniknąć tego nieszczęścia, przyszedłem panią prosić, abyś raczyła dać za mnie kaucję; takim sposobem nie wzięto-by mnie do więzienia, a moja praca wystarczyłaby na utrzymanie całej mojej rodziny.
— Bogu dzięki! — rzekła wesoło Adrjanna — to się da zrobić doskonale; odtąd, mości poeto, czerpać będziesz swoje natchnienie w szczęściu, a nie w zmartwieniu, tej smutnej Muzie!... Zaraz się da za pana kaucję.
— Ach, pani!.. ocalasz nas...
— Przytem nasz lekarz domowy zostaje w ścisłych stosunkach wprawdzie tylko z byłym ministrem, który ma jednak wielkie znaczenie; doktór posiada wielki wpływ na niego, gdyż zalecał mu, aby, ze względów na zdrowie, porzucił urząd, właśnie w tych czasach, kiedy odjęto mu tekę. Bądź więc pan zupełnie spokojny, gdyby kaucja nie wystarczyła, pomyślimy o innych środkach.
— Pani — rzekł Agrykola, głęboko wzruszony — tobie winien będę spokój, a może i życie mej matki, wierzaj mi, pani, że nie będę nigdy niewdzięczny.
— To mała rzecz... teraz pomówmy o czem innen; wypada, aby ci, co mają nadto, przychodzili z pomocą tym, co mają zamało... Córki marszałka Simon należą do mej rodziny, będą więc tu mieszkały ze mną; będzie to przyzwoiciej; dziś wieczorem udam się do pańskiej matki, z podziękowaniem za okazaną mym młodym krewnym gościnność, i zabiorę je z sobą.
Wtem Żorżetta, uchyliwszy drzwi, prowadzące z salonu do przyległego pokoju, weszła z pośpiechem; przestraszoną miną.
— Ach, pani! — zawołała — coś nadzwyczajnego dzieje się na ulicy...
— Cóż takiego?... mów prędzej.
— Odprowadziłam szwaczkę aż do furtki i zdawało mi się, żem widziała ludzi, którym nienajlepiej patrzało z oczu, spoglądali uważnie na mury i na okna pawilonu, jakgdyby kogo śledzili.
— Pani — rzekł Agrykola zmieszany — nie omyliłem się, mnie to pewno szukają.
— Co pan mówisz?
— Zdawało mi się, że ktoś za mną idzie, zacząwszy od ulicy Saint-Mery... Niema już wątpliwości; widziano, jak tu wchodziłem i chcą mnie aresztować... Teraz, pani, gdy raczyłaś obiecać opiekę mej matce... kiedy już nie mam potrzeby troszczyć się o córki marszałka Simon... teraz, żeby pani nie narazić na najmniejszą nieprzyjemność, biegnę, aby sam się oddać w ich ręce.
— Nie czyń pan tego — rzekła żywo Adrjanna — bez potrzeby narażać swoją wolność? Zresztą Żorżetta może się mylić... ale w każdym razie, proszę cię, zaczekaj... Wiesz, że u nas w Paryżu, gdy kogo wsadzą do więzienia, nieprędko wypuszczą, a dopóki nie jesteś aresztowany, łatwiej przyjdzie zakończyć tę sprawę.
— Proszę pani — rzekła Hebe, wchodząc także niespokojna — jakiś mężczyzna pukał do furtki i pytał, czy tu nie wszedł młody rzemieślnik w niebieskiej bluzie. Dodał, że osoba, której szuka, nazywa się Agrykola Baudoin... że coś ważnego miano mu powiedzieć.
— To moje nazwisko — rzeki Agrykola — jest to podstęp, aby mnie stąd wywołać...
— Zapewne — przyznała Adrjanna — trzeba więc wyprowadzić w pole tego jegomościa... Cóżeś odpowiedziała? — spytała, zwracając się do Hebe.
— Odpowiedziałam, proszę pani, że nie widziałyśmy żadnego młodego mężczyzny w niebieskiej bluzie.
— Wybornie... A on co na to?
— Oddalił się.
— Ażeby powrócić za chwilę — zauważył Agrykola.
— Bardzo być może — podchwyciła Adrjanna. — Dlatego musisz pan pozostać tu kilka godzin... Na nieszczęście ja muszę w tej chwili iść do księżnej Saint-Dizier, mojej ciotki, dla widzenia się z nią w bardzo ważnym interesie, który już nie może cierpieć zwłoki, a który z tego, co mi powiedziałeś o przybyciu córek marszałka Simon, staje się jeszcze naglejszym... — Pozostań więc pan tutaj, gdyż, wyszedłszy, pewnobyś był aresztowany.
— Daruje pani, że tego nie uczynię... nie mogę przyjąć tej wspaniałomyślnej rady.
— A dlaczego?
— Usiłowano wywabić mnie na zewnątrz, aby nie potrzebowano wejść urzędownie do mieszkania pani; lecz za chwilę, jeśli nie wyjdę, wrócą tu, a ja nigdy pani nie narażę na tę nieprzyjemność. Już teraz spokojny jestem o matkę, cóż mi zaszkodzi uwięzienie?
— A zmartwienie, jakiego stąd dozna matka pańska?.. a jej niepokój i obawa... czy to nic? A ojciec pański, a biedna wyrobnica, która pana kocha, jak brata, a której ja jestem warta sercem, jak pan mówiłeś? Wierz mi pan, oszczędź tego zmartwienia swej rodzinie... Pozostań tu, zanim nadejdzie wieczór, pewna jestem, że czy to za kaucję lub innym sposobem, uwolnię pana od tego niepokoju...
— Ależ pani! — choćbym przyjął łaskawą jej ofiarę... to przecież mnie tu znajdą.
— Wcale nie... jest w tym pawilonie kryjówka, tak misternie wymyślona, że, nie wiedząc o niej, nie podobna jej znaleźć; Żorżetta zaprowadzi pana do niej; będzie tam panu wygodnie, będziesz tam mógł nawet pisać sobie wiersze dla mnie, jeśli ci przyjdzie ochota...
— Ach! pani, na tyle dobroci... jakżem zasłużył?
— Czy tak? Otóż, przypuść pan, że jego charakter, jego położenie nie zasługują na żadne względy; przypuść pan dalej, żem nie zaciągnęła względem pańskiego ojca świętego długu za tak tkliwe starania, jakie okazywał córkom marszałka Simon, moim krewnym... Ale pomyśl przynajmniej o Lutynie — rzekła Adrjanna, śmiejąc się — o Lutynie, którą tu widzisz... a którąś powrócił memu przywiązaniu... Prawdziwie... jeśli ja się śmieję — mówiła ta niezwykła, ekcentryczna istota — to dlatego, że niema dla pana żadnego niebezpieczeństwa i że jestem uszczęśliwiona; zostaw więc mi pan swój adres, udaj się do Żorżetty i napisz mi ładne wiersze, jeżeli się niebardzo znudzisz w tem więzieniu, do którego uciekasz przed więzieniem.
Kiedy Żorżetta prowadziła kowala do kryjówki, Hebe przyniosła swej pani mały kastrowy popielaty kapelusik z takiegoż koloru piórami, gdyż Adrjanna miała przejść przez park, idąc do wielkiego pałacu, zajętego przez księżnę Saint-Dizier.
W kwadrans po tej scenie Floryna weszła potajemnie do pokoju pani Grivois, pierwszej pokojówki księżnej Sainit-Dizier.
— No i cóż? — zapytała pani Grivois.
— Oto wiadomości, jakie zebrać mogłam dziś rano — rzekła Floryna, podając papier ochmistrzyni — szczęściem mam dobrą pamięć...
— O której godzinie powróciła do domu dziś znana? — zapytała żywo ochmistrzyni.
— Kto taki?
— Panna Adrjanna.
— Ależ pani, ona nigdzie nie wychodziła; wprowadziłyśmy ją do kąpieli o dziewiątej godzinie.
— Ale przed dziewiątą godziną powróciła, przepędziwszy noc poza domem! Bo to już doszło aż do tego stopnia!
Floryna patrzyła na panią Grivois z wielkiem zdziwieniem.
— Ja pani nie rozumiem...
— Jakto, czy panienka nie wróciła dziś rano o ósmej małą furtką ogrodową?.. Czy śmiesz kłamać?
— Słaba byłam wczoraj i dopiero o dziewiątej godzinie zeszłam, aby dopomóc Żorżecie i Hebe wprowadzić panienkę do kąpieli... nie wiem, co przedtem zaszło, przysięgam pani...
— To co innego... dowiesz się o tem, co ci powiadam od swoich towarzyszek; one ci ufają wszystko powiedzą...
— Tak, pani, wszystko powiedzą.
— Cóż robiła od rana, odkąd ją widziałaś?
— Dyktowała list Żorżecie, do pana Narval, ja prosiłam, żeby mnie kazała go oddać na pocztę, abym miała sposobność wyjść i zanotować sobie, com słyszała.
— Dobrze... a ten list?
— Hieronim dopiero co poszedł; dałam mu go, aby zaniósł na pocztę.
— Niezręczna! — zawołała pani Grivois — nie mogłaś przynieść mi go tu?
— Ale, ponieważ panienka swoim zwyczajem dyktowała go na głos, wiem, co on zawierał i zapisałam to wszystko.
— To nie dosyć... wypadało może wstrzymać wysłanie go na pocztę... Księżna się będzie o to gniewała.
— Sądziłam, żem zrobiła dobrze.
— Tak, wiem, że ci nie zbywa na dobrych chęciach; już od sześciu miesięcy jesteśmy z ciebie zadowoleni... ale tym razem popełniłaś wielką nieroztropność...
— Przebacz mi, pani.. i to, co robię, z przykrością mi przychodzi.
I dziewczyna stłumiła westchnienie.
Pani Grivois patrzyła na nią, nie spuszczając oka, i rzekła jej tonem pogróżki:
— Moja kochana, jeśli masz skrupuły, to przestań... uwalniamy cię... idź sobie.
— Wiesz pani, że nie jestem wolna — rzekła zarumieniona Floryna, a łzy stanęły w jej oczach i dodała: — Zależę od pana Rodina, który mię tu umieścił...
— Czegóż więc wzdychasz?
— Tak, niechcący, mam zgryzoty... panienka jest tak dobra... tak ufająca...
— Pewno że ona jest doskonała, ale ty nie po to tu jesteś, abyś mi prawiła o jej dobroci... Cóż dalej było?
— Rzemieślnik, który wczoraj znalazł i odniósł Lutynę, przyszedł niedawno i prosił, aby mógł mówić z panią.
— I czy ten mężczyzna... jest jeszcze u niej?
— Nie wiem... wchodził, kiedym ja wychodziła z listem...
— Dowiesz się, poco ten rzemieślnik przychodził i upatrzysz sposobność, abyś dziś jeszcze mogła wyjść i donieść mi o tem.
— Dobrze, proszę pani...
— Czy też panienka zajęta była, niespokojna i przestraszona tem, że widzieć się dziś ma z księżną?... Ona się wcale nie tai z tem, co myśli, przeto można wiedzieć o wszystkiem.
— Owszem, panienka była wesoła, jak zwykle, nawet żartowała z tego.
— A! żartowała... — powtórzyła ochmistrzyni i mruczała sobie pod nosem tak, iż Floryna nie mogła dosłysześć: — Będzie się ona śmiała; pomimo jej śmiałości i jej djabelskiego charakteru.. błagałaby o przebaczenie... gdyby wiedziała, co ją dziś czeka.
Potem odezwała się do Floryny:
— Wracaj do pawilonu i odrzuć od siebie, radzę ci, te niedorzeczne skrupuły, które ci mogą bardzo zaszkodzić; pamiętaj o tem!
— Nie mogę, pani, zapomnieć o tem, że sama od siebie nie zależę...
— Bardzo dobrze, przyjdź więc znów.
Floryna odeszła do pawilonu.
Pani Grivois pobiegła natychmiast do księżnej Saint-Dizier.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.