<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa, Tadeusz Garbowski
Tytuł Ad astra
Podtytuł Dwugłos
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1904
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.
Krasowce.

Gdyby słowa wczorajsze już w świat nie uleciały, możebym dziś niektóre z nich pozostawiła tam, skąd wyszły, to jest, w zakrytej dla ócz wszystkich, oprócz oczu Boga, głębi mojej duszy. Ale już uleciały i zresztą — nie żałuję tego.
Nie chcę przedstawiać się tobie w postaci monolitu, skoro z rozłamań istoty mojej dobywają się niekiedy płomyki takie, jakie czasem błądzą wśród nocy nad gruntami, mającymi w świetle dziennem gładkość i spokój zielonej równiny. Że jeden z tych płomyków, na kształt zranionego ptaka, przyleci do ciebie, aby musnąć twe zamyślone czoło i u serca twojego przez chwilę spocząć, nie trwoży mię to ani martwi. Nie dlatego przecież dusze nasze z oddalonych punktów ziemi prowadzą tę rozmowę, aby dziecinną grą w chowanego zapełniać czas rekreacyjny.
Inna rzecz z tem, że rozłamania te istnieją we mnie; objaw to jest roboty podziemnej, dla której trzeba tłumika. Posiadam go w swoim rynsztunku: jest nim ścisłe kratkowanie dni.
Nie domyślasz się, co to znaczy? Oto, bierze się dzień, jak kartę czystego papieru, kratkuje się go w taki sposób, aby najmniejsza linijka nie pozostała próżną i w każdej kratce zapisuje się imię jakiejś potrzeby, obowiązku lub zamiłowania. Potem, trzeba te kratki odpowiedniemi zajęciami wypełniać, jedną po drugiej, bez ociągania się, ani pływania po jeziorach zamyśleń, czy marzeń. Pauzy nie dozwolone. Żadnych próśb od żółwia — lenistwa, ani od latawicy — wyobraźni nie przyjmować! Siłom fizycznym nawet rozkazywać: musicie!
Nawet myśli, któraby chciała wymknąć się z za kratek i na wolnych przestrzeniach pobujać, mówić: «Przepraszam cię! innym razem i owszem, ale dziś nie wolno!» I w ten sposób od jednej kratki do drugiej przechodząc, odtworzyć na swój użytek regułę benedyktyńską, aby u końca dnia módz ujrzeć takiego anioła, jakie Benedyktynki na marginesach swych ksiąg przepysznych malowali srebrem czystości i lazurem ukojenia.
Ponieważ zaś, mówiąc po prostu, przepis powyższy stosuję do zażywania w pewnych momentach wzmocnionej dozy pracy, więc za jednym zachodem powiem ci, kuzynie, że w stosunku do tej domniemanej wielkiej pani zajmuję — jak zresztą w bardzo wielu wypadkach — stanowisko puszczowe, czyli przeciwne wyobrażeniom powszechnym.
Nie poczytuję pracy za wielką panią, ale tylko za sługę wielkich pań. Jest Olimp, na którym panują królowe i boginie, ale praca posiada na nim taki tylko przywilej, jaki u dworów francuskich pozwalał duchess’om, zasiadać na taburetach. Królowe i boginie są celem, ona jest środkiem, tyle wartym, ile warta ręka, która, posługując się nią, zasadza ziemię trzciną cukrową, albo piołunem, buduje wspaniałe gmachy lub robi dziury w cudzych płotach. Owocami pracy są przecież armaty udoskonalone, pracują linoskoki i toreadorzy, a w pocie czoła nieraz pracować musi spekulant z grubą skórą na sumieniu i sercu. Ze stanowiska więc puszczowego, które ślepem jest na blaski bijące od cielców złotych i od wulkanów błotnych, nie podobna bezwzględnie czcić pracy, lecz istnieje z nią za to ścisła i nieustanna zażyłość, coś w rodzaju stosunku stworzenia ułomnego do przyjaciółki zdrowej i silnej.
Jako przyjaciółka dobrej woli, samotnego serca i ognistej wyobraźni, praca spełnia zadanie ustalania, kojenia i regulowania. Twarda z pozoru dłoń jej miewa dla rozpłakanych pieszczoty macierzyńskie, a łono, z pozoru oschłe, pełnem jest mleka i wina, które osładzają napój życia i regulują obieg gorących warów po mózgu i piersi. Wszystkie te zadania praca spełniała względem mnie przez cały dzień dzisiejszy, aż w toń gładką ułożyły się myśli moje i strumień ich, wczoraj nieco wzburzony, znowu płynie spokojnie i ufnie.
Mylisz się, kuzynie, utrzymując, że świat mój, czyli — nazwijmy go po imieniu — świat ideałów etycznych, więcej posiada punktów zbliżenia ze światem płochego i samolubnego użycia... Ale jakżeby ten drugi świat nazwać? Musisz naturalnie wiedzieć o tych ptakach szczególnych, których ojczyzną bywają gorące strefy, a jedynym sposobem odżywiania się spijanie słodkich soków z podzwrotnikowych kwiatów. Ani ziarn, ani muszek nie chcą; tylko wonne nektary kwiatowe piją i dlatego uczeni nazwali je nektarnikami. Otóż utrzymujesz, że świat ideałów etycznych więcej podobnym jest do świata nektarników, niż do świata umysłowych dociekań, którego jesteś mieszkańcem. Przebacz, gdy sąd ten nazwę powierzchownym. Bo z pozoru zdawać się może istotnie, że mimo widocznych różnic czciciele Wielkiego Dobra i nektarnicy zachowują jeszcze wiele wspólności. Bo czyliż nie napełniają w dnie świąteczne naw kościelnych, nie urządzają ku ulżeniu nędzy ludzkiej igrzysk różnorodnych, nie lubują się, z wielką nawet wyłącznością, we wrażeniach estetycznych, pełniących, jak wiadomo, względem etyki zadanie nader ważne?
Ale są to pozory; jest to cienka skorupa, obejmująca dusze ludzkie, i którą kombinacye zewnętrznych sił i zdarzeń wyrzeźbiają w pagórki i doliny, o liniach do siebie podobnych, gdy jednocześnie w głębiach niewidzialnych istnieją wcale odmienne jądra.
Bo dusza ludzka, tak jak kula ziemska, posiada litosferę, na sposoby rozmaite wyrzeźbianą przez przygodne wiatry i wody, a pod tą zwierzchnią skorupą, jądro z naturą niezbadaną, i to skryte jądro właśnie, nie zaś rzeźba powierzchni, stanowi o wartości ludzi i o wzajemnych pomiędzy nimi podobieństwach. W niem mieszka słowo zagadki: dlaczego faryzeusz, rozdający obfite jałmużny, może być nikczemnikiem, a jawnogrzesznik, płaczący nad grzechami swymi, zbawienia blizkim.
W tych tylko najgłębszych pokładach dusz szukać wypada prawdziwej ich miary i tajnych pra-znamion, któremi one pomiędzy sobą upodobniają się, albo różnią.
Otóż, pra-znamionami jąder dusz nektarnikowych są: małość, lekkość, krótkowzroczność i smak zwrócony w wyłącznym kierunku słodziutkich soków kwiatowych. Mogą być one, te duszyczki, miłe w dotknięciu, pozbawione jadu, pełne gracyi w słowach i płytkich uczuciach, a nawet mogą zdarzenia życiowe wydobywać z nich wcale ładne czułości i postępki; lecz będzie to zawsze przypadkową rzeźbą wiatru i wody, a pod sformowanymi przez nie pagórkami pozostanie ta sama duszyczka, która gdy mówi: ideał! widzi w przestrzeni krzaczek różami osypany, a gdy dla trosk i wysileń swych cel rysuje, to na miałkim piasku swego umysłu i serca kreśli wyraz: Ja.
Innemi wcale są pra-znamiona mieszkańców dwu tamtych światów. Jakkolwiekby się różnili w wyborze gwiazd i w wyborze szlaków, którymi do nich lecą, rozpoznasz je zawsze po tem, że lecą i że sami spalają się w swych skrzydłach płomiennych, na sposoby różne, lecz zawsze na ołtarzach ideałów. Z barysfery ich duszy dobywa się nieustanny krzyk: prędzej! wyżej! Więc wytężają siły, aby coraz więcej świateł zdzierać z korony bądź Prawdy, bądź Dobra i — nigdy nie znają spokoju.
Rozpoznasz te dusze po tem, że nigdy nie znają spokoju, bo jakkolwiek wielkie nagromadziłyby skarby, zdaje się im zawsze, że plon ich zbyt mały, i czegokolwiekby dokonały, zdaje się im zawsze, że jeszcze nie dokonały niczego; a nie dziwne to wcale, gdyż wielkość swoich zdobyczy przymierzają do wielkości nie swojej, nie ludzkiej, nie ziemskiej, ale tych paraboli nieobjętych i nieścigłych, które na niebie ich zakreślają — gwiazdy ideałów. Rozpoznasz te dusze po tem, że w samem ich jądrze słowo: ja, zasłonięte jest od brzegu do brzegu przez słowo: ideał, i po tem jeszcze, że bardzo rzadko szumiące ich skrzydła ucisza słodycz zapachów kwiatowych, bo kiedy nawet zwijają je na kwiatach, to piją z nich łacniej gorycz, niźli słodycz. Rozpoznasz je po tem jeszcze, że mają zawsze serca, że szczęście w tych sercach bywa gościem rzadkim, i że te serca, jak owe rododendrony himalajskie, których szkarłatne kielichy tylko w cieniach najgłębszych rozwijać się mogą, płoną szkarłatem tęsknoty, samotne i niepoznane. Samotnemi bywać muszą, bo gdy serduszka nektarników latają po kwiatach, nie oglądając się na nic, co nie jest kwiatu słodyczą a ich rozkoszą, mawiają twojemi słowy: «mnie tak jak tłumom czuć nie wolno!» Tak jest; im tak jak tłumom czuć i żyć nie wolno. Dlaczego? Oni to czują, tak jak kapłani od ołtarzy odchodzący czuć muszą, że ręce, które dotykały świętości najwyższych, więcej niż każde inne pozostać winny — czystemi.
Czują odpowiedzialność, i okrywa im ona życie pieczęcią, na której wyryty archanioł z gorejącym mieczem stróżuje u wrót ich pożądań.
Są, kuzynie, dwa gatunki natur ludzkich: chodzący i skrzydlaty. Tych, którzy umieją tylko chodzić, trzeba ciągle potrącać skrzydłem, aby nie zaczęli pełzać. Więc i po tem jeszcze rozpoznasz duchy do siebie podobne, że to czynią, oddając przez to ważną usługę ludzkości. Bo cóżby się stało, gdyby ci, którzy w jądrach duszy noszą ideał, z powierzchni ziemi zniknęli? Byłaby to niezawodnie klęska publiczna taka, jakiej świat jeszcze nie widział, kula takiego kalibru, że w porównaniu z nią wszystkie plagi egipskie, w kłębek zwinięte, okazałyby się piłeczką, którą igrają dzieci.
Więc i po tem jeszcze rozpoznasz braterstwo dusz skrzydlatych, że ku jakimkolwiek leciałyby gwiazdom, nie tylko same ku nim lecą, lecz bronią od zerwania się tę nić jeszcze wątłą, która ludzkość łączy z gwiazdami.
Tu zapytać cię muszę: dlaczego mniemasz, że pogląd mój na ludzkość jest naiwnym i bałwochwalczym? Mówiłam ci już kiedyś, że my tutaj od dawna przestaliśmy być bałwochwalcami i że dzikości naszej dosłownie brać nie należy. Obcem mi jest dziecinne pojęcie, jakoby wszechświat ze wszystkiem, co jest na nim, istniał tylko na usługi człowieka. W dzieciństwie jeszcze naczytawszy się w dzień Flamariona, nocami śniłam o istotach zaludniających powierzchnię wielkiego Jowisza. Znacznie później poznałam Heinego, i zapamiętałam rozmowę poety z kupczykiem, spotkanym w podróży po Harcu, który utrzymywał, że drzewa mają barwę zieloną dlatego, że barwa zielona sprzyja zdrowiu ludzkich oczu, na co poeta odpowiedział, że Bóg stworzył osła po to, aby człowiek miał w wypadkach pewnych punkt porównania, a człowieka po to — aby nie był osłem.
Nie uderzając czołem przed ludzkością tak bałwochwalczo, abym we Wszechświecie widziała niewolnika, czołem przed nią uderzającego, nie tonę też, niestety, w naiwnem dla niej uwielbieniu. Skąd wziąłeś mniemanie, że świat odbija się błękitno w błękitnym kielichu mego serca? O! jeżeli istotnie dostrzegam smugi błękitu, przeciągające po zmrokach świata, i jeżeli w krysztale mojego kielicha krzyżują się one jeszcze ze smugami cieniów, to nie od ludzkości spływają, lecz pomimo niej zniknąć nie mogą, bo najwyższa Siła Twórcza zasnuła nimi jądro mojej duszy.
Pod względem lat jestem rówieśnicą twoją, kuzynie, ale zważ, że są miejsca i czasy, śród których żyjącym ludziom, jak żołnierzom na wojnach, wypada liczyć lata podwójnie.
W upale nieszczęść rodzinnych i publicznych dojrzałam bardzo wcześnie, lecz dojrzałość ta musiała posiadać zrazu naiwne wiary i entuzyazmy swej przedwczesności. Wierzyłam, że gdy świątyni grozi runięcie, wyznawcy wszyscy z powagą kapłanów, z zapałem rycerzy, z pogardą dla bagatelek życia, wspólnie, spójnie, ramię przy ramieniu kuć będą żelastwa na wiązanie jej dachu, szukać rumianych hematytów życia dla zabarwienia pobladłych marmurów fasady. Roiłam ligi wzajemnych pomocy, przymierza sił mnóstwa, któreby, jak strzały w kołczanie, tkwiły w idei jednej i z cięciw miłości wypuszczane, jak strzały leciały do jednego celu. Z tą wiarą, z temi rojeniami, przybyłam pomiędzy ludzi światłych, świetnych, sławnych, tak pewna jak tego, że żyłam, że są to kapłani, rycerze, wodzowie. Byli to nektarnicy. Wdzięcznie grali na lirach, w ustach lub pod piórami mieli wymowę kwietną i miodną, część życia poświęcali nauce, sztuce, filantropii; niemniej ideałem, dostrzeganym najjaśniej i nęcącym najprzemożniej, był dla nich krzaczek różany. Więc zanuciłam z Heinem:

«Schwarze Röcke, seidne Strümpfe,
Weisse, höfliche Manchetten,
Sanfte Reden, Embrassieren,
Ach, wenn sie nur Herzen hätten!»

I z całego serca zaśpiewawszy:

«Auf die Berge will ich steigen!»

uciekłam do Krasowiec.
Tu, gdzie:

«Die dunklen Tannen ragen,
Bäche rauschen, Vögel singen»,

miałam towarzysza pracy, przedtem współwyznawcę biednego brata mego, w którego siłę wyznawniczą i przyjaźń bezgraniczną wierzyłam, jak w to, że żyłam. Gdy mnóstwo rówieśników jego powiew czasu odnosił za pomyślnością bytu w kraje dalekie, on, z głową otwartą i wolą tęgą, obok mnie utkwił w glebie ojczystej, i sam jeden urzeczywistniał moje dzikie, czy obłąkane rojenia o ligach, przymierzach... Kiedy raz ze łzą wdzięczności mówiłam mu o tem, odpowiedział mi ze łzą rozrzewnienia: «na zawsze!» Nie wiele później ożenił się z dziewczyną próżną i chciwą, która, jak wszystkie natury niższe, posiadała arsenał sposobików do podbijania i obniżania natur wyższych, i przez nią, dla niej pogonił w dalekie kraje, za większą pomyślnością i świetnością bytu. Wówczas pojęłam, jak marnym liczmanem bywa na ustach ludzkich wyraz: na zawsze! i z jak lichych nieraz materyałów powstają te ogniska, w których metale ludzkie, z pozoru najhartowniejsze, przemieniają się na lotne tlenki.
Cóż zresztą znaczą doświadczenia osobiste wobec ogólnego widoku ludzkości?
Gdyby wszystkie jej kalectwa, niedostatki i szały powcielały się w kształty osobnikowe, nie zmieściłaby natłoku tego dolina Józefatowa, najpewniej! Jeżeli życie posiada powierzchnię tak haczystą, że choć trochę delikatne członki rozdzierać się na niej muszą w zakrwawione szmaty, jeżeli naroża jego są tak ostre, że najmocniejsze serca, uderzając o nie, wydają jęki szkieł pękających, jeżeli jest ono wielką wypłócznią dni z nadziei, nocy ze snu, serc z radości — to któż je czyni takiem, jeżeli nie ludzkość?
Zwiedzałam ja pola jej wdzięczności i, na dużym łanie znalazłszy parę nikłych roślinek, dowiedziałam się, że był to wyjątkowo obfity urodzaj. Chodziłam po błoniach jej przyjaźni i dziwiłam się wielkiej ilości posłonków, obracających twarze za najświetniejszym blaskiem.
Obeszłam niwę jej dobroci i przechadzka ta wydała mi się krótką; lecz gdy okrążyłam pole jej samolubstwa, opadłam z sił, a niwy, na której wzrasta jej głupota, nie poważyłabym się okrążać...
Oprócz tego, nie jest prawdziwem to, co mówisz, że pojęcia i czyny etyczne w rozmaitych swych odmianach i objawach są wysoko przez ludzkość cenionymi. W teoryi tak jest; ale w praktyce? o, nieba! Alboż czciciel i sługa ideału może być kiedy różanym krzaczkiem?
Porównaćby go raczej można do wymalowanej na szkle róży mistycznej, przez której barwy gorące i smętne światło dzienne przeciska się do mrocznych naw katedry. Otóż, różom mistycznym i — katedrom mrocznym nieszczególnie powodzi się w krainie upodobań ludzkich, a chociaż bywają często nawiedzane i podziwiane, każdemu pilno od nich na rynek, na giełdę, na pola popisów, do byle jakich ogrodów.
Rzecz w tem, że światło dzienne, przenikając różę mistyczną, nabiera od niej kolorytu gorącego i smętnego, a ogromna większość ludzi najlepiej znosi temperaturę letnią i ze wszystkiego, co na ziemi i niebie istnieje, najwięcej pragnie radości.
W książce jakiejś znajduje się taka wskazówka geograficzna: «Kto do serc ludzkich rzeką Cnotą płynie, nie dopłynie, a najpewniejsza do nich droga prowadzi na gospodę Wesołość i wielkie miasto Pospolitość». I jest to wskazówka prawdziwa. Dobrze też rzecz tę poznał myśliciel, mówiący o nieufności obudzanej przez tych, którzy przybywają z wielkich rozłogów myśli czy uczuć. «Kiedy wśród nocy, dużo przed wschodem słońca, ludzie leżący w pościeli słyszą za oknami samotne stąpania, wnet zapytują siebie: dokąd zmierza złodziej?» Bo istotnie, czy nie po to samotnicy ci przybywają, aby u biesiadujących odkraść tę rzecz niezbędnie dla ich spokoju potrzebną, to jest: rozgrzeszenie?
Istnieje gatunek roślin jadowitych, których trucizna, w pewnej mierze użyta, daje znać o sobie wesołym obłędem, i był czas, że ludzie szeroko używali tej trucizny, zaszczycając rośliny ją wydające nazwą «consolantes». Bodaj, że po wsze czasy, ażeby najstalszą i najpowszechniejszą tkliwość u ludzi obudzać, trzeba być trującą wprawdzie, lecz wesołe obłędy rozniecającą, psianką. Chcąc zaś tę rzecz o ludzkości już zakończyć, raz jeszcze pożyczam słów jednego z myślicieli: «Odbyła długą drogę od robaka do człowieka, lecz jest w niej jeszcze wiele żywiołu robaczego».
Widzę, kuzynie, na twarzy twej uśmiech ironiczny! Z tryumfem myślisz:
«Albożem nie mówił, że to marna pleśń ziemi? Możnaż ją kochać? Wartoż jej służyć?»
Dziwne pytanie: możnaż kochać? Czy można nie kochać? Czy może nie kochać ten, kto miłość ma w sobie, komu ją w samo jądro duszy, jak ziarno orzecha w łupinę, wprawiła najwyższa dłoń Twórcza?
Musiałeś widywać matki, które bez granic kochają dzieci swe słabowite i szpetne, nie pomimo to, lecz właśnie dlatego, że są takiemi, więc bardziej, konieczniej potrzebują tkliwości ich i starań, niż gdyby przyniosły z sobą na świat siłę i piękność. Daremnie dziwiłbyś się: możnaż kochać stworzenie tak niedoskonałe i tyle zmartwień sprawiające?
Matka taka odpowie... że kochać musi, bo ta miłość w niej jest i wiąże ją z tem stworzeniem nie tylko rozkoszą kochania, lecz także rozrzewnieniem litości i pragnieniem zmniejszenia przywar jego i jego nieszczęścia.
Czy myślałeś kiedy o tem, że jakiemikolwiek byłyby dzielące ludzi różnice zajęć, dostojeństw, cnót, rozumów, wszyscy skuci są jednym łańcuchem żelaznego musu cierpienia, błądzenia i umierania? Cierpienie, błąd, śmierć, to trzy ogniwa, które wpijają się we wszystkich, gdy miłość tylko niektórych usiłuje umniejszyć ich ciężkość i twardość.
Czy wiesz cokolwiek o przebaczeniu?
Niektórzy nazywają je słabością; lecz to jest omyłka, gdyż tylko silni przebaczać umieją. Starożytni zemstę poczytywali za rozkosz bogów; lecz przyszła na świat moc ogromna i dobroczynna, która dziewiętnaście już stuleci prowadząc ludzość od robaka do człowieka otworzyła we mnie źródło radości zupełnie przeciwne.
Czuję i wiem, że ktokolwiek nigdy dłoni kochającej nie składał na rozpalonem od bólu czole wroga, kto ruchem miłosiernym nie zatrzymał nad otchłanią stopy, która go w otchłań wtrącić próbowała, kto nigdy z czołem w prochu, a z sercem w niebie nie mówił do Ojca niebieskiego: «Odpuść mi, jako i ja odpuszczam!» — ten nigdy nie zaznał radości boskiej.
A czy znasz ciężkie cielsko siły fizycznej, która nogą w żelaznej podkowie przytłacza pierś obalonej słabości i gruby cień rozpościera pomiędzy nią a słońcem? Ja je znam i powiem ci, że gdybym była najlichszem ziarnkiem piasku lub najmarniejszym listkiem z drzewa opadłym, jeszczeby mię przeciw temu cielsku i tej żelaznej podkowie rzucił dwuskrzydły wicher gniewu i współczucia.
Nie zapytam cię: czy znasz dumę? ale powiem, że tak, jak ty, choć na swój sposób, jestem dumną. Mam ambicye górne i trudne. Gdy ludzkość odbywa przeobrażenie swe z robaka w człowieka, chcę być w jej żyłach choć jednym obiegiem krwi, który przeobrażenie to przyspieszy. Gdy wielkimi haustami połyka ona truciznę swych rozweselających psianek, chcę w krew jej wstąpić choć jedną kroplą odtrutki. Nie chcę być brudno centkowanym lulkiem, lecz białą brzozą, której sok orzeźwiający pokrzepia siły oraczy. Chcę iść po drabinie Jakóbowej choćby nie w postaci Anioła, lecz tylko mrówki, ciągnącej ku górze drobne źdźbła do budowy mostu pomiędzy ziemią a niebem.
Chcę, mówiąc do Boga: «Przyjdź Królestwo Twoje!» czuć, że sama jestem jedną z prządek, wysnuwających nić złotą, na której to królestwo Wielkiego Dobra zwolna, zwolna, opuszcza się ku ziemi.
Takie to ambicye i dumy nie dają mi spokoju, bo nigdy zadowolić ich nie mogę, tak jak tobie nie daje spokoju ta nieskończoność zjawisk, która badań twych jest przedmiotem, bo nigdy oko twe do jej ostatecznego kresu przedrzeć się nie może.
Ale rzecz prosta, że ta duma moja byłaby nędzą waryatów, którym się zdaje, że są królami, gdybym tak jak ty poczytywała ludzkość za «pleśń ziemi» za «koordynacyę cząstek», wywołaną z chaosu przez ślepy przypadek i którą ta sama siła, nie wiedzieć skąd powstała, nie wiedzieć do czego zmierzająca, po przelotnem istnieniu strąci znowu bez śladu, w chaos bez ładu ni sensu. Lecz dla mnie z oceanu myśli wynurzył się obraz wcale inny. Ja widzę nieprzejrzany łańcuch wszechżycia, jednym końcem zatopiony w otchłaniach materyi, a drugim końcem zarzucony na najwyższe szczyty ducha. Wszystko, co żyje, co posiada w sobie choćby zarodczą ledwie iskrę pierwiastku duchowego, łamie się z twardem objęciem materyi i, wydzierając z pod jej władania, nabywa coraz pełniejszego uswobodnienia, coraz lepszej prężliwości ku górze.
Ludzkość jest w tym łańcuchu ogniwem, a dlaczego ogniwo to jest jednocześnie tak wielkiem i tak małem, tak wspaniałem i tak lichem — nie wiem i nie dochodzę tego, bo to poznanie leży w państwie tajemnic bożych, zamkniętych przed okiem mojem na klucz Niepoznawalności.
Lecz wiem i wierzę, że jestem atomem w ogniwie łańcucha wspinającego się ku Prawdzie prawd, ku Dobru dóbr, ku Pogodzie pogód, ku Pięknu nad pięknami i że, pracując nad mocą i blaskiem tego ogniwa, pracuję na rzecz całego łańcucha.
Istniejemy dla czegoś, jest jakaś potrzeba, dla której jesteśmy, tak ogromna, że bez upokorzenia możemy, jak ziarna piasku przed słońcem, słać się przed nią po ziemi i bez próżnej pychy, jak tytany prostować się dumnie, że jej służymy.
Odbywając drogę od robaka do człowieka, służymy jakiejś ogromnej przyczynie, której oblicze ujrzymy wtedy zapewne, gdy gobelin nasz będzie już wyszyty i przed robotnikami, którzy go ze złej strony wyszywali, rozwinie się niepojęty dla ziemi obraz ładu bożego, dzieła tej Przyczyny wszystkich przyczyn i tej Prawdy wszystkich prawd, którą jest Bóg...
Oto widzisz! powiedziałam ci wiele więcej, niż mówię komukolwiek na świecie.
I wiesz teraz, co wspiera moją wielką słabość i co jaśnieje w cieniach mego niezgłębionego smutku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Eliza Orzeszkowa, Tadeusz Garbowski.