Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Człowiek w futerale
Pochodzenie Życie tygodnik
Rok II (wybór)
Wydawca Ludwik Szczepański
Data wydania 1898
Drukarz Drukarnia Narodowa F. K. Pobudkiewicza
Miejsce wyd. Kraków
Tytuł orygin. Человек в футляре
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały wybór
Pobierz jako: Pobierz Cały wybór jako ePub Pobierz Cały wybór jako PDF Pobierz Cały wybór jako MOBI
Indeks stron
ANTONI CZECHOW.  ❧
CZŁOWIEK W FUTERALE.
Opowiadanie.

Na samiutkim końcu wsi Mironosicze w stodole sołtysa Prokopa zanocowało dwóch zapóźnionych myśliwych. weterynarz Iwan Iwanowicz i nauczyciel gimnazyalny Burkin. Iwan Iwanowicz nosił dość osobliwe nazwisko — Czymsza Himalajski, ale że zgoła doń nic pasowało, więc cała gubernia nazywała go poprostu Iwanem Iwanowiczem; mieszkał pod miastem przy stajni zarodowej, a teraz przyjechał na polowanie dla odpoczynku i świeżego powietrza. Burkin zaś każde wakacye gościł u hrabstwa P. i był w tej okolicy, jak u siebie w domu.
Nie spali. Iwan Iwanowicz wysoki szczupławy jegomość z długimi wąsami siedział na progu i ćmił fajkę — księżyc go oświecał. Burkin leżał wewnątrz na sianie i niktby go po ciemku nie zobaczył.
Gawędzili po trochu o tem i o owem, że naprzykład, Marta, sołtysowa, tęga i wcale nie głupia baba przez całe życie nie przestąpiła granic swej wsi, nigdy nie widziała ani miasta, ani kolei żelaznej, a ostatnie lat dziesięć stale spędzała za piecem, zaledwie nocami wychodząc na świat Boży.
Cóż w tem dziwnego! — powiedział Burkin. Masę mamy ludzi, coby chcieli, jak rak-pustelnik, albo ślimak zamknąć się w swojej skorupie. Może to nawet zjawisko atawizmu, powrót do tej epoki, kiedy przodek człowieka nie był jeszcze zwierzęciem towarzyskiem i samotnie pędził żywot w swoim barłogu; a może to tylko jedna z modyfikacyj ludzkiego charakteru — któż to może wiedzieć? Nie jestem przyrodnikiem i co mi tam do tego: to nie moja rzecz. Chcę tylko powiedzieć, że tacy ludzie jak Marta — to zjawisko nie rzadkie. Po co daleko szukać! Dwa miesiące temu umarł w naszem mieście niejaki Bielibow, nauczyciel języka greckiego, mój kolega. Słyszał pan o nim naturalnie, znany był z tego, że zawsze, choćby w najpiękniejszą pogodę wychodził w kaloszach i z parasolem i z zasady w palcie zimowem, na wacie. A parasol musiał mieć w futerale, zegarek w futerale zamszowym szarym, a gdy wyjmował scyzoryk, aby zatemperować ołówek — to i scyzoryk miał w futeraliku, i twarz zdawało się także nosi w futerale, gdyż ją wiecznie chował w podniesiony kołnierz od palta. Nosił ciemne okulary, koszulkę trykotową, uszy zatykał watą a wsiadając do doróżki, niezmiennie wydawał dyspozycye podniesienia budy. Słowem ten człowiek okazywał konsekwentne i niezachwiane dążenie do otoczenia się jakąś błonką, do stworzenia sobie rodzaju futerału, któryby go izolował, zabezpieczył od działań zewnętrznych. Rzeczywistość drażniła go, straszyła, utrzymywała w ciągłej bojaźni i być może dlatego, aby umotywować tę swoją bojaźliwość wiecznie chwalił to co już było, lub czego nigdy nie było, a języki starożytne, które wykładał, były dlań w istocie rzeczy tak samo kaloszami i parasolem, dokąd się skrywał od życia realnego.
— O jakże dźwięcznym, jakże pięknym jest język grecki, mówił ze słodkim wyrazem twarzy; następnie przymróżał oczy, podnosił palce i wymawiał: Antropos.
I myśli swe starał się Bielibow także pochować do futerałów, Dla niego były jasnemi tylko rozporządzenia i artykuły w gazetach, w których cokolwiek zakazywano. Gdy cyrkularz zakazywał uczniom wychodzić po dziewiątej na ulicę, albo gdy artykuł zakazywał miłości cielesnej — to ten fakt był dla niego jasny, zdecydowany; — nie wolno i basta.
W akceptacyi, przyzwoleniu odczuwał zawsze jakiś pierwiastek wątpliwy, coś niedopowiedzianego, niezdrowego. Gdy w mieście zezwolono urządzić teatr amatorski, albo czytelnię lub choćby kawiarnię, to on kiwał głową i cicho rozumował:
— Naturalnie, że to niby ładnie — ale żeby to tylko z tego co nie wypadło.
Wszystko, co naruszało paragraf, odstępowało od reguły, przyprowadzało go do rozpaczy, znękania, choćby to nic nic miało z nim wspólnego. Jeżeli ktoś z kolegów spóźnił się na nabożeństwo, albo rozeszła się pogłoska o awanturach gimnazyalistów, albo gdy zobaczono damę klasową późno wieczorem z oficerem, to nasz Bielibow drżał cały, aby też Broń Boże, co z tego nic wypadło. A na konferencyach pedagogicznych poprostu nas gniótł swoją ostrożnością, wahaniem się i swoimi poglądami futerałowymi naprzykład na to, że młodzież w gimnazyach żeńskich i męskich źle się prowadzi, że dokazują w klasach, ach żeby to nic doszło do władzy, ach żeby, aby co z tego nic wypadło — a żeby to tak jeszcze z klasy drugiej wypędzić Piętrowa, a z czwartej Jegorowa, toby było bardzo dobrze. I cóż? Swoimi jękami, swoimi ciemnemi okularami na bladej, małej jak tchórza twarzy dusił nas kompletnie i myśmy ustępowali, obcinaliśmy za sprawowanie noty Pietrowowi i Jegorowowi, pakowaliśmy ich do kozy — a koniec końcem usuwaliśmy ze szkoły i Piętrowa i Jegorowa. Miał dziwny zwyczaj łażenia po naszych mieszkaniach. Przyjdzie, siądzie i milczy, i napozór wypatruje czegoś. Posiedzi tak w milczeniu ze dwie godziny i odchodzi. On to nazywał »podtrzymywaniem stosunków zażyłości z kolegami. Oczywiście, że dla niego nie było przyjemnością chodzić do nas i siedzieć — ale chodził wytrwale, bo uważał to za obowiązek poczucia koleżeńskiego. My, nauczycielowie baliśmy go się. A nawet i sam dyrektor. No i pomyśl pan, nasi nauczycielowie — toć to przecie ludzie myślący, zupełnie porządni, wychowani na Turgieniewie i Szczedrinie..., a pomimo to ten człowieczek w kaloszach i z parasolem trząsł całem gimnazyum przez piętnaście lat. Ale co gimnazyum! Całem miastem. Nasze damy nie urządzały domowych widowisk w soboty, bo się bały, żeby się nie dowiedział. Duchowieństwo krępowało się przy nim jeść mięso i grać w karty. Pod wpływem takich ludzi jak Bielików nasze miasto przez przeciąg ostatnich lat dziesięciu zaczęło się wszystkiego obawiać. Obawiano się głośno mówić, listów posyłać, zaznajamiać się, czytać książki obawiano się wspomagać biedaków, uczyć analfabetów...
Iwan Iwanowicz, chcąc coś powiedzieć, zakaszlał, ale z początku zapalił fajkę, popatrzył na księżyc i dopiero potem wyrzekł z rozwagą:
Tak. Myślący, porządni, czytają Szczedryna i Turgieniewa, rozmaitych tam Bucklów i innych — a jednak poddawali się, cierpieli... Tak, proszę ja pana, tak to bywa...
Bielibow mieszkał w tym samym domu, co i ja — ciągnął dalej Burkin — na tem samem piętrze vis à vis, częstośmy się spotykali, więc znałem jego stosunki domowe. I tutaj to samo: szlafrok, szlafmyca, okiennice, siatki — cały systemat różnych ograniczeń, odgraniczeń i zakazów i ach — żeby tylko co z tego nie wypadło. Jeść z postem — nie zdrowo, jeść mięso nie wypada, bo powiedzą potem, że Bielkow nie pości. Służącej nie trzymał, bo by może o nim złe sądzili — więc trzymał kucharza Afanasija, starego wygę, kretyna i pijaka. Afanasij przed wiekami służył w wojsku za lokaja u oficera i w przybliżeniu umiał cokolwiek spitrasić. Ten Afanasij zazwyczaj stał we drzwiach, ręce w krzyż i nic wyraźnie mruczał.
Bardzo już dużo ich dziś mamy!
Sypialnię miał Bielików maleńką, jak pudełko. Nad łóżkiem ma się rozumieć gruba firanka. Spał zawsze starannie zawinięty wraz z głową w kołdrę. — Duszno mu było, gorąco, w piecu huczało, wiatr głucho uderzał do drzwi, a z kuchni biegły jakieś odgłosy, straszne odgłosy...
A Bielików drżał w kołdrze — futerale. Bał się, żeby przypadkiem co nie wypadło, żeby Afanasij go nie zarżnął, aby złodziej się nie dostał do pokoju, a potem w nocy śniły mu się przeraźliwe sceny. Rano idąc do gimnazyum, widziałem go zmęczonego, wybladłego. Widać było, że ludne gimnazyum, dokąd dążył działa mu wprost na nerwy, męczy, zabija jego istotę i że tej naturze odludnej przykrem jest i to nawet, że musi iść razem z kimkolwiek.
Żaba rdzo już krzyczą u nas w klasach — mówił, jakby się starał usprawiedliwić swe uczucie ciężkości — Do niczego to nie jest podobne. Aby tylko...
I ten nauczyciel języka greckiego, ta jaźń w futerale, niech sobie pan wystawi — omało się co już raz nic ożenił.
Iwan Iwanowicz szybko popatrzył w głąb stodoły.
— Nie kpij pan! — Nie! Tak jest, chciał się żenić, choć to dziwne, nic prawda? Przysłano nam nowego nauczyciela do historyi i geografii, niejakiego Kowalenkę, Michała Sawicza, chochoła. Przyjechał nic sam, bo ze siostrą Basią. Wysoki był chłop, młody, smagły, z olbrzymiemi łapami, a z twarzy biło, że napewno mówi basem, no i w rzeczy wist ości głos miał jak z beczki: bu-bu-bu... A ona zaś była już nie młoda, miała koło trzydziestki, ale tak samo wysoka, na okaz zbudowana, brwi czarne, policzki czerwone, słowem nie panna, a marmulada, a do tego dziewucha z rozmachem, śmiała. Cały dzień śpiewała szumki ukraińskie, albo się zaśmiewała. Z byle czego, wybucha stepowym śmiechem i ciągnie bez końca cha, cha, cha! A potem znów szumka... Pierwszy raz poznaliśmy się oficyalnie z Kowalenkami na imieninach u dyrektora. Wśród morderczo poważnych twarzy pedagogów, którzy i na zabawę chodzą z urzędu, patrzymy, naraz Afrodyta wyłania się z piany: idzie w pozie do kozaka, chichocze, śpiewa i przytupuje... Zaśpiewała z uczuciem: „Wijut Wichri“ potem jeszcze romanzę, potem jeszcze coś, i wszyscy byli oczarowani. — Wszyscy nawet Bielików. Przysiadł się do niej i ze słodkim uśmiechem wyrzekł:
Język małorosyjski swoją delikatnością i przyjemną melodyjnością przypomina staro-grecki.
To jej zaimponowało i zaczęła z przekonaniem i uczuciem opowiadać, że w Hadjaczowskim powiecie ma swój futor, a na futorze mieszka mameczka i oprócz tego rosną tam takie gruszki, takie kawony, takie melony, takie arbuzy; a gotują barszcz z uszkami i bez uszek »taki smaczny, taki smaczny, że aż strach«.
Wszyscyśmy słuchali, słuchali — i naraz opanowała nas wszystkich jedna i ta sama idea.
— Jakby to dobrze było ożenić ich! — szepnęła mi cichutko dyrektorowa.
I wszyscyśmy przypomnieli sobie nie wiadomo dlaczego, że Bielików właściwie nie jest żonaty — i teraz dopiero spostrzegliśmy, że dotąd każdy abnegował tak ważny drobiazg jego życia. Żeśmy się nigdy nie zastanawiali, jak on się odnosi do kobiet, jak rozwiązuje tak ważny problemat istnienia? Przedtem nie interesowało nas to zgoła, być może, że nam nigdy i nie mogło przyjść do głowy przypuszczenie, aby człowiek, co wobec każdej aury ciągnie kalosze i parasol, a śpi w futerale — aby ten człowiek mógł kochać.
Jemu się już przechyla na piąty krzyżyk, a ona ma ze trzydzieści — rozumowała dalej dyrektorowa. — Zdaje mi się, żeby poszła za niego.
Czego się, mój Boże, u nas na prowincyi nie robi? A ile niepotrzebnego, bezsensownego! A wszystko dlatego, że się znów nie robi tego, co jest potrzebne. No bo i dlaczego nam się ni z tego ni z owego zachciało naraz ożenić Bielikowa, którego sobie żonatym nawet wyobrazić nie było podobna. Dyrcktorowa, inspektorowa i całe ciało pedagogiczne damskie naraz ożyło a nawet wypiękniało, jak gdyby ujrzały cel życia. Dyrektorowa bierze w teatrze lożę — patrzymy, a obok niej Basia z wachlarzem jak snop, rozjaśniona, szczęśliwa — przy niej Bielibow malutki, skromniutki skręcony w dziesięcioro, jakby go z domu hakami wyciągnięto. Wyprawiam wieczorek a damy wprost żądają, abym zaprosił i Bielikowa i Basię, słowem warsztat ruszył. Okazało się, że i Basia była nie od tego. Nie wesołe było jej życie u brata. Żyli ze sobą o tyle o ile się kłócili i wymyślali. Oto scena: idzie przez ulicę Kowaleńko, wysoki, zdrowy jak źrebiec, koszula wyszywana, z pod czapki spadają kędziory, pod pachą paczka książek, w drugiej ręce kij graby sękaty. Za nim idzie siostra także z książkami.
— Ależ Michasiu — tyś tego nie czytał — sprzecza się głośno. Mówię ci, jak mameczkę kocham, żeś zupełnie nie czytał.
— A ja ci mówię, żem czytał, wrzeszczy Kowaleńko i wali pałką po kamieniach.
— Ach mój Boże — Michasiu, o co ty się złościsz, przecie to spór abstrakcyjny.
— A ja ci mówię, żem czytał! jeszcze głośniej krzyczy Kowaleńko.
A wiadomo, że kto w domu nie konieczny — ten jest balastem. Takie życie sprzykrzyło jej się, chciała już mieć swój kąt — no i wiek niech pan weźmie pod uwagę — nie czas na przebieranie, trzeba wyjść za kogokolwiek, choćby za profesora języka greckiego. Wogóle większości naszych panien wszystko jedno za kogo wyjść, aby tylko wyjść.
Dość że Basia zaczęła znacząco okazywać Bielikowowi życzliwość.
A Bielikow? Chodził do Kowaleńki tak samo jak do nas. Przyjdzie, siedzi i milczy. On milczy a Basia mu śpiewa Wijut wichri, albo patrzy nań swemi oczami tęsknemi, albo naraz wybuchnie:
Cha cha cha!
W sprawach miłosnych, a zwłaszcza w ożenku suggestya gra wielką rolę. Wszyscy: i koledzy i damy zaczęli przekonywać Bielikowa, że się powinien żenić, że się musi żenić, że nic już innego nie ma w życiu do roboty, jak tylko się ożenić. Wszyscyśmy mu gratulowali, z minami seryo kładliśmy mu w uszy rozmaite kpiny; a że do tego wszystkiego Basia była dziewczyna »niczego«, apetyczna, córka radcy stanu i miała futor, a co najgłówniejsza była pierwszą kobietą, która względem Bielikowa żywiła uczucia zachęcające, — ergo Bielików stracił głowę i zadecydował, że w gruncie rzeczy powinien się ożenić.
— Trzeba mu było tylko odebrać kalosze i parasol — przemówił Iwan Iwanowicz.
— Wyobraź pan sobie niepodobna. Nie mogliśmy. Postawił u siebie na stole portret Basi, przychodził codzień regularnie do mnie, aby powiedzieć kilka zdań o Basi, o życiu rodzinnem i o tem, że małżeństwo jest krokiem poważnym, często bywał u Kowaleńków — ale życia nie zmienił na jotę. Nawet na odwrót postanowienie żenienia się podziałało nań jakoś chorobliwie: schudł, pobladł i, zdawało się, jeszcze głębiej wsiąkł w futerał.
— Barbara Sawówna podoba mi się — mawiał do mnie z męczeńskim uśmiechem — i ja wiem, że każdy człowiek winien się ożenić ale... wszystko to, widzi pan, stało się tak odrazu... Trzeba się namyślić.
— Cóż tu myśleć — mówię mu. Żeń się pan i koniec.
— Nie. Małżeństwo — krok ważny. Przedewszystkiem trzeba zważyć przyszłe obowiązki, uzmysłowić sobie odpowiedzialność — boby potem jeszcze co wypadło. To mnie tak niepokoi, że nic spać nie mogę. I przyznam się panu, boje się: oni oboje z bratem mają jakiś dziwny sposób myślenia, rozumują, wie pan, jakoś takoś dziwnie, a i charakter bardzo zamaszysty. Ożenisz się bratku, a potem jeszcze, broń Boże, wpadnie się w co niepotrzebnego.
I nie oświadczał się, ciągle odkładał ku wielkiej irytacyi dyrektorowej i wszystkich naszych pań, ciągle ważył przyszłe obowiązki i uzmysławiał odpowiedzialność — a w chwilach wolnych spacerował z Basią, może myślał, że to w jego sytuacyi jest koniecznem, i przychodził do mnie, żeby pomówić o życiu rodzinnem. Ale koniec końców podług wszelkiego prawdopodobieństwa oświadczyłby się w końcu i przyczynił światu jedno więcej małżeństwo z nudów i pour passer le temps, gdyby naraz nic wyniknął kolossalischer Scandal. Trzeba bowiem dodać, że brat Basi, Kowaleńko uczuł od pierwszego dnia poznania, szczerą antypatyę do Bielikowa i nie mógł go znosić.
Nie rozumiem — mówił nam, wzruszając ramionami — nie rozumiem jak możecie cierpieć taki przeklęty pysk u siebie. Ech! panowie jak wy tutaj możecie żyć! Atmosfera wasza grubo dusząca! obskurna! Toście wy pedagodzy, nauczycielowie? Wyście manekiny, czynowniki! Cała wasza szkoła, to nie świątynia nauki, a jakiś zakład tresury życiowej. Zaduch od niej wieje jak z budy policyanta. Nie braciaszki, pożyję z wami jeszcze trochę, a potem jazda! Pojadę do siebie na futor. Będę tam raki łapał i uczył smarkate chocholęta. Wyjadę, a wy tu gnijcie ze swoim Judaszem. Niechaj win łopnie!
I śmiał się, śmiał do łez basem albo dyszkantem i pytał się, rozkładając ręce:
Szo on siedzi u mnie? Szo jemu potrzeba? Siedzi i patrzy. Nawet obdarował Bielikowa stosownym przydomkiem: »Glitaj aboż pauk«. No oczywista, nie kwapiliśmy się informować go, że siostra jego wybiera się wyjść za »aboż pająka«. I gdy raz dyrektorowa dała mu do zrozumienia, że nieźleby było wydać siostrę za takiego solidnego, cieszącego się ogólnym szacunkiem człowieka, jak Bielików, ściągnął brwi i mruknął:
Nie moja rzecz. Niechaj sobie wychodzi choćby i za solitera, jeżeli jej to sprawia przyjemność — a ja nie lubię wtrącać nosa tam, gdzie nie trza.
Teraz pan słuchaj co dalej. Jakiś huncwot narysował taką karykaturę: idzie Bielików w kaloszach, w spodniach zawiniętych, pod parasolem, a z nim Basia pod rękę. Na dole podpis: »zakochany antropos«. Wyraz twarzy złapany, rozumie pan, zadziwiająco. Artysta pracował zapewne nie jedną noc, bo wszyscy nauczycielowie i z męskiego i żeńskiego gimnazym, profesorowie seminaryum, urzędnicy — wszyscy dostali po jednym egzemplarzu. Dostał i Bielików. Wywarło to na nim wrażenie dobijające.
Było to pierwszego maja. Wychodzimy razem, bośmy się umówili wszyscy przy niedzieli razem z uczniami iść za miasto na majówkę piechotą. Mieliśmy się spotkać przy gmachu gimnazyalnym. Idziemy, a on zielony, posępniejszy od chmury:
— Na świecie to bywają czasem ludzie bardzo niedobrzy... źli — przemówił, a usta mu drżały.
Zrobiło mi go się żal. Idziemy, a tu naraz niech sobie pan wyobrazi, pędzi na rowerze Kowaleńko, a za nim Basia, także na rowerze, zdrowa, trochę zamorusana, ale wesoła, rozradowana.
A my — krzyczy do nas — jedziemy naprzód. Naprawdę pogoda taka śliczna, taka śliczna, że aż strach — i pomknęli.
Mój Bielikow z zielonego koloru przeszedł do białego i skamieniał. Stanął i patrzy na mnie.
— Przepraszam pana... ale... mój panie... co to właściwie jest? — zapytał. Bo może mnie wzrok myli. Czyż przyzwoitość pozwala jeździć na rowerze pedagogom gimnazyalnym i kobietom?
— A cóż w tem nieprzyzwoitego? Niech grzmią na zdrowie.
— Ale jakże można? krzyknął, zadziwiony moim spokojem.
I do tego stopnia odebrało mu to humor, że nie chciał iść dalej i powrócił do domu.
Na drugi dzień przez cały czas zacierał ręce nerwowo i drżał. Widać było po twarzy, że go coś korci. Nawet opuścił zajęcie, co mu się wydarzyło pierwszy raz w życiu, i nic jadł obiadu. Nad wieczorem ubrał się w cięższe palto, choć to już ciepło było na dworze i podążył do Kowaleńków. Basi nie było w domu, zastał tylko brata.
— Niech pan siada, proszę bardzo — przemówił Kowaleńko chłodno i zmarszczył brwi; twarz miał zaspaną, bo urządzał sobie drzemkę poobiednią i humor miał nie najlepszy.
Bielikow posiedział cichutko dziesięć minut i zaczął:
— Przyszedłem tu do pana, aby ulżyć duszy. Bardzo, bardzo mi ciężko. Jakiś zwolennik paszkwilów, narysował w śmiesznej pozie mnie i jeszcze pewną osobę, co nam obu blizka. Uważam sobie za obowiązek zapewnić pana, że to nie ja. Jam tu nic nie winien. Nawet nie dawałem powodu do czegoś podobnego, na odwrót niezmiennie zachowywałem się tak, jak przystoi człowiekowi przyzwoitemu.
Kowaleńko siedział, patrzył i milczał. Bielików poczekał trochę i znów ciągnął głosem cichym, smutnym.
— Jeszcze mam coś panu powiedzieć. Ja już służę dawno — pan zaczyna karyerę, więc uważam sobie za obowiązek, jako starszy kolega przestrzedz pana. Pan jeździ na takim welopedzie, a ta rozrywka nie przystoi wychowawcy młodzieży.
— A dlaczegóż to tak — zapytał basem Kowaleńko.
A czyż to wymaga jeszcze objaśnienia? Michale Sawiczu, czyż to nie zrozumiałe? Jeżeli nauczyciel jedzie na welocypedzie — to co mają robić uczniowie? Chyba tylko chodzić na głowach. A zresztą jeżeli to wyraźnie nie jest akceptowane urzędowym cyrkularzem — to nie można. Nie akceptowane — i nie można. Przestraszyłem się wczoraj. A gdym zobaczył pańską siostrzyczkę, to mi się w oczach zaćmiło. Kobieta, lub panna na welocypedzie — to strach!
— Czego panu właściwie potrzeba?
— Mnie tylko jednego potrzeba — uprzedzić pana, Michale Sawiczu. Pan człowiek młody, z przyszłością, trzeba się prowadzić bardzo, bardzo oględnie, a panu dużo, dużo brak. Pan chodzi w koszuli wyszywanej, ciągle po ulicach z jakiemiś książkami, a teraz znów ten welocyped. Dowie się dyrektor, potem się to dostanie do kuratora... I cóż z tego będzie dobrego?
— Nikomu nic do tego, że ja i siostra jeździmy na rowerze — powiedział Kowaleńko i sponsowiał. — A kto się będzie wytrącał do moich spraw domowych i rodzinnych, tego wyślę do wszystkich kroćset sto tysięcy dyabłów sobaczych.
Bielików zbladł i wstał.
Jeżeli pan mówi do mnie w tym tonie, to ja nie mogę kontynuować — wyrzekł. I bardzo pana proszę, aby pan był łaskaw na przyszłość nigdy w mojej obecności nie odzywać się w podobny sposób o zwierzchnikach. Pan powinien dla władzy mieć odpowiedniego rodzaju szacunek.
— Czyż mówiłem co złego o władzy? — zapytał Kowaleńko, patrząc na niego wściekle. Bądź pan łaskaw pozostawić mnie w spokoju. Jestem człowiekiem uczciwym i z takimi panami nie chcę mieć nic do czynienia. Nie lubię lizusów.
Bielików zaczął się nerwowo kręcić i pakował się szybko w palto, z wyrazem przerażenia na twarzy. Przecież to pierwszy raz w życiu słyszał coś równie trywialnego.
— Pan może sobie mówić, co tylko pan uważa za stosowne — zaczął znowu w przejściu z przedpokoju na schody. Muszę tylko pana ostrzedz: może być, że ktoś nas podsłuchiwał, więc w obawie, aby sens naszej rozmowy nic był przeinaczony i aby co z tego nie wypadło, zmuszony jestem treść naszej rozmowy zakomunikować panu dyrektorowi...
— Zakomunikować! — Jazda! — Komunikuj pan! To mówiąc, złapał go za kołnierz z tyłu i pchnął z rozmachem na dół, a Bielików frunął, grzmiąc po schodach kaloszami. Schody były wysokie, kręte, ale pomimo to upadł na ziemię bez szwanku; wstał i pomacał nos starannie: czy aby okulary całe? Ale równocześnie podczas tego, gdy on płynął po schodach, wchodziła Basia, a z nią dwie panie. Przystanęły na na dole i patrzyły, a dla Bielikowa było to finałem rozpaczy. Przecież z dwojga złego lepiej połamać obiedwie nogi i ręce, a choćby i kark skręcić, aniżeli stać się pośmiewiskiem. Przecież teraz dowie się i dyrektor, kurator i ach! żeby tylko co z tego nie wypadło! znowu pójdzie nowa karykatura i koniec będzie taki, że każą się podać do dymisyi... Gdy się podniósł, Basia go poznała i patrząc na jego twarz śmieszną, pomięte palto, kalosze, nie przypuszczając przyczyny, pomyślała, że sam przewrócił się przypadkowo, — nie mogła się wstrzymać i zachichotała z całego gardła: Cha, Cha, Cha!
I to cha-cha-cha temperamentowe zapieczętowało wszystko: i konkury Bielikowa i jego żywot doczesny. Kie już nie słyszał, co mówiła Basia, nic nie widział. Po powrocie do domu, przedewszystkiem usunął jej portret z biurka, a następnie położył się do łóżka — i więcej już nic wstał. Po trzech dniach przyszedł do mnie Afanasij i zapytał, czyby tak nie można posłać po lekarza, bo z panem coś nie bardzo. Poszedłem do Bielikowa. Leżał pod kołdrą i kocem, nad nim firanka. Zapytać go o cokolwiek, a on biedak tylko: tak, albo — nie, i więcej ani pary z ust. Leży, a po pokoju krąży Afanasij, grobowy, nachmurzony, wzdycha głęboko, a wódka jedzie od niego jak ze szynku. Po miesiącu Bielikow umarł. Odprowadziliśmy go na pogrzeb wszyscy, to jest seminaryum i gimnazyum jedno i drugie. Gdy już leżał w trumnie, nabrał wyrazu jakiegoś łagodnego, przyjemnego, nawet wesołego, jakby go to cieszyło, że raz nareszcie dostał się do takiego futerału, z którego już nigdy nie wyjdzie. Tak! Dobiegł do ideału! I jakby dla dogodzenia nieboszczykowi podczas pogrzebu niebo było ołowiane, padał deszcz — a myśmy wszyscy byli w kaloszach i pod parasolami. Basia także była na pogrzebie; a gdy trumnę wpuszczali do dołu — zapłakała. Zauważyłem, że chochołki albo płaczą, albo chichoczą. Pośrednich nastrojów nie używają.
Przyznam się otwarcie, że to wielka przyjemność grzebać takich ludzi, jak Bielikow. Po powrocie z cmentarza wszyscy mieli miny skromne, postne, z niczyjego oka nie wyrywało się uczucie przyjemności — to samo uczucie, które się przeżywało kiedyś, bardzo dawno — w chwilach dzieciństwa jeszcze, gdy starsi wyjechali z domu, a człowiek bez kontroli biegał po ogrodzie jedną godzinę, drugą, oddychając wolnością! Ach ta wolność, ta wolność! Nawet samo napomknienie o niej, cień możliwości skrzydłem ducha darzy — nie prawda?
Z cmentarza powróciliśmy w dobrych humorach. A potem? Potem przeszedł tydzień nie więcej, i powlokło się życie takie same, jak i przedtem: takie same surowe, męczące, bezsensowne, życie nic zakazane cyrkularzem, ale też i nic zaakceptowane w zupełności; ani na jotę się nie polepszyło. W samej rzeczy Bielikowa jużeśmy pochowali — ale ile to jeszcze takich ludzi z futerałów zostało, ile ich jeszcze będzie!
O! właśnie! — powiedział Iwan Iwanowicz i pociągnął z fajeczki.
Nauczyciel wyszedł ze stodoły na zewnątrz. Był to człowiek nie wysoki, gruby, zupełnie łysy, broda czarna spadała mu po pas. Za nim wyskoczyły dwa psy.
A! księżyc — co za księżyc! powiedział i patrząc do góry.
Północ już przeszła.
Na prawo widać było całą wieś; długa ulica ciągnęła się na jakie pięć wiorst. Wszystko utuliło się w cichy sen głęboki. Ani ruchu, ni dźwięku — nawet trudno uwierzyć, że w naturze może być tak cicho. Gdy się w miesięczną noc zobaczy szeroką ulicę wioskową, z chałupami, brodłami, uśnionemi wierzbami — spokój ogarnia naszą duszę. W cieniu nocy chowa się ta biedna dusza od znojów, zmartwień i bólów; — a taka łagodna, smutna i piękna jest wtedy, że i gwiazdy patrzą na nią łaskawie i życzliwie i zdaje się, że nie ma już zła na świecie, że wszystko już dobre...
Na lewo zaczynało się pole. Widać go było daleko, hen aż po horyzont, zalane światłem księżyca, cichutkie całe, bez ruchu, bez dźwięku.
— To to właśnie! — powtórzył Iwan Iwanowicz. A czyż, proszę ja pana, nasze życie w mieście w ciasnocie i zaduchu, nasze bazgranie niepotrzebnych papierów, nasz wint — czy to nie futerał? A nasze obcowanie wśród nicponiów, próżniaków, głupich, pustych kobiet, gadanie i wysłuchiwanie banialuków — czy to nie futerał, proszę ja pana? Jeżeli pan chce, to panu opowiem historyę zajmującą.
— Nie! już czas spać — odpowiedział Burkin. — Do jutra!
Poszli obaj do stodoły i położyli się na sianie, i obaj już dobrze się pookrywali, zdrzemnęli sobie nawet trochę, gdy naraz usłyszeli ciche kroki: stup, stup... Ktoś chodził niedaleko od stodoły. Przejdzie kilka kroków, stanie, a po minucie znów: Stup, stup... Psy warknęły.
— To Marta łazi — zamruczał Burkin.
Kroki ucichły.
— Widzieć i słuchać, jak kłamią — przemówił Iwan Iwanowicz, przewracając się na drugi bok — i jeszcze cię nazywają durniem za to, że znosisz obrazy, poniżenia, że cierpisz to kłamstwo, nie śmiesz, proszę ja pana, otwarcie przejść na stronę ludzi uczciwych, wolnych, i sam łżesz, uśmiechasz się, a wszystko dla kawałka chleba, dla ciepłego kąta, dla rangi, dyabła wartej — nie! Dłużej tak żyć niepodobieństwo!
— No to już inna opera, Iwanie Iwanowiczu — powiedział nauczyciel. — Śpijmy.
Przeszło dziesięć minut, Burkin spał. A Iwan Iwanowicz wciąż się przewracał z boku na bok i wzdychał, a potem wstał, znów wyszedł, siadł na progu i zaćmił fajeczkę.


Życie tygodnik Rok II ornament.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Anton Czechow.