Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski/Zmienne losy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1912
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Zmienne losy.

Ludno i gwarno w zamku wojewody poznańskiego, pana obszernych włości i wielkiej fortuny, Stanisława Leszczyńskiego. Ludno i gwarno, bo przyjmuje dzisiaj samego imci króla Karola szwedzkiego. Król szwedzki poznał go jeszcze w Sztokholmie, kiedy Leszczyński jeździł tam z poselstwem, upodobał go sobie i szczerą obdarzył przyjaźnią. Teraz, gdy pokonał Augusta II, mimo oporu Kurpiów i stronników Sasa, szuka w Polsce przyjaciół, gdyż chciałby ten naród uczynić swoim sprzymierzeńcem.
Nic też dziwnego, że i Leszczyńskiemu zapowiedział swe odwiedziny.
Wie dobrze wojewoda, że nietylko przyjaźń sprowadza w jego progi dostojnego gościa, lecz ufa Karolowi, że nie jest wrogiem jego kraju, i chce poznać zamiary młodego monarchy. Jeśli uzna je za dobre dla ojczyzny, chętnie pomagać mu będzie.
Właśnie wjeżdżają obaj na czele orszaku w sklepioną zamkową bramę. Karol drobny i szczupły, o twarzy energicznej i błyszczącem, dumnem spojrzeniu, — Leszczyński starszy wiekiem, uderza powagą i rozumnym spokojem wysokiego czoła. Znać po wyrazie oczu i ożywieniu obu, że poważną rozmowę prowadzić musieli i że jej nie skończyli. Może sprawa wymaga dłuższego namysłu.
Dwór wojewody i świta królewska otoczyli ich teraz, zsiadają z koni, wchodzą do komnaty, gdzie czeka już posiłek zastawiony.
Stare portrety królów i pradziadów patrzą ze ścian poważnie na ucztujące grono, i zda się, że przysłuchują się rozmowie. Może jej słuchać każdy: król szwedzki podziwia piękne obszary ziemi swego gospodarza, jego hojność i skarby, nagromadzone w zamku. Mówią o koniach, których nachwalić się nie może, bujnych łąkach, które podziwiał, wioskach i miasteczkach, do Leszczyńskiego należących.
I przyznaje w duszy ten obcy monarcha, iż wielu panujących książąt za granicą nie posiada takiej fortuny.
Skończono wreszcie ucztę, dzień się skończył, i wojewoda sam prowadzi gościa do przeznaczonych komnat. Tu na skinienie króla znowu pozostali sami.
— Jutro jadę o świcie, mości wojewodo — rzekł Karol — nie będzie więc już czasu na rozmowę, a chciałbym usłyszeć jeszcze twoje słowo. Co prawda, nie spodziewałem się z waszej strony oporu.
— Nie powinno was to dziwić, miłościwy królu — odparł po chwili namysłu Leszczyński — i muszę powtórzyć, co już powiedziałem: radbym z duszy uczynić, jako chcecie — a nie mogę.
— Ależ dlaczego? dlaczego?! — pytał niecierpliwie Karol. — Toć sami wiecie, że August jest zdrajca, że chciał ze mną podzielić się waszą ojczyzną, że porwał obu synów Sobieskiego i ukrył gdzieś w Saksonji, aby naród żadnego obrać nie mógł, że przecie zrzekł się tronu i podpisał, że do niego pretensji nie ma, — więc czegóż chcecie więcej? A z drugiej strony rozumiecie dobrze, jakiego potrzebuje kraj monarchy, jaką korzyść dać mu może przyjaźń Szwecji. W waszej mocy przywrócić ojczyznie porządek, zapewnić bezpieczeństwo — i nie chcecie, czy nie macie odwagi! Lepiej o waszem sercu rozumiałem.
— Wybaczcie, miłościwy królu, że się opornie stawiam waszemu życzeniu, i rozważcie sami, co powiem. August obcy nam był od początku, i zawsze stałem przeciw niemu, ale dzisiaj — jest namaszczonym królem i koronowanym, — nie wyrzekł się korony z własnej woli, — nie naród mu odebrał władzę, jako zdrajcy, bo o zdradzie mało kto wiedzieć będzie, — przysięgałem mu wierność — jakoż teraz sięgnę z waszą pomocą po to berło, które tylko wola całego narodu powierzyćby mi mogła?
— Zwołamy elekcję — żywo przerwał Karol.
— Wy, miłościwy królu, zwołać jej nie macie prawa, — to nie wolna elekcja, którą nakazuje zwycięzca.
— Wolna elekcja! — zaśmiał się szyderczo Karol — wasza wolna elekcja dawno stała się czczem słowem, i sami o tem wiecie.
— Tak jest, trzeba ją zmienić — potwierdził Leszczyński — lecz dopóki jest prawem, bronić jej powinienem.
— Wiem to wszystko — porwał się Karol — a jednakże nalegam na was, wojewodo. — Pozwólcie się ogłosić kandydatem na wolny tron po zdrajcy, który — sami to wiecie — podstępem i przekupstwem na nim zasiadł. Zwołam elekcję — obiorą was może niechętnie, ale obrać będą musieli, a gdy się przekonają, ile stąd dobrego wynika dla ojczyzny, jeszcze mi dziękować będą.
— Uwolnijcie mię, mości królu, od tej łaski — z niepokojem przemówił znów Leszczyński — może i nie mam serca kusić losu. Toć chodzi mi o wszystko. Jestem u siebie panem i żadnemu królowi nie zazdroszczę, bom szczęśliwy i na niczem mi nie zbywa. Ulegając waszym żądaniom, mogę utracić wszystko, nawet życie. Losy wojny są zmienne. Życzę wam z całej duszy powodzenia, lecz gdyby się inaczej stało, August powróci na tron i sądzić mię będzie, jako przywłaszczyciela. A wtedy co mię czeka? Śmierć haniebna, albo wygnanie i nędza.
— O mości wojewodo, teraz nie mówicie szczerze! — zawołał Karol z uniesieniem — nie chcę wierzyć, że się boicie o siebie. Życie jest w ręku Boga każdej chwili, a August na tron nie powróci: Piotr Wielki, przyjaciel jego, pokonany, a chociażby raz jeszcze chciał zmierzyć się ze mną, nie wie, jakie go w domu czekają kłopoty. Wam pierwszemu wspominam o tem, że kozacki hetman Mazepa jest ze mną w porozumieniu, chce oderwać od Rosji Ukrainę. Pomyślcież, skoro zewsząd otoczymy cara, czy będzie mógł zwyciężyć?
Wojewoda pochylił głowę: wyczerpał już wszystko, co mógł odpowiedzieć.
— Sami widzicie — mówił dalej Karol — że wymagam od was ofiary dla dobra waszego kraju. Narażacie siebie na niepewne losy, lecz dla ojczyzny otwieracie drogę do chwały i potęgi. Czy Polak, ten którego miałem za przyjaciela (tyle zbudził we mnie szacunku), cofnie się przed poświęceniem?
Leszczyński milczał, pokonany. Niechże się stanie, co mu przeznaczono.
I stało się, jak chciał zwycięzca.
Obrany na zwołanej przez króla szwedzkiego elekcji, król Leszczyński nie miał narodu za sobą. Przyznawali mu wielkie cnoty i wyższość nad Augustem, ale był narzucony przez obcego monarchę. Szlachta nie rozumiała dobrze całej sprawy, nie znała intryg ani zamiarów Sasa, i rządziła się szlachetnem uczuciem, że powinna zostać wierną Augustowi, bo mu wierność przysięgła.
Tym sposobem panowanie Leszczyńskiego zależało od dalszych losów wojny pomiędzy Piotrem Wielkim i Karolem XII: kto z nich pokona ostatecznie przeciwnika, ten swego sprzymierzeńca na tronie utrzyma.

∗                         ∗

W starym i pustym zameczku niemieckim, gościnnie ofiarowanym Leszczyńskiemu na chwilowe schronienie po opuszczeniu Polski, ciemno, zimno i pusto.
Nie snują się po komnatach roje dworzan, nie słychać gwaru życia, okna nie jaśnieją światłem.
Stary burgrabia[1] w swej małej izdebce napalił suty ogień na kominku i nie troszczy się wcale o przybyłych gości. Pan kazał przyjąć, więc im otworzył zamczysko, a jakże, — drzewa urąbać im kazał i napalić w najlepszej sali, gdzie wszystkie okna całe, a co do reszty to nie jego głowa. Brr! zimno dziś na dworze.
Rzeczywiście, cóż więcej mógł zrobić burgrabia? W zamku dawno nikt nie mieszkał, więc zniszczony, ale mogą sobie naprawić ci obcy, — jeżeli zechcą.
Jeżeli zechcą! A czy mogą zechcieć? Już rok przeszło tułają się po świecie — uciekali tak nagle — niewiele zabrać mogli, a tu na obczyźnie wszystko kosztuje drogo.
Dzięki Bogu, że mają teraz dach nad głową, za który nie trzeba płacić, lecz co dalej?
W dużej komnacie ogień płonie na kominku, chociaż po kątach mrok kryje się chytrze, aby wypełznąć, gdy przygasną głownie, i z bratem swoim mrozem objąć na nowo władzę, której go płomień chwilowo pozbawił. Zwycięży on tu wkońcu!
W blasku ogniska w głębokim fotelu kobieta w ciemnym stroju, poważna i blada, oparła głowę o poręcz rzeźbioną i patrzy w ciemną przestrzeń szeroko otwartą źrenicą, jakby ścigała w niej jakieś obrazy, które ubiegły i może nie wrócą.
U nóg jej młode dziewczę na nizkiem siedzeniu, rączki złożyło na kolanach matki i patrzy na nią wzrokiem niespokojnym. Nie śmie przerwać milczenia, nie śmie jej zbudzić z zadumy, a w sercu, głowie, tłoczą się myśli, uczucia, pytania, na które nie znajduje odpowiedzi.
Jak to się wszystko stało, że są tutaj? I dlaczego? Czy wrócą znowu tam, do Polski? Kiedy?
Nieznacznie rzuciła okiem w stronę ojca, który przy stole, założonym papierami, oparł głowę na ręku i także pogrążył się w myślach.
Odkąd kraj opuścili, rodzice myślą ciągle, nie śmieją się, nie rozmawiają, i tak okropnie smutni. I jej też smutno bardzo.
Westchnęła cichuteńko — bo nie chce im przysparzać troski — ale — tak jej ciężko na duszy, tak ciężko. Niedawno w królewskim zamku, tam, w Warszawie, a potem tyle dni, tyle miesięcy między obcymi ludźmi, w obcych zajezdnych domach... czy to zawsze tak będzie? Przecież tam w Polsce mają swoje własne dwory i zamki i pałace, piękne lasy i łany zboża, przecież tamto ich własne?...
Ich własne, a wszystkiego im brakuje. Niema służby, prócz paru wiernych dworzan; niema szat pięknych ani ciepłych sukien, chociaż na dworze zima; nawet jedzenie takie niedobre, tak mało — nie tak, jak było w domu. Ona wie już dlaczego: — ojciec nie ma pieniędzy. Tak, tak: nie ma pieniędzy. Sama widziała, jak matka odcięła od kontusza parę kosztownych guzów i kazała je sprzedać, aby było na chleb i mięso. Widziała to sama. A obcy ludzie nic nie dadzą bez pieniędzy — więc cóż się z nimi stanie?
Pewnie o tem tak myślą wciąż ojciec i matka.
Nie myliła się młoda Marja — położenie króla-wygnańca było ciężkie i bardzo smutne. Karol XII został pokonany przez cara Piotra w bitwie pod Połtawą i mimo rany, uciekł konno z pola bitwy, by nie dostać się do niewoli. Wtedy od razu zmieniło się wszystko: trzeba było uciekać także nietylko z królewskiego zamku, ale z kraju, bo August wkroczył zaraz z wojskiem saskiem, a Piotr Wielki podążał mu na pomoc.
Spełniły się przeczucia wojewody, o których mówił niegdyś Karolowi: oto dziś nie miał ani ziemi własnej, ani dachu nad głową. Musiał korzystać z łaski obcych ludzi, z gościnności wrogów Augusta lub przyjaciół Karola XII. Na niezbędne potrzeby sprzedawał klejnoty, jakie udało mu się zabrać z sobą: drogie kamienie, pierścionki, zapinki, a gdy tego zabraknie... Jego jedyna, ukochana córka jest dziś ubogiem, bezdomnem dziewczęciem.
Lecz czyż podobna, aby nic się nie zmieniło i tak zostało zawsze?...
Może się zmieni kiedyś, lecz czy on dożyje? Jakiż los żonie i dziecku zgotował! Tyle listów już wysłał do przyjaciół, wzywając ich pomocy, a odpowiedzi znikąd. Czyż ma czekać cierpliwie, aż kawałka chleba zabraknie?
Jakieś kroki słychać w sąsiedniej komnacie, szczęk broni i rozmowę — ktoś przyjechał.
Wszystkie spojrzenia zwróciły się ku drzwiom, w których ukazał się wierny dworzanin, towarzysz ich wygnania i niedoli, oznajmiając o przybyciu posłów jegomości króla szwedzkiego.
Dwaj młodzi ludzie w stroju cudzoziemskim głębokim ukłonem powitali króla.
— Jakież nowiny przynosicie mi, panowie? — spytał Leszczyński z ożywioną twarzą.
— Najjaśniejszy panie — odezwał się starszy — pan nasz, Karol XII, wrócił nakoniec do Szwecji po wielu trudach i niebezpieczeństwach i natychmiast wysłał nas tutaj, aby zapewnić waszą królewską mość, iż los W. K. M. jest pierwszą jego troską. Pan nasz, Karol XII, nie traci nadziei, że tron polski zostanie odzyskany, lecz wymaga to dłuższego czasu. Dlatego rozkazał nam prosić najpokorniej, aby W. K. M. raczył tymczasem uważać za swoje księstwo Dwóch Mostów, które jest jego własnością. Jesteśmy obowiązani wprowadzić niezwłocznie W. Kr. M. do stolicy księstwa i formalnie złożyć władzę w jego ręce. Oto listy, które rzecz lepiej wyjaśnią.
I w postawie pełnej szacunku złożył na rogu stołu grubą kopertę, zamkniętą królewską pieczęcią.
— Raczcie, panowie, spocząć po podróży i rozgościć się w zamku, gdzie nie mogę, niestety, przyjąć was, jakbym pragnął. Na listy i poselstwo dam odpowiedź jutro — przemówił Leszczyński po chwili namysłu i uprzejmem skinieniem ręki pożegnał obu młodzieńców, polecając ich pieczy dworzanina.
Był to po latach burzy i zamieci znów pierwszy uśmiech losu.


∗             ∗

Uśmiech losu nie znaczy, że okręt dopłynął do spokojnej przystani: niejedna jeszcze burza-nawałnica groziła mu rozbiciem, niejeden jeszcze piorun huczał w chmurach.
Powtórnie obrany królem po śmierci Augusta II Leszczyński, przekradł się znowu do Polski przebrany za kupca, by omylić czujność sąsiadów, którzy sprzyjali synowi Augusta.
Naród nie wystąpił dość licznie i śmiało w obronie tego, którego sam wybrał, i aby nie wpaść w moc nieprzyjaciela, musiał Leszczyński ustąpić do Gdańska.
A dlaczego do Gdańska? Bo tu spodziewał się pomocy Francji, a tę najłatwiej było przysłać morzem. Król francuski, Ludwik XV, ożenił się przed kilku laty z jego córką, Marją Leszczyńską, i obiecał teraz dopomódz teściowi do odzyskania tronu polskiego.
Ale pomoc zawiodła, saskie i rosyjskie wojska groziły Gdańskowi zburzeniem, nie chcąc więc narażać miasta, postanowił Leszczyński je opuścić, aby mogło kapitulować. Przy pomocy przyjaciół spuścił się z murów do łodzi, oczekującej na Wiśle, i na niej szczęśliwie przemknął w cieniach nocy do okrętu.
Korona polska była stracona na zawsze.
Otrzymawszy od zięcia księstwo Lotaryngji, tutaj na resztę życia osiadł nakoniec Leszczyński, a rządził tak sprawiedliwie i mądrze, że dziś, po 200 latach, praprawnuki jego poddanych wspominają z miłością imię »dobrego króla«.
Odwiedźmy go raz jeszcze w Lunevilu, w pięknym książęcym pałacu, wśród przepysznych ogrodów położonym. Oto już wiek podeszły pochylił mu czoło, siwizna posrebrzyła włosy, ale uśmiech dobroci pozostał na twarzy, a pogoda jaśnieje w oczach. W nikim nie budzi trwogi, z ufnością zbliża się do niego każdy, kto szuka sprawiedliwości lub opieki: »dobry król« jest ojcem ludu.
A jednak serce jego tam daleko, w opuszczonej ojczyźnie. Dla niej pracuje tutaj, o niej myśli. Tyle rzeczy chciałby powiedzieć rodakom, nauczyć ich, przekonać. Odwiedzają go chętnie, zapewniają o szacunku i miłości, może uwierzą słowom, które z serca dla nich dobywa.
Więc pisze. W obszernej bibljotece tyle słońca, w ciepłem powietrzu tyle słodkiej woni, a on siedząc przy stole, widzi pochmurne niebo, nizkie chaty i czarną rolę, zlaną potem ciężkiego trudu. I maluje los chłopa: złe prawo, ucisk, krzywdę; żąda sprawiedliwości. »Nie byłbyś panem, gdyby chłop na państwo twoje nie pracował«. »Gdy chłop biedny — kraj biedny«.
Gdyby to zrozumieli!
Ale nietylko ta jedna choroba grozi ojczyźnie całem pasmem nieszczęść, obok niej król-wygnaniec widzi inne, niemniej groźne i niebezpieczne.
Więc tłumaczy, jak wiele złego wyrządza liberum veto, — to niewola, nie złota wolność. Przekonywa, że trzeba zmienić sposób elekcji, gdyż obiór króla rzeczą jest wielką i trudną.
Książki jego czytają. Niezawsze przekona, ale choć myślą o tem, chociaż zaczynają zastanawiać się nad tak ważnemi sprawami.
Szkoły dobrej kraj potrzebuje! Gdyby miał lepsze szkoły, wiele rzeczyby zrozumiano.
Więc dla młodzieży polskiej zakłada szkołę w swojem państwie. Wielu i tu przyjedzie, aby się czegoś nauczyć, a wrócą rozumniejsi, innym będą wskazywać drogę.
Nic dziwnego, że w Lunevilu pełno gości Polaków. A kto przyjedzie, wyjechać mu trudno. Przyjemnie czas upływa w towarzystwie mądrego króla, jego słowa padają w duszę, budzą w niej nowe myśli, szlachetne uczucia.
. Umarł już w późnym wieku śmiercią przypadkową: od ognia na kominku zapaliły się na nim suknie, zanim pomoc nadbiegła, ogarnął go płomień, i ciężko poparzony skończył życie w ciągu dni paru.


Przypisy

  1. Dozorca zamku.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.