Don Carlos (wyjątek z tragedji Szyllera)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Friedrich Schiller
Tytuł Don Carlos
Podtytuł (wyjątek z tragedji)
Pochodzenie Poezje (1929) tom I
Poezje rozmaite (1817-1854)
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gubrynowicz i Syn
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Adam Mickiewicz
Źródło Skany na Commons
Indeks stron

Wyjątek z tragedji Szyllera

DON CARLOS

AKT PIERWSZY
Ogród królewski w Aranchwes

SCENA I

KAROL I DOMINGO

DOMINGO

Zbiegły dni wesołego w Aranchwes pobytu,
Królewic nie weselszy wraca do Madrytu.
Próżnośmy tu rozrywek szukali.

(podchodzi do Karola)

Mój książe!
Niech się wkońcu ta smutna zagadka rozwiąże.
Przed rodzicieiskiem sercem odkryj twoje chęci,
Czegoż dla jedynaka ojciec nie poświęci?
Czego król nie dokaże władnemi ramiony?
Jakiż twój ślub, od niebios dotąd nie spełniony?
Karolu! byłem z tobą, widziałem w Toledzie,
Kiedyś hołdownej książąt przodkował czeredzie,
Tłumy do całowania ręki twojej biegły,
Królestwa sześciorakie u nóg twoich legły,
Stałeś dumnie, młodzieńczy ogień z liców strzela,
Pierś wre królewskim duchem, wzrok pjany wesela
Oblatywał gromady — czytałem w tem oku,
I Karol był szczęśliwy.

(Karol odwraca się)

Teraz, od pół roku,

Ta nigdy z czoła twego nie schodząca chmura,
Ból w głębi zatajony, tęsknota ponura,
Której źródeł napróżno dwór stara się dociec,
Którą naród podziela... ach! i król, twój ociec,
Niejedną noc bezsenną winien tej zagadce,
Ona niejedną łezkę wyciska twej matce!


KAROL (odwraca się z zadziwieniem)

Matce?


DOMINGO

Książe!


KAROL (uderzając się w czoło)

O! gdybym darować był w stanie
Temu, co ją za matkę narzucił...


DOMINGO

Mój panie?


KAROL (spostrzega się)

Tak... tak... bom ja z matkami nieszczęśliwy tyle;
Zaledwiem świat obaczył, w pierwsze życia chwile
Już byłem matkobójcą.


DOMINGO

Byłeś mimo woli,
Czyż cię dotąd grzech taki na sumnieniu boli?


KAROL

A moja druga matka! wszakżem przez nią zgubił
Miłość ojca; mnie ociec i tak mało lubił;
Ze byłem jedynakiem, to cała zasługa.
Teraz mu drugą córkę daje matka druga,
A co się jeszcze z tego na przyszłość wywiąże,
Ciemna otchłań...


DOMINGO

Żartujesz, żartujesz, mój książe!
Królowa, którą wielbią z zapałem Hiszpanie...
Ty nienawiści okiem miałbyś patrzeć na nię?

Patrząc na nię, na przyszłe oglądać się czasy?
Jakże? czyliż to bóstwo? co? ten anioł krasy,
Monarchini, prócz koron, z samego oblicza,
Która ledwie dziś wiosnę dwudziestą dolicza,
Niegdyś twa narzeczona?... nigdy, z żadnej miary,
Nigdy, to niepodobna, próżno, nie dam wiary.
Nie powstała w Karolu taka dzikość płocha,
Żeby się tem miał brzydzić, co świat cały kocha.
Książe! jeżeli pani dojdzie ta nowina,
Że miłością zyskała nienawiść u syna,
Czułe jej serce mocno nad tem zaboleje.


KAROL

Jakto? skąd wiesz?


DOMINGO

Ostatnie pamiętam turnieje:
Król, kopiją draśniony, już był bliski szwanku,
Elżbieta pośród panien patrzyła z krużganku,
A wtem: «król ranny», — trwoga, zmieszanie, rozruchy,
Wkońcu aż do królowej szmer dochodzi głuchy.
«Co? książe?» zawołała, — «ach, książe!» — i zbladła,
I zaledwie z krużganku na plac nie wypadła.
Wtem, że król ranny, wieści pewniejsze dolecą —
«Król? zawołać lekarzy!» odetchnęła nieco.

(Po niejakiem milczeniu)

Zamyślasz się?


KAROL

Spowiednik króla, kapłan boski, (ponuro)
Dziwno, że na tak błahe czatujesz pogłoski;
Lecz słyszałem i dobrze w pamięci naznaczę,
Że takie słówkołowy i gestów szperacze
Więcej broją, niżeli truciznik i zbojca. (Przechadza się)
Jeżeli chcesz zapłaty, idź do mego ojca.


DOMINGO

Książę jest za ostrożny: słusznie, w dworzan tłumie
Niechaj będzie ostrożnym, niechaj nim być umie,
I rozróżnia, kto szczerze, a kto radzi chytrze,
Ja zawsze całem sercem...


KAROL

Więc już po twej mitrze!
Gdy się ociec o twojem przywiązaniu dowie,
Już więcej na królewskiem nie polegaj słowie,
Że pierwsza w państwie mitra twych nie minie skroni.


DOMINGO

Książe sobie żartuje.


KAROL

A, niech Pan Bóg broni!
Ja, mój straszliwy ojcze, ja żartować z ciebie,
Co rządzisz duszą ojca i możesz ją w niebie
Albo w piekle osadzić?


DOMINGO

Nie pragnę zuchwale
Przedzierać świętych zasłon, kryjących twe żale,
Ale wiem, że na tajne sumienia choroby
Ma Kościół, Matka nasza, rady i sposoby,
Ma strapionym ucieczkę, i że do niej klucza
Nie mocarzom światowym, ale nam porucza.
Grzech nawet, do wieczności strącony odmętu,
Na wieki pokryć może pieczęć sakramentu.
Rozumiesz, dość mówiłem.


KAROL

Nie mam wcale chęci
Kusić tak poważnego strażnika pieczęci.


DOMINGO

Zawsze nieufność... Książe... prawdziwie... nie raczy
Poznać wiernego sługę.


KAROL

Niech sługa wybaczy.
Świętym jesteś, niech sobie i najświętszym z ludzi,
Ale się twoja świętość nazbyt o mnie trudzi.
I tak droga szeroka, zawód oddalony,
Trzeba zajść aż do Rzymu, Piotra osieść trony:

Z tylą nowin za ciężko — powiedz to królowi,
Bo król przez ciebie mówił.


DOMINGO

Król przezemnie mówi?


KAROL

O! wiem ja bardzo dobrze, wiem, że na tym dworze
Oddawna mię zdradzają, wiem, że w każdej porze
Tysiączne płatne oko czyny moje śledzi,
Że król zaprzedał w ręce ostatniej gawiedzi,
Zaprzedał syna swego! jedynego syna!
Że hojnie każda o mnie płaci się nowina,
Za słówko, co się kiedy z ust moich wyśliźnie,
Hojniej, niżeli za krew przelaną ojczyźnie.
Ale dosyć już o tem, tak jest, dosyć o tem,
Moje serce boleśnym zaranione grotem
I tak już może nadto...


DOMINGO

Król dzisiaj wieczorem
Napowrót w miasto z całym wybiera się dworem,
Wszystko już W gotowości, służby już zwołane,
Wasza Wysokość...


KAROL

Dobrze, dobrze, zaraz stanę.

(sam)

Nędzny Filipie! w jakiej dręczysz się katuszy!
Nędzny, jak syn twój nędzny! Widzę do twej duszy
Wpijającą się krwawą podejrzenia żmiję.
Nieszczęsny! jeśli twoja ciekawość odkryje
Straszne tych kazirodczych tajemnic zasłony;
Ale jeśli odkryłeś, coś zrobił szalony!...
Prawda, ty o nic nie dbasz! Niechaj twoja flota
W morskich zginie przepaściach, niechaj twoje złota
Wyczerpią się z kopalni — Patrzysz próżen strachu,
Jak się chwieją filary w samowładztwa gmachu,
Jak fala buntu bije o tronu podnoże!
Lecz —



SCENA II

KAROL I RODRYGO

KAROL

Co widzę? Rodrygo!


RODRYGO

Karolu!


KAROL

O! Boże!
Tyżeś to, ty? tak, to ty? bo czyjaż pierś, czyja,
Uderzeniom mej piersi tak silnie odbija?
O! teraz wszystko dobrze, teraz mi już zdrowo,
Teraz zbolałe serce rzeźwi się nanowo,
Gdym w objęciach mojego Rodryga.


RODRYGO

Karolu!
A cóż tu było złego? o jakim to bolu
Wspomniałeś? co to znaczy?


KAROL

Drogi przyjacielu!
Co cię tak niespodzianie przyniosło z Brukselu?
Komu za to dziękować, komu? o! bluźnierca,
Boże! daruj pjanego obłąkaniom serca.
Któż to inny, jeżeli nie Opatrzność Boża,
Zsyła mi przyjaciela i Anioła stroża?


RODRYGO

Książe! daruj, gdy na ten ogień w każdem słowie
Twój Rodrygo oziębłem zdumieniem odpowie.
Nigdym nie myślał, że mię tak Karol pozdrowi,
Nie tak przystało witać Filipa synowi.
I cóż znaczą te w oczach niezwykłe płomienie,
Ten chłód wybladłych liców, ust gwałtowne drżenie?
Tyżeś to, lwiego serca ów bohatyr młody,
Do którego o wsparcie wołaj ą narody?
Bo nie jako współucznia, co z tobą urosłem,

Ale całej ludzkości oglądasz mię posłem.
Te uściski winieneś flandryjskiej krainie,
Łza ludu złupionego na twe lica płynie.
O dzielną wołam pomoc! Moment nie daleki,
A wolność ich odwieczna ma zginąć na wieki!
Srodze Filip Brabantów wolną ziemię krwawi;
Lecz kiedy do niej Albę dzikiego wyprawi,
Siepacza tyranii, fanatyzmu kata,
Wtenczas ostatnia czeka Brabantów zatrata!
U ciebie, syna królów, a cesarzów wnuka,
Nieszczęśliwa Flandryja wsparcia jeszcze szuka.
Jeśli w tobie ludzkości słabo ogień tleje,
Niderlandy straciły ostatnią nadzieję.


KAROL

Straciły — łzy mam tylko, łez i mnie potrzeba,
I ja napróżno wołam o wsparcie do nieba;
Inszych środków wymaga narodu niedola —


RODRYGO

Daruj mnie, ja w tych słowach nie widzę Karola.
Tyż to mówisz? ty wielki, ty rzadki człowieku,
Może jeden nietknięty morowym tchem wieku...
Co w powszechnem pijanej zbłąkaniu Europy,
Kiedy się wszystko chwieje, nie zachwiałeś stopy;
Coś w miłości przed jadem zawarł usta twoje,
By nie wyssać zatrute klechowstwa napoje,
Od których durzącemi rażone zawroty
Dwa wieki już szaleją; coś przed mnichów groty
I przed samowładnego pana chytrą szponą,
Przed zgrają fanatyzmem grubym oślepioną
Coś miał sprawę ludzkości zasłaniać niezłomnie?...


KAROL

Czy to o mnie mówiłeś, przyjacielu, o mnie?
Teraz mylisz się grubo, teraz już niewcześnie.
Był wprawdzie kiedyś Karol, widziałem go we śnie,
Karol, któremu samo wspomnienie swobody
Żywem ciskało sercem, paliło jagody;

Alem ja nie ten Karol, jakim był w Alkali,
Kiedyśmy raz ostatni z sobą się żegnali,
Gdym, myślą lecąc w niebo, śmiał zajrzeć do raju,
Obraz jego w hiszpańskim chcąc odnowić kraju!
O! rozkoszna, o! boska, lecz zbyt krótka chwilko!
Prysły te mary!...


RODRYGO

Mary? Książe! mary tylko?
A więc to były mary?


KAROL

Ach! nie broń łez oku,
Nie broń im na twem łonie wolnego potoku,
Jedyny przyjacielu! jedyny, jedyny
Wpośród tej pustej świata wielkiego dziedziny!
Jak daleko Filipa zajmuje potęga,
Jak daleko bandera Kastyllanów sięga,
Żadnej niemasz, tak, żadnej, najmniejszej ustroni,
Gdzie Karol jednę łezkę swobodną uroni,
Jeśli nie tu. — Na wszystko zaklinam ja ciebie,
Na nadzieje, jakieśmy pokładali w niebie,
Nie wyganiaj mię, przebóg! z tej jednej ustroni,
Z tej mię jednej Rodrygo luby nie wygoni.

(Rodrygo słucha wzruszony)

Myśl sobie, że ja byłem sierota wzgardzony,
Żeś mię przybrał za syna, dziedzica korony,
Ja nie znam, co być synem, bom synem — mocarza;
Ale jeśli mi prawdę wieszczy duch rozmarza,
Jeśli z serc milijona to, co bije we mnie,
Może się tylko z twojem rozumieć wzajemnie;
Jeżeli to jest prawda, że wszechmocna wola,
Tworząc nas, powtórzyła w Rodrygu Karola;
I lutnie duchów naszych jeśli ręką losu
Z młodych lat do jednego nastrojone głosu;
Jeśli te kilka łezek, co mi ulgę dały,
Droższeć niż skarby królów...


RODRYGO

Droższe niż świat cały!


KAROL

Tak głęboko upadłem, tak jestem ubogi,
Że aż w dzieciństwie naszem spędzony wiek błogi
Przypomnieć muszę, muszę wymagać zapłaty
Długów, aż przed dawnemi zaciągnionych laty.
Pomnisz, kiedyśmy w szkole, pod majtków odzieżą,
Dwaj młodzi zapaleńcy pomiędzy młodzieżą,
Wiek nasz na łonie bratniej spędziliśmy zgody,
Nic wtenczas stałej w sercu nie psuło pogody,
To tylko, że przy tobie, jakoby przy słońcu,
Gasła ta drobna gwiazda; — poprzysiągłem wkońcu,
Poprzysiągłem do zgonu kochać cię bez granic,
Gdy walczyć o pierwszeństwo nie zdało się na nic.
Wtenczas z nowym do ciebie rzucam się zapałem,
Nowemi cię pieszczoty natrętnie ścigałem;
Lecz twoje zimne serce oddało zbyt dumnie.
Nieraz przyjdę, zagadam — ty nie spojrzysz ku mnie.
Gorące łzy, bolesne, stanęły mi w oku,
Gdy Roderyk, Karola mijając w natłoku,
Innych poddanych dzieci na swem łonie pieści.
Zacóż innych, ach! zacóż? wołałem w boleści.
Tyś ukląkł i surowo w ziemię kryjąc lica:
«Taka, rzekłeś, przystoi cześć dla królewica».


RODRYGO

Książe, daj pokój fraszkom, na których wspomnienie
Po tylu zbiegłych latach dotąd się rumienię.


KAROL

Jam na to nie zasłużył. Mogłeś mię zasmucać,
Lekceważyć ofiarę, lecz jej nie odrzucać.
Po trzykroć królewica wzgardziłeś osobą,
Po trzykroć jako żebrak stanąłem przed tobą,
Żebrzeć miłości twojej, gwałtem się jej dobić;
Nareszcie traf to zrobił, czegom nie mógł zrobić.
Pamiętasz, jak twój wolant, zbłądziwszy w podskoku,
Królewnie, ciotce mojej, w samem utkwił oku?
Myśląc, że to złośliwym spłatał ktoś dowcipem,
Ze łzami winowajcę skarży przed Filipem. —

Kazano zaraz stanąć pałacowej młodzi,
Monarcha sprawców zbrodni surowie dochodzi.
Przysiągł, że dla własnego nie daruje dziecka,
Że przeciwko królewnie psota ta zdradziecka
Przykładną ściągnie karę. — Ty stałeś zdaleka,
Widziałem, jakeś zadrżał, wiedziałem, co czeka.
Wybiegam, Filipowi rzucam się pod nogi:
«Na twem dziecku, o królu! spełnij wyrok srogi!»


RODRYGO

Książe, cożeś przypomniał?


KAROL

Natychmiast spełniają,
I natychmiast Karola przed służalców zgrają
Jak niewolnika ciągną na karę siepacze.
Twój Karol patrzy na cię, twój Karol nie płacze. —
Dwór ze zgrozą poglądał, a ciało książęcia
Wobec wszystkich szarpały nielitośne cięcia.
Zgrzytnąłem na tak podły krwi monarszej zakał,
Ścisnąłem w bolu zęby, alem nie zapłakał.
Patrzałem na cię. Stałość młodzieńczego ducha
Drażni króla i gniewy na nowo rozdmucha.
N a nowo do ciasnego więzienia zakuty,
Wytrzymałem dwunastogodzinne pokuty.
Takem przyjaźń kupował. — Ty mój zamiar zgadłeś,
Przybiegłeś do więzienia, do nóg mi upadłeś:
«Zwyciężyłeś, Karolu, bratnie złączmy dłonie,
Odpłacę tobie kiedyś, gdy będziesz na tronie!»


RODRYGO

Tak jest, odpłacę tobie, i dziecinne słowo,
Pozwól, niech jak mąż dzisiaj utwierdzę na nowo.
Może i moje ześlą godzinę wyroki!


KAROL

Wybiła ta godzina! teraz żadnej zwłoki,
Teraz najlepiej dawne wypełnisz zakłady,
Potrzebuję przyjaźni, potrzebuję rady.

Wre w głębi piersi moich straszna tajemnica,
Ja muszę ją wyzionąć, muszę z twego lica
Czytać wyrok. — Tak, słuchaj, osądź i śmierć zadaj,
Słuchaj i zadrżyj, słuchaj, nic nie odpowiadaj...
Ja kocham matkę...


RODRYGO

Przebóg!


KAROL

Kocham matkę moją...
O! nie, tu pobłażania żadne nie przystoją.
Powiedz, co miałeś mówić, wymawiaj do końca,
Mów, że jestem wyrodkiem ostatnim z pod słońca,
Najsprośniejszem skażonej ludzkości widziadłem.
Powiedz wszystko, ja wszystko, co masz mówić, zgadłem.
Syn kocha swą macochę... natura się wzdryga,
Zwyczaje potępiają, klątwa Rzymu ściga
Tę bezbożną namiętność, której szał nastawa
Na powagę monarchy, na rodzica prawa.
Czuję to — przecież kocham, i tym idąc torem,
Zginę w domu szalonych, albo pod toporem.
Kocham ją bez nadziei, jak podły niecnota,
Z równą śmierci boleścią, z ohydą żywota,
Czuję to — jednak kocham.


RODRYGO

A twoja macocha,
Przebóg, czy wie co o tem?


KAROL

Wie, że ją syn kocha?
I jakże śmiałbym przed nią jedno odkryć słowo!
Wszak to jest kraj Hiszpanów, ona jest królową.
Stąd ją męża ścigają zazdrośnego względy,
Stąd etykiety dworskiej ścisnęły obrzędy.
Zbliżyć się niepodobna bez świadka lub szpiega.
Ach! już osiem piekielnych miesięcy ubiega,
Jak król ze szkoły głównej wezwał mię do boku.
Osiem miesięcy takie bóstwo mieć na oku,

Co dzień ją widzieć, słuchać i milczeć jak skała!
Osiem strasznych miesięcy ten żar we mnie pała!
Nieraz już mam na ustach zbrodnicze wyznania,
Znowu je wstyd i zgroza w głąb serca zagania!
Ach! gdyby jednę chwilkę sam na sam z królową...


RODRYGO

A twój ociec?...


KAROL

Nieszczęsny! jakieś wyrzekł słowo?
Mów mi o karach piekła, o mękach sumienia,
O ojcu nie wspominaj! nie, tego imienia,
Tego jednego, Karol wytrzymać nie zdoła.


RODRYGO

Więc ty się brzydzisz ojcem?


KAROL

O! nie, O! nie, zgoła;
Lecz tem imieniem, zda się, że mię piekło woła,
Że sępie szpono zgryzot nawskróś mię przebodło.
Nie mój grzech, że tak byłem wychowany podło!
Że wszystko od dzieciństwa dążyło w zawody
Stępić pierwsze w niem sercu miłości zarody.
Dzieckiem, nie znałem ojca — w szóstym ledwie roku
Najpierwszy raz mojemu przedstawił się oku
Ten straszliwy, którego moim ojcem zwano.
Pamiętam bardzo dobrze, wtenczas właśnie rano,
Gdy jednym śmiertelnego podpisem rozkazu
Czterech życia pozbawił — i od tego razu
Widziałem go raz jeszcze, raz tylko jedyny,
Kiedy mnie za jakoweś przyszedł karać winy.
O! to mię... Pan Bóg świadkiem, to najsrożej boli...
Lecz dosyć, dosyć, precz stąd! (odchodzi)


RODRYGO

Niech książe pozwoli!


(zatrzymuje)

Zostań i mów otwarcie, wszak pierś dolegliwa
W słowach cząstkę gorzkiego ciężaru pozbywa.


KAROL

Ile razy sam z sobą walczyłem boleśnie!
Nieraz, gdy straże moje pogrążone we śnie,
Z skruszonem sercem, z łzami zalaną źrzenicą,
Prosząc o wsparcie, padłem przed Bogarodzicą...
Lecz nigdym nie osiągnął prośby mojej celu,
Tak wstałem, jakem upadł! O, mój przyjacielu!
Jak ja sobie tę losu zagadkę objaśnię?
Z tysiąca innych ojców, zaco jemu właśnie
Każe być ojcem moim? i zaco z tysiąca
Lepszych synów, mnie jemu za syna natrąca?
Bo całe przyrodzenie w swych istot ogromie
Nie znajdzie dwóch sprzeczności, sprzecznych tak widomie!
Te dwa natury ludzkiej ostateczne końce,
Mnie i jego — na stronach przeciwnych leżące,
Zacóż tak święta spojnia w jeden węzeł ściska?
Boże! zacóż tak dziwne wyrabiasz igrzyska?
Dwaj ludzie, których wszędzie zawsze wszystko dzieli,
Zacóż w jednem życzeniu spotkać się musieli?...
Są to dwie, przyjacielu, nienawistne gwiazdy,
Które pierwszy raz, w ciągu swej odwiecznej jazdy,
Przeciwległemi biegi zwarłszy się na niebie,
Trącą się i na wieki odskoczą od siebie!


RODRYGO

Ach! ja coś okropnego przeczuwam!


KAROL

Ja rownie!
Wytrzymawszy dzień cały piekielne katownie,
W nocy mara mnie ściga jak furyi chłosta.
Duch mój brzydkie zamiary ledwie zwalczyć sprosta.
Dowcip mój nieszczęśliwy przez kręte drożyska
Labiryntem sofizmów póty się przeciska,
Coraz ponad grożące zbliżając otchłanie,
Aż na samem urwisku przelękniony stanie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Friedrich Schiller i tłumacza: Adam Mickiewicz.