Gösta Berling (Lagerlöf, 1905)/Tom III/Skarb proboszcza z Broby

<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Gösta Berling
Tom III
Rozdział Skarb proboszcza z Broby
Wydawca Józef Sikorski
Data wyd. 1905
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Klemensiewiczowa
Tytuł orygin. Gösta Berlings saga
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


SKARB PROBOSZCZA Z BROBY.

Cisza panowała w skrzydle rezydentów. Krzywe waltornie, które przed jarmarkiem odczyszczono i ozdobiono świeżemi, zielonemi sznurami i chwastami, nieużywane wisiały w kącie. Skrzypce, owinięte jedwabiem, leżały w pudłach ze smyczkiem z boku, a żywicą i zapasowemi strunami w głowach. Nie wydobyto fletów z kąpieli, w której leżały, aby nabrać pełni. Nie rozbrzmiewały pieśni Belmana, nie słychać było żartów i śmiechu. Na dużym stole, pełnym obrączek od dużych kieliszków do ponczu stała jeszcze taca z wazą, ale nikt nie mieszał dymiącego trunku. Beerencreutz siedział i bawił się kartami, lecz nikomu nie przyszła ochota rzucić pieniądze do puli.
Rezydenci, ci stróże wesołości, przypominali obecnie muchy marznące wśród zimy. Pustka i zimno zapanowały wokół nich. Wczoraj zmarł kapitan Lennart; od łoża jego wprost uciekł Gösta Berling w lasy, jak zwykł był czynić, gdy sumienie jego otrzymało nowy cios bolesny. Wiedzieli, że zabawi długo, może całe tygodnie, póki czas nie uleczy jego żalu. Ich młoda hrabina zamknęła się u siebie i nie chciała żadnego z nich widzieć.
Róże powiędły, listki poopadały, trawa pożółkła. Rezydentom zaczęło się zdawać, że samo życie przekwitło. Orneclou spostrzegł nagle, że jest stary i szkaradny, wuj Eberhard skończył wielkie naukowe dzieło, sumienie patrona Juliusza nie chciało milczeć, Liliencrona zatęsknił za domem.
I pytają sami siebie, czem zgrzeszyli, że wino straciło smak, że gra w karty nie sprawia im już przyjemności, że muzyka nie potrafi ich ożywić. Dlaczego stracili zdolność radowania się? Jakąż zbrodnię popełnili biedni, nędzni rezydenci?
Gdy tak rozmyślają, weszła córka proboszcza z Broby. Była to energiczna, drobna osóbka, która przez cały rok starała się walczyć z niedbalstwem w gospodarstwie i rozrzutnością. Było w niej tyle powagi i poczucia obowiązku, że rezydenci okazywali jej szacunek, chociaż wyszła nieledwie z dzieciństwa.
— Dziś byłam znów w domu ojca i szukałam pieniędzy — odezwała się do rezydentów.
— Ale nic nie znalazłam. Wszystkie kwity dłużników są powyrywane, a szafy są próżne.
— To smutne — rzekł Beerencreutz.
— Kiedy majorowa opuszczała Ekeby — ciągnęła dalej córka proboszcza — prosiła mnie, bym czuwała nad jej domem. A gdybym znalazła pieniądze ojca, użyłabym ich do podniesienia dworu. Skoro jednak nie znalazłam nic innego, wzięłam kilka gałęzi i patyków ze wzgórza hańby mojego ojca, gdyż czeka mnie wielki wstyd, gdy moja pani powróci i zapyta, co się stało z Ekeby.
— Niechże panienka nie bierze tak do serca sprawy, w której przecież nic nie winna — uspokajał ją Beerencreutz.
— Ale nie tylko dla siebie wzięłam owe patyki ze wzgórza hańby — mówiła dalej młoda dziewczyna. — Wzięłam też kilka i dla panów. Proszę więc — oto są! Mój ojciec nie był jedynym, który hańbę i wstyd sprowadził na tę krainę.
I przechodziła od jednego do drugiego, kładąc przed każdym kilka suchych gałązek. Wielu z rezydentów łajało ją, kilku jednak przyjęło to ze spokojem.
W końcu Beerencreutz ze spokojną powagą wielkiego pana odezwał się:
— Dobrze, panienko. Dziękujemy. Można już odejść.
Gdy wyszła, uderzył w stół zaciśniętą pięścią, aż kieliszki zabrzęczały.
— Od tej chwili nie piję nic! — zawołał. — Czegoś podobnego wódka już ze mną nie dokaże.
Powstał i wyszedł, a głębokie milczenie zaległo znów między rezydentami.
Przed każdym z nich leżało kilka gałązek i patyków ze wzgórza hańby. Szedł od nich szereg niemiłych pytań. Gdzie przebywa majorowa? Co się stało z potęgą i wielkością Ekeby? Dlaczego zginął wysłannik Boży? Gdzie zamożność, która panowała nad jeziorem Löb?
I nagle skrzydło rezydentów rozbrzmiało tysiącem głosów, które odpowiadały na pytania. Zdało się staruszkom, że znajdują się wśród roju pszczół brzęczących i kłójących, gdyż na wszystkie te pytania brzmiały kłójące, gryzące odpowiedzi. Rezydenci wypędzili swoją dobrodziejkę, rezydenci, których przyjęła pod swój dach, wygnali ją w świat. Ona żywiła ich i zabawiała, oni odwdzięczyli się jej głodem i zmartwieniem.
Rezydenci zmarnowali najpiękniejszy majątek Wermlandu. Rezydenci zamknęli drzwi domu przed wysłańcem Bożym. Zawadyaka, który go pozbawił życia, mniejszą mu wyrządził krzywdę, niż my, którzyśmy zabili w nim nadzieję. Rezydenci szerzyli wśród ludu pijaństwo i próżniactwo.
Po chwili podnosił się jeden rezydent za drugim i wychodzili. Przypadek zrządził, że niebawem wszyscy spotkali się nad rzeką tam, gdzie stał młyn i kuźnia. Wszędzie widoczne były ślady zniszczenia. Wielki młot sterczał z pośród stosu krokwi i desek — grube mury pieca były jeszcze całe, ogromny otwór komina otwierał swą paszczę.
I o dziwo! Wśród całej tej ruiny krzątał się Beerencreutz i pracował — chciał on uprzątnąć miejsce na nowy młyn i nową kuźnię. I w miarę, jak tamci nadchodzili, ci zabierali się też do roboty. Niebawem zgromadzili się wszyscy, wynosili belki, tłukli kamienie, kopali i zbijali. Wkrótce też zaczęły znów rozlegać się śpiewy, żarty i śmiechy. Wróciła im odwaga i siła; mają najszczerszy zamiar podnieść Ekeby do dawnej świetności. Sprowadzą majorową, skoro tylko będzie można, pojedzie po nią córka proboszcza z Broby. Biedacy z nad jeziora znów u nich będą mieli pracę.
Ale kontrakt, czarną krwią pisany, kontrakt wigilijnej nocy? Ach, oni teraz bardziej po rycersku się zachowują, niż dotąd. Pracowali i nadal pracować będą, a nagrodą ich całą będzie honor, nie pieniądze.


W niedzielę rano zjawił się Gösta Berling w kościele w Broby. Nabożeństwo się już rozpoczęło, to też pod kościołem było pusto, pod samym portalem jednak stała zbita naprędce trumna.
Ciężko było Göście przechodzić obok tej trumny. Wiedział, że w niej leży dobry kapitan Lennart i zdało mu się, że on zagradza mu drogę do kościoła.
Gösta chodził po lasach dzień i dwie noce; nie jadł nic, znużony był, głodny, wyczerpany bólem. Przybył zobaczyć biedny lud w kościele, gdyż tam, w samotności, przypomniał mu się dzień, kiedy siedział pod wzgórzem hańby proboszcza z Broby, przypomniała mu się noc, w której widział ponury pochód ze zwłokami dziewczyny z Nygaardu, kiedy to zbudziło się w nim pragnienie służenia ubogim. Teraz chciał im się przypatrzeć w kościele, aby się umocnić w swem postanowieniu.
Ale nie mógł przejść koło trumny kapitana Lennarta. Zdało mu się, że zmarły woła ku niemu:
— Gösto Berlingu, jakże zamierzasz wspierać ubogich? Wszak ciągniesz jeszcze za sobą skutki wszystkiego zła, które popełniłeś. Najpierw musisz, ty i ci, których kochasz, ponosić skutki nieszczęścia, któreś ty posiał.
Przystąpił nagle do trumny i padł na kolana.
— Pomóż mi być sługą ubogich — zawołał — pomóż mi, abym ukochanej nie zasmucił nigdy więcej!
Raz po raz powtarzał:
— Pomóż mi, abym odtąd nie sprowadzał zmartwienia, hańby, nędzy i innych nieszczęść na ziemię!
Wtem jakaś ciężka dłoń spoczęła na jego ramieniu. Za nim stał Sintram.
— Gösto, jeżeli chcesz spłatać komu doskonałego figla, to zabij się. Nic bardziej rafinowanego, jak umrzeć, nic nie może prawemu człowiekowi sprawić gorszej niespodzianki, jak śmierć zupełnie niespodziewana. Mówię ci: umrzyj!
— To byłoby też i dla mnie najlepsze!
— Przedtem jednak obmyśl coś, Gösto, czembym tego tu w trumnie mógł rozzłościć.
— Czy cię oszukał?
— Naturalnie! Jak mnie tu widzisz, chłopcze, ocyganił mnie! Udawał głuptaka i zadrwił sobie ze mnie, który uwierzyłem w jego głupotę, a on tymczasem był na tyle przebiegły, że w najstosowniejszej chwili sobie umarł. Ale odpłacę mu to! Zerwę kir i wieniec z jego trumny, wywrócę ją i zdepczę!
— Póki ja żyję, nie uczynisz tego! — zawołał Gösta.
Sintram skrzyżował ręce na piersi i podniósł głowę do góry: w tej chwili było w nim coś ze strasznego majestatu zła.
— Mam do tego prawo! — wyrzekł uroczyście. — Było to wielkie dzieło, plan tak zręcznie ułożony, a on mi zepsuł wszystko. Chodziło o całą ludność nad jeziorem. Gdybym był przeprowadził to, co zamierzałem, byłaby cała ludność zgubiona. Wszak pracowałem nad tem okrągły rok. Wypędziłem majorową, osłabiłem Melchiora Sinclaira, ukryłem skarb proboszcza z Broby, pozwoliłem rządzić rezydentom — i udało mi się doprowadzić lud do takiej nędzy i rozpaczy, że nikt nie byłby im przeszkadzał w rzuceniu się w otchłań, nikt, prócz tego oto, który właśnie w stanowczej chwili umarł. Widziałeś, sam przecież widziałeś? Chłopi stanęli już jedni przeciw drugim; jeszcze sekunda, a cały plac zamieniłby się w jedno ogromne pobojowisko. Kobiety i dzieci stratowanoby, towary tarzałyby się w błocie, odchodziłyby mordy i rabunki. Gdyby nie śmierć kapitana Lennarta, wszystkoby to nastąpiło. Potem wdałyby się sądy, a głód, nowe zamieszania, kwaterunki wyssałyby ich do reszty. Cała okolica stałaby się tak osławioną, zohydzoną, znienawidzoną, że nikt, prócz starego Sintrama, nie chciałby w niej mieszkać. Czyż nie byłoby to wielkie dzieło?
— Ale jakiż cel tego wszystkiego?
Z oczu Sintrama strzeliły błyskawice, gdy odpowiedział:
— Sprawiłoby mi to rozkosz, gdyż jestem zły. Jestem niedźwiedziem gór, jestem lawiną dolin; rozrywką moją jest mord i prześladowanie. Precz, powiadam, precz z ludźmi i ich dziełem! Nie mogę ich znieść! Bawi mnie czasem widok ich skaczących spokojnie wśród moich pazurów, ale już mam dosyć tej zabawy, chciałbym ją skończyć ogólnem zniszczeniem!
Stracił widocznie zmysły. Oddawna bawił się żartem temi szatańskiemi sztuczkami; teraz jednak złość opanowała go w zupełności i sam nawet zaczął wierzyć, że jest jednym z duchów otchłani piekielnej.
Gösta, który palił się do ulżenia biedakom, powziął nagle myśl olśniewającą.
— Czy wiesz, gdzie złożony jest skarb proboszcza z Broby? — zapytał znienacka.
Sintram obrzucił go szybkiem, badawczem spojrzeniem i odparł:
Cóż, może miałbyś ochotę rozdać go między ubogich?
— Tak — odpowiedział Gösta; wiedział on bowiem, że z takim, jak Sintram człowiekiem, najlepiej wyjdzie, mówiąc prawdę.
Rozjaśniła się twarz Sintrama.
— No, no! — zawołał — w takim razie dam spokój temu w trumnie, gdyż znajdę lepszy sposób zemsty.
— Za co się chcesz mścić? Najlepszy przyjaciel ludu nie żyje, a nędza jest równie wielka, jak przedtem.
— Powiadam ci, wszystko przepadło! Spojrzyj tylko, widzisz? Dziś więzienny wóz dostał mi się zamiast ekwipażu — dużo łez musiałem wylać, zanim skłoniłem wójta, by poczekał na mnie, aż pomodlę się u trumny pobożnego męża.
Gösta ujrzał rzeczywiście pod cmentarnym murem karetkę więzienną.
— Chciałem tu koniecznie zajść i podziękować pani kapitanowej, że jej się chciało szukać w starych szpargałach dowodów mojej winy w znanej sprawie z prochem; zesłała mi na kark sąd, właśnie, kiedy się wybierałem na pogrzeb tego dobrego człowieka. Ale dam mu spokój, uczynię coś jeszcze lepszego! Słuchaj! Wy tam, na Ekeby, jesteście teraz w stosunkach z aniołami? Jeżeli córka proboszcza z Broby otrzyma spadek po ojcu, zapewne wszystko zechce rozdać ubogim?
— Tak, często wspominała, że użyłaby go na podniesienie Ekeby i na pomoc dla ubogich.
Sintram zaśmiał się.
— Przyznaj się, Gösto, że radbyś wiedzieć, gdzie leżą pieniądze?
— Nie taję się wcale, iż bardzo pragnę wiedzieć.
— Jeżeli mi przyrzekniesz, że wprost ztąd udasz się na miejsce w lesie, gdzie dziewczyna z Nygaardu spadła ze skały i z tej samej skały się rzucisz, to ci powiem, gdzie złożone są pieniądze. Ach, jakby to było dobrze, gdybyś umarł! Wszyscy utrzymywaliby, że straszne wyrzuty sumienia wpędziły cię do grobu.
— Przysiągłem nie odbierać sobie życia, póki Anna Liza jest w służbie u majorowej.
— To nic! — uspokoił go Sintram. — Jeżeli jej dostarczysz pieniędzy, to przestanie służyć.
W Göście zbudziła się znów tęsknota do śmierci. Dotąd nie przyszło do porozumienia między nim a tą, którą nazywał swoją żoną. Czuł się szczęśliwym, gdy mógł jej usłużyć, jak inni rezydenci; jak się jednak ułoży sprawa, gdy ona porzuci Ekeby — nie miał zgoła pojęcia. Nie wiedział, czy wróci do swoich rodziców, lub też przy nim pozostanie. Jedno tylko nie ulegało, jego zdaniem, wątpliwości: nie mógł jej wyświadczyć większej przysługi, jak zwracając jej wolność — a właśnie nadarzała się ku temu dobra sposobność. Pozbyłby się wyrzutów sumienia, mógłby urzeczywistnić pragnienie swoich najlepszych chwil: przysłużenia się Bogu i ludziom — to wszystko i dużo więcej jeszcze tkwiło w słowach: módz umrzeć.
Podał więc rękę Sintramowi i stanęła ugoda.
— Pieniądze ukryte są na wieży kościoła w Bro, pod deskami, w pobliżu dzwonów — powiedział Sintram. — Staraj się jednak, abyś przed wieczorem znikł ze świata, inaczej tak urządzę, że córka proboszcza sama dla siebie zatrzyma pieniądze.
Piękny dzień miał dziś Gösta Berling. Wszedł do kościoła i pełen uroczystej jakiejś radości rozmyślał nad tem, że poświęci życie, aby dopomódz biedakom.
Wszedł potem do zakrystyi i napisał obwieszczenie, że w Ekeby trzeba robotników i że tam będą rozdzielali zboże pomiędzy najbardziej potrzebujących. Zdało mu się, że słyszy szmer podziwu i radości wpośród tłumu, któremu po nabożeństwie odczytano obwieszczenie. Napisał też parę słów do żony i doniósł jej, gdzie skarb jest ukryty. Wbrew jego woli, pióro pomknęło dalej i skreślił kilka słów pożegnania, gdyby się nie mieli nigdy więcej zobaczyć. Pisał, że musi coś uczynić, aby odpokutować śmierć dziewczyny z Nygaardu. Po wysłaniu listu dziwił się sam sobie, dlaczego to zrobił i żałował tego kroku.
Dawno już świat nie wydawał mu się tak piękny. Po nabożeństwie rozmawiał z Anną Stjaernhök i Maryanną Sinclaire. Prosiły go obie, aby się okazał mężczyzną prawdziwym i nie dał się złamać. Dowiedział się przy tej sposobności, że Anna znalazła pociechę w pracy, że sama prowadzi gospodarstwo w olbrzymich swoich dobrach i przepowiadają jej, iż będzie drugą majorową.
Czuł, że obie te dumne kobiety cierpią w przeświadczeniu, iż wstydzić się muszą swojej miłości do tego mężczyzny.
— Teraz — pomyślał — ucieszą się, gdy posłyszą, że poświęciłem życie, aby biedaków wyciągnąć z nędzy, a Ekeby przywrócić do dawnej świetności.
Po nabożeństwie pochowano kapitana Lennarta. Ponieważ umarł w dzień jarmarku, wieść o tem rozeszła się szeroko i tysiącami napływali ludzie do kościoła. Cały cmentarz, mur i pole, graniczące z kościołem, zapełnione były ludźmi. Stary pleban był słaby i nie miewał wcale kazań, ale na pogrzeb kapitana Lennarta przyrzekł przyjść. I dotrzymał słowa: z pochyloną głową, pogrążony w zadumie, jakim teraz, na starość, zawsze bywał, szedł na czele orszaku. Staruszek prowadził w swojem życiu niejeden pogrzeb, szedł ze spuszczonemi oczyma po znanej sobie doskonale drodze; przyrzucił trumnę ziemią, odprawił modlitwy i nie zauważył nic szczególnego. Gdy kościelny zaintonował pieśń, zawtórowały mu setki głosów męzkich, kobiecych i dziecięcych. Wtedy zbudził się staruszek z zadumy. Przetarł oczy, jak gdyby raziło go słońce i wyszedł na kopczyk ze świeżo wykopanej ziemi, aby się rozejrzeć lepiej. Nigdy nie słyszał takiego śpiewu nad grobem, nigdy nie widział takiego orszaku żałobnego. Mężczyźni wystąpili w starych, znoszonych żałobnych kapeluszach, kobiety w białych zapaskach w szerokie fałdy. Wszyscy byli w żałobie — płakali i śpiewali.
Stary pleban drżał ze wzruszenia. Odczuwał wielką radość, patrząc na te objawy miłości ludu dla zmarłego. Gdy śpiew ucichł, wyciągnął ramiona do ludu. Wyrzekł kilka słów głosem cichym i urwał. Znów zaczął mówić, ale tylko najbliżej stojący mogli dosłyszeć jego słowa. Nagle jednak nabrał głos jego siły i dźwięku pod wpływem szczerej ochoty pocieszenia tego biednego ludu.
Zaczął tedy opowiadać im wszystko, co wiedział o wysłańcu Bożym. Przypomniał im, że ani zewnętrzny blask, ani wielki majątek nie zjednały mu tego uznania, lecz jedynie to, że zawsze kroczył po drodze Bożej. Prosił ich tedy, aby dla miłości Boga i Chrystusa to samo czynili. Każdy niechaj bliźniego swego kocha i wspomaga. Każdy niech myśli jaknajlepiej o bliźnim swoim, każdy niech tak postępuje, jak dobry kapitan Lennart; na to nie trzeba wielkich łask Bożych, jeno pobożności. Tłómaczył im, że wszystko, co zaszło tego roku, jest przygotowaniem tylko do czasów miłości i szczęścia, które ich czekają. W tych latach widywał dobroć ludzką, rozlewającą się pojedyńczemi promieniami; teraz wystąpi ona, jako pełne, jasne słońce.
Wzniósłszy oczy i ręce do nieba, przepowiedział spokój, który niebawem zapanuje nad krainą.
— W imię Boże — mówił — niechaj ustanie niezgoda! Pokój niech zamieszka w sercach waszych i w przyrodzie! Oby i martwe rzeczy, zwierzęta i rośliny znalazły spokój i przestały wyrządzać szkodę!
I zdało się Göście, oraz wszystkim innym, jak gdyby słyszeli słowa proroka. Wszyscy w duchu postanowili kochać się wzajemnie i być dla siebie dobrymi. Zdało się, jakoby mąż Boży zeszedł na ziemię i zawładnął wszelkiem stworzeniem. Święty spokój opuścił się na ziemię. Zdało się, jakoby góry promieniały, jakoby doliny się uśmiechały a mgły jesienne nabrały różanego blasku.
W końcu błagał ksiądz o zbawcę dla ludu.
— Zjawi się ktoś z pomocą — mówił. — Bożą Wolą nie jest, abyście teraz zmarnieli. Bóg ześle męża, który nakarmi łaknących i wskaże wam prawą drogę.
Czuł Gösta, że staruszek mówi o nim, który właśnie życie swoje dla nich sprzedał. Wielu z tych, którzy słyszeli obwieszczenie, w powrocie do domu mówiło sobie, że wszystko się teraz obróci na dobre, bo szalony proboszcz z Ekeby przyrzekł im pomoc.
Gösta tymczasem skierował się w zachodnie lasy i zniknął w ich mroku.


Było to na długo przed owym rokiem, w którym rezydenci rządzili na Ekeby.
Pewien pastuszek i pewna pasterka bawili się w lesie, budowali sobie domki z płaskich kamieni, zbierali jagody, wycinali brzozowe fujarki. Oboje urodzili się w lesie: tu była ich ojczyzna, ich państwo. Żyli w zgodzie ze wszystkiem, co tu było, jak się żyje w zgodzie z czeladzią i zwierzętami domowemi.
Malcy nazywali rysie i lisy swojemi nadwornemi psami, łasica była ich kotkiem, zające i wiewiórki ich towarzyszami zabaw, niedźwiedzie i łosie ich grubym zwierzem. Sowy i głuszce siedziały w klatkach, jodły były ich służbą, a młode brzózki gośćmi na ich przyjęciach. Znali nory, w których wydra zwinięta przesypia sen zimowy, a gdy się kąpali, w przezroczystej wodzie widzieli pływającą żmiję, ale nie bali się wężów, ani duchów leśnych, boć przecież to wszystko było częścią lasu, a ten był ich ojczyzną. Nic nie mogło ich przestraszyć.
Głęboko w lesie stała chatka, w której mieszkał młodzieniec. Stroma, leśna ścieżka wiodła do niej, naokół ocieniały ją góry, bezdenne bagna leżały w pobliżu, wysyłając przez cały rok swą lodowo-zimną mgłę. Dla mieszkańców doliny takie mieszkanie nie przedstawiałoby żadnego uroku.
Pastuszek i pasterka postanowili pobrać się, zamieszkać w chatce w lesie i żyć z pracy rąk. Zanim to jednak mogło nastąpić, wybuchnęła nieszczęsna wojna, a młodzieniec wstąpił do wojska. Wrócił bez ran i cielesnych ułomności, ale lata owe na dalszem jego życiu wyryły swoje piętno. Na świecie widział za wiele złego, za wiele okrucieństwa jednych przeciw drugim, tak, że teraz nie mógł już nigdzie dojrzeć dobra.
Początkowo nie znać w nim było żadnej zmiany. Z kochanką swoich lat młodzieńczych poszedł do proboszcza i dał na zapowiedzi. Chata powyżej Ekeby stała się ich ogniskiem domowem, jak to sobie dawno uplanowali, ale szczęście nie miało zamieszkać w tym domu.
Młoda kobieta patrzyła na swojego męża jak na obcego. Od czasu, jak wrócił z wojny, nie poznawała go: śmiał się tak gorzko, a mówił tak rzadko. Bała się go.
Nic złego nie robił, był pracowity, ale nie lubiano go, gdyż każdego posądzał o złość. Sam czuł się znienawidzonym cudzoziemcem; teraz zwierzęta były mu wrogami, góra, która go ocieniała, bagna, które mgłę wydzielały — wszystko to byli jego przeciwnicy. Las jest przykrem mieszkaniem dla tego, kto się nosi z niedobremi myślami.
Kto mieszka w odludnych stronach, powinien się postarać o zapas jasnych wspomnień. Inaczej będzie widział tylko mordy i ucisk między zwierzętami i roślinami, jak to widział u ludzi. Spodziewa się złego we wszystkiem, co napotka.
Jan Hök, wysłużony żołnierz, sam nie mógł pojąć, co mu jest, ale spostrzegł, że nic go nie zadowala. Dom nie uspokoił go — synowie, którzy tu się chowali, wyrośli na silnych, ale dzikich ludzi; zahartowani, odważni byli, ale dłoń ich zawsze zwracała się przeciw wszystkim, zarówno jak tych wszystkich przeciw nim.
Żona jego, zmartwiona tem, zbliżyła się do natury i zaczęła badać jej tajniki. W bagnach i gęstwiach szukała ziół uzdrawiających. Zbadała istotę świata podziemnego i wiedziała, jakich ofiar pożąda. Umiała leczyć choroby, udzielała dobrych rad przeciw trosce miłości. Miała sławę, iż posiada moc czarnoksięzką, to też unikano jej, chociaż ludziom była użyteczną.
Pewnego razu zdobyła się na odwagę i zapytała męża o powód jego smutku.
— Odkąd poszedłeś do wojska, jesteś jak urzeczony — powiedziała. — Co ci tam zrobili?
Zerwał się wtedy i omal jej nie bił — tak zawsze było, ilekroć wspomniał ktoś o wojnie. Szalał z gniewu, nie mógł znieść, aby ktoś wymówił wyraz „wojna“; wiedziano o tem, to też ludzie wystrzegali się tego przedmiotu rozmowy.
Żaden z towarzyszów broni nie mógł powiedzieć, aby popełnił więcej złego od każdego z nich, walczył jak dzielny żołnierz powinien walczyć. Ale wszystkie okropności, na które patrzał, sprawiły, że odtąd wszędzie widział tylko zło i niesprawiedliwość. Zdało mu się, że go cała przyroda znienawidziła dlatego, iż brał udział w tych okropnościach. Ludzie bardziej uświadomieni, mogą się pocieszać, że walczyli za ojczyznę i honor. A cóż on o tem wiedział? On wiedział tylko, że wszystko go nienawidzi, bo przelewał krew i popełniał gwałty.
W czasie, kiedy majorową wygnano z Ekeby, mieszkał sam jeden w swojej chacie, żona umarła, synowie w świat poszli. Ale w dzień jarmarku chata jego pełna była gości. Zajeżdżali tu czarni, brudni cyganie; najlepiej im u tego, którego inni ludzie unikają. Małe, o długim włosie koniki pięły się po stromej ścieżce, wioząc pełne wozy pobielanych naczyń, dzieci i łachmanów. Wcześnie postarzałe kobiety, z twarzami obrzmiałemi od trunków i tytoniu, mężczyźni o bladych, ostrych rysach i żylastych członkach postępowali za wozami. Gdy dotarli do chatki w lesie, zaraz im się poprawił humor; wódkę, karty, ochotę do zabawy przynieśli z sobą — opowiadają o złodziejstwach, zamianach koni i krwawych bitkach.
Jak wspominałam w piątek rozpoczął się jarmark w Broby, na którym zabito kapitana Lennarta. Zabójca jego, siłacz Mäns, był synem starego z chaty w lesie. To też cyganie, zjawiwszy się w niedzielę, częściej niż zazwyczaj podawali staremu Janowi flaszkę z wódką i opisywali mu życie więzienne, wikt więzienny i sposób przesłuchiwania — znali to wszystko z własnego doświadczenia.
Stary siedział na pniaku pod piecem, niewiele się odzywając. Jego duże, bez blasku oczy wpatrywały się w gromadkę, wypełniającą izbę. Zmierzch zapadł, ale żywiczne gałęzie sosnowe oświetlały izbę, łachmany, biedę i nędzę.
Wtem uchyliły się lekko drzwi i weszły dwie kobiety. Była to młoda hrabina Elżbieta w towarzystwie córki proboszcza z Broby. Dziwne uczucie ogarnęło starca, gdy uprzejma i promieniejąca swoją łagodną pięknością weszła w krąg światła. Opowiedziała im, że od śmierci kapitana Lennarta Gösta nie pokazał się na Ekeby. Ona z dziewczyną szukały go całe popołudnie po lesie. Spostrzegłszy, że tu są ludzie, którzy dużo świata zeszli z daleka przychodzą, wstąpiła do niego, by zapytać się, czy nikt z nich nie widział Gösty.
Próżno pyta — nikt go nie widział.
Przysunęli jej krzesło do pieca, opadła na nie i chwilę siedziała w milczeniu. Gwar w izbie ucichł, wszyscy przypatrywali się jej z podziwem. Ta cisza sprawiła jej przykrość, więc podjęła obojętny przedmiot rozmowy.
— Jeżeli się nie mylę, byłeś żołnierzem? — zwróciła się do starego. — Opowiedz mi co o wojnie.
Zaległo jeszcze straszniejsze milczenie. Stary siedział, jak gdyby nic nie słyszał.
— Chciałabym coś dowiedzieć się o wojnie od takiego, który na niej był — mówiła dalej hrabina, ale nagle urwała, gdy towarzyszka dała jej znak głową. Widocznie powiedziała coś niestosownego, wszyscy wpatrzyli się w nią, jak gdyby popełniła jakąś nieprzyzwoitość. Nagle odezwała się jedna z kobiet ostrym głosem:
— Czy to hrabina z Borgu?
— Tak, to ja.
— Możnaby coś lepszego robić, niż gonić po lesie zwaryowanego proboszcza. Fe!
Hrabina podniosła się i pożegnała, mówiąc, że już odpoczęła należycie. Kobieta, która tak grubiańsko do niej mówiła, wyszła za nią.
— Chciałabym pani hrabinie się usprawiedliwić, że nie myślałam tak źle, jak powiedziałam. Chodziło o to, żeby cośkolwiek mówić, gdyż stary wpada w szał, gdy ktoś wspomina o wojnie. Nie miałam nic złego na myśli.
Hrabina pobiegła naprzód, ale niebawem przystanęła. Ujrzała przed sobą groźny las, górę rzucającą cień, parujące bagniska. Przykro musi być mieszkać tu, gdy umysł pełen jest ponurych wspomnień. Poczuła litość dla tego starca, mieszkającego tu bez towarzystwa wszelkiego, prócz bandy cyganów.
— Anno Lizo, wracajmy! — powiedziała. — Oni byli tacy życzliwi dla mnie, a ja okazałam się niedobrą. Pomówię ze staruszkiem o przyjemniejszych rzeczach.
I szczęśliwa, że znalazła kogoś, kto potrzebuje pociechy, wróciła napowrót do chatki.
— Lękam się, że Gösta krąży tu po lesie z myślą samobójczą — odezwała się wchodząc. — Idzie o to, aby go odszukać i nie pozwolić mu na spełnienie czynu. Annie Lizie i mnie zdawało się kilkakrotnie, żeśmy go widziały, ale znów nam gdzieś umknął. Zapewne będzie gdzieś w pobliżu skały, z której rzuciła się dziewczyna z Nygaardu. Przyszło mi na myśl, że przecież nie muszę koniecznie wracać do Ekeby i stamtąd sprowadzać pomoc — tu jest tylu dzielnych mężów, że łatwo im przyjdzie schwytać Göstę Berlinga.
— Żywo chłopcy — zawołała kobieta, która przedtem mówiła. — Skoro pani hrabina raczy takich, jak wy, prosić o jakąś przysługę, trzeba ją spełnić zaraz.
Mężczyźni wstali i poszli szukać.
Stary Jan Hök siedział nieporuszony i mętnym wzrokiem patrzył przed siebie, taki posępny i surowy, że można się go było bać. Młodej hrabinie do głowy nic nie chciało przyjść, co mogłaby mu powiedzieć miłego.
Wtem spostrzegła jakieś chore dziecko, leżące na wiązce słomy i jakąś kobietę z poranioną ręką. Natychmiast zabrała się do opatrzenia. Niebawem zawarła znajomość z gadatliwemi kobietami i kazała sobie pokazywać najmłodsze dzieci.
W jakiś czas wrócili cyganie, prowadząc Göstę związanego, którego położyli przed ogniskiem. Suknie na nim były podarte i brudne, rysy zbiedzone, oczy patrzały dziko. W ostatnich dniach żył też zupełnie jak dziki człowiek. Leżał na mokrej ziemi, wtykał ręce i twarz w muł trzęsawiska, spinał się po urwiskach i wdzierał w najgęstsze haszcze. Teraz przekonał się, że jednak nie tak łatwo śmierć znaleźć. Raz wraz musiał walczyć z wybuchającą w nim wciąż ochotą do życia. Mimo to dobrowolnie nie przyszedł, musieli go związać przemocą.
Gdy go żona takim zobaczyła, zgniewała się. Posiada ona także pewną dumę, więc czuła się upokorzoną, ujrzawszy swego męża w takim stanie. Nie rozwiązała go, lecz pozostawiła tak, jak przyszedł.
— Jak ty wyglądasz! — zawołała.
— Nie miałem przecież zamiaru pokazać ci się — odparł.
— Czyż nie jestem twoją żoną? Czyż nie mam prawa spodziewać się, abyś, mając zmartwienie, do mnie się zwrócił?
— Nie wiem, za co się uważasz. Nie wiem, jakie plany masz na przyszłość! Wiem tylko, że nie mogę ci wyświadczyć większej przysługi, jak umierając.
Przesłała mu niewymownie wzgardliwe spojrzenie.
— Chciałeś mnie uczynić wdową po samobójcy!
Jemu twarz ściągnęła się bólem.
— Elżbieto, pomówmy z sobą sami! — prosił.
— Dlaczegożby ludzie nie mieli słyszeć? — zawołała ostrym głosem. — Alboż jesteśmy czemś lepszem od nich? Czy ktoś z nich sprawił więcej zmartwienia i zgryzoty, niż my? Oni są dziećmi lasu i gościńca, wszystko uważa się za wyższe od nich, niechajże tedy słyszą, że i na panu z Ekeby ciąży hańba i grzech, na nim, przez wszystkich kochanym Göście Berlingu. Czy myślisz, że ja się uważam za coś lepszego od nich? czy może ty się uważasz?
Z trudnością podniósł się ze swojej leżącej pozycyi i spojrzał na nią z błyskiem uporu w oczach.
— Nie jestem takim nędznym, jak mniemasz.
I w gniewie swoim jął opowiadać jej o natchnieniu, jakie spadło na niego, i o spotkaniu się przed kościołem.
— Dawno byłoby już po mnie, gdybyś nie była się zjawiła w lesie — kończył. — Nie mogłem umrzeć gdy cię czułem tak blisko siebie. Teraz puść mnie, abym mógł dotrzymać słowa!
— Ach! — westchnęła, gdy skończył — jak ja to znam dobrze! Bohaterskie frazesy, bohaterskie pozy! Zawsze gotów ręce w ogień włożyć, zawsze gotów siebie poniżać. Jakże mi to wydawało się wielkie dawniej! Ale teraz lubię spokój i rozwagę. Gdybyś był dłoń swoją położył na trumnie dobrego męża i wobec Sintrama złożył przysięgę, iż będziesz żył, aby być pomocą biedakom, których on chciał zgubić, byłabym cię uwielbiała. Że jednak pomódz im chcesz zbrodnią, że chcesz szukać zadośćuczynienia w zbrodni — jakże chcesz, bym to uważała za piękne?
Spojrzał na nią z rozpaczą.
— Musiałem dać zadośćuczynienie — zawołał — a cóż mam własnego, prócz życia? Zapominasz, że jestem wypędzonym proboszczem, w pogardzie u ludzi, w pogardzie u Boga.
— Jak śmiesz tak mówić, Gösto! Spotykałeś się z nadmiarem miłości — oto twoje nieszczęście. Kochali cię mężczyźni i kobiety. Gdy zażartowałeś i śmiałeś się, gdy śpiewałeś i grałeś, przebaczali ci wszystko. Wszystko, cokolwiek zrobiłeś, było im dobre. Nie słyszałżeś mowy plebana nad grobem? Nie słyszałżeś, czego się Bóg spodziewa po tobie? Biedacy wracali do domu, mówiąc o tobie, jako o swoim zbawcy, a uciekłeś w las, aby umrzeć. Jesteś bohaterem ich wszystkich, a chcesz ich porzucić!
— Jakże mogę im dopomódz bez pieniędzy? Alboż nie przysiągłem Sintramowi umrzeć, skoro tylko otrzymam pieniądze?
— My, na Ekeby — odpowiedziała hrabina, a głos jej drżał gniewem i smutkiem — wiedzieliśmy już wczoraj wieczorem, gdzie są złożone pieniądze. Major Fuchs odkrył skarb niespodziewanie pewnej nocy, gdy wszedł na wieżę kościelną po śpiż ze starych dzwonów na kule.
Gösta przymknął oczy i związane ręce przycisnął do piersi, jakgdyby chciał ulżyć męczarniom swego serca.
— Ale dla ciebie to wszystko jedno — ciągnęła dalej hrabina. — Sintram powiedział ci szczerze, gdzie się ukrywa skarb, powinieneś mu więc dotrzymać słowa i umrzeć. Ach, jak mogłeś przypuszczać, że pieniądze będą lekarstwem na niedolę taką, jak nasza? I otóż, Gösto, cóż za wspaniałe zakończenie twego życia! Ze łzami odprowadzą cię na na miejsce spoczynku, będą cię sławili nie mniej, niż kapitana Lennarta, bo przecież i ty oddałeś za lud życie swoje! Ale ja ci powiadam, że powinieneś marzyć o czynach bohaterskich, nie powinieneś błyszczeć i wzbudzać podziwy, przeciwnie, powinieneś starać się, aby imię twoje jak najmniej było na ustach ludzi. Lecz namyśl się dobrze, zanim cofniesz słowo, dane Sintramowi. Zdobyłeś sobie pewnego rodzaju przywilej śmierci, a w przyszłości życie twoje nie przedstawi dla ciebie zbyt wiele uroku. Dotąd stosunek nasz nie był dość jasny. Tyś nie śmiał uważać mnie za swoją prawą małżonkę, ja zaś nie byłam pewna, czy Boża wola nas zbliżyła, czy jedynie chorobliwa przesada z mojej strony. Jakiś czas nosiłam się z myślą wyjechania na południe; sądziłam, że to zbytek szczęście dla mnie, obciążonej winą, zostać twoją żoną i przez życie przejść u twego boku. Teraz tu pozostanę. Nie spodziewaj się jednak żadnej rozkoszy z tego powodu — ja cię zmuszę kroczyć po drodze ciężkich obowiązków. Nigdy nie możesz się odemnie spodziewać słów radości i nadziei. Wszystką zgryzotę, wszystko nieszczęście, któreśmy oboje sprowadzili, ustawię na straży mego ogniska domowego. Czyż serce, które tyle cierpiało, co moje, mogłoby kochać jeszcze? Bez łez, ale i bez uśmiechu będę stała u twego boku. Namyśl się dobrze, Gösto, zanim wybierzesz. Jest to droga pokuty — ta, na którą razem wejdziemy.
Nie czekała odpowiedzi. Dała znak swojej towarzyszce i wyszły. Znalazłszy się w lesie, rozpłakała się hrabina gorzko i płakała do samego Ekeby. Tu dopiero przypomniała sobie nagle, że nie rozmawiała z Janem Hökiem o przyjemniejszych dla niego sprawach, niż wojna.
Po jej odejściu milczenie zaległo w chacie.
— Panie, chwała niechaj Ci będzie na wieki! — zawołał niespodzianie starzec.
Wszyscy spojrzeli na niego. On wstał i począł rozglądać się wokoło.
— Złością — wszystko było tylko złością! — mówił. — Wszystko, co widziałem od chwili, gdym oczy otworzył, było złością. Źli mężczyźni, złe kobiety, nienawiść i złość w lasach i na polach. Ale ona jest dobra. Dobry człowiek bawił w domu moim. O niej będę myślał, gdy będę samotny, na ścieżkach leśnych będę ją miał blizko siebie.
Pochylił się nad Göstą, rozwiązał go i podniósł. Potem uroczyście podał mu rękę.
— Opuszczony przez Boga — powiedział i skinął głową. — Oto przyczyna. Ale teraz nie jesteś nim więcej i ja też już nie jestem od chwili, gdy ona w domu moim przebywała. Ona jest dobra.
Nazajutrz zjawił się stary Hök u sędziego Szarlinga.
— Chcę krzyż swój dźwigać — odezwał się. — Byłem złym człowiekiem, dlatego miałem złych synów.
I prosił, czyby nie mógł pójść do więzienia, zamiast syna. Ale to nie dało się zrobić.
Wzruszający był to widok, gdy towarzyszył swojemu synowi, krocząc obok wozu więziennego, gdy spał pod jego kuźnią i nie odstępował go do ostatniej chwili.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Józefa Klemensiewiczowa.