<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Insurekcya
Pochodzenie Rok 1794
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1925
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VI.

Tego roku, dzień palmowej niedzieli chociaż wypadał prawie w połowie kwietnia, przypominał dzień późnej jesieni, bowiem od samego rana mżył deszcz, że ani na chwilę rynny nie przestawały bełkotać i panowało przejmujące zimno. Warszawa tonęła w błocie i szarudze. Ale pomimo tak przykrej aury Krakowska Brama dawała obraz jakby oblężonej przez rozanimowane tłumy. Owo zaraz po nieszporach, kiedy ciżby wysypywały się z kościołów, zasiadł był w niej Barani Kożuszek na swojem zwyczajnem miejscu, w głębokiej framudze i wyprawiał takie ucieszne brewerye, że ciżbiono się coraz gęściej, nie bacząc na ziąb ni pluchę. Siedział na znacznem podwyższeniu, z daleka widny, i jak zwyczajnie swoim zuchwałym sposobem przypinał łatki najznaczniejszym personom, nie przepuszczając i przejeżdżającym przez bramę. Co chwila też żądliwe słówka wśród śmiechów, drwin, a niekiedy i rzęsistych aplauzów goniły za skonsternowanymi wielmożami. Znała go z tego wszystka Warszawa. Nie darowywał nikomu, jednako smagając grzechy możnych, jak i przywary pospólstwa. Zasię biczem najsroższym był na damy, znane z rozwiązłego życia i przyjaźni z Moskalami; tym przycinał najszpetniej, podając ich imiona na publiczną wzgardę. Jego jadowite epigramaty i wierszyki, podawane z ust do ust, wciskały się wszędzie i zawsze trafiały w sedno. Z nieubłaganą pasyą prześladował zdrajców i egoistów. Obdartych ze skóry wystawiał na pokaz i publiczne urągowisko. Był jakby żywem i czujnem sumieniem narodu. Obawiano się go i nienawidzono, ale nie było ucieczki przed nim; dosięgnął choćby i na królewskich pokojach. Przekupić go było niepodobna i dosięgnąć, o złoto bowiem nie dbał, a broniła go miłość pospólstwa. Przy okoliczności setki piersi podnosiło się w jego obronie i już nieraz dobrze oberwali marszałkowscy pachołkowie.
Przybrany w kożuszek, srodze połatany, w baraniej czapie, z torbami, przewieszonemi przez plecy, z brodą siwą i kosturem pielgrzymim, dawał pozór prawdziwego dziada, pod którym się taił ktoś wielce oświecony i nader czuły na nieszczęścia ojczyzny. Często też sprawiał wrażenie obłąkanego; widywano go nieraz, jak godzinami rozmawiał ze sobą, jałmużny odrzucał i znajomych nie poznawał. A coby był za zacz, jakie traiczne ewenty przywiedły go do tak nikczemnego stanu, tego nikt nie wiedział, nawet jego socyusze spiskowi, którym był gorąco oddany i pod ich szczególną opieką pozostawał. Właśnie dzisiaj widział się być niezmiernie poruszonym i po różnych zwyczajnych konceptach i drwinach podniósł się naraz i potoczywszy oczami dokoła, wyjął z jakiegoś ukrycia małą gilotynę, z łokieć może trzymającą, na obraz prawdziwej uczynioną.
Wołał, pokazując ją ludowi:

»Patrzcie, cud machina!
Zarówno królowi,
Jak i mospanowi,
Gładko łeb ucina!«

Postawił ją na szerokim gzymsie i wyjąwszy z zanadrza lalkę, kształt człowieczy pokazującą i przybraną w biskupie szaty, zagrzmiał gromowym głosem:

»Na zdrajców wołam kary i na jurgeltniki!
Niech łby spadną w koszyki, jak w kabzę talary!
Za zdrady zapłata — jednako pobrata:
I tego za ruble i tych za dukata!«

— Sądy otwieram mości panowie, kapturowe sądy! Sprawiedliwość ma głos!
Lalkę nasadziwszy na długi kij, pokazywał na wsze strony i jął prawić:

»Z kuryerem jeździ na przedzie
I w poszóstnej rozpiera się karecie,
Wszystek w purpurze i fijolecie;
Za złoto naród do zguby wiedzie.
Któż to? Nie wiecie?«

— Prymas! Prymas! — zakrzyczało kilkanaście głosów.

»Za twoje zdrady, prymasie,
Niech piekło się tobą pasie«.

Wsunął lalkę pod gilotynę, nóż błysnął i prymasowska głowa spadła, obcięta.

Tłum cofnął się nieco pod wpływem podziwu i zgrozy.
Barani Kożuszek wydobył nową figurkę w czerwonym kontuszu i pokazując ją, wołał:

»I piekła dla tego za mało,
Nawet śmierć jego zbrodni nie opłaci;
W pogoni za koroną i chwałą —
Zaprzedał wrogom współbraci!
A kto na ojczyznę podnosi rękę
I wraże wprowadza regimenty,
Tego wydać na wieczną mękę,
I niech na wieki będzie przeklęty!«

— Potocki! Szczęsny Potocki! — wybuchnął potężny okrzyk. — Potocki! — wrzeszczeli dalsi. Tłum się zagłębił groźnie, rozbłysnęły oczy, podniesły się pięście, przekleństwa posypały się, niby kamienie, a kiedy Barani Kożuszek, odciąwszy na gilotynie nienawistną głowę, rzucił ją pod nogi, zaczęli ją deptać i miażdżyć i kopać, jakby głowę plugawego gadu. Nienawiść zagrała w sercach, każdy chciał bić i rozdzierać choćby konterfekt tego sprawcy nieszczęść, hańby i zbrodni!
A zaledwie się uspokoiło, już dziad, pokazując nową kukłę, wołał zawzięcie:

»Zdrajco, jurgeltniku, inflancki biskupie,
Już cię nie obroni twoja carowa!
Sprzedawałeś ojczyznę, ty plugawy trupie:
I kat cię za to pochowa!«

— Kossakowski! Śmierć mu! Na pohybel! — zawrzeszczano ze wszystkich stron.

Obciął mu akuratnie głowę i świeżą lalkę wystawiał na pokaz.

»Patrzcie, oto wielki regimentarz!
Z Polski pragnie zrobić smętarz,
Sama podłość, sama zdrada;
Jakaż na takie zbrodnie rada?
Gdy własne wojska sprzedaje carowej,
Śmierć! Patrzcie, już dryga bez głowy!«

— Hetman Ożarowski! Ze skóry obłupić! Końmi rozedrzeć! — Krzyczano zawzięcie.
Przyciszył ich Barani Kożuszek, potrząsając nową figurą.

»Nic mu ojczyzna, ni cnota!
Wszystko poświęci dla złota.
Dusza jego jest z błota,
Nie człowiek to, a sama podłota!«

— Ankwicz! Ankwicz! Dawać go tu nam w pazury! Na postronek! Ankwicz!

»Już bije twoich zbrodni godzina!
Naród cię skazał, zabija i przeklina!«

Zaledwie obciął mu głowę, gdy naraz przeraźliwy gwizd przeszył powietrze; kilkanaście rąk wyrwało dziada z framugi i poniosło w bezpieczne miejsce, gdyż właśnie nadjeżdżał marszałek koronny w asyście swoich dragonów, którzy dojrzawszy kupę pospólstwa z przyzwyczajenia przypuścili szarże, płazując, kogo się dało. Powstał nieopisany krzyk i po chwili nie było już nikogo pod Bramą, jeno tu i owdzie walał się w błocie jakiś kornet lub jęczał stratowany.
Nie upłynęło jednak pacierza, kiedy Barani Kożuszek zjawił się na dawnem miejscu i wystawiając pokraczną figurę Moszyńskiego, wołał donośnie:

»Ni dyabeł, ni święty!
Srogą pychą odęty,
Nosi garb i wielbi dyamenty.
Ojczyźnie służy trocha,
Lecz i aliantów kocha,
A ma sobie za cnotę,
Że zbiera polskie złote.
Więc niech cię porwą czarci,
Grafie, pomiocie bękarci«.

Znowu zebrał się niemały tłum i od Starego Miasta ściągało coraz więcej ludzi, że Staszek obsadził swojemi strażami wyloty sąsiednich ulic, aby się nie dać zaskoczyć marszałkowskim lub kozackim patrolom, zaś Barani Kożuszek, snać wzburzony przygodą, z niesłychanym ferworem sypał jadowitymi wierszykami, coraz to nowe obcinając głowy. A jurzył tak skutecznie, że tłumy wrzały, jak burza wzbierająca z minuty na minutę. Co chwila zrywały się okrzyki gniewów, klątwy i groźby. Co chwila tłum się skłębiał gorączkowo i kołysał, niby fale w ciasnem łożysku zamknięte. A przychodziły momenty, iż ciżby stały z zapartym tchem, — oniemiałe, kamieniejące w zgrozie i zasłuchane w strasznych litaniach, jakie dziad wygłaszał swoim jękliwym, przejmującym głosem:

»Regestr mam jeszcze niemały:
Branicki, Rzewuski, zuchwały
Złotnicki, co sprzedał Moskwie Kamieniec,
Boskamp, Szwykowski, Skarszewski;
Oto jest zbrodniarzów wieniec
I polskiej hańby krwawy rumieniec.
A jedna dla wszystkich zapłata:
Śmierć z ręki kata!«

— Śmierć! — Wybuchnął jednym ogromnym głosem tłum. — Śmierć zdrajcom!
Wywoływane nazwiska głęboko wrażały się w umysły, nizali je sobie w pamięci krwawym różańcem głów, poświęconych katowi. Nasycały się zemstą stare krzywdy i poniżenia i nędze i głody. Odwieczna zawiść wyciągała drapieżne pazury po głowy wielmożów, po te głowy sprawców własnej i ojczystej niedoli. Nareszcie widzieli sprawiedliwość sprawującą swoje słuszne rządy. Wzgarda i nienawiść rozpierała serca. Nie było już miejsca na litość. Pobłażliwość przybierała pozór nikczemnej zbrodni. Ale w głębiach, na spodzie, pod wzburzonemi czuciami urastała dzika żądza wolności. I srogi gniew na nieprzyjacioły ojczyzny wstawał. I jakieś jeszcze lękliwe marzenia o powszechnej szczęśliwości rozkwitały. I niewytłumaczona radość brała na tęczowe skrzydła i pod nieba ponosiła. I pragnienie czynów wielkich i ofiarnych, pragnienie jakiegoś dobra i wszystkie wzniosłe czucia jęły targać tem szarem, wynędzniałem pospólstwem. Prostowały się nagle karki, jarzmem niewoli przygięte do ziemi. W przebudzonych duszach roiły się niepojęte, zuchwałe myśli o prawach, o Rzeczpospolitej, matce dla wszystkich, o braterstwie i powszechnej równości. I coraz żywsza troska wyzierała z rozognionych oczów i twarzy, poradlonych ciężkimi ewentami życia. Aplauzowali Baraniemu Kożuszkowi, ale już tu i owdzie ważono jego oskarżenia na szali powszechnego pożytku; już nawet niejeden z rozważniejszych robił ciche zastrzeżenia co do pewnych person. Brała górę ostrożność i strach o własną skórę, nie dowierzający demagogicznym maksymom. A poniektórzy już z pewną trwogą patrzyli na kupy wzburzonego ultajstwa, gotowe do wszelakich wybryków i gwałtów. Więc też skoro pierwszy zmierzch zasypał miasto, wielu odsuwało się na strony w cienie kamienic i zmykało do mieszkań. Właśnie był w tę porę Barani Kożuszek wystawił na pokaz figurkę, wspaniałym płaszczem czerwonym przyodzianą i błyszczącą złotą koroną.
— Król! Król! — Zawrzały głosy i zmilkły w oczekiwaniu. Dreszcz trwogi wstrząsnął tłumami. Wszyscy przytaili dech. Zabiły silniej serca i zgroza wyjrzała z oczów.
Zaczął Barani Kożuszek:

»W imię Ojca, Syna, Ducha!
Kto ma uszy niechaj słucha,
Kto ma oczy, tym pokażę,
Jak królewskie bledną twarze,
Jak królewska spływa jucha,
Jak miecz zmiecie — podłe śmiecie«

— Veto! Dosyć tego! — przerwał mu gwałtownie Kiliński, przepychając się ku dziadowi — zabraniam wszelkich krotochwil z osobą króla Jegomości! — ryczał majster, grożąc sękatym kijem. — Wara! Chcesz rzezać łby jaśnie panom: nie przeciwię się takiej dyspozycyi, ale od Majestatu wara, bo łby polecą w drzazgi! Wynoś mi się, pókiś cały! Fora ze dwora! — grzmiał, rwiąc się zapalczywie do bitki, nie bacząc na srogie miny ultajstwa i jakichś żołnierzów, którzy otoczywszy Baraniego Kożuszka, jęli warczeć, niby rozjuszone wilki.

— Królewski kundel! A pódziesz! Huzia go! A do budy! Szpiegun! Huzia!
— Sam tu, cechowi! Pobronię króla! Do mnie, szewcy! Kijami psubratów! — krzyczał Kiliński, rzucając się naprzód. I byłoby przyszło do burdy, bowiem sporo ludzi wzięło jego stronę, lecz i przeciwnicy zebrali się w niemałej kupie. I już obie strony zaczynały się zwierać, kląć, wytrząsać pięściami, chwytać za boki, dobierać się łbów i tarmosić, gdy zjawił się Konopka z kilkunastu kanonierami.
— Milczeć i rozchodzić się! Kacper! Rozpędzić gołotę.
Kacper, jakby klinem, uderzył w tłum, rozszczepił go na dwoje, potem rozbił na czworo i ogarnąwszy każdą kupę z osobna, rozpędzał na wszystkie strony. Nie obyło się bez lamentów, a nawet tęgich razów, jakich w potrzebie nie żałowali kanonierzy.
Konopka zaś, ująwszy majstra pod ramię, osadził go w miejscu i rzekł spokojnie:
— Ja swoje racye wyłożę, chodź Aspan na stronę.
— Puść mnie Waszmość! Jakem Kiliński, nie dopuszczę poniżania Majestatu!
— Nie wydzieraj się, bo nam tu na karki sprowadzisz marszałkowską psiarnię.
— Jak Pana Boga kocham, sam ją przywołam, niech temu dziadowi nasypią batów.
— Łapże go Acan i przytrzymaj! — zaśmiał się Konopka.
Kiliński się obejrzał: pod Krakowską Bramą było pusto, a po Baranim Kożuszku nie pozostało ani śladu, jeno kupa jego adherentów zachodziła z prawego flanka, jakby pragnąc wziąć odwet na majstrze i jego socyuszach, trzymających się blizko.
— Wiem, gdzie go szukać — wrzał zaperzony — nieraz mi donoszono, jako burzy naród przeciwko królowi po bilarach i kafehauzach. Dzisiaj na własne uszy słyszałem i nie daruję. Jakem Kiliński, do poniżania Majestatu nie dopuszczę!
— Nic mu nie zagraża i Aspan niepotrzebnie się o niego kłopoczesz.
— Powinnością poddanego stawać w obronie swojego króla!
— Mój panie majster, znam cię poczciwym i gorącego serca patryotą, aleć rzeknę: są sprawy, do których nie radzę wtrącać swoje trzy grosze — ostrzegał, rozdrażniony.
— Skoro materya publiczna, prawo mam i wydrzeć go sobie nie dam — wołał hardo — i to mi się właśnie nie podoba, że się formuje jakaś kabała przeciwko królowi.
Konopka żachnął się zniecierpliwiony, lecz umitygowawszy się, pociągnął go na Róg Senatorskiej, pod daszek sklepu Jarzewicza, gdzie było zaciszniej, i rzekł twardo:
— Przypomnij sobie Aspan dolę obrońców Capeta!
— Czego te łajdusy chcą od mojej czeladzi? — zaniepokoił się majster, dojrzawszy, jak ultaje otoczywszy jego ludzi, zaczynają ich brać w swoje obroty.
— Chcą się im dobrać do skóry — zaśmiał się drwiąco Konopka.
— Widzi mi się, że ci sami, którzy stawali w obronie Baraniego Kożuszka.
— Snać nie pozwalają sobie dmuchać w kaszę!
— Z dobrej woli dziada nie stróżują! Ktoś ich musi formować i płacić. Ale ktoby? Gęby obwiesiów z pod szubienicy. To może wziąć zły obrót. Poszczerbią mi ludzi zbóje!
— Nie dopuszczę! — Świsnął w szczególny sposób i wszystka banda rozpierzchła się, jakby w nią trzasnął piorun; szewcy zakrzyczeli tryumfalnie i rzucili się w pogoń.
Majstra aż zatkało ze zdumienia, wreszcie po dłuższej chwili odzyskał głos.
— Teraz mi jasne, kto inspiruje tę bosą komendę — wykrztusił z nieukrywaną pogardą.
— Chciałem, byś Aspan to zrozumiał i dobrze sobie zapamiętał. Masz swoich cechowych, którymi się chełpisz, i zdaje ci się, że wszystko pospólstwo za tobą. Widzisz, jako jest inaczej! Weź z tego naukę i nie stawaj mi na drodze, bo nie zdzierżysz. Więc jeszcze raz powiem: z obroną króla nie wyjeżdżaj! O złą przygodę nie trudno!
Majster pogniewał się na dobre i głosem, nie dopuszczającym wątpliwości w jego szczerość, zaczął mówić tak ogniście, aż mu chwilami brakowało tchu.
— Tak mi, Panie Boże, dopomóż, jako od dzisiejszego dnia, ja Kiliński, bierę króla Jegomości pod szczególną opiekę. Com rzekł, święcie dotrzymam. Pogróżek się nie boję. Waszmość jest szlachcic, a ja prosty człowiek; zobaczymy czyje będzie na wierzchu. Dziękuję za honor rozmowy i Bóg zapłać za oświecenie. Mądrej głowie, dość dwie słowie. Nie jestem edukowany, ale swój rozum mam. Rozumiałem: patryoci, a widzę: królewskiej krwie chłeptacze okrutni. Rozumiałem: bohatyrzy, wstający za wolność, a widzę: fakcyoniści! Rozumiałem: Polskę chcą zbawić, nieprzyjacioły wygnać, sprawiedliwość utwierdzić i wolność, a widzę, iż jako stało się we Francyej, po króla sięgają i gotowi nawet na Boga podnieść ręce! Tu drogi się nasze rozchodzą, Mości panie Konopka! Generał Kościuszek będzie wiedział, jakich ma pomocników! Mną rządzą nie jakobińskie maksymy, wyczytane w księgach, a jeno prosta powinność względem króla i ojczyzny. Do insurekcyi, do walki z najazdem, do walki o wolność, równość i całość stawam i daję choćby ostatnią kroplę krwi, ale fundamentów powszechności, Boga, i fundamentów tej Rzeczpospolitej, króla, również bronił będę do ostatniego tchu. Wylazło szydło z worka! Dobrze mi o tem wiedzieć! Dzisiaj króla pod topór, jutro konie do kościołów, a pojutrze Andzię posadzicie na ołtarzu u Fary! — Skłonił się dumnie i niezmiernie poruszony szedł w stronę Podwala.
Konopka, szepnąwszy coś na ucho jakiemuś człowiekowi, który się przy nim znalazł, odszedł w przeciwną stronę.
Kiliński poczuł się dotkniętym w swoich najświętszych uczuciach. Nie był partykularnym przyjacielem króla, lecz Majestatu bezwzględnym wyznawcą. Niebawem słowa Konopki dały mu wiele do myślenia. Oświeciły go w sprawach, o których nigdy nie rozmyślał, jak o codziennym pacierzu; tak nie nastręczały wątpliwości. Boga i króla uważał za nietykalnych i poza wszelkiemi deliberacyami. A przytem żarła go urażona ambicya. Miał się za wyrocznię pospólstwa i za naturalnego jej wodza, a tu ni stąd ni zowąd wyrasta Konopka z oddaną sobie bandą ultajstwa. Nie łacno przychodziło mu się z tem pogodzić. Miał się też za ważne instrumentum sprzysiężenia, w którem zdało mu się, iż przeznawał wszystko na wylot, a nic nie wiedział o formującej się antykrólewskiej fakcyi. Stropił się tem niezmiernie. Musi ktoś znaczny stać za Konopką? Medytował, obcierając spocone czoło. Ale kto? Komu król stoi na zawadzie? Nie generałowi Kościuszce! Na spiskowych zebraniach również nie słyszał i słowa przeciw królowi. A może Targowicy! Podejrzenia zaroiły się w nim kłębami coraz hydliwszego robactwa. A może carowej i królowi pruskiemu? Niechybnie. Zwaliwszy króla i przywiódłszy kraj do anarchii, a może i wojny domowej, łatwiej go będzie pokonać i zagrabić.
— Jezu miłosierny! — jęknął, porażony grozą tej straszliwej myśli. — Zali to możebne, by taki Konopka szedł im na rękę i przedawał ojczyznę za Judaszowe srebrniki?
Nie chciał przypuszczać, ale myśl, raz wzbudzona, okręcała mu duszę bolesnymi skrętami zgrozy i podejrzeń. Wszak więksi od niego brali jurgielty od ościennych potencyi. Wszak więksi dygnitarze Rzeczpospolitej przyczyniali się do jej zguby! Prawda! Przyznawał w duszy, lecz do Konopki miał takie wątpliwości, aż się przeżegnał i uderzył w piersi ze skruchą, odpędzając podejrzenia. Więc aby się pozbyć tych udręczeń, wszedł do traktyjerni Poltza na Podwalu, naprzeciw pałacu Igelströma położonej. Nie znalazł tam żadnego z kamratów, tylko w kącie przepijali do siebie jakieś skryby z ambasadorskiej kancelaryi. Napił się piwa dla ochłody i wyszedł; ale na ulicy dopędził go przyjaciel z czasów młodości, niejaki Karski, przez traiczne przygody zabrany przez Moskalów, przymuszony na prawosławie i aktualnie zatrudniony w tajnej kancelaryi ambasadora; przez niego to miewał pierwszorzędnej wagi ostrzeżenia.
— Jasiu! — zaszeptał Karski, wyprowadzając go na ulicę — mam ci coś do powiedzenia.
— Wstąpmy gdzie na kieliszek, na ulicy nieprzezpiecznie — obejrzał się na przechodniów.
— Muszę wracać do kamratów, żeby się czegoś nie domyślili; wyszedłem niby to z potrzebą. Przyjdę do ciebie trochę później; żeby mnie tylko kto nie zobaczył...
— Masz babo kaftan! Akuratnie dzisiaj u mnie generalne zebranie cechmistrzów i starszej czeladzi! Masz coś ważnego?
— Od czego pewnie zależy twoje życie i twoich dzieci! — powiedział mu w samo ucho.
— Jezus Marya! Pewnie nowe aresztowania! — Nogi się pod nim ugięły z przerażenia.
— Coś groźniejszego! Koło dziesiątej przylecę i opowiem. Ma mnie nikt nie widzieć.
— Mój wiernik będzie czekał w sieniach i zaprowadzi cię prosto na górę!
Karski powrócił do traktyjerni, a majster, mocno sfrasowany i zaniepokojony, szedł Podwalem, sapiąc z udręczeń i co chwila przystając. Nie poznawał nawet znajomych.
— Siarczyste pioruny z tym ciągłym strachem. Człowiek, jak ten szarak, głowy się boja wyściubić przed psami! — medytował ze złością. — Ciągle proszę zaczynać, sprać to tałatajstwo i wygonić na cztery wiatry! Raz kozie śmierć! Kunktatory psiekrwie! Co to może być? Groźniejsze od aresztowania! — Jakoś ckliwo zrobiło mu się na sercu i w gardle tak zaschło, że prawie mimowoli pociągnął do szynkowni przezwanej Indyą, na rogu Podwala i Wąskiej. Szynkownia była w piwnicy i schodziło się do niej po kilkunastu stopniach. Parę izb nizkich, licho oświetlonych, zapełniały tłumy, zwłaszcza w środkowej, najobszerniejszej, gdzie wydawano jadła i napitki, było jakby nabite głowami, a co chwila zrywały się oklaski, śmiechy i takie dzikie wrzaski, aż chybotały się światła łojówek, pozatykanych w żelazne wilki, na ścianach.
Majster, zaledwie docisnąwszy się do drzwi, zajrzał tam i stanął, jak wryty.
Barani Kożuszek stał na ławie i recytując jadowite, podburzające wierszyki, zabawiał tłumy obcinaniem na gilotynce głów swoim kukiełkom.
— Jeśli mnie oczy nie zwodzą, to dziad z pod Krakowskiej Bramy?
— Tenci sam! Przysala, że niech go drzwi ścisną! — odparł jakiś sąsiad.
— Aż dziwno, iż mu to przechodzi bezkarnie — wyrzekł ktoś drugi.
— Dobrze gada; niech ciemni przejrzą, jakich to mają panów! — dorzucił kto inny.
— A niechby sobie plótł na uciechę głupich — warknął gniewnie Kiliński — niespełna rozumu, wiadomo! Ale on i na królewską osobę powstaje! O, właśnie rozpoczyna! Milczeć, szołdro jedna, skurczybyku! — wrzasnął, nie mogąc już wytrzymać — raz temu potrzeba koniec położyć. Zniewaga Majestatu! Nauczę ja cię moresu! — zawrócił nagle.
— Gdzież to Aspanowi tak pilno? — pytał ktoś, wyraźnie zapierając mu drogę.
— Dyabli komu do tego! — odrzucił porywczo i siłą utorowawszy sobie drogę, wyszedł z szynkowni i ruszył w stronę Nowomiejskiej Bramy. Nie ubiegł jednak nad kilkanaście kroków, gdy go opadły jakieś draby z groźnemi minami.
— Majster leci po marszałkowskich! Panu majstrowi nie w smak Barani Kożuszek? Radzę po dobroci, nie wtykaj nosa, gdzie nie dasz grosza! — gadał mu jakiś.
— A to co? Napaść na gładkiej drodze! Precz mi, bo pożałujecie...
Raptem jakaś szmata spadła mu na głowę i oczy, jakieś żelazne pazury chwyciły za gardziel, posypał się grad kijów na plecy i stracił przytomność.
Oprzytomniał dopiero w swojej stancyi, na łóżku, stała przy nim zapłakana żona, czeladź i cyrulik z miską pełną krwi, na głowie poczuł zmoczone chusty.
— W imię Ojca i Syna! Co się stało? — zawołał, przerażony, rozglądając się po izbie.
Naraz przypomniawszy sobie całą awanturę, aż sponsowiał z bezsilnego gniewu i rozważając różne szczegóły, słuchał relacyi żony, prawiącej w kółko a płaczliwie, jako go to przynieśli nieprzytomnym, jako posłała po cyrulika, jak się wylękła i t. d.
— Fraszki małe ptaszki — przerwał jej niecierpliwie — chwała Bogu, czuję się cały!
— Mogło być gorzej! Ale uważaj kum na siebie — wystąpił z perorą cyrulik — masz kompleksyę krwistą i właśnie gorzałka pędzi gęste humory do głowy. Nie mówię, półkwaterek, nawet dwa, to i dla kontuzyi żołądka użyteczne i flegmę rozpuszcza i przeciwko kolce skuteczna obrona. Owóż radzę: ostrożnie kocię, gdy idzie o cię.
— Nie bajdurz kum! Nie gorzałka była przyczyną! — porwał się i opadł z jękiem.
— Cóż to kumowi? Słabo? W głowie się mąci? To zawsze bywa po krwie puszczeniu.
— Gnaty mnie ano bolą — zaskarżył się boleśnie.
— Potłukłeś się kum przy upadku, gorzałką z tłustością wartoby wysmarować...
— Idź kum do dyabła z medykamentami! — Przypomnienie basałyków doprowadziło go do takiej pasyi, że wypędził cyrulika, skrzyczał żonę i zaczął się spiesznie ubierać.
— Laboga, toć ósma za pasem, zaczną się schodzić! Odpłacę ja ci, panie Konopko, takim traktamentem, że go popamiętasz! — mruczał groźnie, rozcierając sobie boki.
— Waluś, gamoniu jeden, dawaj czarny kontusz, i pas dropiaty. A ruchaj się, do stu piorunów! Zawołaj pani majstrowej!
Majstrowa stanęła w drzwiach, zadąsana i z zapłakanemi oczami.
— Moja Marysiu, każ antał z piwem angielskiem odbić i postawić na koziołku, gąsiory ze sklepu przynieś, pieczenie pokraj i pozwól grabek i nożów; niech się przyuczą jeść obyczajnie. Ale jeśli przyjdzie Karski, zabaw go i daj mi znać. Czegóż się boczysz i miny stroisz? Po takim przypadku to i aniołby się wściekł, a niedopiero grzeszny człowiek! A nie żałuj niczego, trzeba wystąpić godnie — grzmiał z dawną energią i przemógłszy dolegliwości, zeszedł na dół pomagać w uprzątaniu izby i sam ustawiał na dużym stole, ukrytym za parawanem, przeróżne specyały i niemałą kompanię gąsiorków i flach.
Zebranie miało być liczne i ważne; schodzili się cechmistrze najważniejszych kunsztów i starsza czeladź na generalną naradę i złożenie uroczystej przysięgi.
Długa, sklepiona izba od frontu, gdzie zwyczajnie stały szewskie warstaty, przemieniła się nie do poznania; umieciona, wysypana żółtym piaskiem, zastawiona rzędami krzeseł i ław, obitych zieloną trypą, dawała podobieństwo sali przyjęć. Okiennice były zawarte i przysłonięte, nizkie szafy, pełne skór i kopyt, zginęły pod zielonemi kitajkami. Pod okrągłym saskim piecem, ściśniętym mosiężnemi obręczami, ustawiono stoliki i dwa paradne fotele dla księdza i komisarza Głównej Rady. W mosiężnych świecznikach, poustawianych na szafach, jarzyły się grube świece z blichowanego wosku. Na jednej ze ścian i w miejscu widnem wisiał Kościuszko, wyobrażony czarną farbą i otoczony wieńcem z bukszpanowych gałązek. Konterfekt Naczelnika, dziwnie utrafiony, rzucał się w oczy i zdawał się panować nad całą izbą.
— Maryniu, trzeba nieco wykadzić! Nie każdy uważa zapach skór za larendogrę.
Majstrowa, rozżarzywszy trociczki na jakiejś pokrywie, tak wykadzała, że niebieskawy dym wypełnił izbę, a Kiliński kichnąwszy raz i drugi, rzekł z przechwałką:
— Pachnie, jak na królewskich pokojach! Nagotowane, jakby dla senatorów! Waluś, zobaczno, czy Iwan Iwanowicz w swojej stancyi. Żeby nie zrobił jakiego szpasa...
— Nie wrócił jeszcze, jeno deńszczyk siedzi a wygrywa na bałabajce...
— Ten zapłacony! Maryniu, poślij kapitanowi zraz pieczeni i sporą karafkę anyżówki, żeby jak skoro powróci, miał się czem zabawić, a nie podsłuchiwał.
Rozstawił jeszcze straże z zaufanych czeladników w sieniach i pod kamienicą. Gdy wybiła ósma, zaczęli nadchodzić zaproszeni. Ściągali się w krótkich odstępach czasu, a tak srodze okutani w płaszcze i z nasuniętemi na oczy czapami, że z pierwszego wejrzenia niepodobna było kogo rozpoznać.
Kiliński przyjmował w progu, z każdym witając się kordyalnie, znaczniejszym kłaniał się w pas i wszystkich usadzał wedle wieku i piastowanych godności.
Prócz cechmistrzów i starszej czeladzi przyszło paru delegatów od konfraternii kupieckiej, nieco obywatelów i kilku abszytowanych oficyerów. Starszyzna pozajmowała krzesła i ławy, zaś czeladź wzięła miejsca pod oknem, w przystojnem oddaleniu.
Zebrało się z górą sześćdziesiąt osób, sam wybór kunsztów, rzemiosł i konfraternii.
Kiliński mimo znacznej utraty krwie i rozbolałych kości zwijał się siarczyście, gadał za dziesięciu i z coraz większą pewnością siebie przybierał pozór wodza. Pomagała mu w tem przyrodzona zuchwałość, obrotność języka i zadzierżysta mina. Majster był przytem foremnej postaci, a cale przystojnego oblicza. Czarne, jak kruk, wąsy podkręcał junacko i rad wysuwał się na oczy. Nie grzeszył modestyą i w mowie był prędki, zapalczywy i przetykający dyskursa rubasznemi facecyami. Nie gardził też wesołą kompanią i niejedną noc przy kielichach przesiadywał. Lubił się chełpić i nad drugich wynosić, ale, że znali go poczciwym, że pierwszy był do nadstawiania łba, że i worka nie szczędził i patryotą był gorącym i rozum miał bystry i wielką estymę u pospólstwa — to chętnie przyzwalali mu przewodzić nad sobą nawet oświeceńsi i znaczniejsi w mieście. Kogo zaś nie zniewolił do sprzysiężenia namową, wiarą w powodzenie i miłością ojczyzny, tego umiał zażyć z mańki, albo i nawet pogrozą zapędzić i twardo w ryzach trzymać. Zażywał uważania, lecz i strach budził niemały.
Właśnie był rozpoczął prawie o celu dzisiejszego zebrania, gdy wszedł ks. Meier z porucznikiem Zarębą i skłoniwszy się obywatelom, zajęli miejsca przy stole.
— Obywatelu, proszę przeczytać regestr obecnych — zwrócił się Zaręba do Kilińskiego.
— By się tu jaka parszywa owca nie zabłąkała — ktoś zauważył.
Czytanie katalogu nazwisk zajęło sporą kwotę czasu, ponieważ przy każdem były wymienione wszystkie, tytuły, których pomijać nie wypadało.
W pierwszym szeregu byli od konfraternii kupieckiej delegaci, szlachetni: A. Muradowicz, W. Horalik i A. Krieger, senior konfraternii młodziańskiej; potem obywatele i posesorzy, jak Borakowski, Klause, Piotrowski i drudzy; potem Efraim Osselewski, aptekarz miasta Warszawy, tak od konfraterniów, jako i od cechów, niemniej obywatelstwa warszawskiego delegowany. Zaczem szedł katalog starszych zgromadzeń, jak: M. Borowski — cerulików; J. Sierakowski — rzeźników; Meysner — mydlarzów; Dybiński — kowalów; Fischer — kuśnierzów; Korn — jubilerów i złotników; Oswald — stolarzów; Rochus Schlechtinger — kotlarzów; Szczepański — introligatorów; Mathias Bauer — blacharzów; Nobis — piernikarzów; Sobociński — rymarzów; Gungemus — zegarmistrzów; Chądzyński — krawców; Kiliński — szewców; Szczerbiński — rybaków; T. Jakimowicz — mieczników i t. d. Lista starszej czeladzi okazała się znacznie dłuższa.
Kiliński odczytywał zwolna i raz po raz wynurzała się z tłumu jakaś twarz i odzywał się coraz to inny głos. Zaręba, mając przed sobą drugą listę, podkreślał ołówkiem każde wymienione nazwisko, przyglądając się ludziom z ciekawością.
Po skończeniu ks. Meier wystąpił z krótką przemową:
— Obywatele! — wołał nizkim, przejmującym głosem, tocząc zapalczywemi oczami po twarzach — zbliża się święta chwila walki. Już drżą tyranowie! Już lud podnosi miecz karzący, już świta zorza sprawiedliwości! Lada godzina rozlegnie się krzyk: »Do broni, obywatele! Za wolność, równość i niepodległość!« Więc i nadchodzi pora, byśmy się przed Majestatem Ojczyzny związali przysięgą, jako stawamy przy niej i bronić jej będziemy wszystką mocą i do ostatniego tchu.
Ubrał się w komżę i stułę, krzyż podniósł do góry. Dwóch ludzi stanęło przy nim z zapalonemi gromnicami. Zaręba, wydobywszy szablę, przybrał postawę przepisaną.
— Powtarzajcie za mną, obywatele! — wyrzekł ksiądz uroczyście.
Padli na kolana i jak jeden, powtarzali rotę przysięgi:
»Przysięgamy Bogu Wszechmogącemu, w Trójcy świętej Jedynemu i Najwyższemu Naczelnikowi siły narodowej, Tadeuszowi Kościuszce, jako sekretu powierzonego nie wydamy i do obrony ojczyzny w każdym momencie i na każde zawołanie staniemy i bronić jej będziemy. Tak nam dopomóż, Boże i niewinna męko Syna jego święta«.
Poczem rozpoczęły się akuratne dyskursa. Przewodził im ks. Meier, a pióro trzymał Krieger, senior konfraternii kupieckiej-młodziańskiej.
Zaręba, siedzący na stronie, słuchał, patrzał i coraz głębiej się zdumiewał. Już był znał tę socyetę z przeróżnych zebrań i okazyi, szczególniej czeladź, którą od pewnego czasu miał pod swoją komendą — i prawie ich nie poznawał; tak mu się aktualnie pokazowali przemienieni. Ci sami ludzie, te same twarze, a zgoła niepodobni. Nawet inaczej się jakoś poruszali. Miny mieli zadzierżyste, a nacechowane godnością. Niejednemu z oczów wyzierała nieustępliwa hardość. Ani śladu pokorności, uniżenia i służalstwa. Przemawiali otwarcie, z ferworem i nie przebierając w wyrazach, a pomimo tego panowała przystojność i powaga. Wydało mu się, jakby się znajdował we francuskim konwencie; ta sama górność wysłowienia, ten sam patryotyczny żar, ta sama troska o Rzeczpospolitą, o powszechność, prawa i sprawiedliwość. Nawet ustępy przeciwko tyranom przejęte były taką sam ą wzgardą i nienawiścią. Obradowali, jakby prawi przedstawiciele ludu. Zwłaszcza ci z konfraternii kupieckiej zwracali uwagę szerokością opinii, rozumem i znajomością materyi in statu. Nie krępowali się w sądach o dygnitarzach i duchowieństwie. Nie zaczepiano tylko króla. Zaręba połknął niejedną gorzką uwagę o szlacheckich rządach. Wiele też słusznych prawd utkwiło mu w pamięci. Chwilami z tych dyskursów rozbrzmiewały echa jakobińskich maksym, a nawet padały ostre skargi na szlachtę, ale ponad te wypadkowe rekryminacye górowało serdeczne pragnienie ratowania ojczyzny. Nie skąpiono dla niej niczego. Głęboka troska zasępiła wszystkie czoła. Deliberowano też głównie nad przyspieszeniem insurekcyi i środkach, jakie podejmowali się dostarczyć. Poczem każdy ze starszych imieniem swojego cechu deklarował pewną kwotę ludzi zdatnych do broni, wojennego rynsztunku i gotowego grosza. I kiedy to wszystko zostało zapisane, odczytano raport Kościuszki o bitwie racławickiej. Powstali na znak uwielbienia dla Naczelnika, zaś Krieger, człowiek młody, zdatny i żarliwy patryota, przemówił gorąco:
— Obywatele! Cechy i zgromadzenia zadeklarowały ofiary, jakie dać mogą. Ale tego nie dosyć! Musi dać każdy, na co go stać. Bo, jakiekolwiekbądź kto ma sposoby ratowania ojczyzny, nie może ich bez występku zaniedbywać. A każdy grosz służy ku pomnożeniu siły zwycięstwa! — I popierając słowa czynem, złożył na stoliku przed ks. Meierem złoty zegarek z łańcuszkami i pieczątkami. Przykład podziałał. Cichy a uroczysty zapał przejął serca. Niejednemu pociekły łzy z oczów. Jęli się prześcigać w darach. Supłali się do ostatnich złotówek. Zdejmowano ślubne obrączki. Kosztowne zapinki i guzy od żupanów posypały się na stół. Byli, którzy przynieśli ze sobą precyoza żon, córek i matek, składane może przez całe pokolenia; szły na potrzeby ojczyzny.
W. Horalik ofiarował dziesięciu gemejnów z całem uzbrojeniem i lenungi dla nich przez cały czas wojny. Kiliński obiecywał całą kompanię wysztyftować i deklarował złożyć na ręce Zaręby paręset karabinów, jakie był w cichości zgromadził.
Co chwila ktoś deklarował wśród uroczystego milczenia, to buty, to uprzęże, to wozy, żołnierski moderunek i na co tylko kogo było stać. Dawali nawet nad możność, ale tak szczerze, jakby z poczucia prostej powinności, i zupełnie na trzeźwo, bowiem dopiero po zapisaniu wszystkich ofiar przez pisarza Kiliński jął zapraszać na gorzałkę.
Zaręba, widząc, jako się to może przeciągnąć późno w noc, spróbował się chyłkiem wyśliznąć. Majster go jednak przytrzymał i do kieliszka przyniewolił. Trącał się więc, z kim wypadło, i poznajamiał z najznaczniejszemi personami. Rad był nawet temu, chociaż spieszyło mu się na zebranie »Obrońców Wolności«; ale słyszeć opinie i sądy mieszczaństwa, była to okazya nie do pogardzenia, zwłaszcza, iż wino rozwiązywało języki, a serca stawały się skłonne do swobodnych wynurzeń. Świat się przed nim otwierał nowy i nadzwyczajnie ciekawy. Zdumiewał się po prostu, znajdując w tym plebsie tyle rozsądku, a nadewszystko miłości ojczyzny.
— Jakże Waszmość znajduje moich kamratów? — zagadnął go na stronie majster.
— Że godniejszych i cnotliwszych nie szukałbym pomiędzy senatorami.
— A co! wszystkich zjednałem — chełpił się — poszli za moim głosem.
— Ojczyzna ci tego nie zapomni! Pierwszy będę świadczył przed Kościuszką.
— Generał wie, co trzymać o mnie. Jesteśmy w komunikacyi! — szepnął tajemniczo.
Zarębie wydało się to przechwałką; poczuł to Kiliński, gdyż rzucił porywczo:
— Mam list od generała w kieszeni; nie wolno mi tylko zdradzać jego materyi, ale traktuje mnie jak przyjaciela. Mam ja coś drugiego na wątrobie...
— Słucham, choć Bóg mi świadkiem, powinność mnie wzywa w inną stronę.
Kiliński opowiedział zajście z Baranim Kożuszkiem, spotkanie z Konopką i swoją bolesną przygodę w Indyach. Wrzał cały z gniewu i obrażonej dumy.
— Słusznieś postąpił, obywatelu — pragnął pochwałą nadać inny obrót rozmowie.
Kiliński, nie dając się zbić z tropu, zaczął się gorżko użalać na Konopkę.
— Musiał ktoś drugi nasłać swoich ludzi — przerwał mu stanowczo Zaręba.
— Mam ci ja wrogów i zazdrośników, bo któż ich nie ma, jeśli coś znaczy w mieście i prawdy ludziom w oczy nie szczędzi? Niktby się jednak nie ważył podnieść na mnie rękę...
— Trzeba dojść prawdy. Szkoda, że pora wojenna nie po temu — zauważył z naciskiem.
— Nie daruję swojego. Co się odwlecze, to nie uciecze. A jakom sobie przysięgał bronić Majestatu, tak samo święcie wypełnię. Nam tu francuskich sankulotów do szczęścia nie potrzeba. Bo to pewne, że się jakobińska sekta uformowała i będzie chciała próbować swoich rządów. A ich maksymy wiadome: ani Boga, ani króla! Na szczęście Kiliński zwąchał pismo nosem i choćby sam jeden, naprzeciw stanie. Tak mi dopomóż, Panie Boże — grzmotnął się w piersi, podnosząc wyzywająco głowę — Sawanty psiekrwie! Z Bogiem precz, a króla na postronek! Ja, Kiliński, się pytam: A cóżby pozostało ludziom? Swywola chyba i nic więcej. Jak równość, to równość. Jak niema grzechu, to niema kary. Każdyby skoczył wydzierać swój dział. Oddawaj, co masz, temu, który nigdy nic nie miał, albo swoje przehultaił. Niema Boga, to niema króla, stróża praw ludzkich, i niema księdza, stróża praw niebieskich. Hulaj dusza bez kontusza! W to graj wszystkiemu ultajstwu. Szlachta szczególniej może za to zapłacić. Na Waszmościa szablę znajdzie się sto drągów i cepów. Milionom zbuntowanego poddaństwa nie poradzi. Exemplum, jak to było w humańszczyźnie. Naród nie urzędów się boi, jeno Boga i praw. Wiem ja, przed czem przestrzegam. I widzi mi się, jako Konopka nie sam ze siebie poczyna; patrzy mi na czyjeś instrumentum, komu zależy na zaprowadzaniu anarchii i upadku Rzeczpospolitej — prawił.
Zaręba mitygował go, przedstawiając Konopkę w innem świetle i starając się zniszczyć jego podejrzenia i obawy. Majster trwał mocno przy swojem, a na zakończenie rzekł zapalczywie:
— Waszmość mi gotów krzyknąć: Pilnuj, szewcze, kopyta! Zaś ja na to: Właśnie to czynię i na swywolnych i nieposłusznych po szewiecku wezmę się do pocięgla i nie pozwolę sobie odebrać praw przyrodzonych — jakby pogroził, przechodząc jeszcze do Karskiego i zapowiedzianych przez niego wiadomości.
— Jeśli będą ważne — szepnął Zaręba, kierując się do drzwi — czekam o każdej godzinie w nocy.
Wyszedł na ulicę. Stanął przy nim chłopak z latarnią i zasalutował.
— Dobrze, poświeć, a wyciągaj nogi, żebyś zdążył, bo ci ucieknę i dostaniesz figę marynowaną.
— Jestem na służbie, pokornie melduję! — podniósł latarnię, oświetlając swoją kurtę.
— Fajfer od Mirowskich! Któż cię tu przysłał? — zdumiał się czyjejś troskliwości.
— Pan Konopka! Ja się nazywam Felek, proszę pana porucznika — meldował z dumą.
Zaręba przyspieszył kroku. Miasto już spało, zaledwie tu i owdzie świeciło jakieś okno. Deszcz mżył nieustannie. Bełkotały rynny i lało się z dachów. Przemykali się pod samemi kamienicami. Na ulicach było pusto i ciemno, tylko liczniejsze, niźli zazwyczaj, moskiewskie warty stały po rogach i przed kwaterami generałów. Na Krakowskiem spotkali kozaków, człapiących się środkiem ulicy. Liche światła latarń ledwie dawały rozpoznać w ciemnościach drogę.
— A cóż ty robisz w komendzie p. Konopki? — odezwał się Zaręba.
— Co mi przykażą. Dzisiaj, przez cały dzień rozlepialim ze Staszkiem i kamratami raport generała Kościuszka! Zrywalim też z murów rozporządzenia Moskalów i marszałkowskie! Potem byłem w asyście Baraniego Kożuszka pod Krakowską Bramą i gdzieindziej. P. Konopka nakazał krzyczeć przeciw arystokratom!
Spojrzał uważniej na chłopaka: chudy był, niewyrośnięty, o bladej, mizernej twarzy i niezmiernie bystrych oczach, prawe dziecko ulicy, snać przygarnięte przez pułk mirowski i w jego barwy przybrane. Minę miał zadzierżystą i głos starego pijaka.
— Felek, dostaniesz złotówkę, jeśli mi odpowiesz prawdę.
— Wedle rozkazu. Już nie pamiętam, jak złocisz wygląda i jego wnuczka dziesiąta.
— Kto w Indyach, wiesz, na rogu Podwalu i Wąskiej, pobił dzisiaj jednego majstra?
— Nie wiem, pokornie melduję. Ja stałem przy Baranim Kożuszku, a skoro pokazywał lalkę, krzyczałem: Śmierć! W aryergardzie był Staszek ze starszymi... może to oni...
— Masz swoje i zmiataj! Sam już trafię — odprawił go przed pocztą.
— Życzę dobrego zdrowia p. porucznikowi! — pieniądz wsadził w zęby i zasalutował.
Zaręba ruszył ku Karmelitom, pomiędzy kramy gęsto porozstawiane i kałuże.
Wyznanie Felka pokazało w prawdziwem świetle rolę Konopki. Trzeba było obmyśleć jakąś satysfakcyę dla Kilińskiego; był potrzebny dla sprawy i słusznie obrażony. Zwłaszcza teraz, wobec jego zapewnień o związkach z Kościuszką. Poczuł się tem odkryciem jakoś przykro dotknięty! Żeby Kościuszko znosił się tajnie z jakimś tam szewcem! To mu się zgoła nie podobało. Miał to prawie za uchybienie godności wodza.
Jedenastą wydzwonił mu do ucha pektoralik, kiedy skręcał od Karmelitów na lewo, w ciemną uliczkę, biegnącą tyłami domów Krakowskiego ku Bednarskiej. Uliczka była spadzista, niebrukowana i strasznie błotnista; środkiem bełkotała woda, spadająca bystrym strumieniem gdzieś na dół. Domy wynosiły się na wysokich podmurowaniach, że do furt prowadziły strome schodki. Z prawej strony szarzał wysoki klasztorny mur, z poza którego wychylały się olbrzymie drzewa, zaciemniając do reszty. Ledwie rozpoznał kamienicę Barssa; miała zakratowane okna, zaś wybite z obsady stopnie ruszały się pod nogami, niby klawisze. Przystanął, dosłyszawszy jakieś kroki za sobą; szereg cieniów skradał się pod murami. Od strony Bednarskiej również nadchodzili. Wszyscy zmierzali do tej samej furty. Kołatano w jeden umówiony sposób, każdy też wymawiał toż samo hasło.
Otwierały się zamczyste drzwi, jakoby do klatki, zawartej jeszcze z drugiej strony żelazną kratą. Poza nią, w ciasnej sieni, przy mdłym olejnym kaganku ktoś w czarnej masce, uchylając kraty, pilnie zaglądał w twarze nadchodzących. Poczem każdy z przepuszczonych nakładał maskę i krętymi schodkami spieszył na pierwsze piętro, do stancyi, służącej kiedyś Barssowi za kancelaryę. Tam na środku wynosił się okrągły stół, nakryty czarno, zaś na nim ustawione w trójkąt, płonęły trzy woskowe świece, leżała otwarta księga, puginał i trupia czaszka szczerzyła żółte zęby.
Stawali pod ścianami, gdyż prócz krzesła dla przewodniczącego drugich siedzeń nie było. Mówiono szeptem, obtulając się szczelniej płaszczami i nasuwając głębiej kapelusze, żeby się nie wydać głosem ni ruchem.
Izba, słabo rozświetlona, zdawała się napełniać mrocznymi cieniami.
Zaręba naliczył ich trzydzieści trzy, a nie rozpoznał ani jednej osoby. Drażniła go ta tajemniczość. Szczególna zaś woń pachnideł niezbicie wskazywała obecność kobiet. Próżno chciał je rozeznać wśród jednakich płaszczów i masek. Stanął więc na uboczu, pod oknem, coraz niechętniej dysponowany i zły na siebie. O wyjściu jednak nie było mowy. »Obrońcy Wolności« uformowani byli na sposób lóż masońskich i tak samo ich rytuał i chierarchię otaczała nieprzenikniona tajemnica. Na generalnych kapitułach nakładano maski, a zamiast nazwisk oznaczali się numerami na znak doskonałej równości. I pod gardłem nie wolno się było z tego wyznawać przed obcymi. Obowiązywało bezwzględne, ślepe posłuszeństwo. Za cel mieli walkę z tyranią i szczęście ludzkości. Każdą drogę, wiodącą do osiągnięcia tych skutków, uważali za świętą. Na tym punkcie Zaręba najpierwej poróżnił się z nimi. Później znalazły się i drugie przyczyny, iż odstręczał się coraz bardziej.
Niedawna rozmowa z Kilińskim dawała karmę dręczącym podejrzeniom.
— A jeśli istotnie pod temi górnemi hasłami przyczaja się podła zdrada? Jeśli to jeden z nikczemnych sposobów sączenia jadów anarchii? Jeśli tylko jesteśmy tutaj bezwolnemi narzędziami wrogów Rzeczpospolitej? Jak dojść prawdy? — dumał trwożnie.
Jakaś wyniosła postać, zabrawszy miejsce przy stole, uderzyła trzy razy w księgę. Otoczyli ją zwartem kołem, pochylając głowy na znak posłuszeństwa mistrzowi.
— Obywatele! — zabrzmiał surowy głos, nie znał go Zaręba — wyłożę krótko. Za parę dni uderzymy na nieprzyjacioły! Jutro, pojutrze, chwila wybuchu zdeterminowaną będzie. Walka musi być przeprowadzona do szczęśliwego końca. Miecz zemsty spełni, co spełnić powinien. Dnie ciężkich walk przed nami! Ale nie będę mówił, jak tylko o naszych celach — celach obrońców wolności, aby rewolucya dokonała się zgodnie z naszemi hasłami: śmierć tyranom, wolność i równość! Owo jednak, aby krwawy posiew wydał słodkie frukta powszechnej szczęśliwości, powinniśmy wprzódy wyplenić pola ojczyste z nikczemnych chwastów! Zatem konkluduję: Winnych zdrady, winnych tyranii, winnych narodowego zaprzaństwa, ogłaszam za wrogów ludu, wyjmuję z pod praw i sąd otwieram nad nimi. Obywatele, każde nazwisko, jakie padnie, jest obrazem najohydliwszych zbrodni, jest hańbą rodzaju ludzkiego. Mocą sumiennego przeświadczenia powiadam: Winni są. Sprawdzone ich zbrodnie, zważono ich niegodziwości, a wy osądzicie stopień kary, na jaki zasłużyli. Pogwałcona cnota, znieważone sumienie i zdradzone człowieczeństwo, oto straszny, nieubłagany trybunał, który mocen wydać ich ciała śmierci, a imiona powszechnej wzgardzie. Niechaj wschodzące słońce wolności nie oświeci już odrażającego oblicza tyranów. Niechaj zapanuje cnota, równość i braterstwo!
Skończył i zasiadł, wyjmując z zanadrza plikę szarych karteluszów.
— Proszę o głos! — zawołał ktoś z ciżby.
Zaręba drgnął, rozpoznawszy głos Jasińskiego; nie wiedział o jego przyjeździe.
— Na sejmie grodzieńskim — ciągnął pułkownik śpiewnym akcentem — po ratyfikacyi traktatu rozbiorowego szef Działyński pod pozorem masońskiej kapituły zebrał był braci i zelantów na sąd, na którym unanimitate vocum zadekretowano śmierć głównym hersztom Targowicy. Czy był przytem kto z obecnych?
Podniosło się kilka rąk i kilka głosów potwierdziło.
— Więc pytam, zali te wyroki wykonano? — głos jego zaświstał niby klinga. — Nie, ani jeden włos z głowy nikomu nie spadł. Nie dochodzę przyczyny; ni miejsce ni pora. Wołam jeno; a jeśli opieszałość albo, co gorsza, pobłażliwość i teraz jeszcze powstrzyma miecz karzący nad głowami osądzonych, to nasze wyroki stać się mogą igraszkami niegodnemi mężów rewolucyi! Jeśli mamy siłę, uderzajmy nieubłaganie, ale strzeżmy się płonnych pogróżek. Wrogowie je pochwycą i nie zawachają się przed zemstą.
— Jakiekolwiek zapadną wyroki, będą spełnione — zagrzmiał twardy głos mistrza.
— Wotuję ryczałtem za śmiercią wszystkich oskarżonych — dodał jeszcze Jasiński.
Mistrz skinął ręką i gdy zaległo milczenie, przeczytał głośno.
— Ankwicz! Wyrokujcie, obywatele — kartę z tem nazwiskiem rzucił przed siebie.
— Śmierć! — zabrzmiał jeden głos i trzydzieści trzy sztylety uderzyły zapamiętale w kartę.
— Szczęsny Potocki! — czytał, wyjmując z pliki pierwszą lepszą z brzega.
— Śmierć! Śmierć! — spadły gwałtowne ciosy i niby stalowe dzioby poszarpały papier.
— Branicki!
— Śmierć!
— Rzewuski!
— Śmierć!
— Kossakowski biskup — wymawiał, ciskając karty ze wzgardą i nienawiścią.
— Śmierć! — powtarzali, zaciekle bijąc puginałam i, jakoby w żywe serca.
— Prymas!
Zaledwie uderzyło w kartę kilka sztyletów, reszta zawisła w powietrzu.
— Wyrok powinien być jednomyślny. Niema zgody, więc odkładam — wyrzekł mistrz.
Ale zgoda znowu nastąpiła przy nazwiskach hetmanów: Ożarowskiego i Kossakowskiego; obaj zostali skazani na śmierć, jak również i wielu jeszcze innych. Litania oskarżonych zawierała sto kilkadziesiąt nazwisk. Była pomiędzy niemi garść plebejów i żydów, ludzi nikczemnych kondycyi, lecz większość należała do pierwszych rodów Rzeczpospolitej. Już samo wyliczanie robiło wstrząsające wrażenie. Słychać było z pod masek ciężkie westchnienia, czasem stłumiony krzyk, a niekiedy jakby łkanie rozpaczy. Wielu bowiem usłyszało niespodzianie nazwiska swoich krewnych i przyjaciół. Ból, żal, wstyd i gniew zaszarpał niejednem sercem, że tem mocniej, tem namiętniej wybuchały głosy wyroków. Śmierć! Śmierć! Niby płyty grobowe zwalali na głowy wyklętych. I raz po raz na szare kartelusze spadało stado drapieżnych błyskawic, rozdzierających je na strzępy. Zrywał się grzmot uderzeń, jakoby łoskot spadających toporów. Każdy zabijał z mocą najgłębszych przeświadczeń. Niektórzy dawali postać, jakby się potykali, pierś o pierś uderzając, dumnie sprężeni, zasię inni bili skrycie, znienacka i z tem większą zawziętością, jeszcze drudzy ze spokojnym rozmysłem, a z taką siłą, że sztylety więzły w deskach stołu. Byli, których ciosy spadały lękliwie, jakby w obawie, iż z pod nich wytryśnie żywa, ciepła krew. Zwracało uwagę kilka masek sztyletujących z furyą; iż ciosy chybiały kart, ponawiały je, jakby dobijając leżących. Zaręba podejrzewał w nich kobiety.
Prędko skazano kilkadziesiąt osób na śmierć i wykonano wyroki in effigie; resztę, przeszło sto nazwisk, pozostawiono do późniejszej decyzyi.
Poczem mistrz, położywszy dłoń na księdze praw człowieka, uroczyście wygłosił:
— Wyjęci z pod praw i skazani, od tego momentu są poza społeczności obrębem; można z nimi postąpić, jak z dzikiemi zwierzęty — wytępiać bez miłosierdzia. Nie mają być jednak poszwankowani na honorze i majętnościach członki ich rodzin, jeśli w niczem nie zgrzeszyli przeciwko ojczyźnie. Obywatele dwa, trzy i pięć, waszą powinnością dokonać wyroków. Na szubienicach ma być napis: »Kara dla zdrajców ojczyzny«. A jeśliby któren uszedł karzącej dłoni, obwiesić jego nazwisko na placach.
Trzy maski skłoniwszy się przed mistrzem, usunęły się na stronę.
— Obywatele cztery, siedem i dwanaście, zaś waszą będzie powinnością, natychmiast po wybuchu insurekcyi ubezpieczyć skazanych i oskarżonych aresztem, i strażami. Ktoby osłaniał winnych, poniesie karę zdrajców. Wolność! Równość! Braterstwo!
Zamknął księgę, puginał schował i zdmuchnął dwie świece na znak skończenia.
— Za pozwoleniem! — wyrwał się jakiś głos protestujący.
— Loża w ciemnościach; już nikt nie ma prawa głosu — ostrzegano.
— Jeszcze jeden nie został osądzony i to najgroźniejszy.
— Któż taki, kto? — posypały się mimowolne pytania wbrew regulaminowi.
— Król! Żądam na niego sądu i kary!
Milczenie zaległo; skrzyżowały się spojrzenia, powstały szepty.
— Nie udecydowano jeszcze komisarzów, wodzom przydać się mających.
— I nie nastąpiło porozumienie względem oskarżonych dam! — podnosiły się sprzeciwy.
— Żądamy sądu i kary na króla! — wybuchnęły naraz dosyć liczne i natarczywe głosy.
— Jeśli większość oświadczy się za deliberacyami w tej materyi, mogę światła loży zapalić! — ogłosił mistrz jakoś niechętnie.
Miasto wotowań sztylety posypały się na stół, mistrz je przeliczył.
— Trzydzieści wotów affirmative. Zaczem otwieram sądy nad królem.
— Zakładam veto — wystąpił niespodzianie Zaręba — loża obrońców wolności nie może uzurpować sobie praw przynależnych sejmującym stanom! Części nie wolno stanowić o tem, co jeno wola powszechności decydować powinna. Tylko konwokacyjny sejm jest mocen postanowić o najwyższem zwierzchnictwie — mówił z lodowatym spokojem.
— Rewolucya sama jest prawem!
— Rewolucya jest matką nowej ludzkości, nowego życia i nowych praw — krzyczano.
— Ale niema być matką, pożerającą swoje dzieci, jak maciora — padł jakiś głos sprzeciwu.
— Żądam sądu i kary na króla! — powtarzał ktoś swoje z niezmienną uporczywością.
— Jeszcze nigdy królewska krew nie została przelana przez Polaka!
— I nie daj Bóg, aby się znalazł tak odrodny syn ojczyzny! — podniosły się nowe wołania.
— W tem właśnie źródło naszego upadku i hańby — zagrzmiał ktoś namiętnie — w tem właśnie, iżeśmy oszczędzali królewskie łby; w tem, iżeśmy nie plenili mieczem magnackich chwastów! Król mógł działać na szkodę kraju, ale był nietykalny! Magnaci najzdradniejsi również byli nietykalni. A przez to swobodnie wyrastały zbrodnie, rosło uciemiężenie, mnożyli się tyranowie, a lud cierpiał i ginęła Polska. I zginie, jeśli jej nie zratujemy.
— Zbawić jeno może rewolucya! Tylko lud mocen jest wywyższać i poniżać, bo jeno lud panem i źródłem praw. Wotuję za śmiercią Stanisława Augusta, bywszego króla.
— I któż się ośmiela zaprzeczać nam prawa determinowania, nam, głosowi ludu?
— Zaprzeczam! Jesteśmy fakcyą, nie zaś reprezentantami. Zaprzeczać się ważę!
— Odwołaj, nieszczęsny! Zginiesz, zdrajco, królewski zbirze! — zerwała się zawierucha krzyków i wraz też kilkanaście sztyletów godziło w pierś Zaręby jadowitemi żądłami.
— Uderzajcie! Wasza wola! Stawam w obronie prawa! Nie ulęknę się tyranów!
Oczy świeciły złowrogo, puginały groziły coraz bliżej, gniew huczał w głosach; zaledwie mistrz zdołał uspokoić powszechne wzburzenie.
— Jeśli odsłonisz maskę, głos twój pójdzie na deliberacyę — postanowił.
Zaręba zawahał się przez mgnienie, coś, jakby strach, ścisnął mu serce.
— Odsłoń się! Wykluczyć go! Obrońca królów nie godzien zasiadać pomiędzy nami! Precz z Judaszami! Śmierć nieprzyjaciołom ludu! — posypały się głosy, niby kamienie.
— Jestem obrońcą praw i nieprzyjacielem zamaskowanej tyranii — zawołał grzmiąco i zerwawszy maskę, odrzucił ją wraz z płaszczem. Pokazał się w artyleryjskiej, zielonej kurcie, przepasany oficyerską szarfą, z krzyżem virtuti militari na piersiach i przy prostej szabli. Stał prosty, wyniosły, piękny uniesieniem. Był blady, jak płótno, usta mu drgały hamowanem wzburzeniem, ale oczami toczył nieulękle. Postąpił kilka kroków ku mistrzowi.
— Kto to? Zaręba! Porucznik artyleryi! Był delegatem do Paryża! Żołnierz z pod Racławic! Zaufany Kościuszki! — leciały szepty; ustępowali mu z drogi.
— Zdemaskowany niema prawa pozostawać dłużej na zebraniu — padł wyrok.
— Jestem posłuszny prawu i przysiędze.
Skłonił się w stronę mistrza i wyszedł z dumnie podniesioną głową.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.