Karol Śmiały/Tom II/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Karol Śmiały
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1895
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Charles le Téméraire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II.
Dwóch kuzynów.

W czasie tych nieustannych podróży króla Francji, hrabia Charolais, bawił w Gorcum w Holandji.
Jednego pięknego poranku, Olivier de la Marche, koniuszy dworu hrabiego, przybył do księcia Burgundzkiego — przysłany on był przez jego syna z wiadomością, która dla starego księcia miała doniosłe znaczenie.
Pewien rodzaj brawa, przezwanego bastardem Rabempre, dawny sługa księcia, a obecnie od niejakiego czasu zostający w służbie króla francuzkiego, został pochwycony w Gorcum w chwili, w której właśnie dowiadywał się o sposobie i trybie życia hrabiego, o godzinach, w których wychodzi on na przechadzkę i jakie zwykle osoby towarzyszą mu na spacerze. Przyaresztowany w kościele, w którym się chciał ukryć, wspomniony bastard plątał się w swoich odpowiedziach, z czego hrabia wnioskował, że ten człowiek, wysłany został przez króla francuzkiego, celem uprowadzenia go, jak to już miało miejsce przed dwoma laty z Filipem de Bresse i potwierdzał podejrzenie hrabiego jeszcze silniej ten fakt, że towarzysz owego bastarda, widząc go aresztowanym, natychmiast ratował się sam ucieczką — pozostawiwszy łódź w porcie Hermus. W łodzi zauważono około — 40 ludzi załogi.
Wszyscy mniej więcej ze dworu hrabiego tego samego byli przekonania.
Ztąd wniosek najprostszy że Ludwik XI. nareszcie zrzucił maskę i że zaprzysiągłszy nieprzyjaźń, czy tam pomstę swemu rywalowi, starać się będzie bądź co bądź usunąć go choćby podstępem.
Hrabia Charolais skorzystał też z chwili. Ten pozorny pokój, ta zgoda na oko, już mu oddawna ciężyła. Zdrada Croya była teraz dokładnie uwidocznioną. Ci ludzie rzeczywiście byli potężni, posiadali już bowiem Marchją niemiecką, Luksemburg, Marchją angielską, Boulogne i Guignes, Marchją francuską, miasta nad Somą, Hainaut był w ich rękach, otrzymywali podatek należny królom od wina w Valenciennes, wszystkiego tego dokonali w ciągu dwóch lat, zwolna, raz po razie, cios po ciosie. Gdy król francuzki ze swoją chciwością stał po za tymi ludźmi, szli oni naprzód z niepokonanem męztwem i zuchwałością przechodzącą wszelkie możliwe granice.
Hrabia wszystko to wyjaśnił i dał poznać księciu, który zamachom tym oddawna przypatrywał się zaniepokojony i w manifeście wydanym przez siebie wypowiedział wojnę Croy na śmierć lub życie. Najbojaźliwsi ze dworu usunęli się, dwóch z nich w chwili grożącego niebezpieczeństwa, zdołało odszukać schronienie przy starym księciu. Filip obiecał go popierać i bronić, wziął tedy lancę i wyszedł zataczając się i wołając o pomoc.
Nikt jednak nie pokazał się, przeciwnie wszyscy rozbiegali się przerażeni, niektórzy z nich że książę oddawna umarł, uważali go za błąkające się widmo po śmierci.
Od tej chwili młody książę zmienił swoje postępowanie — pozwolił upaść hrabiemu Charolais i przybrał dawną skórę Karola Straszliwego, jak go z samego początku zatytułowała opinja publiczna.
Pierwszym jego krokiem było skazanie na śmierć skarbnika ojca — była to pomsta datująca się od czasów dzieciństwa; prawdopodobnie skarbnik miał mu niegdyś odmawiać szafowania pieniędzy. Następnie od dnia 24 kwietnia 1465 r. zaprowadził podatek, który musiał być płacony w maju — nakoniec wydał rozkaz do całej szlachty w Bourgogne i Niderlandach aby się stawili pod sztandarami w dniu 7 maja.
Stało się.
Dnia 7 maja Karol uczynił przegląd 1400 ludzi zbrojnych i ośmiu tysięcy łuczników, nielicząc w to artylerji zaopatrzonej w śmigownice, tudzież rzucających ogniste pociski, żołnierzy z mieczami trójsiecznemi i wozów.
Przeciwko komu to uzbrojenie?
Widocznem było że zbroi się przeciw wielkiemu krzyżackiemu pająkowi jak twierdzi Chatelain.
Karol nie żaden polityk i człowiek odznaczający się brakiem należytej cierpliwości skorzystał ze sposobności — wywołał nadzwyczajne poruszenie między książętami przeciwko królowi.
Jakąż nową tyranię popełnił Ludwik XI?
Chciał on wprowadzić prawo łowieckie.
— Właściciel, mówi Michelet, zamykał pod klucz swoich włościan; od nieba aż do ziemi wszystko do niego należało, lasy, ptactwo w powietrzu, ryby w wodzie, zwierz w gąszczy krzaku, fale wód które tam płynęły, nawet dzwony, których głos rozlegał się w powietrzu.
Tam, gdzie panu przysługiwało prawo, dzik, koza, jeleń, zając, królik, mogły śmiało zjadać zielone zboże, gołębie pożerać kłosy.
Jednakże w dniu, w którym robiły one zbyt wielkie szkody, pan zbierał sforę psów, konie, służbę — polował na jelenia, na dzika i na sarny, a co zostało nie zjedzone i nie zniszczone przez te zwierzęta, niszczyły kopyta pańskich koni lub nogi pańskich sfor psów lub ludzi należących do obławy.
W Delfinacie w tym samym czasie, kiedy zostali pozbawieni szlachectwa szlachetni, a uszlachetnieni gbury, pierwszą myślą reformy Ludwika XI. była reforma prawa polowania, poprobował wprowadzenia takowego u p. Montmorency. Mając zaszczyt przyjmowania u siebie króla, szlachetny pan chciał uczcić tę wizytę królewską urządzeniem wielkiego polowania, w tym też celu nakazał przywieźć do dworu sidła i sieci, oszczepy i mnóstwo innych narzędzi niszczących.
Król tymczasem, niezawiadamiając wcale o tem owego pana, nakazał staremu słudze, aby te wszystkie nagromadzane narzędzia podpalić a skoro wybuchnie ogień i spłoną, polowanie samo przez się nie będzie mogło się odbyć.
Mówiono, że przygotował równocześnie edykt, na mocy którego ci, którzy posiadają jakiekolwiek narzędzia lub sieci służące do myślistwa, obowiązani są złożyć je w królewskim urzędzie.
To samo rozporządzenie zabraniało tak książętom jak i zwykłej szlachcie polować, pod karą osobistą lub pieniężną.
Pewien szlachcic w Normandji polował i upolował zająca wbrew zakazowi królewskiemu i z oświadczeniem że on jest królem na swoim gruncie, tymczasem król przekonał go, że nie jest nim i że rozporządzeniom królewskim poddać się powinien, a ponieważ tego nie uczynił przeto król kazał mu odciąć ucho.
Zdawałoby się że Ludwik XI. jest nieprzyjacielem polowania, przeciwnie był on zapalonym myśliwym a wszystkie te rozporządzenia dążyły jedynie do tego, aby on tylko jeden w całem państwie mógł polować.
Potem król wydał postanowienia jedne bardzo słuszne, drugie bardzo haniebne: mianowicie co do pierwszego, zapłacił rolnikom szkody zrządzone.
Można czytać w jego księdze wydatków:
Jednego talara ubogiej kobiecie, której charty królewskie zadusiły owcę.
Jednego talara innemu, któremu pies króla nazywający się Magnet, zadusił gęś blisko Blois.
Jednego talara pewnemu człowiekowi, któremu chart zadusił kota, blisko Mont-Louis, na drodze za Tour do Amboise.
Nakoniec:
Jednego talara ubogiemu którego łucznicy przechodząc przez pola, aby wydostać się prostą linią na drogę zniszczyli zboże.
Na taki sposób nie ma ani właściciela ziemi, ani chłopa, jeżeli król który jest panem nad panami, liczy się z chłopem.
Można sobie wyobrazić jak to oburzyło szlachtę.
Król właśnie odebrał im wojnę a teraz odbiera im polowanie, cóż im zatem w końcu zostać ma!
Najbardziej ze wszystkich książąt oburzony był książę Bretanji, który w swych posiadłościach był prawdziwym królem i przez tę rękę tak złośliwie sięgającą po wszelkie prawa i przywileje szlachty, mógł bardzo wiele stracić, będąc ograniczonym w swojej dziedzinie.
Postanowił tedy spłatać królowi równego figla i wysłał do niego wielkie poselstwo.
Ludwik przyjął je bardzo uprzejmie, a nawet usiłował przewodniczącego poselstwa przeciągnąć na swoją stronę, lecz kiedy król sądził że już go skaptował, poselstwo nagle, bez opowiedzenia się wyjechało, uwożąc ze sobą brata królewskiego księcia de Berry.
Chciano wedle panujących podówczas zwyczajów, starszych przez młodszych pokonać, to jeszcze było najlepsze, bo niejednokrotnie i na ojca nastawiano syna.
Dnia 22 marca oświadczył publicznie książę bretański, że jest nieprzyjacielem każdego, kto byłby nieprzyjacielem księcia Burgundzkiego, nawet nie wyłączając i samego najjaśniejszego króla.
Trzy armje zatem miały wyruszyć przeciwko Ludwikowi XI.
Jedna armja burgundzka i flamandzka, pod dowództwem Karola.
Druga armja bretańska pod komendą księcia Bretanji.
Trzecia armja niezadowolonych pod naczelnictwem księcia de Bourbon.
Taka potęga militarna mogłaby nawet zastraszyć dzielniejszego wojownika niż Ludwik XI., on się jednak wcale nie przeląkł, dla tego że nie był właśnie wielkim wojownikiem.
Trzeba i to zaznaczyć że z 27 prowincji całego państwa on tylko posiadał czternaście.
Rozporządzał jednakże znakomitemi oddziałami strzelców z lukami, wyborną ordynansową kompanją i bardzo piękną a dzielną artylerja.
Brakowało pieniędzy.
Takiemu genjalnemu człowiekowi jak Ludwik XI., nigdy nie może brakować pieniędzy. Brakło mu wprawdzie pieniędzy na kupienie nowego kapelusza, ale znalazło się dwieście tysięcy talarów na zapłacenie kupionych miast nad Somą.
Alboż nie miał dobrych przyjaciół między kupcami weneckimi i bankierami we Florencji.
Alboż sądzicie, że to było napróżno, daremnie, bez celu, że pozwolił Piotrowi Medyceńskiemu, swojemu przyjacielowi i wiernemu doradcy pomieścić w herbie trzy lilje francuskie?
Wówczas miał król projekt i nosił się oddawna z myślą, którą nareszcie postanowił przy sposobności urzeczywistnić.
Sposobność ta właśnie nadarzyła się.
Tym zamiarem, tą myślą, tą ideą, była poczta, poczta konna, która miała się następnie zamienić na pocztę posyłkową i listową. Było to naśladownictwo poczty zaprowadzonej niegdyś w cesarstwie rzymskiem, ale Ludwik XI. jak Moljer, brał dobre, gdzie mu się tylko nadarzyło.
Co cztery mile miała być urządzona jedna stacja pocztowa, którędy przejeżdżali kurjery królewskie, ale tylko królewskie nie inne pod kara śmierci.
Król zapłacił sumę, olbrzymią na owe czasy licząc, że za każdego konia po przebyciu stacji wypadało dziesięć sous, na przestrzeń czteromilową.
Tym razem siecią pajęczą otoczył się do koła, wiadomości przychodziły do centrum, z rozmaitych stron — rozkazy zaś z centrum rozbiegały się na wszystkie strony jak rozstrzelone promienie słoneczne.
Następnie zawarł aljans z Czechami i Wenecja.
Wenecja zapożyczyłaby mu galary i statki, Czechy atakowałyby Luksemburg.
Jego inni sprzymierzeńcy, których liczba zawsze wprawiała wszystkich w zdumienie, znaleźli się również.
Sforza wysłał swojego własnego syna Galeas do Delfinatu z 800 ludźmi zbrojnymi i czterema czy też trzema tysiącami zbrojnych pieszych. Ferdynand, bastard, trzymał na uwięzi prowensalczyków swemi okrętami Hrabia Foix przysłał Basków.
Król tedy wyruszył w pole. Jego zamiarem było przerznąć wojsko z jak największą szybkością i pokonywać przeciwników pojedynczo, to jest każdego z osobna.
Taktyki tej trzymał się później sam Napoleon.
Armja francuzka nie odznaczała się wielką liczbą, ale wybornym porządkiem i organizacją, jak niemniej wyćwiczeniem, tak, że oprócz nieprzyjaciela, nikt zgoła nie obawiał się jej zbliżenia: chłopi, duchowni, kupcy nawet czuli się między nią jak najbezpieczniejszymi, stokroć spokojniejszymi i pewnymi niż w samym Paryżu. Nigdy, mówi ówczesny świadek, żołnierz nie miał tak powabnej postawy i takiem nie odznaczał się duchem karności, jak żołnierz francuzki.
Ludwik pomaszerował wprost na Burbończyków. Pozostawił po za sobą Bourges, nietroszcząc się wcale ani o samo miasto, ani o jego garnizon wojenny, była to taktyka jakiej trzymają się obecnie, w naszych czasach. W ciągu trzech dni zdobył Sancere, Saint-Amand, Montrond, Montlucon. — Miasta te same otworzyły swe bramy, widząc łagodne postępowanie swego zwycięzcy.
W przeciągu miesiąca, wszystko byłoby pokończone w Berry, gdyby wojsko księcia burgundzkiego nie trzymało miasta Burges, pokończone byłoby i w Bourbon, gdyby marszałek Burgundzki nie obsadził Moulins.
Ludwik rachował na jedną rodzinę, którą obsypał swemi dobrodziejstwami, była to rodzina Armagnac.
Napisał on do hrabiego, że oczekuje go wraz z synem, a Armagnac na to odpowiedział, że dom jego zawsze wiernie służył Francji i że król nie zawiedzie się na jego przywiązaniu do tronu.
W rzeczywistości Ludwik, czego właściwie dobrze objaśnić nie podobna, od piętnastu lat bastarda Armagnaca obsypywał dobrodziejstwami, oddał mu namiestnictwo Guyenne i Delfinatu, czyli jednem słowem oddał mu klucze, wyrażając się po gospodarsku, pozwolił zawiesić klucze do pasa od Alp i Pirenejów.
Ten bastard d’Armagnac, był nędznikiem już karanym za fałszerstwo i morderstwo, on to właśnie poślubił własną siostrę.
Na ostatku pozostawił sobie Ludwik księcia de Nemours, któremu darował olbrzymie dobra około Paryża, w dyecezjach Meaux, Chalons i Sens. Co większa dziedzictwu temu nadał tytuł parostwa a jego posiadacza pomieścił pomiędzy parami Francji, między księciem Burgundzkim a księciem Bretanji.
Rano pewnego dnia król nakoniec otrzymał zawiadomienie o przybyciu tego Nemoursa i niezmiernie się zdziwił usłyszawszy jego prośbę o udzielenie mu karty bezpieczeństwa.
Poseł od Nemoursa, miał jeszcze i inne żądanie a mianowicie porozumienie się z biskupem Bayeux, który znajdował się w armji królewskiej, ażeby wydać Ludwika XI. książętom, raz dostawszy się do rąk książąt, reformator koronowany musiałby przyjąć postanowienie rady familijnej, złożonej z biskupa Bayeux, i innego jeszcze biskupa, z wyboru którego należał do niej biskup, ośmiu prawników i dwunastu rycerzy.
Ludwik XI przeczuł sprzysiężenie.
Nemours przerzucił się na stronę książąt a hrabia Armagnac przyprowadził tymże sześć tysięcy Gaskończyków przyrzeczonych królowi francuskiemu.
Sądzono że Ludwik jest zgubiony a w najgorszym razie straci zupełnie odwagę.
Bynajmniej.
Znał on okolice doskonale, był to kraj, w którym niegdyś walczył i pokonał własnego ojca, chodziło więc tylko o to, aby książąt oślepić przez szybki a niespodziany napad. Pomaszerował tedy do Verneuil, zdobył i zniszczył miasto i nakazał szturm i wzięcie Gannatu przez marszałka de Comminges, Sallazar, Giresme i Guillaume Cousinot. W ciągu czterech godzin miasto zostało zdobyte; król kazał sobie przynieść jajko i wypił go, podczas kiedy brano szturmem zamek — poczem założył nocną swoją kwaterę w Aigueperse. Nazajutrz obsadziła jego armja wieś Mosat i Marsat — wreszcie wydał walkę armji książąt.
Książęta nie ośmielili się wystąpić do jawnego boju. Książę Bourbon, ukrył się w młynie; książę Nemours stawił się u króla, który mając dziwną jakąś słabość do tego człowieka, dał ucho łaskawe jego protestowi i zgodził się na zawieszenie broni, które obejmowało Auvergne, Bourbonnais, Berry a nawet Marchię Burgundzką, na wypadek gdyby burgundczycy powstrzymali się od dalszych kroków nieprzyjacielskich.
Ze swej strony książęta przysięgli, że królowi, jako swemu legalnemu panu będą służyli przeciwko każdemu.
Wojna ta zakończyła się cudownym sposobem dzięki znakomitej znajomości strategji. Zresztą już był czas po temu aby się skończyła, hrabia Charolais stał o dziesięć mil tylko od Paryża, a król był oddalony co najmniej sto mil od tego miejsca; gdyby Ludwik utracił stolicę, ryzykowałby równie i utracenie korony i całego państwa, o czem wiedział doskonale.
Lecz niczego zgoła nie pominął coby mogło zabezpieczyć Paryż, pozostawił tam Karola de Melun, jednego z najzręczniejszych, któremu najzupełniej wierzył, dowódców, w towarzystwie Jana la Balue, biskupa d’Evreux, mianowanego nie dawno na tę godność a któremu król zamierzał wkrótce wyrobić nawet kapelusz kardynalski.
Karol de Melun ogłosił dawne rozporządzenia o strzeżeniu miasta; straże wnet zostały na rozmaitych punktach ustawione, założono łańcuchy zamykające ulice, odebrane niegdyś mieszkańcom przez Karola VI.
Ludwik nadto napisał do ludności miasta Paryża — dziękował on za ich dla niego wierność, chociaż jeszcze w tym względzie nie dali najmniejszego dowodu, że Paryż jest jednem z miast najukochańszem jego sercu, i zawiadamiał ich, że przyszłe im królowę, aby tam w stolicy państwa nastąpiło jej rozwiązanie.
Równocześnie ze wszystkich ambon, we wszystkich świątyniach, duchowieństwo przemawiało na cześć króla.
Tak cudownie, jak już opisaliśmy, zakończona wojna a wreszcie i artylerja Jana Bureau, której nic oprzeć się niezdołało, prawdopodobnie miały wpływ na modlitwy duchowieństwa. Duchowieństwo bowiem nie odznaczało się wielką życzliwością dla Ludwika.
Hrabia Charolais i hrabia Saint-Pol byli w Saint-Denis.
Razu jednego zapragnęli oni porozumienia się z naczelnikiem miasta Janem Popincourt, panem de Sarcelles i p. Piotrem Leferre, do których należała straż bramy od strony Saint-Denis a to w celu zażądania od nich prowiantów dla Burgundczyków, jednakże wszyscy trzej jednocześnie żądaniu temu odmówili i za pierwszem poruszeniem nieprzyjacielskiem tychże, zdecydowani byli kazać strzelać do nich.
Hrabia oczekiwał książąt, nie wiedząc zgoła że są pobici i że się poddali już królowi.
Występował on jako zastępca księcia Berry, brata króla i imieniem tegoż odbierał wszędzie podatki, cła; w Lagny kazał otworzyć magazyny solne i spalił rejestra podatkowe.
Nagle dowiedział się hrabia Charolais, że król powraca jako zwycięzca i ma zamiar wydać mu bitwę. Przeszedł więc most na Sekwanie pod Saint-Cloud i pomaszerował naprzeciw przeciwnikowi, aby mu tym sposobem przeciąć drogę i niedopuścic do wejścia do Paryża.
Następnie oczekiwał na przybycie z Anjou księcia Bretanii i księcia de Berry; potem zaś pomaszerował ku Fontainebleau, aby zbliżyć się do nich jeszcze więcej.
Ludwik wysłał księcia de Maine, aby tym dwom pomocniczym wojskom hrabiego przejście utrudnił, jednakże książę de Maine nie wierzył wcale w to, aby mu się powiodło w czemkolwiek utrudnić a raczej opóźnić połączenie się, zwrócił swój marsz do Chartres i na nowo w Beaugency zetknął się z królem.
Co zamierzał król?
Czy projekt jego był na to obliczony aby zetrzeć się z księciem Bretanii, czy też z hrabią Charolais?
Zamiar jego polegał na tem że pragnął nie spotkawszy się ani z jednym, ani z drugim, ale jakkolwiek ten manewr należał do najznakomitszych obliczeń strategicznych, potrzeba było, żeby się przedewszystkiem powiódł.
Hrabia de Bresé twierdził, że bretończyków łatwiej będzie można pokonać niż wojska księcia Burgundzkiego i doradził też królowi aby pierwszych zaatakować. Zrobił on przytem bardzo słuszną uwagę, że między bretańczykami znajdują się hrabiowie Loheac, Bueil i Dunois, dawni dworacy i przyjaciele Karola VII, którzy bez najmniejszej wątpliwości nie ośmielą się walczyć przeciwko jego synowi.
— Ależ przecież, rzekł król śmiejąc się, pan sam niegdyś podpisałeś tę ligę dobra publicznego?
— Prawda, odpowiedział równie ze śmiechem tenże, oni mają mój podpis, a wasza królewska mość ma moją osobę.
— Ej, Ej! czy czasem przez obawę nie chcesz pan doradzać mi zrzeczenia się walki?
— Co się tycze tego, to za pierwszą sposobnością dowiodę, że tego wcale nie myślę.
— A więc idźmy tedy ku Paryżowi, nie tracąc serca.
Król Ludwik był upartym, jak wszyscy wojownicy.
Przeciwnie hrabia Charolais widząc się osamotnionym i widząc bretańczyków powolnie postępujących, chętnie bardzo unikał starcia, to jednak nie leżało w projektach i planach hrabiego de Saint-Pol.
W dniu 14. pisał król do Paryża, że w dniu 16. niezawodnie tam przybędzie i nakazał swemu generałowi lejtenantowi Karolowi Melun, aby mu przysłał doniesienie tam wraz z marszałkiem Ruault. Poczem puścił się w dalszy pochód.
W dniu 16. rano, stanął w Chartres; maszerując przez noc całą.
Przybywszy tam, powziął wiadomość że armja hr. Charolais znajduje się w Montlhery.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.