Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Trzeciego Listopada, przed chórem północnym, wszyscy zakonnicy zgromadzili się powołani przez Przeora, do wielkiéj sali zwanéj Definitorium; nikt z braci niewiedział powodu wezwania; wszyscy jednak z posłuszeństwem zakonném pośpieszyli w milczeniu i zasiedli miejsca swoje. Kilka lichtarzy z żółtemi woskowemi świecami, stały w pośrodku na stole przed krzesłem przygotowaném dla przełożonego; naprzeciw, na ścianie wisiał ogromny drewniany poczerniały krucyfix, u którego stóp bielała głowa trupia i dwie na krzyż złożone kości. Nie było to dzieło snycerza, ale ze cmentarza wzięta czaszka zżółkła i dwa nadbutwiałe piszczele. Pod krzyżem w złocistych ramach czerniała twarz łagodna Najświętszéj Opiekunki klasztoru. Na prawo i lewo w ciemnych drewnianych ramach, zawieszone ogromne płótna, okazywały wśród cieniów mało oświeconéj sali postacie świętych, zakonników i królów jak gdyby wyskakujące z zachmurzonego tła obrazów. Zdawali się oni należeć do tego zgromadzenia ojców, siedzących poważnie w stallach dębowych, tak nieruchomie jak posągi lub obrazy. Gdzieniegdzie zabłąkany promyk światła padał ukośnie na blade lica Paulina i otoczoną nimbusem twarz błogosławionego, zarówno je ożywiając. Cichość głęboka panowała jeszcze w wielkiéj sali, niekiedy tylko westchnienie, spadająca z różańca kościana paciórka, szmer cichéj modlitwy lub słowo z ust wymykające się, przerywały milczenie. Ojcowie powoli się schodzili jeszcze, starsi szli o kiju, prowadzeni przez professów, co raz to się otwarły drzwi, i który z zakonników wsunął się z hasłem zwyczajném po cichu wymówionem, zajmując miejsce oczekujące na niego.
Przeora i kilku starszych nie było jeszcze, a chwila oczekiwania na nich zeszła na rozmyślaniu, którego ciężkie dumy widać było po zasępionych twarzach braci. Nareście drzwi się otworzyły i xiądz Kordecki, powolnym wszedł krokiem, zajął miejsce swoje, ukląkł przed krucyfiksem, rozpoczynając ze wszystkimi modlitwę do Ducha Świętego.
Słychać było szmer upadających na ziemię kolan i cichy szept, jakby orzeźwiający dészcz wiosenny, zaszumiał po sali.
— Amen! powstali wszyscy: xiądz Augustyn Kordecki jaszcze chwilę z rękami złożonemi, z oczyma dźwigniętemi w niebo, choć usta miał zamknięte modlił się gorąco, duszą całą. Ojcowie oczekiwali by zszedł ku nim; w powadze, rozrzewnieniu niektórzy, poglądając na niego.
W tém podniósł się żywo, opromieniony, z pogodném czołem, z uśmiechem słodkim, otwiérając usta powitaniem zwykłém w zakonie i tak mówić zaczął.
— Kochani bracia, wezwałem was na radę, bo sam niemogę brać na barki moje wielkiéj odpowiedzialności, w okolicznościach teraźniejszych, kraju i świętego gniazda tego się tyczących. Niema już wątpliwości, że Szwed, który zalał całą Polskę i na naszą twierdzę Jasno-Górską się zbiéra: nie wiemy tylko dnia i godziny. Nie pytam was, bracia mili, czy tego miejsca powierzonego naszéj straży od półtrzecia wieku, bronić będziemy od napaści heretyków, bo to jest obowiązkiem naszym i wątpliwości żadnéj nie ulega, ale radbym zdania waszego zasięgnął o tém, czyli przystoi święty Obraz zostawić tutaj, lub ukryć go należy w bezpieczniejszém, w nieznaném schronieniu. Bronić się musimy i będziemy, do ostatniéj krwi kropli winni będąc przelać tutaj za Boga naszego i wiarę, za wierność królowi poprzysiężoną; ale któż wie? może Bóg niepobłogosławi usiłowaniom naszym, może niepodołamy obronie, może śmierć nas spotkać, a wróg opanować lub zniszczyć Jasną-Górę, godziż się by obraz wystawiony był, nie mówię, na jego razy, ale nawet wzrok urągliwy i szyderski? Mówcie więc bracia i radźmy w imie Boże. Naprzód wy ojcze Ignacy (Mielecki).
Ojciec Ignacy krzepki starzec z siwą włosów koroną, olbrzymiéj prawie postawy, pogodnéj twarzy ale surowego wejrzenia, skłonił się przełożonemu, spójrzał po braciach, jakby się wymawiał, że piérwszy głos zabiera i tak mówił:
— Bronić się heretykowi konieczna i piękna, umrzéć bodaj w obronie tego świętego miejsca, jak straży przystało, którą wódz postawił na ważném stanowisku; chlubnaby nam była. Podołamy walce bo nas Bóg-człowiek Odkupiciel nie opuści i Matka Najświętsza płaszczem łaski swéj osłoni. Nie znajdzie się tu pewnie ktoby radził poddanie sromotne. Prawda, że kraj cały pokląkł jako obłąkani Izraelici przed cielcem złotym, ale komuż jeśli nie nam, dać przykład wytrwania i dochowania przysięgi? Co się tycze świętego obrazu, o ile umiem słabym umysłem radzić i wnioskować, skryćby go należało wprzód niżeli wróg nadejdzie; skryć także srébra i drogocenne kościoła naczynia i ofiary, aby się niémi heretyk nie cieszył, jeśli Bóg na nas dopuści zniszczenie. Sami pozostaniemy świętego miejsca, do ostatka żołnierzem wiernym i nie wzdrygniemy się boju.
Przeciwko xiędzu Mieleckiemu oświadczył się ojciec Jan, wnosząc by w razie obrony obraz pozostał w miejscu, dla zagrzéwania ducha i opieki; dowodząc że kapłani i lud zarówno odważniéj bić się będą, widząc Orędowniczkę przy sobie i stojąc w jéj obronie.
Na co xiądz Mielecki odpowiedział, że bezpieczeństwo obrazu i miejsca pogodzić się mogą, gdyż o ukryciu prawdziwego wizerunku, a włożeniu na miejsce jego kopji zupełnie podobnéj, zakonnicy sami tylko wiedziećby powinni.
Po nim wezwany kaznodzieja xiądz Stradomski w podobny odezwał się sposób, ale obszerniéj unosząc się z zapałem, rad nieco wrażeniu, które widocznie czynił. Dodał on, że o miejscu ukrycia obrazu, dla krewkości ludzkiej, na wszelki wypadek, dwóch tylko ojców wiedzieć mają oprócz przeora i ci przysięgą winni się będą zobowiązać, że schronienia nikomu nie wydadzą.
Trzéj czy czteréj ojcowie z małą różnicą, powtórzyli zdanie piérwszych i nie rozszérzali się wcale; koléj przyszła na xiędza Piotra Lassotę, a ten w początku zaniemiał, lecz przynaglony od Przeora, jakby się obawiał powiedzieć co myślał, nieśmiało głos podniósł:
— Nie spieszę — rzekł, z myślą moją, bo złą być może, a przecież winienem ją, choćby grzeszną i ułomną, wypowiedzieć jaką jest we mnie. Przebaczcie mi więc ojcowie, jeśli waszego nie podzielam zdania, ani mi za złe bierzcie, że mam własne. Z wami razem skoro taka wola będzie starszych, gotów jestem ochotnie walczyć i ginąć, z radością życie niosąc nikczemne na ofiarę Panu Bogu mojemu, ale sądzę, że nie mnicha jest rzeczą walczyć i krew przelewać. Nam w udziale dostała się modlitwa, rozmyślanie, rozmowa z Bogiem i pokuta; miecz nie powinien dotknąć rąk zakonnika, nieprzystoi mu zbroja, a morderca dwakroć grzeszy, gdy jest posłannikiem Boga, który ma nieprzyjaciołom przebaczać i drugi policzek nastawić rozkazał. I nie naszą to rzeczą, i nie naszych sił sprawa, obronić twierdzę Jasnogórską od silnéj wprawnego i mocnego nieprzyjaciela napaści, winni będziemy krwi przelanéj, a cóż gdy się ona na nic nie przyda i tylko wroga rozjątrzy? wezmijmy więc skarb nasz jedyny, obraz święty na ramiona ubodzy, pieszo, z krzyżem w ręku wynijdźmy ztąd, zostawując skarby ludziom co do nich przywiązują cenę, a sami schronimy się do Głogowa lub innego jakiego klasztoru na Szląsku.
Gdy to mówił xiądz Lassota, a mowa jego zdawała się jednać sobie chętne przyjęcie u niektórych braci, Przeor powstał:
— Prosiłem rady: jako szczérą a z serca pochodzącą, przyjmuję ją wdzięcznie, rzekł, ale się na to zdanie wasze zgodzić niemogę. Zakonnik w potrzebie walczyć, i bronić świętości powinien, a nie poddawać się nieprzyjacielowi wiary. Mamy tego dowody w ustanowionych przez świętych założycieli, Zakonach Rycerskich, które ore, corde et ense pracowały na zbawienie swoje i ludów; mamy tego przykłady w piśmie świętém i w dziejach mężów, których orężowi błogosławiło niebo. Przysięgaliśmy wszyscy jako obywatele kraju naszego, na wierność królowi Janowi Kazimierzowi, nie godzi się nam łamać i lekce ważyć przysięgi. Mamyż, gdy na nas oczy kraju całego są obrócone, gdy wszyscy wyglądają ztąd cudu aby się nim pokrzepić, ustąpić ocalając życie, a zostawić miejsce święte jako gniazdo próżne, na łożysko heretyckiéj gawiedzi, by je niezastygłe jeszcze, bluźnierczą mową i sromotnemi czyny splamili? Święty to obraz, święty stół, bracia moi, ale uświęcona nim przez wieki Jasna-Góra, równie dla nas drogą być powinna. Tu walczyć, tu stać, i tu jeśli wola Boża, zginąć nam przystoi.
Xiądz Piotr Lassota skłonił głowę i nic nie odpowiedział, a dalsi ojcowie wotowali raczéj za przeorem, niż za nim. Kilku tylko jeszcze, z innych powodów, przypominając słabość miejsca, niedostateczne środki obrony, radzili wytargować sobie jak najkorzystniejsze warunki u Karola Gustawa, posłać wcześnie do Wütemberga, do Horna, do przyjaznego dawniéj miejscu świętemu Wejharda i przewlekając poddanie, czekać dalszych wypadków.
Gdy głosy zebranemi zostały, okazało się, że znaczna większość była za ukryciem bezpieczném a niezwłoczném obrazu świętego i za obroną do ostatka Jasnéj-Góry. Z radością widoczną obliczył je przeor i przemówił jeszcze dodając ducha mniejszości:
— Wiary! wiary! wiary! potrzeba nam; o nią prośmy tylko, o nią błagajmy, módlmy się o nią, a zwyciężym. Samson szczęką oślą pobija Filistynów, Dawid maluczki kładzie trupem Goljata olbrzyma, bo z nimi jest duch Boży; — nie zawsze siła tylko przemaga, zwycięża! z kim jest Bóg. Mamy wielkich Orędowników w niebiesiech, a choć grzeszni, w chwili gorącéj modlitwy, podniesiem głos by nas usłyszał Ojciec. Wiary tylko, wiary silnéj, wiary niepożytéj i potężnéj. A nawet po ludzku już rachując i nielicząc posiłków anielskich, które to święte miejsce otaczać będą; czemużby twierdza tak mocna, budowna, w przybory wojenne obfita, w żywność zasposobiona, staćby i wojskom wielkim opierać się niemiała? Widzieliśmy przykłady u nas zamków i grodów, które cierpliwością i wytrwaniem dziesięćkroć silniejszego napastnika przemogły. Inna jest napadać a bronić. Jeśliśmy my nie wojownicy, znajdą się wodzowie biegléjsi, co nam rady i przewodnictwa nie odmówią, znajdą się posiłki, byle wiara była!
Domawiał tych wyrazów, gdy do drzwi Definitorium zapukano. Profess Rudnicki otworzył je, poszeptał cóś z cicha i zbliżył się do przełożonego.
— Stróż od bramy przyniósł to pismo, pilne jak powiada, żebraczka Konstancja mu je podała, jéj zaś konny jakiś pod mury podjechawszy rzucił ze zleceniem, aby je natychmiast do przeora zaniesiono.
Xiądz Kordecki rozwinął zbrukaną kartę i odczytawszy rzekł powolnie:
— Nowe to potwierdzenie wieści o zbliżaniu się Szwedów i zamiarach ich na Częstochowę. Ktoś to przyjazny nam, znać z kwarcianych, czy z innego polskiego żołnierza, umyślnie oznajmienie to przysłał. Ręka i styl nieznajomy, ale myśl poczciwa.
I począł czytać po łacinie w te słowa:
Szanowni Ojcowie!
Rzeczą jest niezawodną, że postanowiono już uderzyć na Jasną Górę, i piérwszéj wycieczki spodziewać się możecie najdaléj w pięć lub sześć dni po odebraniu téj wiadomości. Wyznaczony do tego hrabia Wejhard Wrzeszczewic katolik, niegdy opiekun i dobroczyńca klasztoru waszego, ale Szwedowi przyjazny, który od razu może gwałtownych nie użyje środków; lecz jeśli mu się nie uda zająć twierdzy, znaczniejsze siły podesłane będą. Nie traćcie nadziei pora opóźniona nie do wojny, z Polaków nikt na Jasną Górę się nie porwie, zamknijcie się co najrychléj, nie wpuszczajcie tylko pewnych i znajomych, a resztę Bogu powierzcie.
List ten podpisany był tylko trzema krzyżykami. Słuchali czytania jego ojcowie spokojnie, aż xiądz Ignacy Mielecki się odezwał.
— Jeśli hrabia Wejhard wysłany zostanie, nic nam złego zapewne uczynić nie zechce; znany to przyjaciel zakonu i czciciel świętego obrazu; imie jego w xięgach ofiar nie jeden raz zapisane; miałżeby chcieć łupić co zbogacał, znieważać co czcił?
Bóg to wié, rzekł Przeor, a ostróżność nie zawadzi; tym czasem dziś jeszcze pójdziemy poklęknąć przed obrazem, który już jutro w Częstochowie znajdować się nie będzie. Ojcowie strażnicy, co za nim pojadą wyznaczeni będą po chórze północnym, ja sam go wywiozę do bezpiecznego miejsca z niemi; drudzy zabiorą srébra klasztorne, które w stawie zatopić wypadnie pod miasteczkiem. Mieszczanin tam jaki oko na nie mieć może. Resztę klejnotów naszych zatopiemy dziś jeszcze. Ludzie z wiosek klasztornych, z Krowodrzy, Grabowki, Lgoty, Dzbowa w części już sprowadzeni, nad rankiem i koło południa zresztą pośpieszą. A teraz kończmy jakośmy zaczęli, z Bogiem, modlitwą.
Na tém skończyła się narada i nazajutrz rano, choć nikt nie wiedział o podróży Przeora, o uwiezieniu obrazu, choć nic nie zmieniło się w kaplicy i nabożeństwie, a obcy zamiany by poznać nie mogli; prawdziwy wizerunek Częstochowski daleko był już od tego miejsca, na którém kilkaset lat przebywał; w jego zaś ramach, sukience i klejnotach, kopia zupełnie podobna, jakich zawsze kilka w pogotowiu miano, zawieszona została. Srébra klasztorne zamknięte w beczki, utopiono w stawie tejże nocy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.