Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Na podniosłém wzgórzu skalistém, wśród okolicy zasianéj wioskami, pagórkami na których stérczą zamków zwaliska, piasczystemi przestrzeniami; wśród widnokręgu opasanego w dali sinych gór pasmem, wznosi się klasztór i kościół Częstochowski, około którego siedziby ludzi, lasy, pola, grody, kaplice zdają się jak ciżba posłuszna, przed panem pochylać czoło. Stary ten gmach warowny, zamczysko Maryi, budowany powolnie przez długie wieki, obwiedziony murem jak rycerskim pasem, którego brama zdaje się zdala klamrą ozdobną, ścianami kościoła wybiegł wysoko po nad inne budowy, a wyżéj jeszcze nad nie wieżyca z gankami, spięła się pod obłoki na ramionach krzyż piastując złocisty. Nieco niżéj, pod cieniem jego, na dachu kościelnym, w promienistém kole, obraz Najświętszéj Panny, wskazuje mnogim zdaleka pielgrzymom, że tu ich opiekunki, stary a święty wizerunek złożono. Do koła gmachu kościelnego ciśną się przybudowane kaplice, ule z których jak brzęki pszczół, dolatują głosy modlących się zakonników, pszczółek téj Bożéj pasieki. Tuż blisko kilką facjatami bieleje klasztór obszerny i piękny, po którym znać, że go królewskie i książęce wznosiły dłonie, że go troskliwa wiernych zdobiła pobożność, że go rozszérzała gorliwość ludu o chwałę Bożą i chwałę Maryi. Wcześnie to święte miejsce, w rycerskim kraju, na pograniczu stojąc, kilkakroć napadane i rabowane, przywdziało zbroję murową. Po rogach kortyn strażnice krągłe i czworogranne, różnych lat i pochodzenia, z kolei przyszły pilnować Jasnéj-Góry, i zwrócone w różne strony poglądają jakby czuwały od nieprzyjaciela.
U podnoża góry o kilkaset kroków od twierdzy Jasno-górskiéj nie wielki kościołek Ś. Barbary, świeżéj jeszcze budowy, bo lat zaledwie kilkadziesiąt liczący, błyszczy się po nad nowicyatu klasztornego kamienicą. Z drugiéj strony kościół Ś. Rocha patrona od morowéj zarazy, łączy niejako twierdzę z miasteczkiem klasztorném, którego Fara starożytna po nad czarne dachy mieszczańskich domóstw dźwiga się poważnie. Do koła murów, znać dawno niewidziały wojny i niesłużyły za ochronę; — poczepiały się swobodnie drewniane klatki, jak gniazda jaskółek, coraz rozprzestrzeniając się daléj a szérzéj. Są to kramiki przekupniów, którzy pod mitrami klasztoru stoją czekając na pielgrzymów z pamiątkami Jasnéj-Góry, i znajdziesz u nich obrazki Bogarodzicy wielkie i małe, drogie i tanie, złociste i skromne, na blasze i na papierze; pobożne książeczki, pieśni na chwałę Bożej Matki, szkaplerze z Jéj imieniem, krzyżyki, paciórki, różańce i owe listy misternie sztychowane, w których środku błyszczy obraz cudowny, i tysiące innych drobnostek, co je w każde święto i niedzielę święcą Paulini u ołtarza, ocierają o cyprysową deskę i rozdają nazad wędrowcóm. Znaczna tu część uboższych mieszczan pod płaszczem swéj opiekunki na życie zarabia, żywiąc się pobożnością tłumów, które falami płyną do cudownego obrazu.
I dziś tu nie pusto; lecz jakże tu było w święte owe, w złote wieki wiary niezachwianéj jeszcze i gorącéj czci Bogarodzicy. Nietylko Polska cała, Ruś, Litwa, Mazowsze, Szląsk pograniczny dostarczały pobożnych pątników; słały je Czechy, Morawy, Węgry i Niemcy i dalsze świata kraje, bo obraz Częstochowski na cały świat słynął. I jak do Rzymu z południa, tu z całego północo-wschodu Europy długie karawany pielgrzymów szły z modlitwą i pieśnią do Orędowniczki strapionych. Jak u ogniska wielkiego koła skupiają się promienie, tak tu jednoczyły się i spotykały, ze wszech stron biegnące tłumy, schodząc pod Jasną-Górą z jednemi łzami, z jedną modlitwą, — Poratuj!
Ci szli pieszo, bogate wiodąc za sobą cugi i liczne dwory, których pomocy dobrowolnie się wyrzekali; drudzy powolniéj jeszcze, trzy kroki naprzód dwa nazad postępując, sunęli się z gorliwemi prośbami, inni pielgrzymowali o chlebie i wodzie, inni o jałmużnie i ubóstwie umyślném ofiarowaném Bogu, inni pokutując wlekli się na kolanach, dźwigając na sobie krzyże i ciężkie łańcuchy; a wszyscy ci cierpiący boleścią i cierpiący grzechem, zboleli i potrzebujący pomocy, schodzili się ubogi z bogatym, wieśniak z senatorem razem u jednego ołtarza, równemi dziećmi jednéj matki. Piękny to był i rozrzewniający widok, gdy naprzeciwko strudzonym pielgrzymóm, wyszli Paulini z krzyżem, z chorągwiami, witając ich i wiodąc do przybytku, którego straż powierzona im była. Znużonym naówczas przybywało siły, wypłakane oczy łzą się świeżą zlewały, modlitwa gorliwszą i gorętszą wyrywała się z ust spiekłych, i każdy padając na twarz przed odsłonionym obrazem, uczuwał jakby mu brzemię wielkie z ramion się stoczyło, jakby cały ciężar boleści złożył u stóp Najświętszéj Matki.
Obraz ten na Jasnéj-Górze od wieków już przyswiecał Polsce błogosławioném światłem cudu, budząc w sercach wiarę, przywołując grzeszników ku sobie, sypiąc jak płomieniami, łaskami do koła. Niebyło nikogo coby ztąd odszedł niepocieszony, nierozrzewniony, nieuspokojony na duszy, maluczką ofiarę swéj boleści złożywszy przed matką tego, który Bogiem będąc chciał dla nas cierpieć, jak człowiek i jak złoczyńca umiérać. Wpatrując się w obraz téj Matki Bolesnéj, tego ukrzyżowanego Boga, malało i drobniało cierpienie ludzkie, wspomnieniem wielkiéj, krwawéj, tajemniczéj ofiary. Od XIV wieku obraz piastowała Jasna-Góra, a królowie i książęta, ubodzy i żebracy zarówno z możnemi, do podniesienia tego tronu patronki królestwa się przyczynili. Każdy tu przyniosł co mógł, król dał garść złota, hetman buławę swoją wieszał u obrazu, ubogi święcił mu pierścień swój ślubny, żebrak woskową nogę lub rękę lnem obwiniętą kładł z groszem u skarbony. Biskup przekazywał swój kielich złoty, ślachcic zawiészał lampę; każdy stroił, ubiérał, bogacił to miejsce, imie swe zapisując dobrodziejstwem. I z tych ofiar tysiącznych wznosił się powoli kościoł, dźwignęły mury klasztorne, wyrosła wieżyca, zabłysły ołtarze, lane ze srébra posągi świętych stanęły orszakiem przy obrazie Bogarodzicy, a skarbiec stał się istotnie skarbcem, bo w nim droższe od klejnotów, gromadziły się pamiątki.
Nie było domu, nie było kościoła, gdziebyś Najświętszéj Panny Częstochowskiéj nie znalazł, a cudami wsławione jéj wizerunki, rozsiane były po całym kraju; w Głogówku na Szląsku, w Sokalu na Rusi, w Topolnie Pruskim, w Uchaniu na Wołyniu, w Oporowie księztwie Łowickiém, we Mstowie, Krakowie, w Neustadt w Austrij, w Rzymie nawet pobożni niemogący dostać się do Częstochowy, znajdowali obrazu świętego Łukasza kopje, równie cudowne jak cyprysowa deska, na której wedle podania, ewangelista w chwili natchnienia odtworzył oblicze Najświętszéj niewiasty. Drobne obrazeczki były wszędzie, w chatach wieśniaków nad łożem ubogiém, na zbroi ślachcica, na pierścieniach kobiét, u mniszych różańców.
Możem-że niepowiedzieć choć słów kilku o dziejach tego miejsca i obrazu?
Jak wszystkie starożytne pomniki, Częstochowska Bogarodzica, ma swoją historją, na wpół poemat — legendę, na wpół kronikę; nie brak tu jak w każdym wianku co go plotły wieki, różnego rodzaju kwiatów, prawdziwych i robionych. Z ust do ust przechodząc podanie wykrzywiło się w jednych, wyrosło w drugich na pieśń pobożną; a ci co je spisywali, chcąc pogodzie historją z marzeniem bogobojnych, zagmatwali więcéj jeszcze tajemnicze dzieje świętego wizerunku. Przebył on różne i dziwne koleje.
Wieść niesie, że Ś. Łukasz malarz-ewangelista, ów patron artystów, twarz Bogarodzicy sam w zachwycie odmalował na stoliku cyprysowym, który służył świętéj dziewicy, na którym wedle słów legendy „roboty odprawowała i pismo święte czytała, o tajemnicach i rzeczach niebieskich rozmyślając. Stolik ten, tablicę tę, łzami swemi świętemi skrapiała i poświęciła, a gdy posiłku była potrzeba, przy nim używała pokarmu.”
Na téj to desce cyprysu, którą sam Jezus, przybrany syn ubogiego cieśli, miał ręką wszechmocną na prosty stół dla matki wyciosać, dając nam przykład pracy, malarz święty twarz Bogarodzicy z synaczkiem na ręku, wyrył dla pobożnych niewiast Jerozolimskich. Obraz ten w ciągu wieków przechodził rąk wiele, nim się do Polski dostał. Miała go sobie objawionym Cesarzowa Helena (gdyż w zburzeniu Jeruzalemu przez Tytusa, cudownie ocalał) i uwiozła go z sobą do Konstantynopola. Irena ocaliła go od wściekłéj zajadłości Ikonoklastów. Nicefor Cesarz nareście uczynił z niego ofiarę Karolowi Wielkiemu (803 — 810). Późniéj wizerunek ten towarzyszył wojownikowi w jego wyprawach; lecz jak przeszedł od tego podbojcy Słowian do słowiańskiego na Rusi ksiażęcia, Bóg to wie jeden. Znajdujemy go późniéj w ręku Władysława księcia Opolskiego, wedle podania w Bełżu, lub prawdopodobniéj na innym jakim zamku w jego posiadłościach. Częstochowa późniejsza strażniczka téj relikwij, która miała Polsce patronkę zachować, była naówczas niewielką osadą, w pobliżu potężnego Olsztyna. Olsztyn dzieło ręki ludzkiéj, dziś w gruzach i upadku, Częstochowa pobożności wieków córka, przeżywa jego ruinę, coraz się wyżéj podnosząc. W czternastym zdaje się wieku, miejsce to silniéj wzrosnąć musiało, znaczniejsza utworzyła się tu osada, a Władysław Opolski, który za niespokojne posiadanie Rusi zamienił w r. 1377, księztwo Dobrzyńskie, Bydgoszcz, ziemię Wieluńską i starostwo Olsztyńskie, pierwszym był zakładzcą przyszłéj wielkości świętego miejsca.
Czy na zamku w Bełżu, czy gdzie indziéj, bo te podania trudno z historją pogodzić, Władysław oblężony został przez Tatarów — ów bicz Boży na słowiańskie ziemie, którego chłosta wyrobić miała w ludach rycerskiego ducha, męztwo i siły na przyszłość. Najście było Tatarskie gwałtowne, niespodziane i zastało księcia z garścią ludzi, bezsilnego, więcéj rachującego na pomoc Bożą, niż na odwagę załogi. Obraz był naówczas w domowéj księcia kapliczce; przed nim padł na twarz z rzewnemi modły, błagając o ratunek Władysław. Gdy na modlitwie klęczy, a załoga jak może opiera się jeszcze Tatarskiéj nawale, strzała poganina brzękła oknem kaplicy, świsnęła nad głową księcia i uwięzła w szyi obrazu. Na widok tego świętokradztwa, którego ślady nosi deska do dziś dnia, książę ze łzami zawołał o pomstę do Boga. I oto, burza z gromami i wichrem ogromnym przyszła w odsiecz oblężonym; popłoch się wszczął między oblegającemi; załoga wsparta piorunami i ciemnością wyskoczyła, xięcia mając na czele; Tatarzy uciekli rozbici. Po tém zwycięztwie nad niewiernemi, Władysław cudu pamiętny, obraz chciał uwieść z sobą na Szląsk do Opola, ale objawienie we śnie, wskazało mu, by go w Częstochowie zostawił.
W r. 1382 Wizerunek święty stanął na miejscu przeznaczenia i powierzony został straży Paulinów, zakonu w Węgrzech z pobożności i gorliwości wsławionego. Wśród rozległéj płaszczyzny, którą przepływa Warta dążąc ku Odrze, na wzniosłéj skalistéj górze, panującéj szerokiéj okolicy, pobudowano piérwsze domowstwa dla zakonników, a stary kościołek już tu istniejący, opromienił się nową świętością i stał zarodem gmachów, które wieki powolnie wznosić miały.
Paulini, zakon zwany braćmi śmierci, mieli sobie nadane niektóre wsie w okolicy, czynsze, dziesięciny i dochody z młynów i miodów. Po śmierci Ludwika, Olsztyńskie starostwo z Częstochową powróciło do Polski choć nie rychło. Władysław Jagiełło z Królów naszych, był piérwszym dobroczyńcą tego miejsca. Paulinom dodano Częstochowę starą, kilka wsi bliższych i roczny dochód z czynszów miejskich. Uwolniono klasztor od ciężkich naówczas obowiązków, podejmowania własnym kosztem urzędników i posłów. Pobożny Jagiełło w lat kilkadziesiąt późniéj, stanowił swoje nadania, gdyż już sława Częstochowskiego obrazu rozszerzając się coraz głośniéj, nie tylko z Polski, ale ze sąsiedniego Szląska, Morawji, Pruss i Węgier, zwabiała tysiące pielgrzymów.
Jak niegdyś za Chrobrego, lud jeszcze świéżo z pogańskiego błędu do wiary przyszedłszy, zdjęty chciwością, napadał na świéżo założoną pustelnią, o bryle złota w niéj posłyszawszy; tak i tu znowu mnogość ofiar, rozgłos skarbów, wznieciły w ludziach zarażonych niewiarą Hussytów, a niewiele pojmujących świętości, żądzę rabunku i łupieży. Nieszczęściem swoi to nawet, pod imieniem Hussytów ukryci, zebrawszy włoczęgów i rabusiów z pogranicznych krajów, byli sprawcami tego napadu na Częstochowę. Niejaki Jakób Nadobny z Rogowa Działosza, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa Sreniawita i inni jacyś, zebrawszy ciurów ze Szląska, z Czech i Morawji, w sam dzień Wielkiéj Nocy wpadli na Jasną-Górę nieobronną wówczas jeszcze i stojącą otworem bo nieobawiającą się napaści, tak ją zdawała się świętość obrazu osłaniać. Szukali oni skarbów, a znaleźli to tylko, co pobożność w ofierze złożyła na ołtarzu: kielichy, krzyże, blachy okrywające cyprysową tablicę, i poświęcone naczynia kościelne. Jęli się więc tego rabusie i sam nawet obraz z ołtarza wydarłszy unieśli, zapewne dla bogatych jego sukni, których zerwać nie mogli: chcąc odbić blachy, szablami i rapirami cięli kilkakroć starożytny wizerunek; ale nie mogąc tego dokonać, nawet połamawszy deskę, rzucili ją i uciekli. Zbrodnia ta ukryć się nie mogła, dwaj naczelnicy i z nimi spólnicy ich, w więzieniu lub pod mieczem życie skończyli Poczciwi mnisi późniéj, niechcąc przypomnieniem występku kalać rodzin niewinnych, złożyli to na Hussytów; i choć Działosza i Sreniawa dowodziły napadem, wina spadła na inowierców.
Podanie mówi, że świętokradzcy wielkością swéj zbrodni przejęci, jakby obłąkani, czy to dla ciężaru jakim cudowny obraz na wóz rzucony od porwania się bronił, czy z innego powodu, o ziemię nim cisnąwszy, rozłupali go między Krowodrzą a Dżbowem; sami w większéj części nagłą śmiercią poginęli. Zakonnicy ochłonąwszy z przestrachu, biegli zapewne szukać śladu złoczyńców, gdy natrafili na obraz w błocie leżący i strzaskany. Dla obmycia świętego Wizerunku wytrysło źródło, gdzie późniéj stanął kościołek świętéj Barbary. Napróżno starano się cięcia mieczów i ślady uderzeń zamalować; pozostały one na świadectwo o występku wiekuiste; stokroć zakryte, zawsze na wierzch wracały, i dotąd są jakby męczeństwa obrazu blizną.
W piętnastym wieku Paulini, z téj szkółki i rozsadnika częstochowskiego, rozeszli się po Polsce, niosąc z sobą wszędzie cześć Matki Bożéj Częstochowskiéj: do Pińczowa, do Wielunia, Włodawy i innych miejsc. Nowy napad Czechów w r. 1466 spustoszył Częstochowę i okolicę; mnisi jednak okupić mu się mogli i świętokradzkie dłonie nie dotknęły obrazu. Odtąd cicho było na Jasnéj Górze, rosły tylko nadania, cisnęli się tłumnie pielgrzymi, sypały pobożnych ofiary. Kazimierz Jagiellończyk przybywa z rodziną i dworem, pomodlić się przed Opiekunką Polski, niosąc Jéj nowe dary królewskie, nadania włości i swobód. Królowie wszyscy potwierdzają przywileje poprzedników, pomnażają je i bogacą Kościoł i klasztor. Sama osada częstochowska pod skrzydłami Orędowniczki, wzniosła się znacznie, urosła, i pomnożyła w ludność, z mieściny na gród poważny wychodząc.
Zygmunt, piérwszy wzorem braci, złożył na ołtarzu nie tylko kartę konfirmacyjną, ale droższe dzieło rąk swoich. Król ten artysta, co kochał się w tworach sztuki, i sam je w chwilach odpoczynku dokonywał z pomocą biegłych kunsztmistrzów, ofiarował Relikwiarz w kształcie krzyża misternéj roboty, z częścią drzewa Krzyża świętego i wielką piękną monstrancyą. Skarbiec częstochowski musiał już wówczas zawierać mnóstwo szacownych darów i drogich pamiątek, których część do naszych czasów dochował; gdy Zygmunt umyślnym listem upominał Paulinów, aby ich nie trwonili.
Odtąd wznosiła się, budowała tylko i stroiła Częstochowa.
Za Zygmunta III., gdy smak w budownictwie nowém coraz się bardziéj upowszechniał, a stare drobnych rozmiarów kościołki gotyckie, po całéj Polskie na wielkie gmachy zmieniać poczęły; w chwili może gdy najmniéj modlić się miano, a najbardziéj pobożnemi okazywali wszyscy, częstochowski Kościoł i klasztor, zapragnąwszy zrównać się z innemi, poczęły dźwigać do góry.
Świątynię murem otaczać, wznosić budowy okazalsze i trwalsze czynnie zaczęli Paulini, w samą porę, bo znów napady i niepokoje do czuwania zmusić ich miały. W końcu piérwszéj ćwierci XVII. wieku już mur okolny przynajmniéj otaczał Jasnéj-Góry szczyty. Rzym obdarzył ją przywilejami i odpustami domu Loretańskiego, którego szczątek zachowywała, bo stołu brakło w Lorecie.
Ofiara ubogiego zakonnika, ostatniego mówcy, co gorzał płomieniem wiary, xiędza Piotra Skargi, godną jest wspomnienia; przysłał on do ołtarza gromnicę ręką swoją zlepioną; — dopaliła się z nim razem i zgasła w chwili jego zgonu.
Na cóż w tych wspomnieniach Częstochowéj, musimy zapisać i zjazd Arcy xięcia Karola Rakuskiego z Zygmuntem III.; gdzie w wojnę nieszczęśliwą wciągniony został król Polski, za sprawę niemiecką?
Syn Zygmunta pobożny i waleczny Władysław IV. obsypał darami Częstochowę; sam on w r. 1633 jakby błagając o siły nieba na trudne panowanie nad krajem, upadł twarzą i westchnął do Matki Bożéj. On, także jakby przeczuwał przyszłe wichry i burze, przyśpieszał ukończenie rozpoczętéj twierdzy i otoczył przybytek ten od napaści, którą nie wiem czy przewidział. Prorocze chyba miał oko i serce prorocze, a może tęskne przeczucie mówiło mu, że nie zostawi polonika i w ręce słabego Jana Kazimierza odda Jagiellońskie berło.
Bytność Władysława IV. złamanego chorobą, bezsilnego przed starością, jakąż przedstawia sprzeczność z odwiedzinami Jagiellończyka, którego kwitnąca otaczała rodzina i jasne nadzieje. Oba byli jakby uosobieniem przyszłości; — tu spokój i wesele, tam smutek i obawa, znękanie, boleść i straszne widma dnia jutrzejszego.
Już na szczycie Jasnéj Góry, wznosiły się poważne ściany nowego kościoła, kaplicy i klasztoru; u stop Jéj na miejscu, gdzie wytrysło źródło, wystawiono mały kościołek Ś. Barbary; z drugiéj strony jakby na straży stanęła kapliczka S. Rocha, z trzeciéj Ś. Jakuba. Kaplica obrazu Maryi rozszerzyła się i powiększyła znacznie, a z darów i skarbów przyzbieranych przez wieki, pomyślano o ulaniu srébrnych posągów, o ubraniu w czarny heban i srébro wielkiego ołtarza, na podnietę łakomstwa nowych Hussytów.
Władysław IV. po raz drugi jadąc za zwłokami żony, wstąpił popłakać w Częstochowie, ale jeszcze u boku jego stał pocieszyciel syn, którego mu wkrótce niebo odebrać miało. Piszą, że dziecię dwa razy nie przestrzeżone, upadło z uczuciem przed obrazem Maryi, jakby wypraszając się śmierci, jakby modląc niewinną duszą za kraj, nad którym panować miało; ale Bóg nie chciał zostawić go na męczeństwo za żywota i po śmierci, na walkę z ludem i wspomnieniem; wziął je do siebie nim dotknęło korony ojców swoich, czystéj, smutnéj, świętéj, ale cierniem przeplecionéj.

Poprzednik Jana Kazimierza, był jednym z królów, którzy najwięcéj po sobie pamiątek zostawili w Częstochowie; kilka razy sam zwiedzał to miejsce, a dogorywający już na łożu śmierci, doznawszy ulgi w cierpieniach, słał tu jeszcze vota i modły dziękczynne — ostatnie. Umarł; po nim Jan Kazimierz słabą dłonią wziął ciężką puściznę. Jadąc na koronacyą, pobożny Jagiellonów potomek, nie minął obrazu Bogarodzicy; powtórnie potém, żonaty już, przyszedł po błogosławieństwo małżeństwa, które, wielkie poszanowanie całego narodu dla praw kościelnych, czyniło w oczach wszystkich nie ledwie występném. Wołano na Zygmunta III., że wziął siostrę po siostrze, więcéj jeszcze na Jana Kazimierza, gdy żonę brata, nie dawno mnichem będąc, poślubił. Ale gdy się to dokonało, wrzawa ucichła westchnieniem żalu przerwana. Chciano od Króla naówczas poszanowania ścisłego praw kościelnych i krajowych, aby zaświeciło przykładem, bo przychodziły czasy rozprzężenia i upadku.
W Częstochowie tym czasem ozdabiano kaplicę, wznoszono ołtarz, lano posagi srébrne, a wieść o bogactwach przybytku Maryi, rozchodziła się daleko na nieszczęście. Chmurzyło się niebo nad Polską, złowrogie znaki, które w owych czasach, pełen wiary lud za oznajmienie litościwego Boga uważał, przepowiadając chłostę nim nadeszła, mnożyły się co chwila. Na kilka lat przed chwilą, o któréj mowa, spłonęła podpalona przez złoczyńców, Częstochowa miasteczko; rokiem przed wielkiemi najazdy, ogień przypadkowy zniszczył wyniosłą wieżę kościelną. Na niebiosach iskrzyły się miotły i tajemnicze błyskały postacie: przestrach uciskał serca wszystkich.
Pobożni z przerażeniem upatrywali tych znamion wróżebnych na ziemi i niebie, na twarzach gwiazd i słońca: wierzyli jeszcze, że Ojciec wprzód nim dopuści karę, przestrzega. I nie próżne były obawy, bo straszne zbliżały się czasy, niebyłych klęsk, niewidzianego upokorzenia i niedoli.
Żaden z cudownych obrazów, których prawowierna Polska pełną była, nie wsławił się tak rozgłośnie i széroko, do żadnego miejsca nie płynęło tyle ludu. Jakkolwiek położona na pograniczu, wabiła Częstochowa pielgrzymów ze wszystkich dawnéj Polski krańców. Nawet reforma, co rozdzierając kraj na dwoje raz piérwszy i szarpiąc go na bojujące stronnictwa, zaród śmierci rzuciła w zdrowe jego ciało; nie potrafiła odjąć Matce Bożéj gorliwych czcicieli i oderwała tylko ostygłych, lecz goręcéj jeszcze przywiązała prawdziwe Jéj dzieci.
A ileż to wyrzeczeń się błędu, ile powrótów do wiary widział czarny ołtarz Bogarodzicy. Jakby po chwilowém obłąkaniu, kraj pod panowaniem Zygmunta III. począł znowu, rzekłbyś rozcięte ciało, pracować nad zrośnieniem się i zjednoczeniem; odszczepieńcy tłumami powracali na łono Kościoła, synowie odstępców wyrzekali się błędów ojcowskich, rodziny zdawna heretyckie po raz piérwszy uczuwały prawdę katolicyzmu. Zdawało się to rokować szczęśliwie; ale kraj, w którego łono padnie nasienie niewiary, co raz ostygnie i skosztuje owocu śmierci, prędzéj lub późniéj konać musi w powolnych męczarniach, dopóki ten brak żywota, nieuleczy się odrodzeniem religijnem.
I zmarł Zygmunt III., niepojęty przez nikogo, gdy nad zjednoczeniem narodu pracował nadaremnie, przeklinany, gdy nawracał, powitany krzykiem i buntem, gdy chciał w swych ręku skupić władzę, aby jéj użyć na spotężnienie Polski; zmarł nieopłakiwany, dając następcy dwie korony, jedną lekką, bo imieniem tylko koronę, drugą za ciężką niestety! Wojownik i rycerz nadewszystko, Władysław pomimo sławionych zwycięztw swoich, uczuł, że ani straconéj odzyskać, ani posiadanéj dźwignąć los mu nie pozwoli. Dziwnie czasem Bóg, w nieprzejrzanéj mądrości swéj splata królestw przeznaczenie; tu, brakło potomków, gdy ich najwięcéj było potrzeba, nie dostawało siły, uciekało życie, gdy na niém zależała przyszłość kraju. Wstąpił na tron brat drugi, mnich, żołnierz, lecz nie na władzcę stworzony, i w chwili gdy się o czczy tytuł upierał, prawdziwe królestwo jego, los mu miał wydrzeć z rąk słabych. Zewsząd chmurny był widnokrąg nad utrapioną Polską, sąsiedzi godzili, by ją rozszarpać i zniszczyć, gmach wiekowy chwiał się łamany wewnątrz i zewnątrz, młot przeznaczenia kruszył ściany jego wyniosłe. Kozacy z Rusią porwali się, długo tłumionéj puszczając wodze niechęci; Car zawojował Wilno, którego Radziwiłł nie bronił, czy że był przystał do Szweda, czy że pilniéj mu było pójść włości swoje od grabieży zasłaniać. Karol Gustaw podbechtany przez zdrajcę Radziejowskiego aż nadto dobrze znającego Polskę, pod czczym pozorem, wylądowywał dla podbicia jéj i zawładnienia królestwem, stojącém otworem zamachom nieprzyjaciół, których tylko sława dawnéj potęgi w dali jeszcze trzymała. Polska nie miała obrońcy, sprzymierzeńców, przyjaciela — cała jéj nadzieja była w Bogu.
Wieść o napadzie Karola Gustawa zdawała się w początku fałszem, tak dziwném sądzono, by się odważył posunąć na kraj, którego wszystek lud mógł powstać jak jeden człowiek w obronie rodzinnego ogniska. Mówiono z początku: nieprzejdzie Noteci i Warty! ale Bóg chciał ukarać i za narzędzie swéj plagi użył — zdrajcy. Zuchwalstwo Karola Gustawa, całkiem się tłumaczy Radziejowskim.
Jeszcze się ze Szweda śmiano, a już podkanclerzy swemi praktyki w Wielkiéj Polsce, uroczyste mu przyjęcie gotował; nagle krzyk i przestrach rozległy się szeroko, Karol Gustaw już przeszedł Noteć i Wartę, a Grudziński wojewoda Kaliski, Opaliński Poznański, połączyli się z nim! Wielkopolanie wyprzysiągłszy się swojego Króla, szeroko otwarli wrota najezdzcy, podawszy mu dłoń zbrojną.
Moralny wpływ tego nieszczęśliwego obłąkania, był wielki i zgubny.
W Wielkiéj Polsce najwięcéj podobno było różnowierców, których serce lgnęło do przyszłego reformy protektora: Arciszewscy, Pileccy, Stankarowie i inni, cieszyli się z tego najazdu. Sprawa kraju nie tyle ich obchodziła, co chęć wzięcia góry nad katolikami i pozyskania swobod, których im co chwila zaprzeczano. Karol Gustaw wszystko co chciano obiecywał. Byli tam i katolicy pomiędzy piérwszymi adherentami jego, ale tych lub tłum z sobą i zgorszenie pociągnęło, albo to byli ludzie co wiarę mają za rzecz oddzielną od praw jéj i przepisów kierujących życiem.
Jeszcze Polska nie ochłonęła, zdumiona wnijściem Szweda, gdy ten już zagarnął Poznań, Kalisz, Kościanę, Kruszwicę, Bydgoszcz i sunął się szybko ku stolicy Warszawie. Zdrada Wielkopolan była hasłem wszystkich nieszczęść późniejszych, bo była przykładem, bo wskazywała możność lego, o czém nikt wprzódy, krom Radziejowskiego, nie pomyślał — wyrzeczenia się Króla swego, złamania przysiąg, poddania się dobrowolnego najezdzcy bez praw, bez żadnego związku i sympatji z Polską, przychodzącego nią zawładnąć.
Jan Kazimierz zwątpiwszy o królestwie, którego synowie na piérwszym wstępie, kropli krwi nie przelawszy, przeszli w szeregi napastnika, z tęskném sercem i uczuciem swéj bezsilności, ustąpił do Krakowa, ale i tu nie było się czém bronić. Męztwo Stefana Czarnieckiego i garści jego towarzyszów, nie mogło ocalić stolicy, a naraziło drogi ten klejnot na zniszczenie; więc z Krakowa, Król wygnaniec, na Spiż odjechał; a Kraków, bronił się jeszcze sił ostatkiem i potężniejszą od sił swych, nadzieją.
Ostatni sprzymierzeniec Polski katolickiéj, płatny jéj przyjaciel Chan Tatarski, co dziś Chmielnickiemu, jutro służył hetmanom, widząc rozgrabiony kraj, zalane prowincje, a Króla na wygnaniu, poszedł w swe stepy czekać a patrzeć na kogo miał napaść, z kim wojować. Dla niego wszyscy niewierni byli równi; lepszy tylko kto płacił.
Trudno sobie wystawić jak straszny był stan kraju w téj chwili przerażającéj i sobą i tém co zwiastowała: nie było króla, brakło obrońców, zewsząd czernieli najezdzcy, ze wszystkich stron zjawiali się nieprzyjaciele, i rozerwana puścizna Jagiellonów, rozpadała się na części. W Wilnie rządził Chowański, Krakowa Wittemberg dobywał; w Warszawie gubernatorował Szwed ze zdrajcą, po województwach przysięgi Karolowi Gustawowi, sypały się co dnia gęstsze i serdeczniejsze. Nie było otuchy, nie było ratunku, a ostatnia godzina długiego jasnego żywota, zdawała się wybijać i brzmieć dźwiękiem grobowym nad głowami przeląkłych dzieci, które się nie miały do kogo przytulić. Stan umysłów był taki, że ostatek uchylał nadziei; garnęli się niemal wszyscy do zdrajców, do nieprzyjaciół, — ostatek wzdychał, wyglądał posiłku.... od Tatara. Chodziły z rąk do rąk podawane i przepisywane listy oznajmujące o tym sprzymierzeńcu, a tym czasem zamek po zamku, gród po grodzie poddawały się przerażone.
Na pograniczach wszędzie wrzał boj, a raczéj srożyły się najazdy nad bezbronnemi: Ukraina we krwi się kąpała, Kamieniec oblegał Chmielnicki, Ruskie miasta już klucze dla kozackich złociły hetmanów, drżał ślachcic w drewnianym dworku, choć go częstokołem opasał i smigownicami najeżył; modlono się po kościołach, zguba zdawała nieuchronna.
Szwed tym czasem w zajętéj przez siebie części Polski gospodarował po swojemu; jednano ślachtę jak było można, datkiem i pięknemi słowy, rozdawanemi w przyszłości dostojeństwy, pochlebstwem, obietnicami, groszem co go kościelne dostarczały srebra i poszanowaniem doczesném wiary a prawa. Trochę wierniejszych garść, choć niewielką a straszną, Karol Gustaw chciał wylęknąć uniwersałem, który wszystkim niższym, wszystkiemu ludowi, najnieoświeceńszéj a namiętnéj klassie społeczności, dawał moc nad panami, dozwalając posądzonych zaledwie o niesprzyjanie sobie, żywych lub martwych dostawiać Szwedom i przyrzekając nagrody. Szczęściem ta zachęta do łupieży i mordów, rozprzęgająca zasadnicze towarzystwa ogniwa, więcéj oburzyła, niżeli serc pozyskała. Po piérwszym szale, ze smutkiem i żalém, ze zgryzotą poglądali wszyscy, którędy by się wrócić nazad, na czyściejszą powinności drogę.
Byli wszakże ludzie co po piérwszych, acz wielkich klęskach, nie stracili nadziei w Bogu, nie wyrzekli się męzkiéj odwagi, i skłonieni pod mściwą rękę Wszechmocnego, korzącą za grzechy, oczekiwali by Ojciec co dotknął, przebaczył.

Do Częstochowéj ze wsząd dochodziły wieści straszliwe o Szwedach; goniec za gońcem, poseł za posłem, nieśli nowiny coraz bardziéj przerażające. Spodziewano się już co chwila napaści, i na wierzchołku wieży siedzący strażnik braciszek klasztorny, niespokojném okiem przebiegał dalekie obszary; każdy dymek w polu, każdą gromadkę jezdzców, bierze za nieprzyjacielską wycieczkę. Znikli liczni pielgrzymi co dawniéj tłumami nawiedzali święte miejsce, głucho tu było i pusto; wszędzie Szwed gościł, lub obawiano się kozaków, nikt z domu nie ruszał, chyba do obronnych grodów z życiem i mieniem, lub w głębokie lasy i góry się chroniąc. Ślachta, tylko sąsiedzi, kiedy niekiedy zjechali się do przeora, nie kwapiąc jeszcze z rzuceniem domu, a już przewidując, że będą musieli szukać pod skrzydłem Matki Bożéj bezpieczniejszego przytułku; nie jeden wiozł już z sobą skrzyneczkę głęboko w wozku ukrytą, w któréj złożył klejnoty swoje i żony, papiery lub trochę sréberka i rządzik jaki ozdobny, co go miał jeszcze od pradziada.

Wcześnie oddawano je na skład Paulinom, a ojcowie przyjmowali te depozyta sami jeszcze nie wiedząc, jak ich samych Bóg obroni. Słychać to było wprawdzie, że Karol Gustaw zapewniał kościołom i klasztorom bezpieczeństwo ich własności, opiekę dla wiary i jéj obrzędów, ale zarazem Częstochowa jako miejsce obronne, panujące do koła, na pograniczu Szląska, na drodze Szwedów do Krakowa, mogła im być potrzebném stanowiskiém. Pobożniejsi myśleli, że choć różnowierca, o tak sławne świętością nie pokusi się miejsce, by od siebie serc katolików tą napaścią nie odstręczył. Inni wnosili i nie bez przyczyny, że łupieżców przyciągnąć tu musi rozgłos o skarbach zgromadzonych na Jasnéj Górze, zarówno z potrzebą umocnienia się na tym punkcie. Nic jednak dotąd nie zwiastowało, żeby Szwedzi pomyśleli już o Częstochowie, u któréj podnóża, nikt się jeszcze z Gustawowskich żołnierzy nie pokazał. Ale ta cisza miała cóś w sobie straszliwego; odgłos wrzawy dalekiéj, wybitniéj coraz brzmiał w uszach zakonników, a nocny wicher jesienny, każdy huk oddalony, każda u wrót wrzawa, zdawała im się oczekiwanych nieprzyjaciół oznajmywać.
Szara a smętna roku pora, to powolne przejście od skwarów lata, do mroźnéj zimy, dodawała jeszcze obrazowi ponuréj i złowrogiéj barwy. Lasy zrzuciły już były pożółkłe liście i suchemi sterczały gałęźmi, pola jedne świeciły majowemi szaty zasiewów, drugie przy nich smutniéj jeszcze czerniały i płowiały obnażonemi piaski, zdeptanemi scierniami; niebo okrywały zasłony sine lub szare, a wiatr przynosił tylko chłodne dészcze, mroźne podmuchy i burze, dzikiemi głosy wśród gai wyjące. Mnisi przywykli do częstych odwiedzin, do coraz nowych twarzy, napróżno teraz poglądali na wszystkie drogi; rzadki się tylko przywlekł żebrak o kiju, mieszczanin z klasztornego miasteczka lub ślachcic z blizkiéj wioski. Płynęły jednostajne godziny na modlitwie, na tęsknéj rozmowie i modlitwach znowu i rozmyślaniach ponurych: dzwony tylko z wieżycy, w pewnych godzinach dnia i nocy zwołujące do choru na nabożeństwo, przerywały długą i posępną ciszę.
Rano dnia piérwszego Listopada 1655 roku, przeor xiądz Augustyn Kordecki siedział w swéj celi i odmawiał pacierze, gdy do niéj zapukano w sposób naglący; dozwalając wnijść, złożył kapłan książkę z westchnieniem jak gdyby bolał, że go z lepszego świata, odrywano na ziemię, i spójrzał na obraz ukrzyżowanego, niby go prosząc o posiłek i radę.
W tém wszedł xiądz Piotr Lassota zakonnik, z kilką listami i ucałowawszy rękę przełożonego, jak to dawniéj było we zwyczaju dla przypomnienia posłuszeństwa, oddał mu je milczący, ale z twarzą widocznie strapioną i zamgloną smutkiem. Xiądz przeor spójrzał na pieczęcie i zapisy, nie śpieszył z rozpieczętowaniem i usiadł.
Był to średniego jeszcze wieku człowiek, wzrostu miernego i twarzy wcale niebohatérskiéj; rysy jego znamionowały tylko silną duszę, charakter nie ugięty i rozum jasny; dobroduszna łagodność łączyła się w nich z męztwem i wytrwałością. Siwe źrenice bystro spoglądały wprost na każdego, me schylając się przed nikim, nie obawiając śledczego badania, same wnikając w głąb duszy; nad niemi brew gęsto zarosła już siwieć poczynała. Czoło miał szerokie, zorane kilką poprzecznemi marszczkami, które raczéj wiek i praca niż troska zakreśliły: usta rumiane i szeroko roztwarte miały ten wyraz siły i dobroci razem, który oznajmuje, wielkich mężów, zawsze gotowych do boju i pewnych dotrwania. Widać było, że często igrał na nich uśmiéch łagodny; że rozkazując umiały rozkaz ten uczynić miłym, a w potrzebie nieodwołanym i strasznym tą potęgą woli niezłomnéj, któréj nikt wytłumaczyć nie potrafi, a wszyscy słuchać muszą. Takim był xiądz Kordecki; postać poważna z siwiejącym włosem i długą na piersi spływającą brodą, w chwilach codziennego żywota; — lecz ktoby go widział na modlitwie, nie poznałby może, tak go zmieniało podniesienie ducha ku Bogu, tak rozjaśniało się i świetniało oblicze jego. Inny to naówczas był człowiek, i grom dział nie byłby go zbudził, chociaż szmer cichy ust ludzkich, odzywających się dziś łagodnie, wnet od Boga ściągał myśl jego ku ziemi, gdy się tu czuł potrzebnym. W powszedniém obejściu nikt dziwniéj połączyć nie umiał surowości z łagodnością, dwóch na pozór sprzecznych sobie przymiotów; nikt dzielniéj nie przekonywał, nikt silniéj nie pociągał nad niego, nikt potężniéj nie gromił. Wymowa jego nie szukała w szacie powierzchownéj, w dobranych słowach i wyszukanych postaciach, środków trafienia do serca: natchniona, zawsze pewna była siebie i wyrażała się prostemi słowy, z duszy idącemi do duszy. Był to ów mąż ewangelicznych czasów, który częściéj prostą przypowieścią trafiał do przekonania, niż wielkiemi wyrazy; on może jeden wśród deklamującéj Polski, mówił najsilniéj ze wszystkich, choć od wszystkich prościéj. Wielkiéj jak dusza jego pokory, umiał ją połączyć z powagą zwierzchnika i oddzielić człowieka i grzesznika, od przełożonego i pastérza swéj trzodki. Nikt w nim skazy dumy nie postrzegł, a przecież na widok jego uchylały się głowy, jak przed niepojętym urokiem wyższości. Dość było by przemówił, wnet ciągnął serca ku sobie, uginał twarde przekonania, miękczył zatwardziałych, rozbrajał gniewnych; nie jedno pojednanie, nie jedno nawrócenie, należało już do zasług jego.
Wiek XVII był jeszcze zaprawdę u nas, wiekiem szczeréj i głębokiéj wiary, ale w nim nawet mało było ludzi Kordeckiemu podobnych. Nie celował on jako teolog uczony, i chętnie sam się nazywał nieukiem; ilekroć razy przecie najzawikłańszą kwestją rozwiązać było potrzeba, szedł po słowo jéj do serca swego, a ta skarbnica chrześcijańska zawsze mu je dostarczyła. Rozum jego, rzec można, słynął przez serce, przejęte bogobojaźnią, płonące jasno miłością Bożą. Nigdy żadna namiętność ziemska nie okopciła go nieczystym wyziewem, nie zeskwarzyła płomieniem; dziécię pracowitych a ubogich rodziców, zawcześnie duchem wstąpiwszy do zakonu, powołany do niego jak apostołowie od skiby zlanéj potem dziadów, z chatki którą nawiedzał niedostatek, dobrowolnie wyrzekł się świata, nie żałując go wcale, wesół u portu, czując błogość całą swego stanu; szedł daléj z chrześcijańską nadzieją szczęśliwego żywota po za wrotami krótkiego życia ziemskiego i śmiercią, któréj z uśmiechem wyglądał.
Rodzice Kordeckiego byli to ubodzy wieśniacy z Iwanowic w Kaliskiém: wychował się wśród ludu, na roli i wieśniaczą prostotę przyniósł na ofiarę Bogu. Z wiejską siłą i czystością od dzieciństwa, Klemens na ręku pobożnéj matki, wzdychał do ciszy klasztornéj, do zaparcia się siebie i poświęcenia Chrystusowi. Ale nie rychło ciężkie porzucił więzy i trzydziestoletni dopiero, zakonnikiem został. Wśród zgromadzenia, które między członkami swemi liczyło, dzieci najznakomitszych rodzin ślacheckich, syn kmiecy rychło wygórował pobożnością i rozumem; bracia postawili go na czele. Przeorem w Oporowie i Pińczowie naprzód, następnie na Jasnéj-Górze przełożonym został, teraz już powtórnie; a na świeczniku stając, jaśniał coraz gorętszym płomieniem cnót i zasługi.
Niezmordowany w pracy, nigdy się na nią nie poskarżył, nigdy na nią nie stęknął; biegł do niéj z radością, wracał szukając oczyma nowéj; sił mu Bóg dostarczał. Z młodszemi był starszym bratem, dla winnych pobłażającym ojcem, który przebacza żądając poprawy, z zatwardziałemi, sędzią surowym ale zawsze miłosiernym, byleby ujrzał promyk skruchy i łzę żalu; wszędzie i zawsze chrześcijańskim kapłanem Boga co światu miłość objawił.
Xiądz Piotr Lassota przybyły z pismami, wydawał się przy przeorze wątłym i słabowitym, tak piérwszy męzką i krzepką miał postawę; w twarzy jego znać było cierpienie duszy i ciała przy wielkiéj rezygnacji i wywalczonym spokoju. Jasnowłosy, płci przejrzystéj na którą rumieniec występował często, gdyby na twarz dzieweczki, ręce miał małe, drobne i białe, wszystkie członki delikatne, a boleść może pochyliła mu nieco barki, jak gdyby na nich niewidome spoczywało brzemię.
W milczeniu oddał listy xiądz Lassota, a Przeor okiem je badał, nie spiesząc z otwarciem; potém zwracając wejrzenie na zakonnika, spytał go powolnie:
— Słychać co nowego ojcze?
— Nie, jedno i jedno.
— Zawsze źle?
— Bogu to wiadomo co złe, a co dobre — odparł Lassota — nam tylko, że cierpiémy.
— Masz słuszność bracie — żywo zawołał Przeor — poprawiłeś niebaczne słowo moje, dziękuję ci za to.
— Ja! — podchwycił rumieniąc się xiądz Lassota, ja, śmiałbym...
— Tak jest, tak — kończył Kordecki — Bóg wie co nam daje, a nam z Jego ręki przyjmować należy z dziękczynieniem. Ot, tak, wyrwało mi się to źle z pospiechu, którego mi żal szczerze. Trudnoż bo nie zaboléć.
To mówiąc westchnął.
— Kto wam oddał listy?
— Jeden z nich od posłańca z Radziątka, drugi przywiozł z sobą pan Paweł.
— Pan Paweł przyjechał?
— Tylko co przybył, wysłany jak mówił od Kasztelana.
— Gdzież jest?
— Chciał się przebrać, zaprowadziłem go do prowincjalskiéj celi.
— Bardzo wam dziękuję, a i sam zaraz ku niemu pospieszę.
To mówiąc począł rozpieczętowywać listy; a xiądz Lassota widząc to, z ucha pokłoniwszy się, wysunął ku drzwiom i wyszedł.
Znać było z twarzy Przeora, że listy nowe przyniosły strapienie, bo mu pochmurniało czoło, ciężkie westchnienie dobyło się z piersi i oczy podniósł ku niebu; potém jakby opamiętawszy się, jął czytać znowu, położył je, ukląkł, pomodlił się gorąco a krótko, i spiesznie wyszedł.
Jeden znich zwłaszcza był smutny i przepowiadał Częstochowie ciężkie do przebycia losy: obawiali się Paulini od początku wojny o cudownego obrazu przybytek; przelękli bardziéj jeszcze gdy listy królewskie, rozesłane po wszystkich twierdzach i zamkach, doszły do nich, gotowość ku obronie zalecając, przepowiadając, że Szwed złakomiony skarbami Częstochowy, rychło się na nią pokusić może. Prowincjał Paulinów ksiądz Teofil Broniowski pobiegł natychmiast do króla, chcąc u niego wyjednać pomoc jaką dla twierdzy, prosząc o posiłek dla utrzymania załogi czasu wojny potrzebnéj. Ale cóż mu nad radę, przestrogę i życzenie mógł dać naówczas Jan Kazimierz? Prowincjał powrócił z kilką słowami, niepewny posiłek przyrzekającemi w razie nagłego niebezpieczeństwa. Róbcie co można, powiedział król, a jeśli gwałtowne nastąpi oblężenie, postaram się o posiłki dla was...
Tę to odpowiedź królewską zwiastował prowincjał przełożonemu, zdając na Boga, czego od ludzi spodziewać się nie było można.
Pan Paweł przybyły w téj chwili do klasztoru, był to Warszycki stryjeczny brat Stanisława kasztelana Krakowskiego, członek rodziny, którą Paulini do opiekunów i dobroczyńców swoich liczył. Człowiek już nie młody, nie bardzo majętny, ze ślachcica podniesiony na podpanka, dostojnością którą brat piastował; czuł świéżą swą jeszcze godność, cenił ją wysoko i lękał wielce, by brat stryjeczny uporem siebie i rodziny nie zgubił, stojąc wiernie przy Janie Kazimierzu. Kasztelan bowiem należał do niewielkiéj liczby tych, co dochowali przysięgi do końca. Pan Paweł, był to człowiek charakteru słabego, w gruncie poczciwy o tyle, o ile słaby i lękliwy być nim może; między łatwym ustérkiem a łatwą cnotą, wybierał wprawdzie ostatnią, ale z dwojga trudnéj cnoty a łatwego występku, piérwszéj by nie przeniósł nad drugi. Tymczasem brał kasztelan mnogiemi węzły wdzięczności i przywiązania połączony z dworem, uparcie prawego króla się trzymał. Drżał na to pan Paweł ale milczał; niekiedy odważył słowo dwuznaczne, jakąś insynuacją zręczną, ale wnet zbity i zgromiony, cofał się przed srogiém wejrzeniem głowy rodziny. Niemało go bolało położenie w jakiém zostawał z krajem razem, i niczego tyle nie życzył, co uspokojenia bodaj ze Szwedem, byle mu ono dozwoliło powrócić swobodnie do jego stad, gospodarki i swobodnego wiejskiego żywota. Był to bowiem gospodarz zawołany, w całém znaczeniu tego wyrazu: rolnik naprzód, miłośnik bydła i owiec, pilno krzątał się około stadniny i pszczelnictwa; kopał sławy, zarybiał je, stawił młyny i niespuszczał z oka żadnéj gałęzi gospodarstwa mogącéj podnieść dochody i ulepszyć majątek. Srodze go też bolała wojna, która wszystkie te rozerwała zajęcia, pomięszała porządek, porozpraszała wieśniaków, rozegnała sługi; Szwed też i kwarciani wybierali stacje niesłychane, plądrowali po gumnach niepytając o pozwolenie, spasali pola, chwytali bydło, a kochane stadko pana Pawła musiało uciekać gdzieś w lasy, żeby i do niego nieprzyjaciel się nie dobrał.
Xiądz Przeor zastał pana Pawła, łysego, krągłego, z jasnym wąsem człowieczka, już wdziéwającego kontusz; sługa stojący blizko pas mu gotowy trzymał.
— A! przepraszam xiędza przeora!
— Nic, nic, gospodarz jestem, wolno mi wejść.
— Darujesz wasza przewielebność, że mnie tak zastajesz, przebacz z łaski swéj, a pozwól złożyć debitam reverentiam.
To mówiąc pan Paweł choć nieopasany, rzucił się chyżo naprzeciw poważnego przełożonego i skinąwszy na sługę by odszedł, pośpieszył podsunąć krzesło xiędzu Kordeckiemu. Drzwi zamknęły się za sługą, pozostali sam na sam. Ale zaledwie usta otworzył pan Paweł, mając rozpocząć rozmowę, gdy na progu, puknąwszy zlekka, ukazała się postać nowa: słuszny pięknego wzrostu w sile lat i zdrowia mężczyzna, z czarnym wąsem i włosem, z szabelką w czarnych pochwach u pasa, z czapką w ręku i delją na plecach, otworzył drzwi z ukłonem, jakby pytał czy wnijść może.
— Wolno? — szepnął uśmiéchając się.
— Pana Krzysztofa! kochanego i miłego gościa, prosiemy, prosiemy! zawołał podchodząc do drzwi Przeor.
Pan Krzysztof (był to niejaki Żegocki gubernator Babimostski, dobry przyjaciel xiędza Kordeckiego i całego klasztoru, a do tego i sąsiad nie daleki) zrzucił z siebie delję i z pogodną twarzą postąpił powitać gospodarza naprzód, potém pana Pawła. Aż miło było spójrzeć na tego nowego przybysza, tak spokojne miał oblicze, wśród posępnych i chmurnych, które go otaczały — dziwnie odbijające. Jaka twarz taka dusza, i nie było też może pod niebem szczęśliwszego nadeń człowieka; u niego wiara w Opatrzność, i zdanie się na Boga, tak było potężném i silném, że go xiądz przeor często Lilją nazywał, od słów psalmu o ptakach i liljach polnych, zwykle powtarzanych przez Żegockiego. Żadne dotąd nieszczęście niemogło mu odjąć pogody duszy poczciwéj, żaden cios niezachwiał wiary jego na chwilę. I dziś nawet gdy kraj cały szarpali nieprzyjaciele, gdy znaczną część majętności utracił, gdy byt przyszły zdawał się mroczyć, on z tak jasną i pogodną szedł twarzą, że x. Kordecki uściskał go w progu, wskazując panu Pawłowi.
— Oto panie człowiek wedle Boga, rzekł całując przybyłego, spójrzyjcie na niego i na nas, poznacie wnet kto ma wiarę.
— Ale xięże przeorze drogi, proszę mnie tak nieupokarzać — przerwał skromnie pan Żegocki.
— Słuszna pochwała nie upokarza, daj nam tylko Boże wszystkim jegomościną rezygnacją i ufanie. Ale — cóż tam słychać?
— Zachcieliście, starą piosnkę śpiewamy, znać że nam będzie lepiéj kiedyś; bo dziś coraz gorzéj a gorzéj; a złe przecie przesilić się musi. Druga nowina, dodał pan Krzysztof, że gości xiędzu przeorowi prowadzę.
— Chwała Bogu! gość w dom, Bóg w dom!
— Ale przed wojną tak objadać klasztor Częstochowski niewiem czy się godzi, uśmiechając się dodał Żegocki — Kto wie co wypaść może; każdy kawałek chleba drogi.
— Nie frasujcie się, jakkolwiek Bóg nami rozrządzi; gdyby i chleba niestało, krucy co na pustynię nosili chleb pustelnikom, i nam go też odrobinę rzucą.
— Otoż i ja dziś trochę krukiem będę, rzekł śmiejąc się Żegocki, alem nie chleb przyniosł, trochę ryby, za którą przepraszam, że nie najlepsza.
Wy zawsze z darami, Bóg zapłać, siadajcież; ale jacyż to goście? spytał Kordecki.
— Nie zdaleka księże przeorze Dobrodzieju, nie zdaleka, pan Sebastjan Bogdański i pan Stefan Jackowski.
— Sąsiedzi, to się za gości nie liczy.
— Widziałem ich obu do bramy podjeżdżających, gdym most przejeżdżał, pewnie z nowinami spieszą, bo tego dziś nie kupić. Chodzi ich po świecie, jak komarów na pluchę.
— Ot brat pana kasztelana Krakowskiego, dobrodzieja konwentu naszego — obracając się do pana Pawła przerwał Przeor — najpewniejszych nam wiadomości dostarczyć może.
Pan Paweł spójrzał, podniósł oczy i jakby niewiedział co mówić, chwilę się wstrzymał, potém bardzo po cichu, rzekł do zbliżających się ku sobie.
— Król Jegomość już na Spiżu w Lubowli.
— Ale to chwilowo spodziewam się — przemówił przeor — póki sił nie zgromadzi i środków nie obmyśli, nie osieroci nas tak ze wszystkiém.
— Co tu radzić! co tu myśleć! — podchwycił ruszając ramionami pan Paweł — nieszczęście i po wszystkiém, perditio ultima, zginienie. Szwed już całą niemal Polską zawładnął, Car na Litwie gospodarzy, kozacy rebellizują.
— Ależ Brandeburczyk i Chan Tatarski! zawołał nietracący nadziei Żegocki — wreszcie własne nasze siły, którycheśmy jeszcze nie sprobowali.
Pan Paweł ruszył tylko ramionami znowu.
— Tatar w stepie, Brandeburczyk o sobie myśli, a nasze siły! ba!...
— Jak to! przecież to lennik i sprzymierzeniec?
— Przyznam się wam — dorzucił x. Kordecki — że Tatarzyn, przyjaciel gorzéj wroga. Pożal się Boże na niego rachować i wstyd. Ale klin klinem może wybić będziemy musieli, cóż robić! Król Jegomość wie lepiéj, Lutra, Bissurmanem wypchnąć, kiedy inaczéj nie podołamy. No? ale cóż słychać o Chanie?
— Chan słyszę jak zobaczył, że już w Polsce Gustaw się rządzi — ciągnął daléj pan Paweł — poszedł sobie w swoje pustynie, powiadając że był sprzymierzeńcem króla Jana Kazimierza, a gdy Polacy innego sobie za króla obrali, poczeka aż z nim nowe zawrą przymierze.
— Tak z nim jak bez niego — rzekł xiądz przeor — Baba z wozu kołom lżéj, mruknął po cichu.
— Tymczasem, sypał jak z zarękawa pan Paweł, wszystko się poddaje, przysięga, broń składa i przechodzi do nieprzyjaciela. Pan wojewoda Tyszkiewicz na zamku w Uchaczu Carowi przysiągł, w Warszawie, Radziejowski rej wodzi, a Krakowa silnie dobywają, i dobędą, skoro go niema komu bronić.
— Cóż to znowu mówicie! — przerwał Pan Żegocki — do tego nie przyjdzie, Hetmani, Czarniecki, ślachta, pospolite ruszenie, wojsko... niedamy się, niedamy!
— A kiedyśmy się dali? — rzekł Pan Paweł.
— No, to się odbierzem! — zawołał ślachcic.
Xiądz przeor słuchał na pozór zimno, twarzą ni słowem nic znać po sobie nie dając, gdy w tém drzwi się znowu otwarły i weszli obiecani goście Sebastjan Bogdański i Stefan Jackowski, ślachta sąsiedzi Częstochowscy, którzy często bywali w klasztorze, a teraz na dzień Wszystkich Świętych przyjechali dla nabożeństwa i narady z przeorem. Pierwszy z nich, siwy już i zgięty na pół, wszedł o lasce powolnie i skłoniwszy się nizko, zginając aż kolana, z kolei przytomnych jak najpokorniej powitał, nie szczędząc im najwymyślniejszych form przesadzonéj grzeczności. Znać wiek w nim czy obyczaj życia stłumił wszelkie uczucie osobistéj godności, bo i ruchem i słowem, mimo siwego włosa, dowodził uniżoności aż do spodlenia niemal dobrowolnego posuniętéj. Wszędzie szukał pracowicie ostatniego miejsca, nieśmiał niczyjemu sprzeciwić się zdaniu, potakiwał gorliwie i niezmordowanie, a głosu nie zabrał, chyba spytany dobitnie i wywołany natrętną napaścią. Zgasłe jego oczy, zbladłe policzki, trzęsąca się głowa, wiek już podeszły okazywały, że sługiwał niegdyś dworsko i to mu może wpoiło tę śmieszną uległość i uniżoność, odbijającą teraz dziwnie przy łysinie i włosach srebrzystych.
Za nim idący pan Jackowski otyły, z orlim nosem i ruchawym wzrokiem, pleczysty mężczyzna, kulał trochę na nogę, bo ją był niedawno z chartami jeżdżąc za zającem, nadwichnął. Był to zajadły myśliwiec, dawniéj wojskowy i związkowy krzykacz, zawadjaka, do kielicha i do korda gotowy, zresztą ślachcic wcałém znaczeniu, ślachcic owych czasów, gdy pan brat panował w Polsce sam jeden. W polityce i nowinach trzymał się on zdania swojego arendarza, i nic mu z głowy niemogło wybić tego, że żydzi o wszystkiém najlepiéj wiedzieć muszą. A że żydzi posługiwali Szwedowi, zdradzając go jednak po troszeczku gdzie było można nienarażając się na powieszenie, że żydzi obiecywali po dworach sto tysięcy Nogajców i Perekopców idących na obronę rzeczypospolitéj, Pan Jackowski gotów był także tymczasowo przystać do Szweda, salva revocatione, po przybyciu Tatarów.
Po przywitaniach i przedstawieniach obfitych w przypomnienia familijne i trafnie smażone komplementa, których sobie nieszczędzili przytomni; wszyscy zasiedli i rozmowa prędko wróciła do pierwotnego toku...
Pan Paweł Warszycki na nacieranie ślachty powtórzył co był już wprzódy powiedział i wszyscy poglądając po sobie umilkli posępnie, jakoby czekali, żeby się kto pierwszy odezwał ze zdaniem, jakby sobie począć wypadało.
Przeor milczał także.
— Sekretów tu między nami być niepowinno, rzekł po chwili pan Paweł, powiem więc państwu, że w przekonaniu wszystkich statystów, poddanie się całego królestwa Karolowi Gustawowi, niechybne. Prędzéj późniéj, a zwłaszcza gdy Kraków zdobędą, co lada chwila nastąpić musi, bo się w nim kasztelan Kijowski ze swoją garścią nie utrzyma, pójdziemy wszyscy w ręce Szweda.
— Jeszcze to widłami pisano, odparł pan Żegocki — kogo Pan Bóg pokarze, tego i pocieszy.
Bogdański milczał, ale wzdychał na wszelki wypadek, a Jackowski żywo dodał.
— A gdybyśmy i przysięgli Szwedowi znów, to co? nie pierwsi my i nie ostatni.
Na te słowa płomieniem oburzenia oblała się twarz xiędza Przeora, oczy jego zajaśniały i mignęła w nich błyskawica: powstał z krzesła, ale zmieniony, groźny jak prorok, jak natchniony; wszyscy jak gdyby uczuli przewagę ducha w nim, wprzód niżeli usta otworzył, zamilkli, a silny głos xiędza Kordeckiego zagrzmiał po obszernej sali.
— Podda się cały kraj, zawołał, podda się mówicie! Nie! nie! Bóg tego niedopuści i nie cały wyprze się swojego pana, bo Częstochowa zostanie i wytrwa przy Janie Kazimierzu.
— Jak to? zdumiony podchwycił pan Paweł, gdyby Szwedzi nadeszli, co bardzo być może, bo już słychać o Wejhardzie, że się w tę stronę z Sadowskim puścić zamyśla; będziecie się więc bronić?
— Będziemy! odparł Przeor spokojnie, tak jest, z pomocą Bożą będziemy się bronić i obroniemy się.
— Całéj sile szwedzkiéj, dodał Jackowski, wojsku, arlylleryi, żołnierzom i wodzom starym a wytrwałym.
— Najlepszy żołnierz Pan Bóg, kochany panie Stefanie, odpowiedział Przeor nieco zniżając głos; w Nim ufając, z Nim idąc, nie zlękniemy się potęgi Gustawa. Tak jest, jeśli mi Bóg życia dozwoli, ani świętego obrazu, ani uświęconéj Jego pobytem Jasnéj Góry, nieoddam w ręce heretyków; zagrzebiemy się raczéj w jéj gruzach...
Warszycki słuchał niewierząc uszom swoim, ze strachem jakimś, ze zdumieniem niepojętém, które się dobitnie wyryło na jego twarzy.
— Jakto? xięże Przeorze, doprawdy? myślelibyście?
— Myślę tak i uczynię z pomocą Bożą, z opieką Maryi Panny, nie oddamy Szwedowi Częstochowéj!
— Właśnie i mój brat kasztelan, — rzekł pan Paweł poczynając, ale się zaraz opamiętał i urwał.
— Mówcie, mówcie, podchwycił biorąc go za rękę przeor, wszyscyśmy tu swoi, tajemnic nie mam, to przyjaciele klasztoru.
— A zatém otwarcie, rzekł Warszycki, powiem waszéj przewielebności, co mi mój brat polecił. Już to żadnéj wątpliwości nie ulega, że oddział Millera, Wejhard, półkownik Sadowski, co go może i znacie, bo mieszkał u nas, gotują się iść na Częstochowę.
Ślachta pobladła, Bogdański ręce załamał, Przeor słuchał jak gdyby już wcześnie wiedział, co mu powiedzieć miano.
— Kilka razy już podobno wybierali się z Kalisza, ale to jakoś jeszcze do skutku przyjść nie mogło. Potrzebują pieniędzy, nie bez tego żeby niesłyszeli o skarbach świętego miejsca, przyjdą więc niezawodnie, przyjdą z siłą znaczną, a zdaniem mojego brata pana kasztelana, potrzeba ocalić co można, uwożąc na Szląsk precjoza; a przed wszystkiém Taumaturgam imaginem, skarb całéj Polski.
— Święte słowa, rada najmędrsza, szeptał sentencjonalnie pan Bogdański.
— I ja w to biję, dodał Jackowski.
— A pan co na to? odezwał się dziwnym uśmiechem x. Przeor, obracając się do Żegockiego.
— Ja słucham co xiądz przeor powie i zgóry się na to piszę.
— Powiem więc państwu, rzekł stanowczo Kordecki, że co mi Pan Bóg natchnął w téj chwili, tego nieodstępuję; można wywieść co najdroższego dla spokojności naszéj, ale niemniéj bronić się potrzeba, bronić będziemy i oprzemy bodaj całéj sile szwedzkiéj w Częstochowie.
— Xięże przeorze dobrodzieju, przerwał z uśmiechem pan Paweł, unosi cię zapał, niejesteś żołnierz, nie masz ludzi.
— Ale mam opiekę Matki Boskiéj nad sobą i silną wiarą w nią wierzę.
Pan Paweł skłonił głowę.
— I myślicie nawet obraz cudowny narażać na nieuchronne niebezpieczeństwo.
— To co inszego, odparł Kordecki, namyślimy się, naradzimy i uczynimy z tym skarbem co Bóg natchnie, co się tycze Częstochowéj, miejsca tego uświęconego nie oddam i bronić będę do ostatniéj krwi kropli.
— Z kimże? spytał Warszycki ironicznie ruszając ramionami.
— Bodaj sam ze siedemdziesięciu braćmi, dodał stanowczo Kordecki.
— W siedmiudziesięciu przeciwko tysiącom?
— Będziemy kamykiem małym, w ręku Bożego Dawida.
— Śliczne to są i wymówne wyrazy ale cóż potém, przerwał pan Paweł, gdyście xięże przeorze nieobmyślili wprzód, iż to rzecz tak niepodobna, jak niepodobna, poprostu mówiąc, z motyką porwać się na słońce.
— Daruj mi panie Pawle, rzekł Przeor pokornie ale stale przy swoim stojąc, słowo moje nie jest wcale rzuconą na wiatr pogróżką; myślałem długo, radziłem się Boga na modlitwie, Opiekunki naszéj Maryi, szukając u Niéj natchnienia, świętego zakonodawcy naszego i błogosławionych braci w szczęśliwszym dziś żyjących świecie, i mam przekonanie, żem to uczynić powinien i uczynię.
Wszyscy coraz większe okazywali zdumienie, a pan Paweł poczynał się trochę niecierpliwić.
— Wasza przewielebność rzekł, trochę urażony, nadto może zapatrujecie się w niebo, a zbyt mało macie czasu spójrzeć na ziemię, piękne to są słowa, ale my ludzie doświadczenia...
— Nie ujmuję, nie ujmuję, podchwycił Kordecki, nikomu, istotnie choć grzesznym wzrokiem poglądam w niebo jednak Bóg sługę swojego niegodnego, obsyła czasem natchnieniem. Co mówiłem, tom rzekł z pobudki głosu wewnętrznego, który wyraźnie odzywa się do mnie — Stań i walcz a zwyciężysz. A oto Labarum moje, rzekł wskazując na obraz Matki Boskiéj wiszący na ścianie. In hoc signo vinces.
Taka była potęga wyrazu oczów i twarzy Przeora, gdy słowa te wymawiał, że wszyscy uczuli się niemi dźwignieni i podbudzeni, wyrobiło się męztwo w sercach wszystkich; jeden pan Paweł gospodarz ów wielki co istotnie zbyt patrzał na ziemię, nie doścignął sercem bohaterskiego zapału kapłana. Stary Bogdański nawet odmłodniał i łzy mu się w oczach zakręciły, postąpił kilka kroków w milczeniu, przyszedł i ucałował z przejęciem drżącą rękę Kordeckiego.
— Tak jest, kończył przeor poglądając na zmianę jakiéj dokazał kilką słowami. Mamże oddać w ręce inowierców miejsce oblane tylą łzami świętemi, wsławione cudami tylą, gdzie Bóg tyle łask na naród nasz zlewa; gdzie monarchowie nasi szukali tylekroć pomocy i składali ofiary, gdzieśmy przywykli podnosić wszyscy wzrok błagalny od kolebki do zgonu we wszystkich potrzebach naszych? Nie! nie! myśmy tu postawieni na straży; dość nieszczęścia że święty wizerunek pokłuły strzały Tatarów, pocięły szable Hussytów; Szwedzi się nad nim pastwić nie będą i stopa ich tutaj nie postanie.
— Wszystko to piękne, wszystko to wymówne i śliczne, po chwili odparł cichym swym jednostajnym głosem pan Warszycki, ale ojcze a dobrodzieju, choć Bogu nic trudnego, nie wiem czyśmy zasłużyli na to, żeby dla nas cud uczynił tak wielki.
— O! żeśmy nie zasłużyli to pewna, zawołał Przeor, wielkie, wielkie a straszne są grzechy nasze, ale i kara straszna i zlitowanie przyjdzie po niéj. Bóg wielki! Bóg łaskaw!
— Boby to inaczéj jak cudem nazwać niemożna, kończył pan Paweł, gdyby Częstochowa obroniła się Szwedowi. Jeśli odepchniecie garść, przyjdzie ich oddział cały, oprzecie się temu, skupi się wojsko, napłynie ćma i poddacie się nareście.
— Zginiemy może, i pragniemy tego gorąco żebyśmy krew naszą za wiarę świętą przeleli, rzekł Przeor, zginiemy może, ale się niepoddamy, to pewna.
— Dziwne zaiste przekonanie! cicho do siebie odezwał się pan Warszycki.
— Chciałeś pan dobrodziéj powiedzieć upor, z uśmiechem dodał Kordecki, masz prawo tak to nazwać. Nazwijcie więc jak chcecie i myślcie co wola wasza; a ja powtarzam swoje choć nie z siebie, nie podda się Częstochowa.
Ślachta poglądała na Przeora wodząc za nim oczyma: twarz jego ciągle rozpromieniona, jasna, uśmiechnięta niemal zdawała się widzieć przyszłość i błyszczała odwagą nadziemską. Jeden pan Paweł jeszcze się nie poruszył... taki to był dobry gospodarz!
— Bardzoby to dobrze było i pięknie tak mówić — rzekł coraz widoczniéj się tylko niecierpliwiąc, gdyby inwazja Szwedzka mogła być uważaną za doczesną, ale...
— Ja jéj inaczéj nie widzę, zawołał Kordecki.
— Jakto? Król wygnany, wojsko rozproszone, stolica jedna zabrana, druga może w téj chwili poddająca się, ślachta a po części i magnaci ze Szwedem połączeni, Litwa w rękach Cara.
— A jakoś nas Bóg z tego podźwignie, spokojnie odpowiedział Kordecki. Łokietek także tułał się po kraju i ukrywał po jaskiniach, był, jak Jan Kazimierz, wygnańcem, przecież powrócił i szczęśliwie panował, i Janowi panu pobożnemu a bogobojnemu nieuskąpi Wszechmocny łaski swojéj.
Pan Warszycki lekko tylko ramionami ruszył, skłonił się i poprzestając sporu odezwał się:
— Chciejcie mi powiedzieć, bym to mógł bratu mojemu odnieść, jak i z czém bronić się myślicie? Przeor pomyślał chwilę.
— Jest nas — rzekł, w klasztorze zakonników i braci siedmdziesięciu, ślachty co się tu z nami zamknąć obiecuje kilkadziesiąt familij, załogi zwykłéj ludzi z pięćdziesiąt, dwakroć tyle jeszcze zbierzemy ochotnika z wiosek klasztornych i miasteczka; działa porządne, prochu dosyć i kul dostatkiem, żywności zapas, wody studnie dostarczą, a na resztę sam Bóg.
— Ale przypuszczając, że Szwedzi podejdą, któż tém wszystkiém dowodzić będzie, kto pokieruje?
— Naprzód Bóg i Opiekunka nasza i Paweł Święty — rzekł Przeor.
Na te słowa lekki nieznaczny uśmiech przebiegł po ustach pana Pawła.
— Potém, kończył Kordecki, pan Stefan Zamojski miecznik Sieradzki, który tu w tych dniach przybywa z całą rodziną swoją, uchodząc od Szwedów i pan Piotr Czarniecki rodzony pana Stefana kasztelana Kijowskiego. Do dział mamy niemców dwu, jednego zwłaszcza zdatnego i znającego rzecz swoją, a niezgorszego człowieka. Spodziewam się także panów Zygmunta Moszyńskiego, Jana Skórzewskiego, Mikołaja Krzysztoporskiego i kilku innych dobrych żołnierzy; nikt też tu z założonemi rękoma siedzieć nie będzie.
— Ale Szwed nadejść może co chwila! dorzucił pan Warszycki.
— Tak! słusznie pan mówi! święte słowa jego! co chwila, powtórzył cicho Bogdański.
— Jam też niemal gotów! — rzeki Przeor.
— Jakto? jużeście to przypuszczali?
— Trochę, czekam na wodzów, zbieram żołnierza.
— Niepojęta rzecz! niepojęta! wykrzyknął pan Paweł wpatrując się w Kordeckiego — decyzją waszą słyszę i ledwie uszom moim wierzę. Ale gdy rozmawiać byłoby próżno.
— Zupełnie próżno! odparł wytrwale Kordecki
— Zatém dziéj się wola Boża!
— Dziéj się wola Boża! z westchnieniem powtórzył pan Bogdański.
A ja, mości przeorze — zawołał z szerokim dobrodusznym usmiechem Żegocki, przybywam z dwojgiem rąk zdrowych i służby moje wam ofiaruję; ręczę, że darmo chleba klasztornego jeść nie będę.
— Prosimy z nami i dziękujemy, Bóg wam to nagrodzi.
— My panie Stefanie, cicho szepnął stary Bogdański do Jackowskiego, zaraz po nabożeństwie zmykajmy ztąd, tak mi się widzi.
— Masz słuszność sąsiedzie, niéma tu czego długo popasać, nuż by nas tu Szwed pochwycił i do noszenia kul i muszkietów zaparli!
— Taki bezpieczniéj w domu!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.