Legenda rybackiej wsi

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Legenda rybackiej wsi
Pochodzenie Groźny kapitan
Wydawca Biblioteka Prenumeratorów „Kuriera Porannego“
Data wyd. [1928]
Druk Drukarnia Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LEGENDA RYBACKIEJ WSI.


Czy byliście kiedy, bawiąc na wywczasach letnich, w tej wsi rybackiej, która rozsiadła się na samym końcu długiego półwyspu, wrzynającego się w stalowo-szare wody Bałtyku?
Za wsią, na samym krańcu cypla, omywanego pianami grzywiastych fal, znajdują się szczątki rybackiej chałupy. Nie jest to już domostwo ludzkie, lecz zaledwie ślad pięknej niegdyś, mocno budowanej chaty. Ze środka gruzów, porosłych wrzosem przybrzeżnym, sterczy jeszcze wielki, szeroki komin pieca, w którym niegdyś wędziły się ryby. W ciemne zimowe noce, gdy od morza idzie przejmujący, burzą brzemienny, północny wiatr, w kominie tym wyje coś potępieńczo. Jest to oczywiście pęd powietrza, który, gnąc do ziemi zielska, rosnące na gruzach, wpada w otwór komina i huczy tam rozgłośnie, głusząc nawet czasami ponury ryk morza. Rybacy wsi innego jednak są o tem zdania i powiadają, że to nie wiatr wyje na zgliszczach. Nigdy w nocy żaden mieszkaniec wsi nie zbliża się bez koniecznej potrzeby do tego urocznego miejsca. A i w dzień chodzą tam niechętnie. Zapytani o powód tej niechęci do miejsca, w którem niegdyś stała chałupa, starzy rybacy wzruszają ramionami i milczą, młodzi zaś odpowiadają, że chodzić tam jest niedobrze i że ojcowie mają widać słuszność, stroniąc od cypla, skoro już niejednemu miejsce to nieszczęście przyniosło.
Jeżeli, będąc w tej wsi, wybierzecie się na wycieczkę w morze, zwrócicie na pewno uwagę na to, że rybak, który prowadzić będzie żaglówkę, znalazłszy się w takiej odległości od brzegu, że szara linja jego niknąć zacznie w bieli pian za widnokręgiem, okazywać będzie niepokój i za nic nie spojrzy przed siebie, za siebie lub w stronę. Wzrok jego, utkwiony w kompas lub żagiel, nie oderwie się od nich ani na chwilę.
Dopiero, gdy daleki brzeg zniknie w falach, dzielących was od niego, rybak odetchnie z ulgą i swobodnie się rozejrzy wokoło.
Dziwnym się wyda każdemu ten niepokój wilka morskiego. Są tam, prawda, skały podwodne, ale przecież w spokojną pogodę niebezpieczne one nie są.
Próżne były usiłowania wyciągnąć od rybaków wyjaśnienie dziwnego ich zachowania się na lądzie na cyplu i na morzu w miejscu, w którem brzeg ginie już z oczu. Milczą jak zaklęci. Obcy przybysz nigdy z ich ust nie usłyszy ponurej tajemnicy rybackiej wsi.
Gdy synowie rybaków dochodzą do wieku, w którym mogą już wraz ze starszymi wyruszać na morze, ojcowie ich wraz z pierwszemi wskazówkami żeglarskiemi, wraz z pouczeniem, jak zakłada się sieci i jak chodzą ławice ryb, opowiadają im historję ojca i syna Nagałów i pięknej Marji, w której się obaj kochali.




Dawno, dawno, przed laty, gdy jeszcze wieś była naprawdę osiedlem rybackiem, a nie wielkomiejskiem letniskiem, na skraju jej, na cyplu, obok latarni morskiej stała chałupa Nagałów.
Mieszkał w niej rybak Nagała i syn jego.
Błękitne oczy miał stary Nagała, lecz błękit ich nie miał w sobie tej łagodnej przejrzystości lazuru lądowych oczu, co to dobroć niezmierną wskazuje. Były to oczy blado-niebieskie, wypłowiałe na wichrach i bryzgach fal morskich. Twarde, surowe oczy. Zmieniał się nieubłagany ich wyraz tylko wtedy, gdy wzrok starego Nagały spoczął przypadkiem na synie. Dumny był ojciec z syna. Wysoki, piękny, mocny jak sztorm z północy, szybki jak szkwał, żagle rwący, był młody Nagała bezwątpienia najdzielniejszym marynarzem z całej wsi.
I oczy miał ładne syn, duże, czarne, ogniem płonące. Mówili we wsi, że to ogień miłości płonął w oczach Nagały.
Lecz nie na krępą, sękatą postać ojca kierował swe ogniste spojrzenia młody rybak. Wzrok jego oblewał rumieńcem wstydu i szczęścia twarz młodej, pięknej Marji, sieroty, która mieszkała sama w swej ubogiej chatce, a żyła z tego, co jej Nagałowie dali z połowu ryb jako zapłatę za prowadzenie u nich gospodarstwa. Żona bowiem starego, a matka młodego Nagały już dawno nie żyła.
Nagała ojciec wiedział o uczuciach, jakie łączyły młodych, i dawał swą cichą zgodę na małżeństwo. Nie wzdragał się, że Marja była uboga, wszak mieli dość majątku, on i syn jego. Majątku, który wydarł ciężką pracą codzienną z głębin morskich.
Młody Nagała i Marja wiedzieli o zgodzie ojca i czekali tylko dnia, w którym lata przeżyte pozwolą Marji wziąć ślub.
Dzień ten nadszedł wreszcie. Stary Nagała oprowadzał Marję po wsi i przedstawiał wszystkim, jako narzeczoną syna. Naznaczono też termin ślubu. Przed ślubem wybierał się jeszcze młody Nagała na długą kilkumiesięczną wyprawę rybacką.
Daleko, hen, za Sund, Kategat, Skagerak, za morze Północne na ocean.
I w dzień odjazdu flotylli rybackiej Nagała długo siedział w chatce narzeczonej.
O czem mówili tam oni ze sobą, o czem marzyli, jakie zaklęcia i obietnice dawał młody rybak swej ukochanej, tego nikt nie wie,
A gdy szkuner, na którym był Nagała, rozwinął swe płótniska żaglowe, Marja złożyła długi, tkliwy pocałunek na ustach kochanka i rzekła przerywanym od płaczu głosem:
— Jedź i wracaj prędko. Wracaj na pewno. Teraz już musisz wrócić do mnie. Rozumiesz? Musisz.
Nagała wziął w dłonie jej główkę i długo, uważnie patrzał w oczy.
— Wrócę — rzekł — wrócę na pewno. Śmierć chyba zatrzyma mnie na morzu.
Znikło za widnokręgiem białe stado okrętów rybackich, i spłakana Marja wróciła do domu.
Od dnia odjazdu flotylli rybackiej biedaczka chodziła niespokojna i zmartwiona nad brzeg morza i, wzrok tęskny wdal morską wbijając, pytała wichry morskie: czy wróci.
Milczało bezlitosne szare morze, obojętnie szumiały fale, nie dawały odpowiedzi białe, żałośnie kwilące stada mew.
Wracała do swej chatki strapiona dziewczyna, a w oczach jej perliły się łzy.
Przychodził wówczas do niej stary Nagała i, dłonią twardą łzy ocierając z jej twarzy, mówił cichym, łagodnym głosem:
— Nie smuć się, nie płacz, moja maleńka, syn wróci, wróci na pewno...
Lecz Nagała nie wracał. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a żagiel jego szkuneru nie zabielił się na widnokręgu.
Marja smutniała coraz bardziej, schudła, sczerniała, a gdy minęło pół roku od dnia odpłynięcia flotylli i od morza pociągnęły chłodne, skuwające fale w lód wiatry, przyszła do chaty starego Nagały i długo, długo z nim rozmawiała. Sposępniał po rozmowie tej stary rybak i coraz uporczywiej twierdził, że syn wróci niedługo.
— Wróci, wróci na pewno — mawiał do Marji — właśnie dlatego wróci na pewno.
I oto dnia pewnego, gdy morze pokrywać się już zaczęło drobną krą, woddali ukazały się białe plamki żagli powracającej flotylli rybackiej.
Wieś cała zgromadziła się na brzegu, a oczy ojców, matek i żon z niepokojem liczyły maszty statków, czy aby nie brakuje żadnego.
I gdy flotylla, pędzona silnym wiatrem, blisko już podeszła do brzegu, krzyk rozpaczy wydarł się z piersi rybaków; wśród powracających okrętów brakowało szkuneru Nagały.
Gdy szalupy ze statków przybiły do miotu fal, rzucono się do powracających, a w oczach wszystkich stało nieme pytanie: co się stało?
Relacje brzmiały krótkie, suche: niepomyślne wiatry, późny powrót z tego powodu, sztorm, straszny sztorm wśród lodów północy. Szkuner Nagały oderwał się gdzieś od flotylli, pędzony wichrem, i więcej nie wrócił. Zatarty został pewnie lodami. Poszukiwania rezultatu nie dały. Szkuner zginął.
Stary Nagała i Marja stali obok siebie, słuchając tych hiobowych wieści i mdłych słów pociechy tłumu.
A gdy przebrzmiało ostatnie postrzępione wiatrem słowo „zginął“, stary Nagała wziął napółprzytomną, złamaną nieszczęściem dziewczynę i rzekł:
— Chodź, chodź do domu. Nie płacz. Syn mój zginął i słowa dotrzymać nie może, ale ojciec jego wie, jak postąpić, by ratować pamięć zmarłego i twój honor. Chodź, chodź do domu.
I w ciemną, wichrem wyjącą noc zimową Nagała tłumaczył zrozpaczonej dziewczynie swój plan ratowania od hańby jej i dziecka syna swojego, które już niedługo na świat przyjść miało.
Długo mówił, tłumaczył i prosił Nagała, długo milczała, milczenie swe łzami zraszając, Marja, aż w tydzień po tej rozmowie odbył się cichy ślub Nagały z narzeczoną syna.
W miesiąc po ślubie Marja powiła dziecko, urodziwe dziecko o pięknych oczach młodego Nagały.
Minęło dwa lata. Cicho i spokojnie płynęło życie w chatce na skraju cypla. Tęskniła jeszcze i płakała Marja za ukochanym, ale mały synek, który go tak żywo przypominał, osuszał jej łzy. Stary Nagała przywiązał się ogromnie do swej młodej żony, a gdy od dnia ich ślubu minęły trzy lata, pokochał ją całą siłą miłości człowieka, stojącego nad grobem i nie mającego już nikogo na świecie.
Szły dni za dniami, tygodnie i miesiące korowodem czasu nieprzerwanym sunęły wraz z życiem gdzieś wdal nieznaną jak te długie sznury fal, co toczyły się od zamglonego widnokręgu i rozbijały przy brzegu, szemrząc odwieczną powieść o życiu, co się kończy, i nieszczęściach, którym kres śmierć kładzie.
Spokojne, prawie szczęśliwe było życie starego Nagały i Marji.
Trwało to aż do pewnego dnia zimowego, kiedy to w poszum fal burzliwego w tej porze roku morza wmieszał się cichy stuk do drzwi chatki Nagałów.
Marja siedziała przy oknie, zajęta ściąganiem oczek sieci rybackiej, stary Nagała dumał o czemś przy niej, pykając dymem swej małej fajeczki.
Stuk powtórzył się, tym razem silniejszy. Marja drgnęła.
— Co to?
Nagała pokręcił głową.
— Et nic, wiatr do drzwi się dobija.
Lecz uderzenia w drzwi powtórzyły się znowu, wyraźne już i jakby natarczywe.
Marja spojrzała zaniepokojonym wzrokiem na męża.
Dźwignął się ociężale stary rybak, odsunął rygle, otworzył.
W ciemnym otworze drzwi, przez które runął do izby zimny wiatr z deszczem, stała jakaś wysoka postać, otulona płaszczem nieprzemakalnym, w wysokich butach i ziujdwestce.
Przybysz postąpił kilka kroków naprzód i zerwał z głowy zakrywającą twarz ziujdwestkę.
Wówczas krzyk przeraźliwy, krzyk szczęścia i rozpaczy jednocześnie wydarł się z ust Marji.
Ma środku izby stał młody Nagała.
Długa, bezsenna i burzliwa była ta noc zimowa. Aż do dnia białego migotało światełko w chatce na cyplu.
Pod akompanjament ryku fal i wycia wichru każdy z tych trojga ludzi opowiadał dwóm pozostałym swoją historję.
Dowiedzieli się stary Nagała i Marja o sztormie okropnym, podczas którego szkuner młodego Nagały zagubił się wśród lodów i po burzy błąkał się lata całe wśród bezmiernych, odludnych płaszczyzn wód i lodów północnego bieguna, nie mogąc wydobyć się z nich ani prosić o ratunek. Mięso białych niedźwiedzi było jedynem pożywieniem znękanej załogi. Wreszcie któregoś dnia patrolujący krążownik rosyjski wyprowadził szkuner rybacki na żeglowne wody, i oto młody żeglarz wraca do ojca i ukochanej.
Dowiedział się młody Nagała o urodzeniu się dziecka i o tem, że Marja jest żoną jego ojca i że stary rybak kocha ją i nie rozstanie się z nią nigdy. Burza rozpaczy i gniewu rozszalała się w piersi nieszczęśliwego.
I oto syn stanął przeciwko ojcu.
Surowe i zimne jak szare wody mórz północy stały się błękitne oczy starego Nagały. Głosem twardym, nieubłaganym przemówił do syna swego i Marji.
I sens słów był twardy i nieubłagany.
Długo mówił stary rybak, i każde słowo, każde zdanie, tchnące rzeczywistością i prawdą, biło pewnie w sedno rzeczy, krusząc opór jak potężny grzywiasty dziewiąty wał kruszy skały przybrzeżne.
Gdy ojciec i syn kochają jedną kobietę, znika miłość ojca do syna i syna do ojca. Stają się wrogami. Nie można jednak dopuścić do tego, by ojciec i syn byli wrogami. Walczyć ze sobą nie mogą, jeden usunąć się musi. Niezłomny w postanowieniu swem jest syn, lecz również twardy jest ojciec. Nie ustąpi jeden drugiemu. Usunąć się więc muszą obydwaj. Marja nie zechce pozostać sama na świecie, pójdzie więc i ona za nimi. A dziecko? Cóż robić będzie dziecko bez ojca i matki — takie maleńkie? Ono też. Wszyscy więc. To jest jedyne wyjście...
Długo, długo mówił stary Nagała, a syn i Marja słuchali jego słów.
Wstający dzień zastał rodzinę Nagałów śpiącą twardym snem. A gdy minął on i nad wzburzonem morzem zawisł czarny całun nocy, stary Nagała obudził się ze snu.
— Czas już — rzekł do żony i syna — bierzcie dziecko, chodźmy.
I w blaskach płonącej chaty, na dach której żagiew płonącą rzuciła ręka starego, od brzegu odbiła łódź żaglowa Nagałów.
Ludność wsi, która wybiegła na pożar, długo patrzała z brzegu na oddalającą się łódź.
Na sterze obok Marji z dzieckiem na ręku siedział stary Nagała, na dziobie łodzi z linami od żagli w ręku widniała postać syna Nagały.
Łodź uchodziła w mroczną dal, aż znikła z oczu wśród połyskujących w łunie pożaru grzbietów pienistych fal.
Nikt jej już więcej nie widział.




Utrzymuje się legenda wśród mieszkańców rybackiej wsi, że łódź Nagałów krąży bezustannie w ciemne, burzliwe noce przy brzegach cypla, na którym stała ich chata.
Jest to kara Boża, która spotkała ich za grzechy.
I biada temu, kto ujrzy na morzu upiorną łódź żaglową, na sterze której siedzi stary rybak obok kobiety z dzieckiem na ręku, a na dziobie młody, trzymając liny od żagli w ręku, wzrok ma wbity w mrok nocy.
Nieszczęście czeka tego, kto zobaczy tę zjawę. I dlatego rybacy niechętnie chodzą na cypel, gdzie znajdują się szczątki spalonej chałupy, a znalazłszy się na morzu w tem miejscu, gdzie według przypuszczeń zatonęła łódź Nagałów, boją się rozglądać wokoło, żeby nie ujrzeć upiornego żagla, niosącego śmierć i nieszczęście.




Taka jest legenda rybackiej wsi, co się rozsiadła na samym końcu długiego półwyspu, wrzynającego się w szare fale Bałtyku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.