Na granicy/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor M. Reichenbach
Tytuł Na granicy
Rozdział III.
Wydawca Władysław Dyniewicz
Data wyd. 1901
Druk Władysław Dyniewicz
Miejsce wyd. Chicago
Tłumacz D. G.
Tytuł orygin. An der Grenze
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Dwa tygodnie! Krótki przeciąg czasu dla mieszkańców miasta, gdzie znajomości i wrażenia szybko po sobie następują, ale dla wieśniaków, których życie tak jednostajne, gdzie jeden dzień do drugiego podobny, to wystarczy, aby się poznać dokładnie i ocenić. Henryk też po raz setny może powiedział sobie, że nigdzie nie było mu tak dobrze jak w Krzyżanowicach; duchy nawet były dla niego z uszanowaniem, zaniechawszy swych, niepokojących odwiedzin.
Czas upływał mu szybko i uprzejmie: jeździł na koniach Wertharta, sprzeczał się z Alinką, Kamilli czytał poezye. Kiedy czytał, całą duszą pochłaniała myśli poety, oczy jej błyszczały, na policzki wystąpował rumieniec, ręce opadały bezwiednie, wypuszczając robotę, a kiedy skończył ożywiała się niezwykle. Powoli przejmował jej sposób myślenia i zapatrywania się na rzeczy, a przytem zdawało mu się, że wiele już w życiu przejść musiała i teraz w tej chwili rezygnacyi szuka zapomnienia.
A przecież to natura tak łatwa do zaspokojenia, lada drobnostka uszczęśliwia ją, zkądże więc ten smutek, któremu się oprzeć nie może? Stosunki, w których żyje, są jak gdyby stworzone dla szczęścia jej, dla czegóż nie jest szczęśliwą?
Henryk myślał o tem wszystkiem siedząc w saloniku i czekając z czytaniem na panią domu. Myślał, robił spostrzeżenia i przyszedł do przekonania, że Werthart jest zacnym, przyjemnym, rozumnym człowiekiem, ale dla pięknej żony barbarzyńsko obojętnym. Przekonanie takie jest bardzo niebezpieczne dla młodego człowieka, którego czas i myśli nie są zajęte niczem ważnem. Jednakże Henrykowi nie grozi tu niebezpieczeństwo, nie byłby on nawet zdolnym uczynić nic takiego, co musiałby uważać za nieuczciwe, tem bardziej, że myśl o przyjaźni i gościnności Wertharta nie opuszczała go; samo przypuszczenie czegoś podobnego wydało mu się śmiesznem. On nie taki, jak inni młodzi ludzie, ona nie podobna do wszystkich młodych kobiet, nie ma tutaj nawet cienia niebezpieczeństwa. Tak, ani cienia!
W tem zerwał się nagle, krew uderzyła mu do głowy, zapierając dech w piersiach. Cóż się stało? Nic, drobnostka: Kamilla weszła do pokoju, a zachodzące słońce oblało uroczą jej postać złotym blaskiem.
— Gdzieżeśmy stanęli? — zagadnęła.
Z lekkiem westchnieniem ujął książkę i usiadł napowrót.
W tej chwili drzwi się otworzyły i Alinka stanęła na progu.
— Czy już czytacie?
— Przychodzisz w samą porę, pan miał właśnie zacząć.
— Czyż to warto, za dziesięć minut ściemni się zupełnie... Ach!
Wykrzyknik ten wydarł się jednocześnie z ust Alinki i Henryka, który z pośpiechem usuwał nogi pod krzesło, Alinka zaś uchwyciła się całą siłą stołu, aby nie upaść.
— Jak można tak wysuwać nogi, żeby się ludzie przewracali — zawołała.
Henryk usprawiedliwiał się, w końcu wszyscy śmiali się z zabawnej przygody.
Zmrok zapadał.
Alinka opowiadała jakąś przygodę w właściwy sobie sposób; Kamilla spoglądała na ogród, gość podziwiał jej profil rysujący się na jasnem tle szyby. Nagle wzdrygnęła się; w tej samej chwili Alinka umilkła i wśród ciszy usłyszano wyraźnie dochodzący z ogrodu głos puszczyka.
— Znowu te szkaradne stworzenia — zawołała Alinka. — Zkąd one się ciągle biorą, kiedy już Artur tyle ich wystrzelał. Nie cierpię ich za te krzyki, które Kamillę tak straszą.
— Może na nie zapolować? — zapytał Henryk z pośpiechem — czy tylko panie nie przestraszą się strzału?
To mówiąc, zbliżał się do drzwi. Kamilla odeszła od okna.
— Nie, nie trzeba! — zawołała nagle — zostań pan, nie chcę abyś wychodził. Nie boję się puszczyków, to takie niewinne stworzenia.
Henryk powrócił na miejsce; znów dało się słyszeć głośne wołanie.
— Nie dziwię się wcale, że ten krzyk przeraża panią.
— Ależ nie wiem dla czego Alinka mnie obmawia — zaprzeczyła gwałtownie.
— Ciemność w pokoju utrudnia ogólne porozumienie się — zauważyła bardzo rozsądnie Alinka. — Każę podać światło.
Wyszła; Kamilla milcząc, wsparła się znów na oknie, Henryk usiadł przy niej i wymówił z cicha:
— Chętnie oddałbym pani jaką przysługę.
— Dziękuję. Jakiś pan dobry.
Żadne z nich nie słyszało, jak Werthart wszedł do pokoju, choć nie uczynił tego ciszej, niż zwykle.
— Jeszcze tak ciemno? — zapytał zdziwiony.
Kamilla i Henryk zerwali się, jak gdyby przestraszeni.
Weszła właśnie Alinka ze służącym niosącym lampę.
— Udało się więc panu załatwić prędzej interesa w hutach niż myślałeś — rzekł Henryk, aby coś powiedzieć.
Ciemne brwi Wertharta ściągnęły się, a podejrzliwy wzrok przebiegł po twarzy gościa i spoczął na Kamilli, dziwnie wzruszonej. Po chwili przemówił:
— Nie przeszkadzam, czytajcie państwo. Miałem nieprzyjemności w hutach, nie wesoły więc byłby ze mnie towarzysz; a zresztą mam kilka listów do napisania.
— Jaki dziś Artur dziwny? — zauważyła Alinka po jego odejściu. Zdaje się być z czegoś bardzo niezadowolony.
Henryk spojrzał na Kamillę nadzwyczaj bladą a uwaga Alinki została bez odpowiedzi. Czytanie nawet nie rozchmurzyło Kamilli.
Kolacya upłynęła w ogólnem milczeniu, zdawało się, że jakiś nieprzyjazny podmuch zważył dobre usposobienie małego kółka. Każdy jakby przeczuwał, że stanie się coś nadzwyczajnego. Wcześniej niż zwykle rozeszło się towarzystwo; był to pierwszy nudny wieczór, jaki Henryk przepędził w Krzyżanowicach.
— Będzie to okropna noc, panie poruczniku — mówił służący zamykając okno w gościnnym pokoju — co za szczęście, że nie mamy nocnej służby.
Niebo pokryło się chmurami, wiatr huczał zawzięcie i kilka grubych kropli deszczu upadło.
— No, a jak jeszcze śnieg zacznie tajać, dopieroż to będzie błoto! — prawił chłopak zachęcony kilku wyrazami pana — trzeba będzie brnąć po kostki.
Henryk nie czując znużenia, zapalił cygaro i przechadzał się po pokoju.
— Masz tak dobrą kwaterę, że błota całego świata nie powinny cię obchodzić — rzekł do chłopaka.
— To prawda, panie poruczniku, że kwatera bardzo dobra, życie doskonałe, ale.
— Jakie ale?
— Z przeproszeniem pana porucznika, ale nie chciałbym w takim domu mieszkać.
— A to dla czego?
— Nie słyszałem jeszcze w mojem życiu takiego wiatru jak tutaj, a potem co za kominy w tym domu wielkie, że i niejedna izba w nich by się zmieściła, a muzyka w nich jak w piekle. Ja, co przecież mam jakieś wykształcenie, wiem, że to wiatr tak huczy i wyje, ale prości ludzie biorą, to za strachy. Oj, wiele tu, wiele rzeczy nie tak jakby być powinno. Ten kryty chodnik, ten stary spichlerz.
— Wiem już, wiem; to wszystko nie ma sensu.
— Z przeproszeniem pana porucznika, ja sam widziałem coś, chociaż nie wiem, co to było.
— Głupiś!
— Podług rozkazu, panie poruczniku, ale widziałem, białe, długie, przemykało się między słupami chodnika i zniknęło, jak gdyby zapadło się w ziemię. O! w tym domu niejedno nie tak, jak być powinno. Naprzykład pani radczyni.
— Oszalałeś! Chłopak wzruszył ramionami.
— Wiem o czem ludzie mówią; ludzie którzy już długie lata w tym domu służą, wiedzą dobrze...
Henryk rozśmiał się z przymusem, ale zamiast nakazać chłopcu milczenie, jak to powinien był zrobić, zapytał się:
— I cóż takiego opowiadają ci ludzie?
— Mówią, ale to musi już pan porucznik wiedzieć, że pani radczyni była ubogą panienką, jakkolwiek te dobra należały niegdyś do jej ojca i pan radzca ożenił się z nią tylko z miłości. Ona musiała go także kochać, bo nie byłaby inaczej za niego wyszła. Kochali się więc, ojciec pani radczyni mieszkał z nimi i rok jeden szło wszystko pięknie i dobrze; aż umarł ojciec, a wtedy zaszło coś między nimi, coś bardzo złego. Każde z nich zajęło osobne mieszkanie; tak mieszkają dotąd i kiedy są sami, nic do siebie nie mówią, tylko przy ludziach. To wszystko wypatrzyła Legina, pokojówka.
— Wstydź się! — zawołał Henryk oburzony — jak śmiesz powtarzać mi takie babskie plotki.
— Ależ on mieszka tu, a ona tam, wiem o tem dobrze — powtórzył chłopak z cicha.
— Ruszaj precz! nudzisz mnie.
Po odejściu chłopca Henryk stał długo wpatrzony w świecznik, nie widząc go przecież.
— Jest więc tajemnica między nimi, jest coś, co ich dzieli... może na zawsze... Kto winien? Czyżby Kamilla? nie, to nie możliwe, ona tak łagodna; prędzejby jemu winę przypisać trzeba. Dlaczegóż więc zachowują ten pozorny stosunek, tę czczą formę, którą lada pobudka rozkruszyćby mogła?
Powódź myśli i uczuć opanowała Henryka, rzucił się w krzesło i zakrył twarz rękoma.
Nagle zerwał się, było mu tak duszno, że nie mógł oddychać, pulsa biły gwałtownie, wszystka krew zbiegła do serca. Na dworze słychać było szum wiatru i plusk deszczu, ale to nie powstrzymało go; wybiegł, aby widokiem rozszalałych żywiołów uspokoić wzburzony umysł i ochłodzić czoło.
Przebiegłszy długi korytarz, prowadzący do bocznego wyjścia, dostał się do ogrodu. Błądził czas jakiś bez celu, po ścieżkach rozchodzących się w różne strony, aż w końcu znalazł się znowu przed zamkiem.
Z całego gmachu, pogrążonego w ciemnościach nocy, jaśniały tylko dwa okna, oddzielone od siebie całą szerokością budynku.
— I oni jeszcze czuwają — pomyślał. To okno przysłonięte czerwoną firanką, musi do niej należeć. On, człowiek żelaznej pracy, pewnie jest zajęty rachunkami, ale ona! dla czegóż ona jeszcze nie śpi?
W tej chwili poza ponsową firanką światło zgasło. Henryk przeszedł mimo zamku, okrążył spichrz i znalazł się naprzeciw słynnego chodnika. W obecnem jego usposobieniu spotkanie z duchami byłoby rzeczą nader pożądaną, przez chwilę przynajmniej musiałby pomyśleć o czemś innem, nie zaś o tych smutnych oczach, które umysł jego w zaczarowane wprowadziły koło.
Prawie wyzywająco spoglądał na kryty chodnik, w którym jednakże panowała niczem nieprzerwana cisza. Powrócić między cztery ściany, było dla niego niepodobieństwem, szedł więc dalej.
Nagle stanął, zdawało mu się, że słyszy kroki poza sobą, to znów odgłos nagle zatrzaśniętych drzwi, lub też upadku czegoś ciężkiego na kamienną posadzkę chodnika.
Wiatr zapewne zrzucił kawałek dachówki, a może koty i szczury wyprawiają swe nocne gonitwy. Ale dla czegóż ten szmer dał się słyszeć właśnie w tem miejscu a nie w innem?
Niepokój i rozdrażnienie wewnętrzne popychały Henryka mimowoli do zbadania tajemnicy; ale jak się tam dostać, wyjścia żadnego nie widać. Wprawdzie filary zdawały się jeszcze dość mocne, a zagłębienia pozostałe w nich po kratach, mogły posłużyć za rodzaj stopni, przecież było to przejście bardzo niewygodne a w ciemności nawet niebezpieczne.
To jednak nie powstrzymało Henryka; bez namysłu począł piąć się w górę. Zadanie było łatwiejsze niż sądził, a zwłaszcza przy jego zręczności gimnastycznej.
Po chwili, wsparty o poręcz galeryi, rozpatrywał się w ciemności; trud jego przecież okazał się daremnym, chodnik był próżnym; nie ukazały się w nim ani duchy ani koty Na obu końcach galeryi znalazł drzwi: jedne z nich od strony pałacu, ciężkie żelazne, nie miały na sobie ani śladu jakiegoś zamku lub rygla, a przecież szczelnie przystawały do futryn.
Henryk spróbował je wysadzić, ale ani drgnęły pod jego naciskiem; zdawały się być jedną wielką wmurowaną płytą.
Nakoniec zdecydował się wracać.
Jakkolwiek wyprawa nie udała się, to przecież była dlań zbawienną; oprzytomniła go, przypomniał sobie, że drzwi wchodowe zostawił otwarte. Trzeba było czemprędzej naprawić to zapomnienie.
Idąc ku zamkowi ujrzał wysoką ciemną postać, w której zaraz poznał Wertharta.
— Pan tu! — zawołał tenże zdziwiony — więc to pan drzwi otwierałeś?
— Nie inaczej, właśnie wracałem, aby je zamknąć — odparł Henryk.
— Teraz jestem spokojny. Sądziłem, że to ktoś ze służby i chciałem się o tem przekonać. Ale kiedy już wszystko w porządku, to raz jeszcze dobranoc, mam przy sobie klucz od głównego wejścia. Zajrzę jeszcze do stróżów.
Werthart nie spytał Henryka o powód jego wycieczki, ten jednakże czuł moralną potrzebę usprawiedliwienia się.
Szukanie duchów, jako powód do nocnej przechadzki, zdawało mu się nieprawdopodobnym i niewłaściwym celem, powiedział więc:
— Chodziłem przed chwilą na podwórze do moich ludzi, aby się przekonać, czy wszyscy są na stanowisku.
Mimo wiedzy wyrwało mu się wielkie głupstwo, gdyż podwórze bywało co wieczór zamknięte, a klucz od bramy siedział w kieszeni Wertharta. Henryk sądził, że dał wyborny powód, dodał więc jeszcze:
— Bądź pan spokojny o drzwi, zamknę je. Dobranoc.
— Dobranoc.
Werthart uszedłszy parę kroków, stanął i pomyślał sobie:
— Gdzie u licha ten chodził? U ludzi swoich z pewnością nie był, a do spaceru czas wcale nie zachęcający. Dziwne to, bardzo dziwne!
Tak rozmyślając zrobił to właśnie, co tak za złe brał swemu gościowi; poszedł na przechadzkę, jeśli wogóle przechadzką nazwać można bez celu bieganie. W pół godziny może przypomniał sobie stróża, którego chciał skontrolować. Myśli, które snuły mu się przez ten czas po głowie, nie były przyjemne; niepokojące widziadła pod postacią Kamilli i Henryka prześladowały go; wkrótce jednak otrząsnął się z tych marzeń.
— Jakiż ze mnie waryat — szeptał sobie — jak mogę przypuszczać, aby on ją tu gdzie spotkał, czyż Kamilla pozwoliłaby na to? Nie! jakkolwiek nie posiadam jej zaufania, nie mam jednak prawa myśleć o niej nic złego. Wszystkie te dzikie przypuszczenia znikają, jeśli się zastanowimy nad niemi rozsądnie. Co za szczęście, żem się przed nim nie zdradził! To poczciwy i zacny chłopak.
Poczucie sprawiedliwości zmieniło na chwilę kierunek myśli Wertharta; powoli kroki jego stały się spokojniejszemi; westchnął.
— Ale o czem mogli oni mówić, kiedy ich zeszedłem o szarej godzinie — myślał znów. — Zdawało się, że im przeszkadzam, dla czego on tak skłamał przed chwilą, dla czego?
— Dla czego? — pytał się także Henryk, stanąwszy w swoim pokoju.
Świeca paliła się jeszcze na stole, Henryk spoglądał na nią, jak gdyby nie pojmował, zkąd się tam wzięła. Głęboka cisza panowała w zamku.
— Dlaczego ludzkie gadania pozbawiają mnie zmysłów? dla czego jak głupiec gonię sam nie wiem za czem? dla czego kłamię jak żak złapany na psocie? dla czego nie mogę myśleć o niczem innem tylko...
Rzucił się w krzesło i zakrył twarz rękami, miał już odpowiedź na wszystkie swoje pytania. Nie różnił się on wcale od innych młodzieńców; igrał nieopatrznie z ogniem i ten też go opanował gwałtownie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Valeska von Bethusy-Huc i tłumacza: anonimowy.