<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Nasi żydzi w miasteczkach i na wsiach
Wydawca Redakcya „Niwy“
Data wyd. 1889
Druk Drukarnia „Wieku“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Sekta hassydów, krótki opis jej dziejów. „Cadykowie-cudotwórcy“, zabobon i fanatyzm.

Konserwatywni żydzi tutejsi dzielą się na dwa obozy, to jest rabanitów, (zwolenników studyów talmudycznych i literatury rabinicznej), oraz „hassydów“ t. j. kabalistów i mistyków, wierzących w nadprzyrodzone siły „cadyków“.
Obie te partye są wrogo przeciwko sobie usposobione.
Sekta hassydów istnieje półtora wieku zaledwie, a powstała i rozwinęła się na naszym gruncie. Obecnie kwitnie ona w Królestwie Polskiem, na Podolu, Wołyniu, w Galicyi i na Bukowinie. Żydzi, zamieszkali w innych częściach Europy, nietylko że nie należą do sekty, lecz zaledwie ze słyszenia wiedzą o jej istnieniu.
W historyi żydowskiej zeszłego stulecia zbiegają się dwa bardzo ważne fakty. W Niemczech zjawia się Mojżesz Mendelsohn, (1729—1786), człowiek wysokiej nauki, filozof, tłómaczy na język niemiecki pięcioksiąg Mojżesza i pragnie zreformować judaizm w duchu postępowym i humanitarnym; pragnie wydobyć swoich współwyznawców z pod pleśni zadawnionych przesądów i uprzystępnić im ogólno-ludzkie nauki — u nas, w tym samym czasie mniej więcej, powstaje sekta, cofająca żydów od razu o całe wieki wstecz, w sferę niesłychanego obskurantyzmu i zabobonów.
Sądzę, że nie nadużyję cierpliwości czytelnika, dając treściwy rys dziejów tej sekty, na której wyznawców codziennie patrzymy. Opieram się na tem, co pisze, bez zaprzeczenia najznakomitszy dziś znawca judaizmu i jego dziejów, dr. H. Graetz, profesor uniwersytetu wrocławskiego[1].
Nową sektę nazywa Graetz „córą ciemności, w ciemnościach zrodzoną i po dziś dzień ciemnemi drogami kroczącą“.
Okoliczności, wśród których powstał hasydyzm, nie są znane dokładnie, wiadomo jednak, że pierwszymi jego założycielami byli Izrael z Międzyboża (ur. 1698 um. 1759), oraz Beer z Mezyrecza (1700—1772). Pierwszego z nich nazywano „Bal szem tow“ (cudotwórcą działającym przez zaklęcia w imię Boże), a przez skrócenie dawano mu przezwisko „Beszt“. O wczesnej młodości Beszta wiadomo nie wiele. Osierocony bardzo młodo i pozostawiony własnemu losowi, lata młodzieńcze przepędził w lasach i jaskiniach gór Karpackich, a chłopi z nad źródeł Prutu byli jego pierwszymi nauczycielami.
W górach poznał Beszt to, czegoby się w ciemnych, brudnych i zatęchłych norach, zwanych w Polsce szkołami żydowskiemi, nigdy nie był nauczył — poznał alfabet natury. Od chłopek nauczył się rozpoznawać zioła lecznicze, od nich również przejął system zaklęć i zamawiań, i stał się „cudownym lekarzem“.
Nędza, która była jego główną mistrzynią, nauczyła go także żebrać. Włócząc się po drogach i pustkowiach, Beszt narażony bywał na różne rzeczywiste i urojone niebezpieczeństwa. Modlił się nieraz głosem podniesionym, krzykliwym, a echo gór odpowiadało jego wrzaskom. Przytem wykonywał całem ciałem rozmaite ruchy, tak, że nieraz zmęczony prawie do omdlenia, wpadał w ekstazę.
Twierdził, że podczas takiej modlitwy widzi w nieskończoności, że rozmawia z wyższemi duchami i jest w stanie, za ich pośrednictwem, wyprosić łaskę Bożą, szczęście, lub odwrócenie grożących niebezpieczeństw. Czy chciał oszukiwać drugich, czy też sam się łudził, kto odgadnie? dość, że zbliżył się do ludzi, aby dowieść im czynami, jak wysoki dar posiada.
Nie odrazu cudowny lekarz i prorok zjednał sobie popularność, gdyż przedewszystkiem myśleć musiał o podtrzymaniu własnej egzystencyi. Służył więc za furmana, potem końmi handlował, potem trzymał wiejską karczemkę. Nareszcie, po jakimś czasie, osiedlił się w Międzybożu na Podolu. Zaczął się trudnić leczeniem i to mu zjednało taki rozgłos, że go wzywano nawet do domów szlacheckich. Żydzi patrzyli z podziwieniem na jego głośne, żarliwe i pełne gestykulacyi modlitwy. Nie bardzo biegły w talmudzie, ani w kabale, ustalił to przekonanie o sobie, aczkolwiek w istocie nie był zupełnym obskurantem w tych przedmiotach. Pewna okoliczność jednała mu sympatyę. Beszt nie był ponurym świętoszkiem (Kopfhänger), jak w ogóle kabaliści; przeciwnie, dla wszystkich przystępny i wesoły, płatał nawet rozmaite figle. Utrzymywał on, że tylko w wesołem i pogodnem usposobieniu ducha, można zanosić modły do Boga, i że wtedy tylko modlitwa otworzyć może zdroje łask. Nienawidził smutnych i ponurych; pełen dobrego humoru przechadzał się po ulicach, paląc fajkę, rozmawiał ze wszystkimi, nawet z kobietami, co podówczas nie było godnem statecznego żyda. Nie przeszkadzało mu to w godzinach modlitwy, a nawet i w każdej porze dnia, spieszyć do swej komórki, aby tam śpiewem, krzykiem i najrozmaitszemi ruchami ciała odurzać się i wpadać w ekstazę.
Byłoby rzeczą nadzwyczajną, gdyby taki cudowny doktór, mający widocznie stosunki ze światem duchów — zwolenników nie znalazł. Czy chciał zakładać sektę nową? na to trudno odpowiedzieć, prawdopodobnie nie miał tego zamiaru, a może i nie zastanawiał się nad tem co czynił.
Przyłączali się do niego jednak ludzie, pokrewni mu duchem, w celu wspólnej modlitwy, połączonej ze śpiewem, klaskaniem w ręce, ruchami całego ciała, skakaniem, wrzaskiem i krzykiem. Beszt nie potrzebował nawet szukać zwolenników, gdyż szał i mistycyzm działają zaraźliwie. Bardziej jeszcze garnęli się do niego ci, co pragnęli żyć wesoło, a mieć przytem pewność, że spełniają swe obowiązki religijne. Beszt nie wymagał od nich nieustannego ślęczenia nad foliantami talmudu, gdyż wcale nie uważał tego za dowód pobożności.
Dodać należy, że w owym czasie żydzi w Polsce przechodzili rozmaite koleje. Sabataj Cwi, Frank, wielki proces kontr-talmudystów z talmudystami, który odbywał się we Lwowie, przed biskupem kamienieckim Dembowskim, wszystko to w wysokim stopniu naprężało umysły i wywoływało wrzenie.
Owa epoka, to jedna z najciekawszych w historyi żydów w Polsce; szczegóły jej jako nie wchodzące w zakres niniejszej, pracy, pomijamy. Wspomnieliśmy zaś o ówczesnem wrzeniu wśród żydów dlatego, aby zaznaczyć, że ono było także jedną z przyczyn szybkiego wzrostu sekty, o której mowa.
Frank z garstką swoich zwolenników przyjął chrześcianizm — talmudyści chcieli ze zdwojoną siłą wtłoczyć żydów pod jarzmo najsurowszych reguł — więc ogół zaczął się grupować koło Beszta. W przeciągu lat dziesięciu (jak powiada Graetz) sekciarz liczył już 10,000 zwolenników, którzy w początkach wyróżniali się z pośród żydów polskich tylko hałaśliwą modlitwą, częstemi ablucyami i bawełnianym pasem.
Hasydzi szydzili z talmudystów, a ponieważ ci ostatni zarzucali Besztowi, że jest nieuczony prostak — przeto hasydzi znowuż obniżali znaczenie studyów talmudycznych i twierdzili, że te nie są wcale dowodem, ani wyrazem bogobojnego życia.
Pomiędzy hasydami i rabinistami wrzała skryta walka, ci ostatni jednak nic nie mogli zarzucić pierwszym, gdyż uczniowie Beszta nie oddalali się w niczem od judaizmu.
Dopiero po śmierci Beszta, gdy na czele sekty stanął Dob Beer z Mezyrecza (na Wołyniu) nastąpiło formalne zerwanie.
Ów Dob Beer (albo Berysz) nie był jak jego poprzednik mistykiem, była to raczej „delikatna głowa“ (Fajnerkopf). Beer wiedział dobrze, czem można wywoływać efekt i jak zawładnąć wolą i umysłami tłumów.
Pod wieloma względami Dob Beer mistrza swojego przewyższał. Oczytany w talmudzie i księgach kabalistycznych, zręczny mówca (magid), umiał zestawiać najsprzeczniejsze ustępy z biblii, talmudu i Zoharu, w celu zdumienia słuchaczów. On też starł z nowej sekty piętno obskurantyzmu i zjednał jej wielu zwolenników.
Miał postawę bardzo poważną, z tłumem się nie łączył, całe tygodnie przepędzał w odosobnieniu, zamknięty, dostępny tylko dla najbardziej zaufanych. Mówiono o nim, że podczas tych długich kontemplacyj obcuje z duchami.
W dzień szabasowy dopiero pokazywał się wszystkim, którzy pragnęli zobaczyć jego oblicze. Występował wówczas ubrany wspaniale, w atłasach, cały biało — od jarmułki aż do pantofli. (W mowie kabalistycznej kolor biały łaskę oznacza).
W szabas Dob Beer miał zwyczaj modlić się z rzeszą zaufanych, z obcymi, którzy przybywali z różnych stron, nowo-przyłączającymi się do sekty i gronem ciekawych, pragnących zobaczyć kabalistycznego cudotwórcę. Modlono się jak za czasów Beszta w usposobieniu wesołem, i aby to usposobienie wywołać, Dob Beer kazał kogo z obecnych draźnić, szczypać, przewracać na ziemię, w skutek czego wszyscy wpadali w szaloną wesołość.
Gdy śmiechy i gwar doszły do kulminacyjnego punktu, wówczas Dob Beer wołał:
— „Teraz w radości ducha służmy Panu!“ i zaczynała się modlitwa ze śpiewem, skakaniem i wrzaskami.
Cadyk (sprawiedliwy), taką nazwę nosił przywódca sekty, musiał modlić się w natchnieniu i miewać widzenia. Dob Beer flaszką gorzałki zastępował wewnętrznego demona. Leczył, także jak jego poprzednik, ale z mniejszym skutkiem, a w razach niepowodzenia kuracyi, mówił, że „grzechy“ zabiły chorego.
Beer musiał także przepowiadać przyszłość, gdyż inaczej utraciłby sławę cudotwórcy — ale od czegóż spryt i głowa? Wśród zaufanych swoich miał kilku bardzo zręcznych szpiegów, którzy wywiadywali się o różne sprawki, pokryte mrokiem tajemnicy i donosili o nich mistrzowi. Czasem ci szpiegowie umyślnie popełniali kradzieże — a Beer wskazywał poszkodowanym, gdzie są ukradzione przedmioty.
Jeżeli zgłaszali się ludzie obcy, zwabieni rozgłosem Dob Beera, dopiero na drugą sobotę dopuszczani byli przed jego oblicze. Czas ten wystarczał zręcznym szpiegom na wybadanie przybyłych. Na przyjęciu sobotniem, Dob Beer rzucał dopiero zręczne słówka, odnoszące się do przeszłości tych, których po raz pierwszy przed oblicze swoje przypuścił, a ci olśnieni jego jasnowidzeniem i mocą czytania w sercach ludzkich, roznosili jego sławę i jednali mu coraz nowych, coraz liczniejszych zwolenników.
Dla lepszego ugruntowania swej władzy Beer powoływał się często na kabalistyczną formułę: „Sprawiedliwy (cadyk) jest fundamentem świata“, a że sam używał tytułu „cadyka“ więc... — konkluzya jasna. Wynika z niej, że „cadyk“ nietylko jest najdoskonalszym, wolnym od grzechu człowiekiem, nietylko Mojżeszem, ale nawet odbiciem samego Boga![2].
Wszystko, co „cadyk“ zrobi, przedsięweźmie, pomyśli nawet, ma decydujący wpływ na światy wyższe i niższe. Wprawdzie kabała dowodzi, że pobożny przez wykonywanie przykazań religijnych oddziaływa na sferę niebios i do pewnego stopnia może nawet zmusić bóstwo, aby spuściło zdrój łask na ziemię — lecz szkodliwa nauka Beera poszła jeszcze dalej: „Wielkość Boga zapełnia świat cały, to znaczy, że nie ma miejsca na ziemi, któreby było pozbawione obecności Bożej. Osobliwie jednak przedstawia się bóstwo w czynach „cadyka“ a najbłahszy nawet gest, lub ruch jego nie jest bez znaczenia. Czy się „cadyk“ ubiera, zawiązuje trzewiki, pali fajkę, czy mówi głębokie nauki, czy żartuje — wszystko to ma doniosłe znaczenie i związek z Bóstwem. Nawet gdy szuka natchnienia w butelce i tem oddziaływa na wyższe i niższe światy“.
Wszystko to, powiada Graetz, są winy płytkiej nauki kabalistycznej, która, mimo nieustannych zamieszek, jakie sprowadzała od Sabataja Cwi[3], aż do Franka — i mimo porażki zadanej w tymże czasie głównemu jej dziełu „Zohar“ przez Jakóba Emdena, tumaniła jeszcze głowy polskich żydów.
Teorya Beera nie miała pozostać bez następstw, lecz powinna była przynieść mu zaszczyty i materyalne plony. Gdy „cadyk“ stara się o dobro świata, o łaski niebieskie, a nadewszystko o utrzymanie i chwałę Izraela, uczniowie i zwolennicy „cadyka“ powinni myśleć o trzech rzeczach. Obowiązkiem ich jest cisnąć się do „cadyka“, napawać się jego widokiem, od czasu do czasu przybywać do niego, choćby z najbardziej odległych stron. Powtóre, winni przed „cadykiem“ wyznawać grzechy swoje i nie mieć przed nim najmniejszego sekretu. Potrzecie nakoniec, powinni mu przynosić dary, dary bogate, które on potrafi najskuteczniej użyć.
Dbać o bezpieczeństwo jego osoby, jest również ich obowiązkiem. Sądzićby można, że wróciły czasy kapłanów Baala, a co najsmutniejsza (słowa Graetza), że nauka godna bałwochwalców, znalazła odgłos w Polsce, gdzie panował nadmiar znajomości żydowskiego pisma. Być może, że ów nadmiar właśnie wywołał to zjawisko, władze bowiem duchowe żydów polskich były tak rozdrażnione, że najmniej smaczny pokarm bardziej przypadał im do gustu, niż najlepszy.
Beer miał swoich apostołów, którzy głosili jego naukę, a najzdatniejszymi z nich byli: Józef Jakób Kohen z Raszkowa, Elimelech, Nahum z Czernobyla, mówcy napuszeni, szpikujący swoje przemówienia mnóstwem poprzekręcanych cytat z Pisma. Głupcy i próżniaki przyłączali się do hassydów, jedni ze skłonności do marzycielstwa i wiary w cudowność, inni przebiegli i chytrzy, aby zyskać łatwe źródło zarobku i środki do wygodnego życia. Próżniacy przystawali także do sekty, gdyż przy „cadyku“ znajdowali pozory jakiegoś zatrudnienia i zaspokojenie ciekawości. Gdy pytano próżniaków, włóczących się całemi dniami z fajką w zębach, o czem myślą — odpowiadali zupełnie seryo: „myślimy o Bogu“.
Rozwojowi hassydyzmu w Polsce, sprzyjały głównie dwie okoliczności: bratanie się wyznawców sekty między sobą, oraz suchość i skostniałość studyów talmudycznych obowiązujących niehassydów, a praktykowanych w Polsce oddawna.
Hassydzi, zwłaszcza w początkach istnienia sekty, tworzyli rodzaj stowarzyszenia, bractwa, które nie utrzymywało wprawdzie wspólnej kasy, lecz pomimo tego, pamiętało o potrzebach biedniejszych swych członków.
Przy solidarności, jaką utrzymywali, przy ruchliwości, sprycie i szpiegowaniu stosunków miejscowych, łatwo im było dać zajęcie i zarobek tym, którzy go nie mieli.
Na święta nowego roku i sądny dzień, wszyscy sekciarze, nawet ze stron najdalszych, ciągnęli do „cadyka“, jak ongi do Świątyni, opuszczając żony i dzieci, aby tak zwany „święty czas“ przepędzić ze swoim duchownym zwierzchnikiem, nacieszyć się jego widokiem, usłyszeć jego słowo. Tam hassydzi poznawali się wzajem, omawiali stosunki miejscowe i jedni drugim udzielali poparcia. Nawet bogatsi kupcy mieli sposobność na takich zgromadzeniach z współwyznawcami, na których wierność i bratnią życzliwość liczyć mogli, zawierać umowy w celu rozszerzenia zbytu swoich towarów. Ojcowie dorosłych i dorastających córek szukali i znajdowali na tych zgromadzeniach łatwo mężów, co w owe czasy uważane było w Polsce za okoliczność nader ważną. Wspólne uczty w soboty i w święta po południu umacniały węzeł braterstwa. Zkąd wystarczało na jedzenie dla tych gości? Bogaci hassydzi uważali sobie za obowiązek sumienia wspierać „cadyka“ najhojniej, a obfitem źródłem dochodu, między innemi, był przesąd, że „cadyk“ za pewną sumę może odwrócić grożące niebezpieczeństwo i leczyć śmiertelne choroby.
Na bogaczów słabszego umysłu oddziaływano postrachem, że jedynie tylko za pomocą darów, „cadykowi“ złożonych, uwolnieni być mogą od grożącego im w przyszłości nieszczęścia. Kto miał się rzucić na ryzykowne przedsiębiorstwo, pytał przedewszystkiem „cadyka“, niby wyroczni — czy się ono powiedzie i płacił za przepowiednie. Mądrzy i przebiegli hassydzi wiedzieli o wszystkiem, na wszystko mieli radę, a sprytem i przebiegłością swoją mogli nieraz przynieść istotną pomoc. „Cadyk“, choćby był nawet najskąpszy, musiał z własnych funduszów przyjmować nędzarzy, każdy znajdował u niego pomoc lub radę i wszyscy wracali z nabożnej pielgrzymki rozpromienieni, czując, że ich łączy węzeł braterstwa i z tęsknotą oczekiwali nadejścia świąt. Wpływało to niezmiernie na rozpowszechnienie tego sekciarstwa. Dla biednych, marzycieli i dla oszustów, nie było nic lepszego do roboty, jak przyłączyć się do tego swobodnego, a jednak religijnego stowarzyszenia. Nawet ludzie poważni uczuwali potrzebę przyłączenia się do sekty.
Judaizm rabiniczny, praktykowany w Polsce, nie dawał, jak powiada dalej Graetz, najmniejszej pociechy religijnej. Przedstawiciele tego judaizmu przywiązywali największą wagę do dyalektyki, oraz do sztucznego tłómaczenia talmudu i komentarzy. Ponieważ w sprawach ogólnych rabini względem współwyznawców swoich pełnili funkcye sędziów, przeto wysunięto na pierwszy plan tę część talmudu, która traktuje o prawie cywilnem. Obmyślanie wyroków w nowych a zawikłanych wypadkach zajmowało biegłych talmudystów dniami i nocami. To drobnostkowe badanie poczytywane było za szczyt religijności. Nabożeństwa, modlitwy, wpływ na ogólną moralność gminy, wszystko to zaliczano do rzeczy podrzędnych, na które zaledwie raczono zwracać uwagę, obowiązki religijne zarówno u biegłych w talmudzie, jakoteż i innych ich współwyznawców stały się bezmyślną praktyką, a modlitwa mechanicznem powtarzaniem wyrazów. Oschłość studyów talmudycznych, żądza dysputowania, bezmierna zarozumiałość i pycha rabinów, stały się wstrętnemi dla wielu. Rzucono się też do nowej sekty, która dawała pole fantazyi i uczuciom.
Hassydyzm wzrastał niezmiernie szybko, prawie w każdem mieście miał stronników, którzy komunikowali się między sobą, a od czasu do czasu odbywali pielgrzymki do „cadyka“. Suchość, bezmyślność i zarozumiałość talmudystów, stała się przedmiotem pośmiewiska między hassydami — a talmud, ta najważniejsza dla żydów polskich krynica mądrości, został zaniedbany. Jeden z uczniów Dob Beera pisze: „Nie szukałem mistrza po to, aby usłyszeć od niego tłómaczenie zakonu, lecz aby widzieć jak zawiązuje i odwiązuje trzewiki, bo to jest daleko ważniejsze“. W literaturze kabalistycznej znaleźli hassydzi dość dowodów, że studyowanie talmudu niema wyższego znaczenia. Zanim się obejrzano, hassydzi utworzyli już sektę, której zwolennicy brzydzili się talmudystami. Z Dob Beerem na czele, jako dość już silni liczebnie, odważyli się wprowadzić otwartą reformę, która, jak łatwo było przewidzieć, ściągnęła na nich gniew rabinów.
Nie będziemy powtarzali drobiazgowych szczegółów, dotyczących samej reformy, zaznaczymy tylko fakt, że wśród całego ogółu żydów polskich, wywołała ona gwałtowne wrzenie i podzieliła całą massę żydowską na dwa wrogie obozy. Zaczęła się prawdziwa wojna, tem zawziętsza, że domowa. Posypały się pisma polemiczne, ale ostatecznie zwycięstwo zostało przy hassydach. Dziś sekta ich rozwielmożniła się szeroko w Królestwie Polskiem, na Podolu, Wołyniu, w Galicyi i na Bukowinie, jedne tylko prowincye litewskie wciągnąć się do niej nie dały. Dawniej wszyscy hassydzi gromadzili się około jednego „cadyka“, dziś cadyków jest wielu, i każdy ma swoich czcicieli...
Po Izraelu Beszcie i po Dob Beerze, było jeszcze kilku głośnych „cadyków“, o których w swojej „Historyi żydów“ wspomina Graetz. Między innymi wymienia on Abrama Melecha, który żył jeszcze w roku 1812, podczas wejścia francuzów do Moskwy, Szulima Szachnę, Izraela z Marusina, który zaplątany w jakąś sprawę, uciekł z granic posiadłości rossyjskich i osiedlił się w Sadogórze na Bukowinie. Ta Sadogóra jest dziś Jerozolimą hassydów. Panuje w niej „dynastya“ Friedmanów, obecnie rozdzielona na dwie gałęzie, gdyż po zmarłym przed kilku laty „cadyku“ sadogórskim, pozostało dwóch synów, z których młodszy osiedlił się w Sadogórze, starszy zaś w pobliskiem miasteczku Bojanach. W Królestwie Polskiem byli także sławni „cadykowie“ w Kozienicach, Kocku, Przysusze etc.
Nie brak ich i dzisiaj.
Do „cadyka“ na święta wiosenne, a bardziej jeszcze na jesienne, zjeżdżają się tłumy żydów i znoszą mu obfite dary. Trzeba widzieć, żeby mieć pojęcie, jaką czcią otoczony jest taki jegomość. Gdy ma przyjechać do jakiego miasteczka, cała ludność wybiega, aby go powitać. Zamożniejsi na bryczkach i biedkach dwukołowych, a biedny tłum pieszo.
Zdarzyło mi się być świadkiem takiego widowiska. Do miasteczka, prawie wyłącznie przez hassydów zamieszkałego, na Podlasiu, miał przybyć sławny „cadyk“ z Białej. Na kilka godzin przed przybyciem jego, tysiące żydów wysypało się na gościniec. Czekali. Gdy wreszcie ukazał się powóz, w którym siedział „rebe“ w towarzystwie kilku swoich „gabajów“ (starszych), rozległy się nie okrzyki, ale ryki radości i cała gromada biegła pieszo za powozem, pomimo nieznośnego gorąca i kurzu. Biegli tak do samego miasteczka, może dwie, może nawet trzy wiorsty drogi, ledwie mogąc oddychać. Pot zalewał im oczy, ale nie zważali na to, bo przecież mieli szczęście oglądać taką świętą osobę!
Przygotowano dla tej „osoby“ najpiękniejsze mieszkanie w miasteczku, oświetlono je mnóstwem świeczek, poznoszono co kto miał najlepszego do jedzenia i picia, bo jakże inaczej być mogło? „Rebe“, „a giter jud“ (tak tytułują „cadyka“), zrobił miastu honor, miał przepędzić w niem szabas! Zabijali się o okruchy pozostałe z jego uczty, z zachwytem patrzyli na dym unoszący się z jego fajki.
Fanatyzm do opisania niepodobny.
Sam „cadyk“ rzadko kiedy rozmawia ze swymi czcicielami, wyręczają go w tem „gabaje“. Oni zanoszą prośbę w imieniu interesanta, oni w imieniu „cadyka“ dają interesantowi odpowiedź. „Cadyk“ ma zazwyczaj liczną rodzinę, która opływa w dostatkach; dom prowadzi po pańsku, żyje dworno, wyposaża dzieci hojnie, a na to wszystko daje fanatyczny tłum. Miasteczko, zamieszkałe przeważnie przez biedaków, potrafi jednak kilkoma tysiącami opłacić szczęście oglądania „cadyka“. Po jego wyjeździe nastaje nędza jak po pożarze — głód poprostu.
Znałem pewnego żyda, nędzarza nad nędzarze, sama jego powierzchowność wzbudzała politowanie. Chudy, zawiędły, wynędzniały i blady, a wiecznie głodny, podobniejszy był do widma niż do człowieka; miał żonę i coś ze siedmioro dzieci, półnagich, obdartych i również jak ojciec zgłodniałych. Żyd ten był niby szewcem, powiadam niby, gdyż w życiu swojem ani jednej pary butów nie zrobił, łatał tylko chłopom i łykom miasteczkowym stare chodaki i to było jego zatrudnienie w zimie. Latem puszczał się na korzystniejsze przedsiębiorstwa. Rozebrany do naga, brodził całe dnie po błotnistych rowach i po rzeczce. Z pierwszych, za pomocą starej koszałki wyławiał z błota piskorze, w drugiej łapał siatką kiełbiki i płotki, oraz najzyskowniejszą „zwierzynę“ — raki, które rękami z nor wydobywał.
I to jest także interes.
Marzeniem tego nędzarza było uskładać kilkanaście rubli, ażeby z tym kapitałem od rękodzielnictwa i rybołówstwa przerzucić się do handlu i założyć sklepik, na początek choćby tylko z solą, miotłami i smołą. Ostatecznie uzbierał pięć rubli. Jakim cudem — to już pozostanie jego tajemnicą, dość, że miał pięć rubli, całe pięć, w jednym papierku, który przechowywał, ma się rozumieć, jak największy skarb, jak nadzieję przyszłego dobrobytu i szczęścia.
Nie sądzono mu jednak było zbudować na tym fundamencie dobrobyt rodziny — wydał pięć rubli na co innego, a wydał bez żalu, owszem z radością nawet, gdyż pocieszył się w zmartwieniu i przez uchylone drzwi widział „cadyka“.
Sam opowiadał mi tę scenę.
— Proszę pana, mówił, państwo lubicie się śmiać z takich rzeczy, ale do śmiechu w tem nic nie ma. Taki człowiek, taka osoba, ma od samego Pana Boga siłę i moc! Żaden pan, żaden bogacz, żaden król nie wie tego co on wie i nie może tego, co on może. To jest wielki mocarz! Jemu wiadomo co było, co jest i co będzie, on ma u Boga łaskę, a wszystkich złych duchów potrafi pobić, zgubić i zniszczyć. Ja go widziałem!
— Po cóż chodziłeś do niego?
— Pyta się pan po co? jakto po co? Miałem chore dziecko, poszedłem więc dziecko ratować.
— Jakież lekarstwo przepisał ten wielki mocarz? co ci powiedział?
— On nie potrzebuje przepisywać lekarstw, ani nie potrzebuje rozmawiać z takim biedakiem jak ja. Ja przyszedłem, dałem takiemu żydkowi, co przy nim jest, moje pięć rubli i opowiedziałem mu moje zmartwienie. On poszedł zaraz z tem do rabina, a gdy otwierał drzwi, ja go zobaczyłem! Po chwili żydek wrócił i przyniósł mi od Rebe takie słowo: żebym ja zaraz zaniósł dziecko do doktora.
— I zaniosłeś je?
— W tej chwili poleciałem — i co pan powie, doktór dziecko obejrzał, zapisał proszek, dałem ten proszek i na drugi dzień dziecko było całkiem zdrowe.
— Czyż nie lepiej było, rzekłem, pójść wprost do doktora?
Spojrzał na mnie wzrokiem, w którym można było dostrzedz pewne politowanie nad ciemnotą i ograniczonością mojego umysłu.
— Proszę pana, rzekł, o czem tu gadać, to nie jest taki interes, żeby go pan mógł kiedykolwiek zrozumieć... Na to potrzeba całkiem innej głowy...
Iluż jest nędzarzy, sprzedających ostatnie łachmany z grzbietu, aby zanieść ofiarę „cadykowi“. I nietylko nędzarze, ale i bogatsi żydzi, otarci nawet w stosunkach z ludźmi wykształconymi, nie są wolni od uczucia bałwochwalczej czci dla „cadyka“. Na święta porzucają rodziny swoje i jadą tysiącami do niego.
Jako wymowną illustracyę tych wędrówek, przytoczę fakt współczesny, bardzo charakterystyczny.
Administracya żeglugi parowej na Wiśle, w sprawozdaniu swojem powiada, że ruch pasażerski pomiędzy Warszawą a Płockiem zmniejszył się. W roku 1888 przejechało tę linię 22,324 osób mniej, aniżeli w r. 1887. Zmniejszenie się liczby podróżnych pomiędzy Warszawą a Płockiem tłómaczy się tem, iż w Gostyninie umarł sławny rabin („cadyk“), do którego jeszcze w 1887 roku tysiące współwyznawców jeździło Wisłą (do Tokar, zkąd bardzo blizko do Gostynina).
A iluż ich jeździ do Białej, Góry Kalwaryi, Grodziska etc., jakie wielkie rzesze zalewały swego czasu sławny Kock i Kozienice!
Szkodliwość tej sekty, krzewiącej wśród mas żydowskich najgrubsze zabobony i ciemnotę, jest faktem stwierdzonym. Powstawali przeciwko niej pisarze żydowscy i usiłowali polemizować z jej przywódcami głównymi, co się wszakże nie na wiele przydało. Hassydyzm kwitnie w najlepsze, a cadykowie-cudotwórcy opływają w dostatkach, otoczeni bałwochwalczą czcią tłumów.
W roku 1796, jeden z bardziej oświeconych żydów, Jakób Kalmansohn, wydał w Warszawie broszurę w języku francuzkim[4], w której usiłował przedstawić sposoby podniesienia bytu żydów w prowincyach polskich, przeszłych pod panowanie pruskie. Broszura ta, dedykowana Ober-prezydentowi, hr. von Hoym, mówi także i o hassydach, których sekta liczyła wówczas dopiero około dwudziestu lat istnienia.
Kalmansohn wyraża życzenie, ażeby rząd przedsięwziął energiczne środki, mające na celu zapobieżenie rozwojowi sekty, niebezpiecznej z powodu zasad jakie rozkrzewia, niebezpieczniejszej jeszcze ze względu na rezultaty, które wytwarza. „Ta sekta, której szybkiego rozwoju nie można było przewidywać, zaraziła już swoim jadem rozkładowym wszystkie prawie synagogi“, powiada w konkluzyi Kalmansohn.
O ileż wzmógł się ten rozkładowy proces przez sto lat z górą, jakie od owego czasu upłynęły!







  1. „Geschichte der Juden von den ältesten Zeiten bis auf die Gegenwart, aus den Quellen neu bearbeitet von Dr. H. Graetz, proff. an der Universität Breslau“. Leipzig. Oskar Leiner. Tom XI, str. 102 i następne.
  2. Opisując tę szkaradną sektę, Graetz nie może się powstrzymać od wycieczek przeciwko katolicyzmowi, do którego pała szczególną nienawiścią. Jest to charakterystyczna cecha wszystkich pisarzy żydowskich. Od nienawiści onej nie może się powstrzymać nawet uczony takiej miary i takiej powagi!!
  3. Sabataj Cwi, szarlatan, żył w zeszłem stuleciu, podawał się za Messyasza i znalazł dość wielu zwolenników. W historyi żydów polskich XVIII stulecia odegrał dość ważną rolę, ponieważ jednak dzieje tego „Messyasza“ nie wchodzą w zakres niniejszej pracy, nie będziemy więc mówili o nim.
  4. Jaques Calmanson. Essai sur l’état actuel de Juifs de Pologne et leur perfectibilité. Varsovie 1796.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.