Ogień wykrzesany/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII.

Wojna w zdumiewająco szybkim czasie stała się jedną z branży racjonalnie rozwijającego się przemysłu. Zmieniły się też sposoby, prowadzące ku zwycięstwu. Bohaterstwo, odwaga osobista nie grały już rozstrzygającej roli. Wojna pozycyjna opierała się na innych zasadach. Główną cechą jej stało się dążenie do moralnego wyczerpania i zgnębienia przeciwnika. Był to pojedynek na nową broń, którą były nerwy.
W dzień i w nocy, w złą i dobrą pogodę, po kolana w błocie i w wodzie, sączącej się zewsząd do okopów, prawie stale głodni żołnierze: wieśniacy, robotnicy i inteligenci z karabinami w ręku, przy kulomiotach i działach przekształcali się w sprawnie działające części maszyny wojennej, produkującej śmierć. Kulami, pociskami i ręcznemi granatami zasypywali nieprzyjacielskie transze, naprawiali nadwątlone od wybuchających granatów okopy i obronne pokrycie skrytek podziemnych; na pierwszy sygnał wybiegali z nich i szli do ataku, coraz słabiej myśląc o zagrażającem życiu niebezpieczeństwie. Tak samo, jak robotnicy w głębokich szybach i galerjach podziemnych nie myślą o możliwości zawalenia się wyższych warstw ziemi, jak ludzie, pracujący przy kotłach nitryfikacyjnych, gdzie wytwarza się wybuchowa piroksylina, nie zaprzątają sobie głowy obawą przed rozsadzeniem fabryki, tak też i żołnierze, walczący w okopach, nie zastanawiali się nad bezustannie grożącemi im fatalnemi wypadkami. Spełniali swoje czynności z niezwykłym spokojem, wytrwałością i sumiennością dobrych, fachowych pracowników.
Dowództwo uczyniło wszystko, co uczynić należało, dla zabezpieczenia życia żołnierzy i osiągnięcia zwycięstwa. Kazano pociąć okopy w labirynty zygzaków, aby granaty nieprzyjacielskie miały jaknajtrudniejszy dostęp do rowów strzeleckich; obliczono ściśle, jaką grubość należy nadać wałom obronnym i pułapom z cementu, belek, worków, napełnionych piaskiem i zabezpieczających ludzi od rozpryskujących się odłamków żelaza, od kul szrapnelowych i zrzucanych z aeroplanów bomb; dostarczano pożywienia, zapasów ładunków i rezerw; opiekowano się rannymi i chorymi; wiedziano też o wszystkiem i wszystko przewidywano, co wzbudzało szczególny zachwyt i zaufanie. To też żołnierze bacznie obserwowali pozycje nieprzyjacielskie przez peryskopy, strzelali sprawnie, gdy dostawali rozkaz, rozpraszali mrok nocy, puszczając race świetlne, i na komendę szli do ataku gdyż przekonani byli, że jest to niezbędne i nieomylnie prowadzi do polepszenia ogólnej sytuacji.
Istotnie dowództwo działało z całą sumiennością, talentem i stanowczością. Lotnicy dzielni i ofiarni dostarczali wiadomości prawdziwych i niezmiernie ważnych lub bronili okopów przed nadlatującemi samolotami wroga; sztabowcy obliczali wszelkie możliwości ze ścisłością matematyczną, z pedantyzmem uczonych statystyków, a nieraz z genjalnością jasnowidzów.
W okopach wytworzył się z biegiem czasu odrębny typ człowieka. Był to człowiek-wykonawca, zupełnie posłuszne narzędzie w rękach dowódców, — narzędzie myślące, pojmujące sytuację i dążące do zmiany jej i wykorzystania. Dla tego celu należało oddać wszystko, nawet życie. Poza tem nie pozostawało nic, o czem warto byłoby myśleć. Odkładano to „na później“, chociaż nieokreślony termin mógł zaginąć w mrokach wieczności i niebytu. Zniknęły różnice socjalne, umilkły spory zasadnicze. Oficer — dawny robotnik — mówił do swoich żołnierzy prawników, malarzy, profesorów — „dzieci“, a sierżant — hrabia klął, jak palacz przy kotłach, i ciągnął porcję alkoholu z manierki wczorajszego kamlota — wygi bulwarowego, najistotniejszego przedstawiciela „lumpenproletarjatu“. Troska, wszelkie niepokoje i nurtujące duszę myśli prysnęły oddawna. Marzono tylko o odparciu „boszów“ i o gorącej zupie, śmiano się ze „świni niemieckiej“ — ciężkiego pocisku, gdy niefortunnie plusnął do pobliskiej kałuży, syknął i nie wybuchnął; nadawano huczne, rzewne lub figlarne nazwy norom, gdzie się tłoczyli ludziska podczas pojedynku artylerji: „Triomphe de Paris“, „Biała izdebka Lizety“, „Depôt du cacao“. Nikt nie mógłby zauważyć żadnych starć pomiędzy ludźmi — kretami, żyjącemi pod ziemią. Panowało tu jakieś porozumienie bez słów, zawieszenie broni na czas wspólnych cierpień i trudów, a nawet jakaś żywiołowa wesołość skazańców, żarty surowe, lecz szczere. O tych, których dosięgła kula niemiecka, lub odłamek „świni“, nie wspominano. Mówiono, że wyjechał na „urlop wieczysty“ i — koniec! Cóż więcej można byłoby powiedzieć o człowieku, który jest szczęśliwy, a któremu jednak nikt jego szczęścia nie zazdrości?
Nesser przybył na front 23-go kwietnia i udał się do 10-ej armji, dowodzonej przez generała d’Urbal. Wkrótce zauważył, że na froncie Artois musiało się stać coś ważnego. Generał Weygand objeżdżał kilkakrotnie front, naradzał się z generałami d’Urbal, Petain i dowódcami korpusów 5-ej armji, stojącej na południu. Nesser spostrzegł odciąganie na tyły całej 8-ej armji i zrozumiał, że świeżo przerzucona z Anglji grupa generała Smith Dorriena zajmuje jej placówki.
W armji brytyjskiej panowało oburzenie i straszna, zimna zaciętość. Od generała do ostatniego szeregowca i sanitarjusza — wszyscy marzyli o odwecie za porażkę na sektorze Bischoote, gdzie Niemcy po raz pierwszy zastosowali trujące gazy, tępiąc koło Ypres atakujące bataljony angielskie. W sztabie Nesser poznał młodego dyplomatę angielskiego, lorda Joe Leystona, który, posłyszawszy nazwisko korespondenta, podszedł do niego i tonem wyniosłym, chociaż szczerym, wyraził swoje zdanie o artykułach francuskiego dziennikarza.
— Dziwi mnie, że tak zwykłe korespondencje dotarły aż do Anglji! — zauważył Nesser.
— Korespondencje pana są wspaniałe, i pan sam najlepiej wie o tem — odparł dyplomata. — Były one przedrukowane w niektórych naszych pismach. Co do mnie — to sprawy prasowe są w mojej kompetencji, więc nic dziwnego, że zwróciłem na artykuły pańskie szczególną uwagę. Cieszę się, że pan przebywa wpobliżu angielskich wojsk i będzie mógł się przekonać, że Wielka Brytanja doprowadzi wojnę do końca.
— Tak samo mówią Francuzi, Niemcy, Austrjacy i Rosjanie — zauważył z lekką ironją Nesser.
— No, tak! — zgodził się Leyston, zimnym wzrokiem mierząc dziennikarza, — jednak w psychologji innych narodów mogą nastąpić załamania, w naszej — nigdy!
— Czy myślałby pan taksamo, gdyby kajzerowi udał się jego szalony plan zagarnięcia całego wybrzeża belgijskiego i zaatakowania Anglji? — spytał korespondent.
Joe Leyston podniósł głowę jeszcze wyżej i błysnął monoklem.
O, yes! — rzekł suchym głosem. — Anglja czuje Boski nakaz uregulowania spraw ludzkości i ma wszelkie na to prawa moralne i możliwości materjalne. Jesteśmy narodem wybranym.
— Cóżby powiedzieli, sir, Żydzi na tę uzurpację ich odwiecznego przywileju wybrańców? — z uśmiechem zadał pytanie Nesser, szyderczo patrząc na sztywną i dumną postać młodego Anglika.
— Żydzi? — powtórzył Leyston, krzywiąc usta. — Są oni naarodem wyłącznie egoistycznym, nie mającym wpływu na tworzenie się nowej historji. Zresztą ich ideologja i psychika są dla Europy obce. Tylko Anglja, my dear...
— A Francja?
— Francja posiada polot genjuszu! Dla niej sprawa zreformowania życia Europy pozostaje drobnym zaledwie epizodem. My — Anglicy jesteśmy realistami, nie umiemy marzyć, zato czujemy pęd i moc do tworzenia rzeczywistości namacalnej.
Nesser pomyślał, że przeświadczenie o tak zasadniczych różnicach w charakterach dwu narodów może być zawadą w wykonaniu wspólnemi siłami olbrzymiego planu wojny. Wkrótce jednak przekonał się, że obawy jego były płonne. Dowództwo angielskie całkowicie uznało wyższość strategicznych talentów Francuzów i — armja brytyjska powoli stawała się częścią ogromnej maszyny wojennej, poruszanej przez generała Focha.
Nesser zastanowił się nad tem zjawiskiem. W tak ostrych, odpowiedzialnych momentach, zagrażających śmiercią miljonów ludzi i zagładą państw, stała się możliwą zgodna współpraca, z odrzuceniem nacjonalnej dumy i przeświadczenia o wyższości jednego narodu nad drugim. O ileż łatwiej na pozór można byłoby oddawna osiągnąć porozumienie w okresie pokojowym, uniknąć na zawsze starć politycznych, współzawodnictwa handlowego i rozpocząć pracę nad niezbędną naprawą życia ludzkości! Wszakże i poważni, wytrawni politycy nieraz musieli się zamyślać nad ponurym obrazem życia, zagmatwanego, zbłąkanego w labiryncie przeciwieństw i błędów, otumanionego urokiem stworzonych własnemi rękami ideałów, które już się chwiały i lada dzień mogły runąć, powodując straszliwą katastrofę? A jednak przed wojną nie było żadnych oznak nie tylko załatwienia tej palącej sprawy, lecz nawet zamiaru omawiania jej jawnie i szczerze.
Widocznie w duszach narodów istnieją dwa rodzaje woli, a może z biegiem czasu, w zależności od napięcia cywilizacyjnego, wola ich się rozdwoiła? Czy też może jedna jej połowa działała w sferze emocyj niezależnych i absolutnych, podczas, gdy druga — pozostawała w mocy suggestji — siły, jaką posiadają rządy, lub sztucznych chwilowych ideałów, albo też vis vitalis“ wieku, za jaką okrzyknięto kapitalizm, przesiąknięty pożądliwością, która oślepia i ogłusza zarówno swoich władców, wykonawców, genjuszów, jak i ofiary? Czyżby dopiero w chwilach wielkich tragedyj dziejowych, w obliczu zguby i śmierci, pierwsza połowa rozdwojonej woli miała przezwyciężyć drugą? Czyżby dopiero wtedy na czele impulsów myślowych i uczuciowych miała stawiać zagadnienia śmiałe i praktyczne, które w dziwny sposób stapiałyby się z najszczytniejszemi wytworami myśli filozoficznej i dążeniami ideowemi o niezwykłej wartości etycznej?
Natura sama nie pozwala istotom żyjącym odbiegać zbyt daleko od swoich praw i — albo karze surowo, albo też zniewala powrócić do warunków stanu normalnego. Być może, istnieją również jakieś prawdy, rządzące światem dusz, jakaś transcendentalna natura psychiczna, która po długich latach błądzenia doprowadza ludzkość do tragicznej kolizji przyczyn i skutków i wskazuje jej — storturowanej i oczyszczonej przez mękę — nowy, jasny horyzont.
Jeżeli tak jest w istocie, to mają rację entuzjaści wojny! Należało spotkać ją z porywem prawie religijnym, przystąpić do niej, jak do tajemnic eleuzyjskich, ażeby jej ogień wypalił, a straszliwy wysiłek mózgu, woli i mięśni odrzucił wszystkie grzechy epoki zbrodniczej, mającej być oczyszczoną przez tragiczną, zbawienną... ostatnią zbrodnię. Nesser nie słyszał nigdy podobnego objaśnienia celu wojny. Wysuwano inne — drobne, chwilowe, nic nie tłumaczące.
— Wojna europejska, — mówiono — powinna się stać ostatnią wojną cywilizowanej ludzkości.
Dlaczego? Tego nikt nie objaśniał, więc Nesser dopełniał sobie tę myśl. Wojna istotnie może być ostatnią dlatego, że przerażeniem, wstrętem i rozpaczą ogarnie cały świat.
— Jakież kształty tedy i przebieg ma przybrać ta wojna? — pytał i odpowiadał sobie natychmiast. — Powinna ona trwać jaknajdłużej, nabrać takiego rozpędu, żeby krwawiące ludy nie mogły już przerwać jej na pierwsze swoje żądanie; powinna posługiwać się szaleńczem okrucieństwem, pogwałceniem wszystkich praw moralnych i zasad religijnych; powinna wreszcie być doprowadzoną do końca, a więc — do momentu, w którym jeden z przeciwników padnie bez sił. O tak! Przytłoczony, zdruzgotany krwawem brzemieniem wojny, zrozpaczony do ostatnich granic uczuć i świadomości ludzkiej, przerażony śmiertelnie straszliwem widmem zagłady ludu swego i kraju, będzie zmuszony wyć z bólu i strachu, skamlać o miłosierdzie i życie. W języku rządowym brzmi to — „wojna do zwycięskiego końca“! Takie błyskotliwe, dumnie brzmiące słowa! Tymczasem nikt nie wnika w tajemniczą treść odrodzonego nagle, krwawego rytuału, w znaczenie wyroku — nielitościwego, upiornego, co się kryje w tej popularnej formule, rzuconej pod nogi tłumu ulicznego, poniewierającej się na zgiełkliwem, bezmyślnem i łatwowiernem targowisku — od Pacyfiku do Wysp Brytyjskich.
— A więc to tak? — pytał Nesser i bladł, uświadamiając sobie odbywający się w nim proces myślowy. — Wojna jest dobroczynną, gdyż prowadzi ludzkość na drogę prawdy? Muszę zatem, jak ci kupcy, których wyrzuciłem z wagonu przed Paryżem, prosić Boga, los, szatana, czy inną moc, aby ta rzeź trwała jaknajdłuższy czas? Pragnę, aby na świecie zapanował i utrwalił się prawdziwy ład, — niechże więc walczący stosują jaknajwięcej łodzi podwodnych, gazów duszących, niech zmiatają z powierzchni ziemi miljony żołnierzy, niech w perzynę obracają nietylko jakieś tam wioski lub niekiedy stary kościół gotycki, ale niech kamień na kamieniu nie zostanie w Berlinie, Paryżu, Wiedniu, Londynie! Błagać muszę, nie wiem kogo, aby osierocono i w żalu palącym pogrążono każdą rodzinę, każdą najnędzniejszą chatę wiejską! Wtedy bowiem wybuchnie bunt przeciw wojnie, zrodzi się czyn straszliwy, nowa krucjata dzieci i kobiet — bezbronnych, szałem porwanych. Mrowie ich sunąć pocznie, wzbierać, jak fala, bez lęku przed paszczami armat i dymami trujących gazów. Głuchy na jazgot karabinów i ryk pocisków, groźny, jak chmura, niosąca burzę, jak wściekły orkan sztormowy na morzu, będzie parł ten tłum ponury, obłędem rozpaczy, niby biczem pędzony — wciąż naprzód i naprzód! Umilkną przed nim paszcze dział i urwą swe rzyganie ogniste kulomioty, a mrowisko ludzkie zatopi, okryje miljonem drgających ciał, przywali okopy, twierdze i baterje; stratuje kompanje, bataljony, pułki, korpusy i armje i — wszystko się skończy, a nad tem wszystkiem zawiśnie cisza cmentarna... Tylko po nocach, gdy wiatr zazgrzyta na pobojowiskach suchemi badylami zielsk, wzniesie się na skrzydłach bezszelestnych legenda ponuro-wspaniała i ni to tajemniczo potworny lelek, szybować zacznie i coraz szersze zataczać koła od lądu do lądu, od narodu do narodu, od wieku do wieku, śpiewając hymn „zwycięskiego końca“! Z ziemi skrwawionej, stokrotnie zoranej, bliznami, ranami oszpeconej, powstaną wtedy blade, męczeńskie cienie Marji Louge, kapitana Langlois, kaprala-syndykalisty, Johna Wellsa, pułkownika Brice’a, brodatych, starych rezerwistów bawarskich i rosyjskich i tego szofera angielskiego, po którym pozostał tylko but z tkwiącą w nim kością goleniową. Wszyscy oni słuchać będą głosu tej legendy i kiwać głowami na znak potwierdzenia?...
— O, nie! — szeptał Nesser... — Nie, nie, nie!
I znowu stawał na bezdrożu.
Guerre c’est l’état naturel! — podsuwała mu usłużna pamięć powiedzenie Napoleona.
W chwilach palącego zwątpienia wydało mu się nagle, że wielki wojownik okłamał siebie i innych. Musiały przecież wstawać przed nim skrwawione strzępy ludzkie z pod Austerlitz, Wagramu, Friedlandu, z pod rozpalonych głazów piramid, z zadżumionej Jaffy i płonącej Moskwy, żądać od wodza i cesarza rachunku sumienia i odpowiedzi na ich skargi? Tymczasem on — nadczłowiek — dziecię Sfinksa, półbóg, ogarnął miljony chwiejnych majaków upiornych zimnym, stalowym wzrokiem i zawołał:
— Do szeregów, żołnierze! La guerre c’est l’état naturel!
Uwierzył zapewne w tę sfabrykowaną przez siebie formułę, bo nigdy już do niej nie powracał. Miljon zabitych, drugie tyle pokaleczonych, stokroć więcej sierot i nędzarzy i — żadnego zwątpienia o prawdzie swoich czynów, żadnej skruchy, ani cienia żalu! Niemal w tymże czasie ten sam buntownik korsykański — Buonaparte, cesarz Francuzów — Napoleon I, kazał rozstrzelać Burbona księcia d’Enghien, i nawet na łożu śmierci czuł wyrzuty sumienia i robił ostatnie wyznania, aby zrzucić z siebie ciężar oskarżenia o zbrodnię? Cóż to za tajemnica? Czyżby istotnie wojna, pobojowiska z miljonem poszarpanych ciał ludzkich były „stanem naturalnym“, stopniem, prowadzącym do sfery wyższej, gdzie panuje prawda? Któż odpowie na to pytanie? Czy rudy olbrzym Wells, — stary towarzysz z nędznego banczku kanadyjskiego? Czy może milcząca, pokorna hafciarka? A może ten lotnik, który spadł trzy dni temu z płonącym samolotem na błotach koło Woevre, strąciwszy przedtem aparat niemieckiego pilota?
Lecz Nesser nie oczekiwał od nich odpowiedzi ani rady. Wiedział, że przychodzili tylko poto, aby patrzeć na niego ciężkim wzrokiem, w którym miotały się zdumienie i żądza rozwiązania gnębiącej ich zagadki. Nesser zrozumiał, że przy starciu z rzeczywistością — pozornie tak straszliwie realną, jak wojna, a w istocie posiadającą niezgłębioną tajemnicę, plejady tajemnic, całe światy, złożone z nich, — sam wpadł znowu w stan uciążliwego, ani na chwilę nieustającego rozważania i krytyki.
Nesser uświadomił sobie oddawna, że bez wpływów zewnętrznych nie zdoła oprzeć się przemocy myśli, zjawiających się nagle z błahego nieraz powodu, nic nie znaczącego wypadku lub słowa. Postanowił więc szukać chociażby chwilowego wypoczynku w pracy. Zaczął pisać pierwszą korespondencję do „Hałasu Ulicy“. Jaskrawego, porywającego tematu nie znajdywał. Na froncie zachodziły nieefektowne, nieciekawe dla czytelników wypadki. Dokonywano niewidocznych, dla niewtajemniczonych niezrozumiałych przesunięć wojsk, odbywały się drobne, chociaż żądające znacznych nieraz ofiar potyczki miejscowe; niespodziewanie wybuchały pojedynki artylerji, bitwy powietrzne, sto razy już opisywane, a, co najważniejsze, — widziane przez Paryżan na własne oczy. Takie wypadki nie były stanowczo ani „bombą“ ani „racą“, których oczekiwał od swego korespondenta wojennego przedsiębiorczy, łaknący sensacji Rumeur.
Nesser rozpoczął od opisu codziennego życia okopowego — szarego, nędznego, lecz nacechowanego bohaterską wytrzymałością żołnierzy. Nieznacznie dla siebie samego wdał się w analizę wewnętrznej treści i historycznej roli toczącej się wojny. Cały ciężar myśli, zmagających się z dręczącemi zagadkami, zwodniczą, grząską topiel nieznośnych wątpliwości włożył w te stronice, przeznaczone dla niewybrednych czytelników żółtego dziennika.
Przez głowę dziennikarza przemknęła myśl, że oto na hałaśliwą, zaplutą i zaśmieconą ulicę rzuca mękę swej duszy, bezwładne tymczasem porywy i bezmierny lęk wstrząśniętego umysłu. Krótko się jednak wahał. Uśmiechnął się gorzko i machnął ręką. Był przecież dziennikarzem; jak uliczna dziewka, pociągał do siebie i kusił ludzi sztucznie podkreślonemi wdziękami; sprzedawał się cały, niepodzielnie cały wraz ze swojemi porywami, bólami, męką i smutkiem. Jedni z nabywców lubią te — gorące, chorobliwie namiętne porywy, drudzy czują sadystyczną rozkosz wobec cierpień ludzkich, więc i one oddawna stały się towarem...
Skończył więc feljeton, zatytułował go „Mistyka wojny“ i wysłał do Paryża. Otrzymawszy korespondencję Nessera, „naczelny redaktor“ przeczytał ją dwukrotnie i zamyślił się. Wyczuł ukryte myśli współpracownika i jego gorące pragnienie rozwiązania zagadki, przeniknięcia tajemnicy potwornego zjawiska. Rumeur namyślał się długo, mruczał coś do siebie, biegał po gabinecie, tarł spoconą łysinę i kombinował. Wkońcu zdjął słuchawkę telefonu i położył ją na stole, zakazawszy woźnemu meldować kogokolwiek bądź i wpuszczać do siebie, poczem zamknął się na klucz i zaczął pisać „entrefilet“, — krótką notatkę, poprzedzającą i objaśniającą feljeton Nessera.
Bardzo zręcznie, w tonie poważnym, a zarazem budzącym wzruszenie i entuzjazm, redaktor dowodził, że wojna, która przeraża natury wrażliwe, powinnaby była raczej pociągać do siebie. Straszny, krwawy szał — to brzemienna gromem, błyskawicami i wichrami jutrzenka nowej ery. Ludzie subtelni, myślący, jak autor umieszczonego niżej feljetonu, znany zaszczytnie publicysta, wyczuwają w tej wojnie burzę oczyszczającą. Już sam fakt, że zbudziła ona myśli, nieznane w dobie przedwojennej, pozwala przeczuwać nadążający dzień nowy — dzień sprawiedliwy, niosący ze sobą pogodę i szczęście, znacznie jaśniejszy od poprzedniego. Francja pierwsza rzuciła hasło „wojny do zwycięstwa“; ona włożyła na swe barki wzniosłe posłannictwo Jana, prekursora Mesjasza, objawiającego się w Prawdzie, która zapanuje wszechwładnie na ziemi. Podobnie, jak Jan Chrzciciel, w obronie prawdy nie oszczędzający swego życia, — Francja oddaje krew swoją, razem z nią muszą bez wahania składać ofiary Francuzi — dzieci narodu, szukającego niezmordowanie światła prawdy absolutnej.
Po przeczytaniu przesłanego do druku — feljetonu Nessera, zaopatrzonego w „entrefilet“ redaktorskie, — Chalupe osłupiał narazie, a po chwili wpadł do gabinetu Rumeura, jak bomba.
— Ależ gracz z pana, szefie! — wołał. — Tak wykręcić kota ogonem? Ho — ho! Niema co mówić posiadasz pan więcej sprytu w tej „bosej“ łepetynie, niż przypuszczałem! Ta historja o wojnie będzie miała dla „Hałasu“ duże moralne znaczenie, — przekona się redaktor!
Stary wyga znał czytający tłum, również jak bezgraniczną amoralność i hipokryzję prasy. Wszystkie pisma zwróciły istotnie uwagę na „Mistykę wojny“ i częściowo lub całkowicie przedrukowały ją. Artykuł Nessera uległ naturalnie przedziwnej metamorfozie.
Prasa zużyła gorzkie i trwożne myśli Nessera na propagandę wojny, na otumanienie umysłów, na rzucanie w ogień bitew wahających się młodzieńców i osłupiałych przed straszną klęską ludzi dojrzałych, na wzniesienie w sercach kobiet żądzy ofiarności.
Podobnie, jak chciwa na złoto Szwecja, mimowoli cisnęła w burzący wir wojny tysiące nowych ofiar, tak też i feljeton Nessera stał się głosem, żądającym śmierci nieznanych mu, kolejnych ofiar. Oskarżenie, rzucone niegdyś przez dziennikarza całemu społeczeństwu, powróciło doń, niby piłka, odbita od muru.
Prasa wszystkich odcieni i obozów — do klerykalnej włącznie — z wielkiem uznaniem omawiała patrjotyczny ton „Hałasu Ulicy“. Pan Benjamin Rumeur miał więc słuszny powód, aby nosić się, jak paw, a w swej drobnej, plugawej duszyczce czuć rosnącą wdzięczność dla Nessera.
— Obiecał dać „bombę“, no, i — dał! Cóż to za talent! Jaki cudowny dar wyczuwania nastroju i potrzeb mas czytających! — myślał w zachwycie redaktor „Hałasu“ i spoglądał na wszystkich triumfująco i dumnie.
Wojna przeciągała się, gubiła w drobnych, na pierwszy rzut oka beznadziejnych epizodach uporczywej walki pozycyjnej, gdy tymczasem korespondent „Hałasu Ulicy“ wyczuwał każdym nerwem zbliżające się wypadki wielkiego znaczenia. Nie wiedział jednak, gdzie najpierw mają one wybuchnąć; pytać o to nie mógł, więc przenosił się z odcinka na odcinek, zaglądał wszędzie i węszył na całym froncie — od Dunkierki aż do Epinal. Narazie myślał, że ofenzywa zostanie wznowioną od Saint-Mihiel na odcinku słynnej „kieszeni“, którą tak zdradliwie wysunął naprzód niemiecki generał von Strantz. Korespondent stanął narazie w Chalons. Opuścił go jednak nazajutrz, gdyż nic tu nie wskazywało na zmianę stanu rzeczy. Postanowił tedy zajrzeć do Bar-le-Duc. Miasteczko, które straszliwie ucierpiało od ognia artylerji, ogrodami swemi i zabudowaniami gospodarczemi niemal dotykało ostatnich okopów, otaczających „kieszeń“ niemiecką, i stało się przyfrontowym obozem, pełnym wrzawy i zgiełku. Zalatywały tu nieraz ciężkie pociski nieprzyjacielskie, a samoloty krążyły ciągle dokoła i zrzucały bomby.
Tegoż dnia wieczorem Nesser był świadkiem gorączkowego ruchu w miasteczku. Przybyły tu właśnie dwa świeże bataljony. Dowództwo, nie zwlekając, posłało je do okopów St. Mihiel na zluzowanie zdziesiątkowanych i wyczerpanych kompanij. Niemcy jednak, zostali, widać, o tem poinformowani. Zaledwie bowiem dwa francuskie bataljony ruszyły z miejsca, już wytrysnęły świecące się race, a języki reflektorów, ze złowrogą chciwością jęły lizać wąskie pasmo równinne. Wojska musiały przebyć odkryte miejsce, aby się dostać do najbliższych rowów komunikacyjnych.
— Biegiem! Biegiem! — nawoływali oficerowie, a głosy ich tonęły już w syku rac i w huku wybuchających pocisków.
Artylerja niemiecka zasypywała tyły okopów szrapnelami i granatami, niewidzialne na ciemnem niebie samoloty warczały groźnie, zrzucały bomby i grad stalowych strzał. W jednej chwili pomiędzy Bar-le-Due a transzami opuściła się straszliwa, ziejąca żelazem i ogniem zasłona. Dowództwo pchało ludzi naprzód. Zjawiła się bowiem nagła obawa przed atakiem przeciwnika na wyczerpane wojska, broniące odcinka.
Pole pokryło się poległymi i rannymi. W dymie, w smugach nieznośnego światła, wśród ryku pocisków i świstu odłamków, majaczyły czarne sylwetki żołnierzy. Ludzie cofali się, to znów biegli naprzód, czołgali się, pełzli po rozmiękłej ziemi, czaili się w wyrwanych przez granaty lejach, kryli się za każdym kamieniem, za trupami poległych towarzyszy. Przebyli wreszcie zdradliwe pasmo, wpadli do okopów i biegli dalej odkrytemi, głębokiemi przejściami, grzęznąc w zgniłem błocie i rozbryzgując cuchnącą wodę. Lecz i tam dosięgały ich rwące się nad głowami szrapnele; ludzie padali z przekleństwem lub jękiem. Biegnący za nimi potykali się, klęli, depcąc po zabitych, tratując rannych.
Ogień artylerji niemieckiej rozszalał, jakgdyby miał się stać prologiem do wielkiej bitwy. Zorana granatami płaszczyzna co chwila okrywała się dymem i słupami wyrzucanej ziemi. Z czarnych oparów i z obłoków kurzu wylatywały w powietrze poszarpane strzępy zabitych i rannych, kamienie i krzaki wina. Niemcy wiedzieli o wysłaniu Francuzom nowych posiłków, odcinali więc okopy od tyłów. Baterje francuskie niezwłocznie odpowiadać zaczęły, posyłając pociski na okopy i obserwacyjne punkty nieprzyjaciela, skąd sączyły potężne smugi świateł elektryczne projektory. Skrwawiona, usiana ciałami równina opustoszała. Tylko nawoływania rozpaczliwe, jęki żałosne, ścinający krew charkot i ponure wycie zwierzęce przedzierały się poprzez rozdygotany, rozpasany, jazgotliwy chaos wybuchów.
— Sanitarjusze na pole! — rozległa się komenda. — Zbierać rannych!
Kilku ludzi z opaskami na rękawach rzuciło się naprzód, lecz żądło świetlne natychmiast ich namacało, a szrapnel zawył i rozprysnął się nad ich głowami. Dwóch padło, inni pierzchli w popłochu. Nesser śledził przebieg nieoczekiwanej bitwy, stojąc w betonowem schronisku sztabu.
— Do djabła! — zaklął jeden z oficerów. — Jeżeli nie uniesiemy rannych — poumierają bez pomocy...
Porwał słuchawkę telefonu, lecz opuścił ją nagle i, ściskając korespondenta za ramię, szeptał w jakiemś przerażeniu:
— Patrz pan, patrz...
Nesser wyjrzał i drgnął.
Samotna sanitarjuszka w białym fartuchu i czepku szła przez pole, dźwigając torbę z materjałem opatrunkowym. Sunęła, jak białe widmo, w smudze elektrycznego światła; ruchy miała powolne, ociężałe. Nie zatrzymywała się ani na chwilę, szła wprost przed siebie, jakgdyby nie widziała podnoszących się to tu, to tam słupów ziemi i nie słyszała gwiżdżących wokół odłamków i pękających nad polem szrapneli. Pochyliła się wreszcie nad niewidzialnym za nierównością gruntu człowiekiem i wydobyła z worka flaszkę. Poiła rannego. Po chwili znów szła dalej. Granat wybuchnął w pobliżu, otoczył ją czarnym obłokiem. Gdy dym opadł, Nesser krzyknął. Ujrzał sanitarjuszkę, klęczącą przed leżącym na ziemi żołnierzem.
— To — Manon do Chevalier — mówił oficer sztabowy. — W Argonnach dostała się ona w ręce niemieckiego podjazdu i została zgwałconą. Poświadczyli to ranni „bosze“, którzy przeszli do nas... Ta sanitarjuszka znana jest z niezwykłej odwagi — chociaż podejrzewamy, że świadomie szuka śmierci...
Nesser, nie spuszczając oczu z białej postaci, obchodzącej straszne pole, drgnął nagle i wytężył wzrok. Wydało mu się, że kobieta podniosła rękę i machnęła w jego stronę.
— Co pan robi? — krzyknął przerażony oficer.
Nesser wybiegł ze skrytki, przesadził niewysoki nasyp i gnał przez pole. Słyszał, jak waliły niby młotem i wstrząsały grunt pod nogami wybuchające granaty, wyły i jazgotały rwące się szrapnele, ze świstem szczękały o kamienie kule i odłamki żelazne, lecz on widział przed sobą tylko ją jedną — kobietę w białym fartuchu, z ręką, podniesioną wysoko nad głową. Dopadł wreszcie jej zdyszany i prawie nieprzytomny. Posłyszał głos sanitarjuszki — cichy i spokojny jakimś straszliwym spokojem.
— Major tu leży... ciężko ranny... Musimy go przenieść na czołówkę — inaczej umrze...
Nesser uspokoił się odrazu. Pochylił się nad rannym i, ująwszy go pod ramiona, podźwignął. Sanitarjuszka podtrzymywała nogi rannego. Ruszyli powolnym krokiem ku Bar-le-Duc. Nagle korespondent uświadomił sobie, że idzie przodem, a sanitarjuszka, wystawiona na ogień ztyłu, osłania go.
— Niech pani obróci rannego. Poniesiemy go nogami naprzód! — krzyknął rozkazującym głosem.
— Nie traćmy czasu — odparła — i poco to? Oby tylko donieść go czemprędzej...
Jednak zmusił ją, aby spełniła jego żądanie. Zmienili pozycję i szli dalej w smugach reflektorów, w dymie pocisków, w brzęczącym huku wybuchów.
— Czyż nie wszystko jedno?... — spytała z wyrzutem.
— Nie! — zawołał, oddychając ciężko. — Ohydne jest zamordowanie bezbronnego mężczyznę, ale gdy się coś takiego przydarzy kobiecie... pani — oszaleć można! Zabić kobietę — to już zbrodnia, dla której nazwy niema!
— Mnie już zabito... — powiedziała głuchym głosem.
Spojrzała na niego przelotnie. Twarz jej, jakgdyby skamieniała, nie zdradzała jednak żadnych uczuć; piwne oczy patrzyły ponuro i spokojnie.
Gdy się zbliżali do pierwszych zabudowań zburzonej mieściny, na spotkanie im wybiegli sanitarjusze z noszami, złożyli rannego majora i znikli z nim zaraz w uliczce, przysypanej gruzami. Inni stali i w osłupieniu patrzyli na Manon de Chevalier i nieznajomego cywila w sportowem ubraniu. Sanitarjuszka bez słowa zawróciła ku polu, gdzie jęczeli i nawoływali inni ranni. Nesser, czując wielką radość w sercu, szedł obok, ze śmiechem mówiąc do sanitarjuszów:
— Chodźcie, panowie! Nie tak straszny djabeł, jak go malują! Zabierzcie tylko nosze ze sobą!
Nim przeszli pole, spadło jeszcze kilka pocisków kilka innych rozprysnęło się wysoko nad głowami idących ludzi i — nagle kanonada ucichła. Tylko francuskie baterje ryczały jeszcze długo, mszcząc się na nieprzyjacielu za czujność jego i za sześćdziesięciu rannych i czterdziestu zabitych strzelców.
W sztabie urządzono Nesserowi szumną owację, a generał, dowodzący odcinkiem, przypiął mu na piersi własny krzyż wojenny. Korespondent natychmiast po tej ceremonji opuścił sztab i poszedł szukać Manon de Chevalier. Znalazł ją w pobliskiej wiosce, do której musiał iść po błocie całe trzy kilometry. Stał tam szpital przyfrontowy. Sanitarjuszka ukończyła właśnie formalności z oddaniem rannych z pod St. Mihiel i wybierała się zpowrotem na swoją czołówkę. Nesser prosił, aby mu pozwoliła towarzyszyć sobie. Jechali nieznośnie trzęsącą furą sanitarną. Siedzieli obok siebie, milcząc.
Wreszcie Nesser rzekł cicho:
— Wyglądało tak, jakgdyby pani chciała zginąć...
Podniosła głowę i odparła spokojnie:
— Spełniałam swój obowiązek. Takie przypuszczenie stosuje się raczej do pana...
Uśmiechnął się wesoło i szepnął:
— Nie myślałem o śmierci! Porwała mnie pani swoją odwagą... Zresztą kto wie — może pchnęło mię do pani „przyzwoite“ wychowanie. Nie mogłem obojętnie patrzeć na kobietę, poświęcającą swoje życie...
Wzruszyła ramionami i zauważyła obojętnym głosem:
— Dwa albo i trzy tysiące ludzi widziało mnie, a na pole wyszedł tylko pan...
— Poco pani się tak naraża? — spytał.
— Pragnę umrzeć... na posterunku... dla spokoju sumienia — szepnęła, zaciskając zęby. — Śmierć oszczędza mnie jednak z całem okrucieństwem..
— Nikt z nas nie przeczuwa nawet, co go czeka w przyszłości — rzucił Nesser.
Westchnęła ciężko i odparła surowym głosem:
— Moja przyszłość — męka nigdy nieskończona.
— Niech pani tak nie mówi! — ożywił się dziennikarz. — Mogę to powiedzieć z własnego doświadczenia, bo przeżywałem już nieludzkie cierpienia.
Podniosła na niego mądre, wszystko rozumiejąco oczy.
— Tak, tak — nieludzkie cierpienia, torturę myśli — wybuchnął z namiętnością. — Późno przyszła ta męka i wszystko, co zbudowałem dla siebie, zburzyła, kamienia na kamieniu nie pozostawiwszy! Czułem się bardzo nieszczęśliwy, a dziś krzyczy we mnie radość i szczęście... Pani to spowodowała, porywając mnie na to pole za Bar-le-Duc!
Pochyliła głowę i rzekła:
— Bóg wynagrodził pana za czym, pełen miłości dla cierpiących...
— A więc jeśli istnieje Bóg i zadaje sobie trud, aby spoglądać na nas, to ześle On i pani sowitą, piękną nagrodę, być może, niespodziewaną! Jeżeli pani wierzy w Boga, zwątpienie w Jego łaskę jest grzechem — powiedział Nesser, tak gorącym głosem, że aż sam to spostrzegł i zdumiał się.
Sanitarjnszka westchnęła i długo milczała.
— Gdyby znał pan moje dzieje, zrozumiałby pan, że dla mnie niema pocieszenia... — syknęła nagle. — Ani pocieszenia, ani ratunku... tylko śmierć...
— Któż to wie?! — powiedział Nesser z mocą w głosie. — Może spotka panią coś, co tak, jak pani porwała dziś mnie, pociągnie ją do życia i poprowadzi ku nieznanemu szczęściu, — pochłaniającemu, bezmiernemu, jakie właśnie ja odczuwam w tej chwili! Powiedziałbym, że jest to szczęście przypieczętowania palącej myśli czynem niezbędnym!
Nic mu nie odpowiedziała i niżej pochyliła głowę.
Nesser ciągnął dalej:
— Popsuli mi, co prawda, moją radość... Odznaczyli mnie krzyżem! Rozumiem, że chcieli sprawić mi przyjemność. Jednak uczucie szczęścia i radości, które noszę w sobie po powrocie z pola, silniejsze jest od wszystkiego, co dotąd przeżyłem!
— Ludzie mają mało środków do wyrażania swej wdzięczności, współczucia lub zachwytu. Biedni jesteśmy, i mowa nasza nędzna, i uczucia — drobne i słabe... — szepnęła.
Tak dojechali do Bar-le-Duc. Fura podskakiwać zaczęła na wyboistej, porzniętej kolejkami ulicy miasteczka.
Nesser pożegnał sanitarjuszkę i raz jeszcze gorąco jej dziękował.
— Widzi pani — mówił, — kiedyś przedtem zrobiłem już coś podobnego, lecz zjawiło się to, jako wynik oburzenia, protestu, a może nawet nienawiści... Zdarzyło mi się to, gdy pod przybranem nazwiskiem odwiedzałem front niemiecki. Dziś — całkiem co innego! Poryw i miłość kierowały mną, a pani stała się dla mnie tem, co jest dla świata najważniejsze, — urzeczywistnieniem ofiarności. Uleczyła mnie pani! Skoro przekonałem się, że zdolny jestem do porywu i miłości, to wiem już, że wyjdę teraz z labiryntu sprzecznych i zawiłych myśli, zwątpień i wahań. Koniec! Jestem wyzwolony! Drogę swoją widzę teraz jasno!
Nic mu na to nie odpowiedziała; w milczeniu skinęła głową i ociężałym krokiem weszła do domu, nad którym łopotała duża flaga Czerwonego Krzyża.
Nesser tej samej nocy wysłał do „Hałasu Ulicy“ feljeton, zatytułowany „Biała zjawa nad krwawem polem“. Opisywał nocny epizod na odcinku St. Mihiel i bohaterstwo sanitarjuszki Manon de Chevalier. Nie podejrzewał jednak, że sztab podał o tem telegram do wydziału prasy w Paryżu, więc w kilka godzin przed nadejściem feljetonu Nessera pan Benjamin Rumeur wiedział już o niezwykłem poświęceniu swego korespondenta wojennego.
Na ulicach Paryża rozkupywano dodatek nadzwyczajny „Hałasu Ulicy“.
Na pierwszej stronie widniał portret Henryka Nessera nad urzędowym telegramem i obszernym artykułem własnego pióra redaktora.
Czytając później feljeton „Biała zjawa“, przesiąknięty zachwytem i rzewniem współczuciem dla bohaterskiej sanitarjuszki, zdumiał się pan Benjamin Rumeur, nie znalazł w nim bowiem ani jednego słowa o autorze. To wzbudziło w zblazowanej, nędznej duszy dziennikarza, coś nakształt szacunku dla Nessera. Znowu więc usiadł do biurka i napisał od redakcji drugi artykuł o ofiarnym i odważnym wojennym korespondencie „Hałasu Ulicy“.
Oczywiście pan Rumeur zrobił z tego hałas w swoim „Hałasie“, ogłuszającą „bombę“ i oślepiającą racę“.
Na pierwszej stronie pisma po przez wszystkie kolumny biły w oczy czerwienią farby tytuły, drukowane najgrubszemi czcionkami:
Wojenny korespondent „Hałasu Ulicy“ w ogniu niemieckiej artylerji wynosi rannych!! Krzyż walecznych na piersi naszego dzielnego współpracownika!! Szlachetna skromność bohatera! Najnowsza korespondencja Henryka Nessera!!!
Przeglądając wspaniały numer swego pisma, przedsiębiorczy redaktor miał łzy w oczach, a pot kroplił mu się na czerwonej łysinie. Stanowczo Benjamin Rumeur odczuwał tego dnia niezwykle głębokie wzruszenie. Takiej „bomby“ nie spodziewał się bowiem nawet od Nessera.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.