<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Para czerwona
Wydawca Wydawnictwo „Nowej Reformy”
Data wyd. 1905
Druk Drukarnia Literacka pod zarządem L.K. Górskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Groźne wypadki późniejsze wymazały nam z pamięci chwile tej walki powolnej, które je poprzedziły. Zbladły przy nich owe sceny tragi-komedyi margrabiowskiej, które były prologiem wielkiego dramatu dni dzisiejszych.
Nie mniej wszakże chwila ta zasługiwałaby na troskliwe zbadanie. Nie wchodząc w to, jak dziwnym zbiegiem okoliczności margrabia ze swym systemem potrafił się narzucić Moskalom, ani czy ta próba była z ich strony szczerą czy podstępną, nie zaglądając poza kulisy, których tajemnice nie prędko się odsłonią, sama zewnętrzna strona, sama fizyonomia tej chwili jest już wielce zastanawiającą. Z jednej strony kraj party tysiącem pobudek do nieuchronnego zerwania z rządem, z drugiej rząd niby łaskawy, podający dłoń przez ramiona margrabiego. Postać wielkiego księcia Konstantego jest tu czysto dodatkową, jak czasem w dramatach występujący na tronie, niemy król i królowa, ukazuje się tu wielki książę bez myśli, bez woli, płochym i dziecinnym, wśród najważniejszych wypadków, ze skrytem może marzeniem o jakiej niebieskiej koronie, ale z obawą, aby go nie zrozumiano, nie podejrzywano, nie usunięto. Nie ma on ani dosyć energii, aby zdradzić Rosyę, ani dosyć uczciwości, aby się fałszywej wyrzec roli. Zdawszy wszystko na człowieka, o którym sądził, że go zrozumiał, bawi się w Łazienkach muzyką, spacerami, swym dworem i cieniem panowania; istotnie króluje margrabia.
Wystawmy sobie człowieka, w którego krwi płynie wiekowa duma polskich magnatów, zwiększona jeszcze tem, że jej nie popiera ani majątek, ani znaczenie, ani wiara ogólna w człowieka czującego w sobie energię i niezłomne zaufanie w swe zdolności. Tym nawet, którzy nigdy zbliska nie znali człowieka, przeszłość jego czyni go zrozumiałym. Pochodzi z rodziny, która nigdy w historyi kraju znacznej nie grała roli, nie wydała ona żadnego męża, coby jaśniał blaskiem szczególnym na kartach dziejowych, ale jak bardzo wiele rodzin arystokratycznych, im mniej ma zasług prawdziwych i praw do przodkowania narodowi, tem więcej do nich rości pretensyi. Każdy inny, stanu pospolitego człowiek, tych darów co margrabia, wcale by może za znakomitość nie uchodził, ale rozsądek i energia przy imieniu, stosunkach i uroku, jaki się wiąże do nich, dawały mu, daleko wprzód niż zajął swe stanowisko, sławę męża wielkich przeznaczeń... Nie widzimy ją niczem usprawiedliwioną, chyba tem, że nic nie robiąc, nie mógł być należycie ocenionym.
Pierwsze lata życia margrabiego schodzą w wiejskiej zaciszy na walkach sądowych z wierzycielami, poświęcone odbudowaniu fortuny bardzo zachwianej. Mówią, że w wyborze środków do podźwignienia wcale delikatnym ani wybrednym nie był W życiu domowem, pan absolutny swego rodzinnego koła, otaczał się powagą średniowiecznego magnata, wszystkie zadawnione formy poszanowania należne sinej krwi wybranej, najściślej w domu były zachowywane — i to maluje człowieka. Trochę ksiąg, dużo procesów, zupełne odosobnienie od świata i życie w kole ludzi, których za równych sobie nie uważał, wyrobiły w nim ten charakter twardy, nie cierpiący dyskusyi, chytry i przebiegły, z żelaznym uporem trzymający się raz wytkniętej drogi, którą wiara we własny rozum przedstawiała za nieomylną. Pierwszy raz wystąpił czynniej jako posłannik rządu rewolucyjnego w 31 roku, do Anglii. Zdaje się, że już wówczas radząc się tylko siebie, a kierując uporem, który brał w sobie sam za energię i drugich nim oszukiwał, mniej zrobił niż był mógł i powinien. Zwrócił się później z całemi nadziejami swemi ku dworowi rosyjskiemu, oddał syna do służby wojskowej, nie bez pewnego rozgłosu i form uroczystych. Wypadki galicyjskie umocniły w nim tę ideę panslawistyczną, którą wyraża jego list do Metternicha, dosyć swojego czasu głośny[1]. Z tych kilku próbek widać niecierpliwość człowieka, który się mniema być do czegoś zdolnym i gwałtownie z ram ciasnych prywatnego życia wyrwać pragnie. Ale wszystkim tym wysiłkom braknie czy talentu czy szczęścia, i pomimo owej sławionej energii i rozumu, margrabia nigdy wypłynąć na wierzch nie może. Nie udaje mu się w Anglii, nie czyni go popularnym list do Metternicha, cesarz Mikołaj, ani książę Paszkiewicz nie rachują mu za wielką zasługę ofiary syna, w procesach nie wiele jest szczęśliwszym, mimo nadzwyczajnych zabiegów, więcej mu one robią kłopotu niż zysków. W tym czasie spada nań niespodziewany zapis Świdzińskiego i cała ta sprawa, w której on nie chce być w niczem ograniczonym spadkobiercą i samowolnie fideikomisem rozporządzać. Dar, który Świdziński złożył narodowi na jego ręce, staje się przedmiotem nowego procesu, zwiększającego jeszcze bardziej jego niepopularność. Wielopolski upiera się, nie mając słuszności po sobie, obelgami obrzuca ludzi broniących dobra publicznego, które on usiłuje sobie przywłaszczyć. Naostatek widząc, że wszystko się przeciw niemu obrusza, dobrowolnie wyrzeka się tego daru i niejako przyznaje do winy.
Z toku tej sprawy już można poznać całego człowieka; takim on samym ma być, gdy chwilowo w swych rękach będzie trzymał losy kraju, zarozumiałym, niezręcznym, upartym i pomimo pozornej energii, w istocie słabym. Ten kto się prawdziwie silnym czuje, umie się zastosować do wypadków i spożytkować nawet przeciwności które spotyka; on, aby nie być posądzonym o słabość, bije się z tem, czego nie może zwyciężyć, nie idzie mu o kraj, chodzi o to, aby ktoś nie dopatrzył w nim miękkości.
Doszedłszy w bezczynności lat, w których niezaspokojona ambicya najgwałtowniej popycha człowieka do wybicia się nad innych, margrabia zdaje się zaglądać tylko którędy by się wdarł na scenę.
Boli go wielka rola i wielkie znaczenie Zamoyskiego, radby się wcisnąć choćby do Towarzystwa rolniczego, które go ze wzgardą prawie odpycha; nie mogąc się dobić nie tylko popularności, ale nawet jakiego takiego uznania w obywatelstwie, margrabia korzysta z wypadków, ze wzburzenia umysłów, przyjeżdża z projektem adresu do Warszawy i ofiaruje się z nim jechać do Petersburga. Usuwa się, gdy adres odepchnięto, ale powraca znowu, wprost już rządowi ofiarując swe usługi, gdy po drugim marca wszystko jest w zawieszeniu i niepewności. Nie zraża go wszystko, na co przez rząd jest wystawiony, bierze na swe ramiona krew 8-go kwietnia przelaną, a pamiętna jego relacya o tym wypadku, wskazuje w jaki sposób będzie się przed światem ze swej roli tłómaczył. Raz wypłynąwszy na wierzch, czego od tak dawna pragnął, margrabia oburącz chwyta władzę, czepia się jej, znosi najprzykrzejsze obejście się z nim Suchozaneta, jedzie do Petersburga i w tym świecie komedyantów oceniony jak należy, widzi się nareszcie u szczytu potęgi. Tu dosyć zręcznie dumą i pozorem niepodległości dziwi i podbija.
Nie dziw, że w podobnem położeniu przy wielkim egoizmie a słabych zdolnościach, przy niemocy okrytej pozorem energii, którą inaczej jak uporem nazwać nie można, głowa się zawraca i wielkiemu zadaniu podołać nie podobna. Margrabia do samego ostatka tak umiał dobrze odegrać rolę męża stanu, żeśmy widzieli istotnie wyższych ludzi obałamuconych tą jego wiarą w siebie. Jak wszyscy fałszywi mesyasze i on miał swych zwolenników, jak każda władza i siła i on znalazł dworaków i pochlebców, ale nikt z nim do końca nie dotrzymał. W systemie swym politycznym był to człowiek idei średniowiecznej, wierzył w siłę, nie rozumiał wieku i kilku ciasnemi formułkami chciał wszystkiemu podołać. Był on podobnym do jednego z tych lekarzy, co wierzą w panaceum na wszystkie choroby, a choć słaby umierał po lekarstwie, on nie przestawał je wlewać w niego. Nazywano go doktrynerem, niesłusznie; całą bowiem jego doktryną, w którą sam może nie wierzył, było to, że walczy z rewolucyą i przemocą ją tylko zwalczyć może. W tem czego domagał się naród, nie widział istotnych jego potrzeb, które zaspokoić należało, ale jakieś poduszczenia socyalistów, jakieś spiski europejskich demagogów. Chociaż dał rządowi rosyjskiemu dowody swego dlań poświęcenia, nie zyskał u niego nigdy zupełnej wiary. Czuł to i ulegał mu, aby na nią zarobić. To go wciągało w fałszywsze jeszcze, jeśli być może położenie. Jak w sprawie Świdzińskich, brnął uporem coraz dalej, dopóki od wszystkich odepchnięty, nie zszedł na wygnańca bez przyszłości, od którego naród się odwrócił i rząd bezsilność wypróbowawszy, odprawił pokłonem wzgardliwym.
Lecz w chwili, którą ta powieść maluje, margrabia był jeszcze u władzy i przy najświetniejszych nadziejach.
Pomimo grubych omyłek, jakie margrabia już był wprzódy popełnił, obejmując dyrektorstwo wyznań i oświecenia, między innemi przemówieniem obrażającem do duchowieństwa, ludzi spokojnych ożywiała nadzieja, że jego rozum z krytycznej doli potrafi kraj wydźwignąć. Gdy z tryumfem wlokąc za sobą lalkę wielkoksiążęcą, przybył z Petersburga, tysiącami sypnęły się wizyty do Brühlowskiego pałacu, ale margrabia zwyciężywszy w Petersburgu, upokorzywszy Adlerbergów, olśniwszy swym rozumem stolicę Piotrową, już Polskę i Warszawę miał sobie za baj bardzo, przybył dumniejszy niż kiedy, pewien siebie, z postanowieniem nie folgowania wcale ani uczuciu narodowemu, ani narodowej godności.
Ilekroć się odezwał w imieniu rządu, draźnił tylko, a zamiast przynieść z sobą rozszerzenie swobód, niósł tylko większy ucisk i arbitralność. Owe Credo konsula pruskiego i wszystkich jenerałów moskiewskich, przekonanych, że Polską rządzić jest niepodobna inaczej, jak na sposób Mikołajewski, było też przekonaniem margrabiego.
Wydawało to całe jego postępowanie. Gdy na mocy dawniejszych dobrych stosunków przychodzili doń ludzie z radami, odpychał ich z jowiszową dumą, z uśmiechem szyderskim, zamykając się w pogardliwem milczeniu, lub wyrażając półsłówkami ironicznemi, jakby on jeden miał wielką tajemnicę w swem posiadaniu.
Przy niepomiernej zarozumiałości, nagle wywalczona władza upoiła go jak prostego śmiertelnika; mało jest ludzi, którymby ta ambrozya nie zawróciła głowy. Istotnie tylko wielcy ludzie nie szaleją przychodząc do władzy, stają się poważni ale zarazem niedowierzający sobie i pokorni. Margrabia odrazu wyrósł na satrapę, zapomniał że w Berlinie słuchał liberalnych wykładów i uchodził za człowieka, szanującego swobodę zarówno z prawem. Otarcie się o despotyzm, plenipotencya cesarska uczyniły go despotą. Nie umiał już poszanować nic, co nie w smak mu było. Ukazem rozkazywał wdziać cylindry, szyderstwem ścigał żałobę, a w drobnych nawet rzeczach nabył już obyczajów moskiewskiego urzędnika.
Tak, dla przyozdobienia domku przy Botanicznym ogrodzie, kazał poznosić najpiękniejsze gipsy z gabinetu odlewów, należącego do szkoły Sztuk pięknych, tak później kosztowne egzemplarze rzadkich drzew i krzewów z oranżeryi Botanicznego ogrodu przewożono, nie myśląc o tem, że uszkodzone być mogły, dla ubrania sali w Brühlowskim pałacu. Był to niedobry przykład nieposzanowania publicznej własności, ale już margrabia we wszystkiem równie wyższym się miał nad prawo. W początkach udawał, że je szanuje, mówił, że będzie zwiastunem ery legalności, ale wróciwszy z Petersburga, tak dobrze wierzył już tylko w samą siłę jak inni.
Mianowany naczelnikiem cywilnym (co było jakby połową namiestnictwa), margrabia przybrał ton prawie monarchiczny, a jego dwornia z przyjemnością go w tem naśladowała. I on i rodzina otoczyli się wszystkiemi formami wysokiego dostojeństwa, odgrodzili od pospolitych ludzi dumą bez miary.
Poniedziałkowe wieczory i wystawne czwartkowe obiady, na które tylko wybranych zapraszał, przedstawiały obraz bardzo ciekawy z wielu względów. Pomimo arystokratycznego pochodzenia, margrabia, który życie spędził na wsi z żydami, ekonomami i drobną szlachtą, tak się w Warszawie obchodził ze swemi gośćmi, jakby to byli jego oficyaliści. Że bardzo wielu urzędników dla dobra służby usunął i drugie tyle ze swej ręki kreował, zrobił sobie koło prozelitów, których pokora w jego salonie czasem rzeczywiście była śmieszną; ale margrabiowska koterya wyśmiewała się z niej, prawie otwarcie wice-gospodarz, prezydent miasta, wskazując na pochylone grzbiety dworaków i śmiejąc się z tego poniżenia, ledwie komu raczył kiwnąć głową, margrabia robił sobie żarty z tych, którzy mu rękę podawali, gdy on jej nikomu prawie wyciągnąć nie raczył, czasem umyślnie dobywał chustki od nosa, aby witającego oszukać i skwapliwie wychyloną dłoń zostawić pustą w powietrzu.
Gdy w poniedziałek zapełniały się salony, wielki mąż rozrachowywał każde słowo, które miał powiedzieć, każde zbliżenie się swoje, ukłon i uśmiech, którym obdarzał. Wiedział, co komu powiedzieć, a do najsłodszej grzeczności szyderstwa szczyptę przysypywał. Właśnie na jeden z takich wieczorów poniedziałkowych wybrać się musiała Jadwiga, chcąc wszelkich możliwych środków użyć w obronie Karola.
Salon Brühlowskiego pałacu nie obfitował w niewieście towarzystwo, nie można się tam było inaczej pokazać, jak zrzekając się żałoby, bo margrabia tej manifestacyi całego narodu nie cierpiał. Jak skoro on objął rządy, sądził, że powszechna nastąpić była powinna radość. Powtóre rodzina margrabiego nie wielkie miała w kraju stosunki i wcale ich nie poszukiwała. Godzi się też domyślać, iż biedne te niewiasty, dźwigające z obowiązku jarzmo wielkości margrabiego, może nie rade mu były; ale jak kraj, tak rodzina musiały spełniać wolę wszechwładnego despoty.
Zmuszona ukazać się z ciotką na jednym z wieczorów, Jadwiga w nadziei wyzwolenia Karola poświęciła nawet żałobę. Ale ubrała się tak, aby coś z niej pozostało. Miała całe ubranie czarne przyozdobione wstążkami purpurowemi, stroik czarny z ponsowym we włosach i przepyszne kolie, branzolety, kolce i brosze z korali, które ciotka niegdyś przywiozła była z Neapolu. Strój ten, który był jakby tą samą żałobą, wspomnieniem tylko krwi oblaną, bardzo jej przypadał do twarzy. Ciotka wzięła wstążki fioletowe i tak przybrane około dziewiątej pojechały do Brühlowskiego pałacu.
Już naówczas nie brakło około niego środków ostrożności, w bramie stała warta, policya i żandarmi, w sieniach była także policya; nie wiem zresztą czy połowa licznej służby nie zrzuciła także na ten dzień mundurów, zamieniając je na fraki. Salony jaśniały światłami, ciżba była wielka, a margrabia z zasępioną i chmurną twarzą przechadzał się powoli tu i ówdzie, rzucając słówka, które najczęściej nazajutrz całe miasto obiegały. Były też one obrachowane i na ten obieg ukute zawczasu.
Trzeba było widzieć jak się rozpłomieniały twarze, na które padł blask margrabiowskiego majestatu, z jakiem uniesieniem gięły się ramiona, chyliły plecy, jak nie przygotowani wysilali się na odpowiedzi, któreby pan naczelnik mógł przełknąć z przyjemnością. Jakkolwiek bowiem zarzekał się on, że popularnym być nie chce, a gdy mu mówiono o wziętości, jaką pozyskiwał, odpowiadał, że zapewne głupstwo jakieś zrobić musiał, któremu ją winien; jednakże nieraz po cichu zapytywał i co tam o nim mówią i jak go sądzą, a pochlebstwo przyjemne na nim robiło wrażenie. Wstydził się tylko tej słabości i dogadzał jej za parawanem.
Jadwiga odwykła od takich obrzędowych przyjęć, od tego ceremoniału i wystawy, uczuła wielki ucisk serca, znalazłszy się wśród ludzi, których większa część stała poza narodem i jego życiem.
Margrabia i jego rodzina bardzo uprzejmie ją przyjęli, w twarzach jednakże znać było i podziw i niedowierzanie i jakby podejrzenie, że nie darmo tu przyszła.
Rozmowa była zrazu obojętną, margrabia ciągnął dalej swą pielgrzymkę po salonie, zapytywał tych, których dawno nie widział, czy nie jeździli do Ameryki, innym wmawiał, że musieli być chorzy, dając do zrozumienia, że tylko choroba uwolnić ich mogła od złożenia uszanowania w Brühlowskim pałacu i t. p.
Jadwiga tymczasem, chcąc skorzystać z ofiary, jaką z siebie czyniła (po cichu nazywała to małą podłostką), szukała oczyma kogoś, coby tu jej mógł służyć za pośrednika do jedynego interesu, jaki miała na sercu. Ale znaleźć go jakoś nie mogła. Byli tu wprawdzie liczni jej znajomi z koła paniczów hr. Alberta, Edward, Dunio, Micio, nawet pan Henryk Gros, ale żaden z nich nie wyglądał tu na bardzo poufałego i znaczącego. Pomyślała Jadwiga, że może najlepiej by było uderzyć wprost do margrabiego, ale sądziła zarazem, że przy pierwszej bytności prośba byłaby nieprzyzwoita i postanowiła odłożyć ją na później. Nadspodziewanie wszakże inaczej się stało niż sądziła.
W czasie herbaty sam gospodarz raczył usiąść przy niej, wiedział on bardzo dobrze o wpływie, jaki Jadwiga i salon jej na usposobienie ogółu wywierać mogły, słyszał też o niepospolitych zdolnościach tej pięknej pani, chciał i jej dać uczuć swoją potęgę.
— Słyszałem — rzekł — że u pani bardzo wiele osób bywa, cieszy mnie to bardzo, że się znowu otwierają salony i ta dziecinna żałoba ustaje.
— O! u nas — odpowiedziała Jadwiga — wieczory są bardzo skromne i ciche.
— Umysł pani umie je jednak bardzo powabnemi uczynić?
Tu przerwawszy jakby naumyślnie rozmowę, zaczął się przypatrywać wstążkom ponsowym i rzekł dziwnym głosem:
— Pani, jak widzę, lubisz kolor czerwony, kolor czasu, kolor czasu...
W głosie, trochę szyderskim, intencyę schwycić było można; Jadwiga się nieco zapomniała i niepowstrzymała od odpowiedzi równie znaczącej jak było pytanie.
— Słyszałam — rzekła — że pan nie lubi czarnego koloru i dlatego ubrałam się czerwono...
— Symboliczny kolor — szepnął gospodarz — dziś go na sukniach za mało, ale podobno w głowach za wiele...
Jadwiga zaczerwieniła się mocno, nie zadłużyła się jednak w odpowiedzi.
— Czytałam niedawno w jednej książce — rzekła — o dziwnej chorobie oczu; są ludzie, którym się czasem wszystko widzi czerwono, fioletowo lub zielono...
Rozmawiający spojrzał na Jadwigę, popatrzył długo i zaczął mówić zupełnie o czem innem. Ona wcale nie była rada obrotowi rozmowy, czuła, że się nią margrabiemu wcale przypodobać nie mogła. Po chwili przypomnienie Karola skłoniło ją znowu do łagodniejszego zwrócenia się ku gospodarzowi domu, który przez chwilę milczenia cały talerz ciastek przed nim stojący pochłonął.
Zaczepiona powtórnie i z pewnym przyciskiem o swój salon i osoby, które do niego uczęszczały, Jadwiga odpowiedziała, że wielu z nich widzi w salonie margrabiego.
— Ale dużo też tam być musi, co nigdy progu mego nie przestąpią — odparł rozmawiający — bo słyszałem, nie wiem czy prawda, że pani nawet w cytadeli masz przyjaciół?
— I to może najlepszych — odpowiedziała żywo Jadwiga; — za jednym z nich — dorzuciła natychmiast chwytając zręczność — miałam nawet prosić i błagać.
Na te słowa gospodarz się zmarszczył i odparł:
— To do mnie nie należy, rzecz to sądów wojennych, ja się w to nie mieszam...
— Ale przy tak wielkiej władzy i przeważnym wpływie, jakże by to łatwo przyszło jednem słowem!..
Margrabia nie dokończył, spojrzał na wstążki czerwone i rzekł od niechcenia:
— Przyjaciel ten także musi lubić kolory jaskrawe — i to powiedziawszy, szybko się oddalił.
Przykro draśnięta Jadwiga nie dała jeszcze za wygranę, twarz jej płonęła niecierpliwością, wiedziała, że hr. Albert bardzo jakoś dobrze i poufale zdawał się tu postawionym; skinęła więc na niego, a ekonomista pospieszył na rozkazy z wielką radością na twarzy.
— Mój hrabio! — rzekła mu Jadwiga — widzę, że masz tu lepsze stosunki, niżelim się spodziewała, zmiłuj się, pomóż mi w sprawie tego nieszczęśliwego Karola Glińskiego.
Hrabia Albert z wesołego stał się nagle bardzo jakoś zafrasowanym.
— Widzę — dodała Jadwiga — że z młodymi jesteś dobrze, zlituj się, użyj twojego wpływu, ratujmy go, całe życie wdzięczną ci będę... całe życie... — rzekła z głębokiem uczuciem.
— Uczyniłbym to z największą przyjemnością — odpowiedział po cichu Albert — ale pozwolisz mi pani być szczerym?...
— Zdaje mi się, że tę cnotę moim przykładem szczepię w przyjaciołach — szepnęła Jadwiga.
— Więc się pani nie obrazisz, gdy jej powiem, że nie wiem prawdziwie dla czego, zobaczywszy panią w salonie, zaczęto przed chwilą mówić o panu Karolu...
Jadwiga się zaczerwieniła.
— Ani się dziwię, ani się gniewam za to, nie taję się wcale ze szczerą i żywą dla niego przyjaźnią, ale cóż tedy mówiono?
— Nie chciałbym pani zasmucić, mówiono właśnie w ten sposób, że się stąd żadnej podobno pomocy i współczucia spodziewać nie można.
— Pewien pan jesteś tego? — spytała wstając z krzesła Jadwiga.
— Najzupełniej... są nieprzełamane uprzedzenia może... ale... są.
— Oddałeś mi Pan swą szczerością prawdziwą przysługę — zawołała żywo — szczerość za szczerość, powiem panu, że nigdybym tu nie przyszła, gdybym nie miała nadziei ofiarą własnego upokorzenia okupić przyjaciela swobodę; uwalniasz mnie więc pan od wielkiej a nadaremnej przykrości, zabieram ciotkę, wynoszę się natychmiast i lżej odetchnę, gdy się uczuję na progu tego domu, otoczonego tylu żandarmami, a zapełnionego tak mundurowem towarzystwem...
— Za pozwoleniem — przerwał Albert — niech pani nie zapomina, że tych ludzi bezkarnie się nie obraża! Że jeśli nie zechcą pomódz, to bardzo mogą zaszkodzić. Wiedzą już, że się pani interesujesz tym człowiekiem, mogą się więc na nim mścić urazy, jaką mieć będą do pani, jako dobry przyjaciel zalecam ostrożność...
Jadwiga podała mu rękę i z uczuciem odpowiedziała:
— Dziękuję; dobrze żeś mię pan przestrzegł, nie trzeba nigdy zapominać, że mało jest ludzi, coby sięgając wyżej, namiętności się ludzkich wyrzekli. Mój Boże, — dodała z westchnieniem — jakże to boleśnie z tem pojęciem, jakie się ma o wszelkiej wyższości, spojrzeć jej oko w oko, jakże boleśnie przekonać się, że w kolosalnych postawach większą gra rolę wysoki piedestał, niżeli same posągi. Zresztą, dorzuciła po chwili, swobodniejszem okiem rzucając po salonie — bądź hrabio spokojny — nie obrażę nikogo, ale już nie popełnię tego błędu, bym się po tych ludziach spodziewać czegoś miała. Patrz! rzekła — gdybyś do dramatu potrzebował karykatury salonu wielko-rządzcy, czyżby ten za doskonały wzór ci nie mógł służyć? Od razu widzisz, jak na złym teatrze, kto tu gra rolę siły, a kto ma rolę pokory. Jakże wybitnie oddziela się tu oliwa od wody, jak łatwo policzyć kto panuje a kto słucha! Patrz hrabio — co to za fizyonomie poprzypłaszczane, wysłodzone, ocukrowane z jednej, jaka buta i pycha z drugiej strony! Z jakiem nadskakiwaniem i pośpiechem dworują ci panowie temu indyjskiemu bożyszczu!
Przerwała sobie uśmiechem, zwracając się do zafrasowanego Alberta i dodała:
— Przyznaj że mi, że i ten długi a chudy, i ten gruby a nadęty, doskonale by się przydali na illustracye do Mahabaratty...
Albert był w bardzo przykrem położeniu, bo choć widział wiele rzeczy w tym salonie jak panna Jadwiga, inaczej wszakże oceniał wielkiego męża, którego miał za istotnego messyasza Polski.
— Przepraszam panią — rzekł — będę niegrzeczny.
— Bądź pan niegrzeczny, byle szczery i otwarty.
— Pani — dodał Albert — masz do nich trochę urazy, sądzisz ich z powierzchowności i jesteś niesprawiedliwą, czy wielkim ludziom żadnych już wad mieć nie wolno? i czy z wadami nic już na świecie zrobić dobrego nie można? Mnóstwo znamy bohaterów śmiesznych. Ja — przyznaję się pani — wierzę w margrabiego, mimo karykatury, jaką w nim widzę.
— A ja nie — odpowiedziała Jadwiga.
— Dlaczego?
— Dlatego — że ludzie silni nigdy nie są uparci i nie lekceważą prądów swojego czasu, które zużytkować a nie powstrzymać, jest zadaniem władzy, są to wskazówki, z których ona korzystać powinna.
— Powiedziałaś pani prawdę nader wielką — rzekł Albert zdumiony...
— Zapewne większą — uśmiechnęła się Jadwiga — niżeliś się pan po rozmiarze kobiecej głowy spodziewał?
Albert się zarumienił.
— Oh! — cóż znowu! — nielitościwie chwytasz pani za słowa!
Na tem skończyła się rozmowa, a Jadwiga powiódłszy okiem królowej po salonowej mozajce głów, skinęła na ciotkę, dając jej znak, że pora nadeszła odjeżdżać.
Ruszono się grzecznie przeprowadzać, a hr. Albert szedł z niemi aż do powozu.
— Rada jestem — odezwała się, żegnając go Jadwiga — że raz w życiu widziałam tę pocieszną scenę, która na wyższą skalę przypomina mi Le bourgeois gentilhomme Moliera, otrząsłam pył z nóg moich wychodząc z tego domu i więcej w nim pewno nie będę.





  1. Lettre d’un gentillhomme Polonais au Prince de Metternich.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.