Piękność wewnętrzna

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maurice Maeterlinck
Tytuł Piękność wewnętrzna
Pochodzenie Piękność wewnętrzna i Życie głębokie
Data wydania 1923
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów; Złoczów
Tłumacz Gustaw Bolesław Baumfeld
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Piękność wewnętrzna.

Nic na ziemi tak bardzo nie pragnie piękności, nic tak łatwo nie daje się upiększyć, jak dusza. Nic na ziemi nie wznosi się w tak prosty sposób ani tak szybko się nie uszlachetnia. Nic na ziemi nie okazuje ściślejszego posłuszeństwa jasnym i szlachetnym rozkazom. Nic na ziemi nie ulega ochotniej potędze jakiejś myśli, wszystkie inne przewyższającej. Dlatego też mało która dusza na ziemi stawi opór panowaniu duszy, swobodnie swą piękność jawiącej.
Prawdziwie możnaby sądzić, że piękność jest jedynym naszej duszy pokarmem; wszędzie szuka go sobie i nawet w najniższem życiu nie ginie śmiercią głodową. Niema wprost piękności, któraby przeszła niepostrzeżona. Możliwe to przecie, że występuje zawsze poza progiem świadomości, ale działa w ciemności nocy z równą siłą, jak w świetle dziennem. Cała różnica, że tylko mniej uchwytną wywołuje radość. Badajcie zachowanie się najzwyczajniejszych ludzi w chwili, kiedy przez ich ciemnie przesunie się trochę piękności. Oto są gdziekolwiekbądź wszyscy razem i zdaje się — niewiadomo dlaczego — że przędewszystkiem baczą na to, aby zamknąć wielkie bramy życia. A jednak każdy z nich, kiedy był sam, niejednokrotnie żył wedle potrzeb swej duszy. Może kochał; z pewnością cierpiał.
I on także „wsłuchywał się w odgłosy owej dalekiej krainy świetności i okropności“ i w niejeden wieczór bez słowa skłonił głowę przed prawami, które głębsze są niż morze. Ale, kiedy są razem, chętnie cię oszołamiają nizkiemi rzeczami. Mają nieokreślony, szczególny lęk przed pięknością; im liczniej są zebrani, tem więcej się jej lękają, jak lękają się milczenia albo zbyt światłej prawdy; tak dalece, że, gdyby z nich który w ciągu dnia bohaterski czyn spełnił, usiłowałby go usprawiedliwić, podsuwając mu najniższe motywy, motywy z podrzędnej sfery, do której oni wszyscy sami należą. Lecz słuchajcie: Padło szczytne, dumne słowo i niejako źródło życia na nowo otwarło. Jakaś dusza ośmieliła się na chwilę pokazać taką, jaką jest w miłości, w bólu przed śmiercią lub w samotności gwiaździstej nocy. Niepokój ogarnia wszystkich i twarze się uśmiechają albo okazują zdumienie. Ale czy nie czuliście w takich chwilach, z jak zjednoczoną mocą wszystkie dusze podziwiają i jak najsłabsza nawet z poza swych krat więziennych raduje się ze słowa, które jako podobne sobie poznała? Zmartwychwstają nagle w swej pierwotnej i normalnej atmosferze, a gdybyście mieli słuch aniołów, usłyszelibyście z pewnością potężny szmer uznania w państwie dziwnej światłości, kędy one żyją wspólnie. Czy nie sądzicie, że gdyby podobne słowo powiedziane było co wieczór, kiedy się schodzą, — najbojaźliwsze dusze śmielej a ludzie prawdziwiejby żyli? Słowo takie nawet nie musi być powtarzane. Zaszło coś poważnego, co zostawiło bardzo głębokie ślady. Dusza, która wyrzekła to słowo, każdego wieczora poznana będzie od sióstr swoich i sama jej obecność odtąd jakąś wzniosłość rozpościerać będzie na najbardziej nieznaczące rozmowy. W każdym razie zaszła jakaś zmiana, której nie można bliżej określić. Rzeczy podrzędnej sfery nie będą miały więcej tej samej wyłącznej siły, a przerażone dusze wiedzą, że jest jakieś miejsce schronienia.
Jest to zupełnie pewne, że pierwotne i naturalne stosunki dusz wzajemne są stosunkami piękności. Piękność jest jedyną mową dusz naszych. Nie rozumieją żadnej innej. Nie mają innego życia; niczego innego nie zdołają wydobyć, nic innego nie może ich zająć. I dlatego najbardziej uciśniona, nawet najniższa dusza — o ile nizkie dusze istnieją — natychmiast składa hold każdej wielkiej i pięknej myśli, każdemu słowu, każdemu czynowi, kiedy są wielkie i piękne. Z innym żywiołem nie łączy duszy żaden organ i tylko według piękności sądzić może. Widzicie to ciągle w swem życiu, i wy sami, którzy niejednokrotnie zapieracie się piękności, wiecie o tem równie dobrze, jak ci, którzy bez ustanku szukają jej w swem sercu. Jeżeli kiedy naprawdę uczujecie potrzebę innej istoty, czy wówczas pójdziecie do tego, który śmiał się szyderczo, gdy przeciągała piękność? Do tego, który potrząśnięciem głowy bluznął na czyn szlachetny lub tylko czyste dążenie? Może wówczas byliście między tymi, którzy mu potakiwali; ale w chwili poważnej, kiedy prawda do drzwi waszych zapuka, zwrócicie się do tego, który skłonił głowę i umiłować potrafił. Dusza wasza osądziła w swych głębiach, i ten cichy, nieomylny wyrok po trzydzięstu może latach na wierzch się dobędzie, i pośle was do siostry, w której więcej jest z was, niż w całej waszej istocie, — bo bliższa była piękności.
Tak mało trzeba, aby piękność duszy ośmielić. Tak mało trzeba, aby zbudzić śpiące anioły. Może nawet nie trzeba ich budzić, — dość jest, jeśli się ich nie usypia. Może zniżyć się jest trudniej, niż wznieść się.
Czyż nie jest trudnem w obliczu morza lub nocy myśleć o zwyczajnych tylko rzeczach? A któraż dusza nie wie o tem, że zawsze stoi w obliczu morza i wieczystej nocy? Gdybyśmy mniej mieli lęku przed pięknością, nakoniec w życiu niczego innego — byśmy nie znaleźli; bo w rzeczywistości poza wszystkiem, co się widzi, ona sama tylko istnieje. Wszystkie dusze wiedzą o tem, wszystkie dusze gotowe są; ale gdzież są te, które piękności swej nie kryją? A jednak w końcu jedna z nich musi „zacząć“. Czemuż nie mamy się odważyć być temi, które „zaczęły?“ Wszystkie inne zebrane są wokół nas, pełne oczekiwania, jak małe dzieci przed cudownym zamkiem. Oto cisną się u proga, szepcą, zaglądają przez szpary, ale nie odważają się pchnąć wrota. Czekają, aż przyjdzie ktoś duży i otworzy im. Ale ten „duży“ nie przychodzi prawie nigdy.
I czegoż trzeba, aby stać się tym wielkim, tym upragnionym? Prawie niczego. Dusze nie są zbyt wymagające. Jakaś niemal piękna myśl, której nie wypowiadacie nawet, a która żyje w was w pewnej chwili, — prześwieca przez was, jakbyście byli przejrzystem naczyniem. Inne dusze widzą ją i całkiem inaczej was przyjmą, niż, gdybyście zamierzali podejść bliźniego. Dziwnem się to wydaje, gdy pewni ludzie mówią, że nigdy nie spotkali się z prawdziwą brzydotą i że nie wiedzą jeszcze, co to jest nizka dusza. A jednak nie jest to wcale niewytłómaczone. Są to ci właśnie, którzy „zaczęli.“ Ponieważ sami przedewszystkiem byli piękni, przyciągali ku sobie wszelką przechodzącą mimo piękność, jako morska latarnia wzywa ku sobie okręty z wszystkich czterech stron świata. Tak n. p. są ludzie, którzy skarżą się na kobiety, a nie myślą o tem, że przy pierwszem spotkaniu jedno słowo, jedna myśl, która zapiera się wszelkiej piękności i głębi, wystarcza, aby ich istnienie w duszy spotkanej kobiety zatruć na zawsze. „Nie znałem jeszcze nigdy powiedział mi pewien mędrzec — kobiety, któraby mi czegoś wielkiego nie dała.“ Przedewszystkiem on był wielki, to była jego tajemnica.
Jednego tylko dusza nigdy nie wybaczy: Kiedy jakiś brzydki czyn, myśl brzydką, czy brzydkie słowo — musiała oglądać, przejść i podzielić. Nie może tego wybaczyć, bo wybaczyć znaczyłoby tu zaprzeć się samej siebie. A jednak — czyż dla większości ludzi — być rozumnym, silnym, zręcznym, nie znaczy: usuwać na bok skwapliwie wszelkie prawdziwie głębokie dążenia? Tak czynią nawet w miłości i dlatego kobieta, która jeszcze o wiele bliższa jest prawdy, nie przeżywa z nimi prawie nigdy ani chwili prawdziwego życia. Sądzićby można, że ci ludzie boją się spotkania ze swą duszą; skwapliwie o tysiące mil zdala trzymają się od swej piękności. powinno się raczej usilnie dążyć przed siebie. Pomyślcie albo powiedzcie coś teraz, co jest za piękne, aby było prawdziwe; jutro będzie to prawdziwe, jeśli usiłowaliście dziś to pomyśleć lub powiedzieć. Starajmy się być piękniejszymi, niż jesteśmy; sił swojej duszy nie przecenimy. Nikt się nie myli, kiedy chodzi o jego cichą, ukrytą piękność. Zresztą rzecz to zupełnie podrzędna, czy się kto wtedy myli, czy nie, — jeżeli tylko jego wewnętrzne źródło jest jasne i czyste. — Ale któż, któż czyni bodaj najmniejsze staranie, którego skutek nie byłby zaraz widoczny? A przecież jesteśmy w dziedzinie pełnej oczekiwań, kędy wszystko wieńczy się pomyślnym skutkiem. Wszystkie drzwi są otwarte; trzeba je pchnąć tylko, a oto pałac pełen zaklętych królewien. Często wystarcza jedno słowo, aby znieść całe góry nieczystości. Czemuż nie mamy zdobyć się na odwagę, aby na nizkie pytanie dać szlachetną odpowiedź? Czy sądzicie, że przejdzie niepostrzeżona zupełnie albo zdumienie tylko obudzi? Czy nie sądzicie, że do naturalnego dyalogu dwóch dusz to bardziej się zbliża? Nie zdajemy sobie dostatecznie sprawy, jak wielką to daje odwagę albo swobodę. Nawet ten, który tę odpowiedź odepchnie, wbrew swej woli zbliża się o krok do własnej piękności. Żadna piękność nie umiera, nie wydoskonaliwszy czegoś przedtem. Żadna piękność nie ginie. Nie trzeba się obawiać, że się ulice nią posieje. Ležeć tam będzie tygodnie, lata całe, ale zarówno wcale nie zniszczeje, jako dyament, i w końcu przyjdzie ktoś, ujrzy blask jej, podniesie ją i odejdzie uszczęśliwiony. Czemuż więc chcecie powstrzymać piękne, szczytne słowo, — sądząc, że inni was nie pojmą? Czemu już w zarodku więzić chwilę wzniosłej dobroci, — sądząc, że wasze otoczenie nie będzie umiało z niej korzystać? Czemuż przezwyciężać instynktowny pęd swej własnej duszy na wyżyny, ponieważ przebywacie między ludźmi doliny? Czyż głębokie uczucie w ciemności traci moc twórczą? Czyż ślepy nie ma żadnych innych środków prócz oczu, aby odróżnić tych, co go kochają, od tych, co go nie kochają? Czy piękność, aby się ostać, musi być dopiero zrozumiana, i czy nie sądzicie, że w każdym człowieku jest coś, co więcej rozumie, niż na pozór on sam rozumie, nawet więcej, niż on sam mniema, że rozumie? „Nawet najniżej stojącym, — powiedziała mi raz najwyższa istota, jaką miałem szczęście poznać — „nawet najnędzniejszym, nie odważyłem się nigdy dać jakiejś brzydkiej albo przeciętnej odpowiedzi.“ I widziałem, że ta istota śledziłem — nad najciemniejszemi, najbardziej zamkniętemi, nawet najokropniejszemi duszami posiadała władzę niewytłómaczoną. Bowiem niczyje usta nie zdołają opisać potęgi duszy, która stara się żyć w atmosferze piękności i która istotnie piękna jest sama w sobie. W ogóle czyż jakość tej czynnej piękności nie czyni życia nędznem albo krótkiem?
Być może, że gdybyśmy mogli dotrzeć do samej istoty rzeczy, odkrylibyśmy, że moc kilku dusz pięknych inne w życiu podtrzymuje i wspiera. Czyż wyobrażenie, jakie każdy ma o pewnych wybranych istotach, nie jest jedyną żywą i zbawienną podstawą moralności? Ale jaką rolę odgrywa w tem wyobrażeniu dusza wybrana a jaką wybierająca? Czyż obie te role nie mieszają się bardzo tajemniczo i czy ten idealny morał nie zawiera głębi, o którą morał najwspanialszych książek ani się nie ociera nawet? Jest w tem wpływ rozprzestrzeniania się, którego granice trudno oznaczyć, jest źródło siły, u którego każdy z nas w ciągu dnia niejednokrotnie się krzepi. Czyż chwianie się jednej z tych istot, które uważacie za doskonałe i kochacie w sferze piękności, nie zmniejsza zaraz waszego ufania w ogólną wielkość wszechrzeczy i waszego dla niej podziwu?
A z drugiej strony sądzę, że nic na świecie tak niepostrzeżenie, w tak naturalny sposób nie upiększa duszy, jak pewność, że gdzieś niedaleko od niej żyje czysta i piękna dusza, którą może kochać bez żadnej ubocznej myśli. Skoro rzeczywiście zbliży się do takiej istoty, piękność przestaje być pięknym, martwym przedmiotem, który pokazuje się obcym; zaczyna nagle żyć w całej pełni i jej działanie staje się tak naturalne..., że nic mu się więcej nie opiera. Dlatego myślcie o tem; nie jesteśmy sami, i dobrzy muszą czuwać.
Plotinus w ten sposób kończy ósmą księgę piątej Eneady, pomówiwszy poprzednio o „nadzwysłowej t. zw. „boskiej piękności.“ Jesteśmy piękni, kiedy stoimy na własnym poziomie, a brzydcy, kiedy schodzimy na poziom nizkiej natury; nadto jesteśmy piękni, kiedy znamy siebie, a brzydcy, kiedy siebie nie znamy. A zatem! Nie zapomnijmy o tem; jesteśmy tu na wyżynach, kędy „nie znać siebie“ nie znaczy poprostu nie wiedzieć, co się w nas dzieje, kiedy jesteśmy zakochani lub zazdrośni, nieśmiali lub zawistni, szczęśliwi lub nieszczęśliwi. „Nie znać siebie“ znaczy w tej dziedzinie nie wiedzieć, co boskiego dzieje się w ludziach. Jesteśmy brzydcy, kiedy się od bogów, którzy są w nas, oddalamy, i stajemy się pięknymi w miarę, jak ich odkrywamy. A w innych odnajdziemy boskość dopiero wtedy, kiedy im pokażemy boskość w sobie samych. Jeden z bogów musi dać znak drugiemu; a ci bogowie odzywają się za najmniejszem skinieniem. Nigdy dość często nie można powtarzać: Wystarczy ledwie widoczna szczelina, a zdroje niebiańskie dostaną się do duszy. Wszystkie puhary wyciągają się ku nie znanej krynicy; jesteśmy w dziedzinie, kędy się myśli tylko o piękności! Gdyby zapytać anioła, co nasze dusze czynią w mrocznej swej głębi, sądzę, że odpowiedziałby — albowiem długie lata patrzył na to —: „O wiele więcej, niźli oczom ludzkim się wydaje; zamieniają drobne te rzeczy, które się im podaje, w piękność. Ach, muszę przyznać, dusza ludzka ma hart szczególny! Godzi się na to, by przez całe życie pracować w ciemnościach, na które ją skazuje większość ludzi, a gdzie nikt z nią nie mówi. Tam czyni, co może, bez słowa skargi, i usiłuje z kamyczków, rzucanych ku niej, wydobyć owo jądro wiecznego światła, które w nich może zawarte. I tak się trudząc, czeka na chwilę, w której będzie mogła bardziej kochanej albo przypadkowo bliżej stojącej siostrze pokazać skarby, nagromadzone gorliwie. Ale w tysiącach istnień nie odwiedza jej żadna siostra i życie w nich taką napełnia ją nieśmiałością, że bez słowa odchodzi, nie mogąc ani razu zabłysnąć bodaj najskromniejszymi klejnotami swej skromnej korony.
A jednak przecież czuwa ponad wszystkiem w niewidzialnem swem niebie. Daje znaki, kocha, podziwia, pociąga, odpycha. Za każdem nowem zdarzeniem wstępuje na powierzchnię z nadzieją, że się jej nigdy więcej nie zmusi do zejścia w mniemaniu, jako jest uciążliwa i szalona. Błąka się, jak Kassandra w świątyni Atrydów. Wymawia tam słowa, których prawda nawet jest cieniem i nikt jej nie słucha. Kiedy otworzymy oczy, ona wypatruje promienia słońca albo blasku gwiazdy, któreby zamieniła w myśl albo nieświadome i bardzo czyste dążenie. A jeśli nasze oczy nic jej takiego nie dadzą, to ona potrafi żałośne swe rozczarowanie zamienić w coś niewysłowionego, co do śmierci kryć będzie. Kiedy kochamy, za zamkniętemi drzwiami upaja się światłem i oddając się nadziei, nie traci czasu; to światło, które sączy się przez szpary drzwi, staje się dla niej dobrocią, pięknością albo prawdą. Ale jeśli drzwi się nie otworzą (a u jak wieluż istnień pozostają zamknięte?!), wraca do swego więzienia i smutek jej będzie prawdą wyższą, niż kiedykolwiek widzieć się dająca, bo jesteśmy w dziedzinie nieopisanych przemian; co nie stanie się po tej stronie drzwi, nie ginie; ale nigdy nie wmiesza się do tego życia.
Powiedziałem, że dusza drobne te rzeczy, które się jej podaje, zamienia w piękność. Im więcej się o tem myśli, zdaje się nawet, że to jest jedyny cel jej istnienia i że całą działalność kieruje ku temu, aby zebrać w naszem wnętrzu skarb nieopisany. Czy dusza nasza nie zamieniłaby wszystkiego w piękność, gdybyśmy jej ciągle nie przeszkadzali w twardej pracy? Czy nie staje się cennem zło nawet, kiedy ona wyczaruje z niego wspaniały dyament skruchy? Czyż nieprawości wasze i łzy, któreście przelali, nie stają się nakoniec w duszy waszej światłem i miłością? Nie oglądaliście nigdy w sobie samych tego państwa oczyszczających płomieni? Wyrządzono wam dzisiaj wielką krzywdę; przygnębienie na twarzy waszej, zachowanie się wasze i płacz wasz — wszystko to smutny i szpetny wówczas przedstawiało widok. Jednak w kilka lat później rzućcie spojrzenie w swą duszę i powiedzcie mi wtedy, czy we wspomnieniu tego zajścia nie widzicie czegoś, co już czyściejsze jest nad myśl ludzką, jakiejś nieokreślonej, niewysłowionej mocy, która nic nie ma wspólnego ze zwyczajnemi tego świata mocami, — źródła „innego życia“, z którego pić możecie aż po koniec dni swoich, a nie wyczerpiecie go nigdy. A przecież nie pomagaliście wcale tej niestrudzonej królewnie, myśleliście o czem innem, podczas kiedy czyn ów w ciszy waszego istnienia się oczyścił i pomnożył przecenną wodę owej wielkiej czary prawdy i piękności, która nie jest narażona na wstrząśnienia, jak mniej głęboka czara prawdziwych i pięknych myśli, ale na zawsze zabezpieczona jest od wiewu życia.
„Niema w naszem życiu ani jednego czynu, ani jednego zdarzenia, — mówi Emerson — któreby wcześniej czy później nie utraciło swej ciężkiej, do ziemi wiążącej formy i nie wprawiło nas w zdumienie swobodnym wzlotem z cielesnej naszej powłoki w krainy płomiennych niebios.“ To jest większa prawda, niż Emerson może przeczuwał, bowiem, im dalej w tej dziedzinie postępujemy, tem bardziej boskie odkrywamy sfery.
Nie wiemy dostatecznie, czem jest ta cicha praca otaczających nas dusz. Powiedzieliście jakieś czyste słowo do istoty, która go nie zrozumiała. Sądziliście, że poszło w zapomnienie, i nie myśleliście o tem więcej. Ale pewnego dnia to słowo występuje na wierzch w niesłychanej przemianie i można oglądać niespodziewane owoce, które ono wydało w ciemnościach; potem znowu wszystko zapada w milczenie. Ale cóż w tem jest? Człowiek dowiaduje się, że w duszy nic nie ginie i że nawet najmniejsze mają swe chwile wspaniałości. Tak; to niewątpliwe; najnieszczęśliwsi i nawet duchowo najubożsi mają, nie wiedząc o tem, w najgłębszej głębi swej istoty skarb piękności, który nigdy nie zubożeje. Chodzi tylko o nawyknienie czerpania z tej skarbnicy. Piękność nie może być świętem, z rzadka w życiu nadchodzącem, — musi się stać świętem codziennem. Nie wiele trzeba, by dopuszczonym być do tych, „w których oczach kwiecista ziemia i promienne niebo nie odbija się już tylko nieskończenie drobnemi cząstkami, ale całymi wzniosłymi obszarami“; — a mówię o kwiatach i niebach, co trwalsze są i czyściejsze, niż te, które ujmujemy zmysłami. Tysiące są przewodów, któremi piękność naszej duszy dojść może aż do myśli naszej i takim to przewodem jest zwłaszcza cudny i ważny przewód miłości.
Czyż niema w miłości najczyściejszych pierwiastków piękności, które duszy ofiarować możemy? Są istoty, które kochają się tak w piękności. Tak kochać znaczy powoli zatracić w sobie zmysł dla rzeczy brzydkich, znaczy stać się ślepym wobec rzeczy drobnych i w najkorniejszych duszach już tylko widzieć świeżość i dziewiczość. Tak kochać znaczy nie potrzebować już nawet przebaczenia, znaczy nie módz już nic ukrywać, bo nic nie zostaje, czegoby wiecznie przytomna dusza nie zamieniła w piękność. Tak kochać znaczy zło widzieć już tylko na to, aby wydoskonalić pobłażliwość i aby się nauczyć, że grzesznik i grzech jego to nie jest jedno i tosamo. Tak kochać znaczy wszystkich otaczających podnosić w sobie na wyżyny, kędy nie mogą już błądzić, na wyżyny, z których nizkie działania na ziemię spadają i nieświadomie wydają z siebie kosztowną perłę duszy. Tak kochać znaczy bezwiednie najmniejsze zamiary, w otoczeniu naszem żyjące, zamieniać w ruchy nieograniczonej wielkości. Tak kochać znaczy wszystko, co piękne na ziemi, w niebie i w duszy, przyzwać na wielkie święto miłości. Tak kochać znaczy przed jakąś istotą stać jak przed Bogiem. Tak kochać znaczy ruchem najmniejszym jak czarodziejskiem zaklęciem wywołać na jaw swą duszę i wszystkie jej skarby. Nie trzeba już wtedy śmierci, nieszczęścia lub łez, aby dusza się zjawiła; uśmiech wystarcza.
Tak kochać znaczy prawdę dostrzegać w szczęściu równie głęboko, jak w świetle wielkiego cierpienia widzieli ją niektórzy z bohaterów. Tak kochać znaczy piękności, która się w miłość zamienia, nie módz już więcej odróżnić od miłości, która się w piękność zamienia. Tak kochać znaczy nie módz już więcej powiedzieć, gdzie promień gwiazdy się kończy, a gdzie się zaczyna pocałunek wspólnej myśli. Tak kochać znaczy do Boga tak się zbliżyć, że między aniołów się wchodzi. Tak kochać znaczy upiększać wspólnie tę samą duszę, która zwolna staje się „jedynym aniołem“, — o którym Swedenborg mówi. Tak kochać znaczy codziennie odkrywać nową piękność w tym tajemniczym aniele i wspólnie kroczyć w coraz to wyższej, w coraz żywotniejszej dobroci. — Bo jest także inna, martwa dobroć, która tylko z przeszłości jest utkana; ale rzeczywista miłość nie bierze w siebie przeszłości i stwarza za zbliżeniem się niewyczerpaną przyszłość dobroci bez nieszczęścia i bez łez. Tak kochać znaczy duszę swą oswobodzić i równie stać się pięknym, jak oswobodzona dusza.
„Kiedy przy wzruszeniu, które w tobie ten dramat wywoła“, — mówi o podobnych rzeczach wielki Plotinus, który z wszystkich znanych mi duchów najbardziej do boskości się zbliżył, — „kiedy przy wzruszeniu, które w tobie ten dramat wywoła, nie wyznasz, że jest piękny, i kiedy potem, w głąb swoją wzrok zapuszczając, nie odczujesz potęgi piękności, to daremnie szukać będziesz w podobnym nastroju piękności nadzmysłowej; bo będziesz jej szukał wtedy w rzeczach nieczystych i brzydkich.“ — Dlatego słowa, któreśmy tu powiedzieli, skierowane są nie do wszystkich. Ale jeśli uznałeś w sobie piękność, to wznieś się do wspomnienia nadzmysłowej piękności. —





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maurice Maeterlinck i tłumacza: Gustaw Bolesław Baumfeld.